Skocz do zawartości

Bruno Wątpliwy

Moderator
  • Zawartość

    5,177
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O Bruno Wątpliwy

  • Tytuł
    Ranga: Prodziekan

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    III Rzeczpospolita

Kontakt

  • Strona WWW
    http://

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna

Ostatnie wizyty

2,952 wyświetleń profilu
  1. Temat zatytułowałem "Urlop polskiego pracownika przymusowego", jednak chciałbym go troszkę doprecyzować. Chodzi mi o to, jak wyglądała ogólnie kwestia praw urlopowych polskich pracowników w III Rzeszy (w okresie wojny, nie w czasie przedwojennych "wyjazdów na saksy"). Zarówno pracowników przymusowych, jak i dobrowolnych (ktoś pewnie naiwnie skusił się po przeczytaniu "Jedźcie z nami do Rzeszy", czy innej propagandy o zakończeniu losu bezrobotnego, były pewnie też takie osoby jak Leopold Tyrmand - choć ten podał się bodajże za Francuza). Generalnie byłem przekonany, że polscy robotnicy (a już w szczególności tacy, którzy w Rzeszy znaleźli się przymusowo) z zasady jakichkolwiek praw urlopowych nie posiadali. Niedawno natomiast przeczytałem jakąś biografię, w której była wzmianka, że ktoś nie wrócił na roboty z urlopu. Niestety, nie jestem w stanie przypomnieć sobie konkretnego nazwiska. Zatem - jak to było w odniesieniu do Polaków? Kwestia kompletnie uznaniowa ze strony "pracodawcy", czy jakieś formalne regulacje? Było jakieś rozróżnienie między Zivilarbeiter, Zwangsarbeiter i ówczesnymi Gastarbeiter? Na razie znalazłem tyle: "Seit August 1941 war einheitlich geregelt, dass ausländische Arbeitskräfte grundsätzlich Anspruch auf (Heimat-)Urlaub hatten. Für Ostarbeiter und Polen galten wiederum Sonderregelungen. Unverheiratete durften nach einem Jahr zwei Wochen bezahlten Urlaub nehmen, Verheiratete bereits nach einem halben Jahr. Dennoch ließen die Betriebe ihre ausländischen Arbeitskräfte, trotz eindeutiger Zusicherung des Urlaubsanspruchs durch das NS-Arbeitsrecht, ungerne gehen und versuchten mittels verschiedenster Eingaben bei staatlichen Stellen, die Urlaubsfahrten zu verhindern. So verwiesen sie kurzerhand darauf, alle verfügbaren Arbeiter für die als ‚kriegswichtig‘ eingestufte Produktion zu benötigen. Hierfür erhielten sie nicht selten Rückendeckung durch die NS-Wirtschaftsstellen". Za: https://www.uni-muenster.de/NiederlandeNet/nl-wissen/geschichte/vertiefung/zwangsarbeit/urlaub.html Zob. także: https://forum.historia.org.pl/topic/4791-niewolnicy-xx-wieku-robotnicy-przymusowi/
  2. Jednoty: litewska i wileńska

    A może należy optymistycznie zakładać, że jeżeli ktoś jest zainteresowany tematyką religijną, to najprawdopodobniej np. pojęcia: ewangelicy-augsburscy i ewangelicy-reformowani nie są mu obce i nie musi przechodzić szkoleń w aż tak bardzo podstawowym zakresie? A jak już naprawdę nie wie w czym rzecz, to bez najmniejszego problemu jest w stanie to sprawdzić?
  3. PZPR

    A ja bynajmniej nie zaprzeczę, że i tamten system znał - oraz bardzo twórczo upowszechniał - instytucje synekur, instytucje "męża z zawodu dyrektora", czy zjawisko "b-m-w". Natomiast twierdzenie: "Na stanowiska nomenklaturowe wybierano mając głównie na względzie przynależność partyjną, przez co na różne stanowiska wybierano ludzi niekompetentnych", wydaje mi się także nie oddające złożoności sytuacji w okresie Polski Ludowej. Można je oczywiście różnie rozumieć, ale raczej kreuje wizję powszechnego mianowania towarzyszy partyjnych na (wyżej wymienione przez Ciebie) stanowiska z zasady bez związku z ich kompetencjami. Czy nam się to podoba, czy nie, czy uznajemy to za moralne, czy nie - szczególnie po okresie stalinowskim - przynależność partyjna (jak przypuszczam, traktowana przez bardzo istotną część zainteresowanych jako - kompletnie pozostający bez związku z ideologią - czynnik wspomagający karierę, czy coś, co zapewni, że nie będzie ona utrudniana) była zjawiskiem dosyć powszechnym wśród osób ambitnych, wykształconych, ba - można (o zgrozo) nawet ostrożnie przypuszczać, że niekiedy nawet bardzo kompetentnych. A niekiedy - zupełnie niekompetentnych.
  4. PZPR

    Jak na razie, to nie zauważyłem, aby ktoś tu z przekonaniem twierdził, iż był piękny system. A, że aktualny system też ma niewątpliwie swoje wady, polegające na podziale bardzo sutych łupów dla bardzo biernych, miernych, ale wiernych... No cóż. Żaden system nie jest idealny. Ciekawe pytanie natomiast brzmi, czy ogólne założenie Secesjonisty, iż nomenklatura=niekompetencja jest słuszne?
  5. Kolejna legenda. Czołg średni T-34

    Dalsze losy "nowych" rosyjskich T-34: https://www.altair.com.pl/news/view?news_id=27193
  6. Katyń w PRL

    Najprawdopodobniej chodzi o (wspomniane już na stronie drugiej tej dyskusji) spotkanie Gomułki z młodzieżą (działaczami młodzieżowymi) w październiku 1956 roku. Najbardziej chyba znane z relacji Andrzeja Werblana. Gomułka odpowiadał wówczas "z głowy" na pytania przekazane mu na kartkach. Na pytanie o "cios w plecy" (17 września 1939) zareagował impulsywnie (coś w stylu "prowokacyjne, bzdurne pytanie") natomiast na pytanie o Katyń - odpowiedział. Znowu - oddaję w tej chwili jedynie sens wypowiedzi (na życzenie, bez trudu mogę ją znaleźć i przytoczyć in extenso): "Badali sprawę Niemcy i stwierdzili, że to ZSRR. Potem badał ZSRR i stwierdził, że to Niemcy. W Norymberdze nic nie ustalono. Potem badali Amerykanie i stwierdzili, że to ZSRR. A my nie powinniśmy obecnie iść >>na demonstrację<< wobec ZSRR, bo taka jest polska racja stanu". Oczywiście, wypowiedź była bardziej złożona, ale sens mniej więcej taki - "milczmy, nie popierajmy żadnej wersji". I tego się mniej więcej po 1956 roku do lat 80. trzymano (z pewnymi - raczej niezbyt licznymi - wyjątkami, gdy akceptowano wersję radziecką).
  7. Ion Antonescu

    W sumie to - w ramach ćwiczeń ze skojarzeń - tak jakoś skojarzył mi się Antonescu z Franco. Tyle, że to co zajęło Franco dziesięciolecia, Antonescu "przerobił" (intensywniej) w kilka lat. Zaczął od propagandowej zielonej koszuli legionisty (Franco miał na defiladzie zwycięstwa niebieską koszulę Falangi plus "elementy wystroju" karlistów i Moros) zakończył (dosyć szybko bo już na początku 1941) rządem technokratów i wojskowych.
  8. Wrodzony sceptycyzm (i - aczkolwiek nieco nadwyrężona w czasach brexitu - wiara w British Intelligence) każe mi jednak przypuszczać, że chodziło raczej o angielską pikę.
  9. To skoro się o angielskim humorze zgadało, to jestem ciekawy, czy ta koincydencja miała wpływ na dosyć znaną frazę "Don't tell him, Pike!" z jednego z odcinków "Dad's Army" (autorstwa znanej, brytyjskiej "spółki komediowej" David Croft i James Perry). https://www.youtube.com/watch?v=_YMVPXmaKds https://en.wikipedia.org/wiki/The_Deadly_Attachment
  10. USA, a kolonie

    Jest to z grubsza opisane w anglojęzycznej Wikipedii: https://en.wikipedia.org/wiki/Edwin_Barclay I kilka informacji ogólnie o stosunkach dyplomatycznych USA-Liberia: https://history.state.gov/countries/liberia
  11. Ion Antonescu

    Na to pytanie - jak często w historii - nie ma prostej odpowiedzi. Zaryzykowałbym coś takiego - w porównaniu do niektórych innych reżimów - ten nie był akurat w tym przypadku szczególnie krwawy. Wiele zależało od: a) czy komunista miał pochodzenie żydowskie, bo tych los bywał gorszy, b) czy np. dało się przypisać komuniście działalność dywersyjną - np. rozstrzelano na podstawie wyroku wojskowego członków tzw. Grupul Planet c) i wreszcie - na jakiego konkretnie komendanta obozu (i strażników) trafił? Warto przy tym podkreślić, że obóz w Târgu Jiu nie był wcale jedynym punktem odosobnienia dla komunistów (choć był bodajże drugi jeżeli chodzi o liczbę osadzonych po Caransebeș) i też nie tylko oni w tych miejscach byli izolowani. Siguranța się podczas przesłuchań czasami nie cackała, ale - drugiej strony - wyroków śmierci wobec komunistów było niewiele (kojarzę około 20). P. Câmpeanu, Ceaușescu. Lata odliczane wstecz, Warszawa 2004, opisuje dosyć dokładnie warunki pobytu w więzieniu w Jilava ("przejściowym") i w Caransebeș (długotrwały pobyt). W tym pierwszym warunki miał dosyć ciężkie - pełna izolacja osadzonych, cele przepełnione. W Caransebeș warunki były dosyć znośne. Cele na dzień otwierano, kwitło "życie partyjne" itp. Gdy np. część z nich zgłosiła do pracy "na zewnątrz" (budowa lotniska) - otrzymali lepsze wyżywienie, dzień pracy trwał osiem godzin, strażnicy - podobnie jak w samym Caransebeș - zachowywali się ludzko, nie znęcano się, nie bito itp. (ibidem, s. 145). Z drugiej strony - Câmpeanu podaje przykład pracy osadzonych w Lagărul de la Târgu Jiu podczas budowy linii kolejowej Bumbeşti-Jiu-Livezeni (trafił w jakiś sposób także tam - w okresie VII-IX 1941): "Był to, w dosłownym znaczeniu, reżim pracy przymusowej. Zmuszanie internowanych do pracy, podobnie jak pozbawienie ich wolności, nie miało żadnych podstaw prawnych, a tym samym nie było regulowane żadnymi przepisami. [Być może reżim Antonescu jakieś przepisy dot. internowania jednak wydał? Nie jestem jednak aż tak zainteresowany problemem, aby to sprawdzać - uwaga Bruno W.] Jedynym obowiązującym tu prawem było widzimisię strażników. (…) internowani spali w jakiś budach improwizowanych tam, gdzie przydzielono im pracę (…) a rzeka Jiu i las zastępowały wszelkie urządzenia sanitarne. Praca pod nadzorem straży wojskowej trwała minimum dwanaście godzin, a jej warunki określał komendant. Komendant, porucznik Trepăduș, był sadystą, jego wyczyny w dolinie rzeki Jiu zostały zaliczone do zbrodni wojennych. Poddawał internowanych najróżniejszym torturom, przy czym najbardziej lubił wieszać ukaranych za ręce na drzewach - przypominało to sceny z powieści Travena. Widziałem kompozytora i dyrygenta Mateia Socora wiszącego w tej pozycji na gałęzi uschniętego drzewa". Ibidem, s. 144-145. Warto może jednak - dla pełniejszego obrazu - dodać, że (internowany w 1940 r.) Matei Socor został w 1943 roku zwolniony z obozu (po interwencji znanych kompozytorów: Enescu i Jora) Zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Matei_Socor
  12. Ponieważ Euklidesowi (już tradycyjnie) udało się zamienić kolejny temat w nużącą dla obserwatora i cokolwiek absurdalną "dyskusję ze ścianą", a ktoś "z zewnątrz" może być zainteresowany rozgrywką wokół rumuńskiej ropy naftowej ( w latach 1939-1940), pragnę polecić syntetyczne (i w mojej ocenie - kompetentne) omówienie zagadnienia w: A. Kastory, Rozbiór Rumunii w 1940 roku, Warszawa 2002, s. 135-177. A Secesjoniście i Jakoberowi należą się forumowe medale. Za odwagę...
  13. Zainteresowanym polecam syntetyczne opracowanie (artykuł) dotyczące losów łotewskiej floty handlowej w czasie drugiej wojny. Po łotewsku (ale translator Google da sobie radę, z tym, że sugeruję tłumaczyć z łotewskiego na angielski). W momencie aneksji Łotwy przez ZSRR flota łotewska była dosyć duża (chociażby porównując ją do ówczesnej polskiej, a już szczególnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę wielkość i "ludność" naszych krajów). A jej losy - ciekawe i bardzo zróżnicowane. Autor artykułu: Uldis Neiburgs. Tytuł: Latvijas kuģi Otrā pasaules kara ugunīs. Dostępny pod adresem internetowym: http://www.la.lv/latvijas-kugi-otra-pasaules-kara-ugunis W skrócie o tej flocie (głównie na podstawie powyższego artykułu): W dniu pierwszego stycznia 1940 roku handlowa flota Łotwy składała się ze 103 statków (w tym 89 parowców). Decydujące dla jej losów było to, gdzie te statki znajdowały się w czerwcu 1940 roku (i jak zachowały się ich załogi). Oczywiście nowe władze łotewskie (i ich radzieccy "opiekunowie"), nakazały statkom szybki powrót do łotewskich lub "bratnich", radzieckich portów. Z wiadomymi konsekwencjami ewentualnego nieposłuszeństwa. Istotna część załóg wraz ze statkami nie zdecydowała się jednak wracać do "Ludowej" (a wkrótce - Radzieckiej) Łotwy, czy do "bratnich" portów ZSRR. Ostatecznie w ręce radzieckie wpadło 59 statków. W istotnej części (54 statki) weszły one w skład Latvijas Valsts jūras kuģni ecība (czyli przedsiębiorstwa państwowego Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej). Najbardziej propagandowo wykorzystywany był los dużego i nowoczesnego motorowca "Hercogs Jēkabs", który (po pewnych perypetiach i przy sprzeciwie łotewskiego przedstawicielstwa dyplomatycznego w USA) z Callao popłynął do Władywostoku, pod skrzydła radzieckiej władzy. Okrutny los chciał jednak, że statek ten nie popłynął już na Bałtyk, tylko jako "Советская Латвия" (z nową, radziecką załogą) zajmował się na Dalekim Wschodzie transportem więźniów (pewnie także i Łotyszy). Fakt, że jego łotewska załoga (część) zdecydowała się na taki krok, nie decydując się, jak wiele załóg łotewskich statków na "wybranie wolności" został odnotowany zarówno w filmie fabularnym z 1965 roku ">>Tobago<< maina kursu" (z tym, że statek otrzymał fikcyjną nazwę "Tobago" i wydarzenia mocno "uatrakcyjniono"), jak i w książce (z 1976 roku - "Hercoga Jēkaba” odiseja). Zob.: https://lv.wikipedia.org/wiki/Hercogs_Jēkabs_(kuģis) https://en.wikipedia.org/wiki/MV_Sovetskaya_Latviya https://www.mfa.gov.lv/data/file/e-izstade/Content/Data/Bilmanis/Hercogs%20Jekabs.html https://lv.wikipedia.org/wiki/%22Tobago%22_maina_kursu https://ru.wikipedia.org/wiki/«Тобаго»_меняет_курс http://www.ibook.lv/BD_hercoga-jekaba-odiseja-rihards-kadikis.aspx?BID=065a04c1-cb53-46be-b9a4-458f569cc348 Losy (nadal obsadzonych w dużym stopniu przez Łotyszy) statków Radzieckiej Łotwy były różne. Część z nich (27) dostała się w 1941 roku w ręce niemieckie (albo w momencie wybuchu wojny stały w portach niemieckich - 14, albo zajęto je już wraz z Łotwą - 13). W większości przeszły wówczas pod niemiecką banderą, część jednak podnosiła nadal łotewską. W 1944/45 niektóre z tych statków usiłowały (niekiedy wbrew woli niemieckiej) przedostać się do Szwecji, czy Danii z łotewskimi uchodźcami. Inne pływały nadal pod radziecką banderą. Ponosząc straty chociażby podczas ewakuacji Tallinna. A jeden zbiegł przez jezioro Ładoga do Finów. Statki łotewskie pozostałe na Zachodzie będące pod kontrolą USA podnosiły nadal łotewską banderę. Pod kontrolą Zjednoczonego Królestwa - służyły pod banderą brytyjską. Jedne i drugie pływały dzielnie w konwojach alianckich, ponosząc ciężkie straty. Ostatni statek "na Zachodzie" noszący łotewską banderę ("Ķegums") zatonął 8 grudnia 1948 roku u ujścia Żyrondy.
  14. Nasi monarchowie (lub ich potomkowie) bywali władcami w innych państwach. O tym mniej więcej wiemy i w tej dyskusji proponuję listę takowych (i ewentualny problem ich narodowości pozostawić na boku). Natomiast - ilokrotnie zdarzyło się by Polak (czy osoba polskiego pochodzenia) została prezydentem, premierem, ewentualnie innym przywódcą w obcym państwie? Oczywiście, jest szereg przypadków z kategorii "dziesiąta woda po kisielu" (np. pani kanclerz Merkel ma polskiego dziadka, do polskich przodków przyznawał się także Wiktor Janukowycz, podobnież Breżniew - szczególnie w stanie pijanym - opowiadał o swojej rzekomej, polskiej babce itp.), czy zmyślonych (zob. temat "Józef Stalin - polska krew"). Jest cała rzesza polityków pochodzenia żydowskiego, wywodzących się z ziem polskich, których związki z polskością mogą być oczywiście bardzo różne. Znajdziemy chociażby bardzo znanych polityków, urodzonych na terenie ziem polskich - jak Menachem Begin, czy Icchak Szamir, których niekiedy tabloidy, czy strony internetowe zaliczają do polityków polskiego pochodzenie, choć oni sami zapewne za takowych się nie uważali (jeżeli polskość interpretować w kategoriach etnicznych). Podobnie niekiedy zaliczany jest przez media do kategorii "znany Polak" prezydent Peru (2016-2018) o swojsko brzmiącym nazwisku Pedro Pablo Kuczynski Godard. Reasumując - sytuacji niejednoznacznych pewnie znajdziemy multum. A tytułem zagajenia - chyba niezbyt znane w Polsce postacie: Teodor Picado Michalski - prezydent Kostaryki (1944-1948). Polak po kądzieli (czego dowodem jest "matczyna" część nazwiska). Podobnież znał nieźle język polski. Nicolas Grunitzky - prezydent Togo (1963-1967). Syn niemieckiego kupca ( prawdopodobnie z Gdańska), któremu przypisuje się polskie pochodzenie i Togijki (z ludu Joruba, podobnież o "królewskim" pochodzeniu). Rzecz jasna - "polski" trop może być w tym przypadku mylny, biorąc pod uwagę fakt, że dosyć istotna część Niemców z Gdańska miała polskobrzmiące nazwiska (i polskie pochodzenie), a do polskości - szczególnie w kolejnych pokoleniach - się niestety nie poczuwała.
  15. Autor powyższej wypowiedzi miał prawdopodobnie na myśli żołnierzy Wojska Polskiego z lat 1943-1945 (tych idących ze wschodu), a nie żołnierzy z okresu późniejszego. Notabene - określenie "ludowe" było nieformalnym i do tego nie stosowanym w czasie wojny, podejrzewam, że pojawiło się w propagandzie państwowej dopiero gdzieś około 1949 roku. Pieśń ta (znana także jako "Siódma kompania") jest rzeczywiście świetna (a jej prosty tekst rzeczywiście sugeruje twórczość żołnierską), a wykonanie Edmunda Fettinga - po prostu doskonałe. Ale "Siódma kompania" powstała najprawdopodobniej wiele lat po wojnie. Jeżeli dobrze pamiętam, po raz pierwszy została wykonana w 13 odcinku "Czterech pancernych i psa" ("Zakład o śmierć"). Wykonanie zbiorowe, ale rolę głównego "zapiewajły" (zresztą też nieźle) odgrywał sierżant Konstanty Szawełło (Mieczysław Czechowicz). Autorstwo pieśni przypisywane jest Januszowi Przymanowskiemu (tekst) i Adamowi Walacińskiemu (muzyka). Zob.: https://www.tekstowo.pl/piosenka,edmund_fetting,przed_nami_odra.html Niezbyt znany (aczkolwiek odnotowany chociażby w filmie "Do krwi ostatniej") jest fakt, że "Pierwszą brygadę" śpiewano także w Sielcach. Aczkolwiek szybko zmieniono tekst. Powstała "My, Pierwsza Dywizja" ("Marsz Pierwszej Dywizji"). Autorem nowego tekstu był Leon Pasternak. Zob. A. Romanowski, My, Pierwsza Brygada. Powstanie pieśni - przemiany - recepcja społeczna, Pamiętnik Literacki LXXIX, 1988 r., s. 294-295 (LINK do tekstu tego artykułu, dostępnego w internecie, skądinąd artykułu będącego kopalnią wiedzy o "Pierwszej brygadzie").
×

Powiadomienie o plikach cookie

Przed wyrażeniem zgody na Warunki użytkowania forum koniecznie zapoznaj się z naszą Polityka prywatności. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.