Jump to content

Bruno Wątpliwy

Moderator
  • Content count

    5,318
  • Joined

  • Last visited

About Bruno Wątpliwy

  • Rank
    Ranga: Prodziekan

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    III Rzeczpospolita

Kontakt

  • Strona WWW
    http://

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

3,485 profile views
  1. Futurystyczne pocztówki

    Co prawda nie pocztówki, ale tematyka podobna, zatem ciekawostkę zamieszczam w tym miejscu. Przy okazji - trwającej w Wielkiej Brytanii schyłku czasów gregoriańskich - dyskusji o zaletach i wadach postępu (zob. "March of Intellect"), pojawiło się trochę rysunków. Przynajmniej dwa z nich szczególnie ciekawe: 1. William Heath i jego wizja przyszłości. Zwraca uwagę to, że właściwie u progu epoki pary, przewiduje jej upowszechnienie na wielką skalę. I właściwie w swoim wizjonerstwie z początku XIX wieku - a dokładnie chyba z 1829 - nie różni się bardzo od autorów wyżej przedstawionych pocztówek, późniejszych o jakieś 70 lat. A i wizja "próżniowych" (pneumatycznych?) podróży z Anglii do Bengalu - też ciekawa. Zob.: https://en.wikipedia.org/wiki/File:A_futuristic_vision_Wellcome_V0041098.jpg 2. Robert Seymour i jego rysunek humorystycznego robota (też z ok. 1829). Przypomina trochę świetne ilustracje Daniela Mroza do "Cyberiady" Stanisława Lema. Zob.: https://www.britishmuseum.org/research/collection_online/collection_object_details.aspx?objectId=1336673&partId=1
  2. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Z cyklu "kurioza znalezione w sieci" - poniższe zdjęcie na serbskiej Wikipedii ilustruje niemiecką zbrodnię w Kragujevacu: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/sr/d/dc/Nemci_pored_grupe_streljanih_gradana.jpg https://sr.wikipedia.org/wiki/Масакр_у_Крагујевцу
  3. Jak to było z tymi kolejkami?

    O cytrusach nie słyszałem, natomiast była u nas próba podjęcia uprawy ryżu.
  4. Jak to było z tymi kolejkami?

    Nic dziwnego w tym, iż wspomnienia bywają różne. Inna sprawa, że trochę sobie uprościłem zagadnienie. Te pomarańcze generalnie nie były jadowicie zielone, raczej reprezentowały gamę zielonkawych, żółtawych i "pomarańczowawych" odcieni. Generalnie jednak różniły się wyglądem zewnętrznym od typowo pomarańczowych pomarańczy, które znał polski odbiorca. Ale - może Capricornusie trafiłeś na bardziej pomarańczowe pomarańcze kubańskie. A może to nie były kubańskie. Trudno zaprzeczyć.
  5. Jak to było z tymi kolejkami?

    Bez przesadyzmu. I dziś trudno trafić w "normalnych" sklepach na porządne pomarańcze, dominują tanio kupowane przez sieci handlowe włókniste i kwaśne - a nadal są pomarańczami. Ja kubańskie pamiętam, jako słodkie (czy nawet bardzo słodkie), ale zielone i właśnie z (wkurzającymi osobę wówczas nie przyzwyczajoną do takiego zjawiska) włóknami przypominającymi nieco "grejpfrutowe". To chyba był główny powód, dla którego za nimi nie przepadano. Po "zerknięciu do zagadnienia" natomiast mogę wysnuć przypuszczenie, że owa zieloność to po prostu cecha pomarańczy tropikalnych, które wcale nie są pomarańczowe. Zob.: http://nomadycznie.blogspot.com/2013/03/owoce-tropikalne-zielone-pomarancze.html https://kuchnia.wp.pl/po-czym-poznac-ze-pomarancza-jest-soczysta-i-slodka-6054911118279809a
  6. Jak to było z tymi kolejkami?

    Sprawa jest raczej oczywista. Przy ówczesnym statusie złotówki i jej odrealnionym kursie oficjalnym, tudzież egzotycznym nieoficjalnym (co powodowało, że zarobki wg. czarnorynkowego kursu liczono w dziesiątkach dolarów, ale mieszkanie można było kupić parę tysięcy "zielonych", a chleb, ciastko, czy bułkę pewnie za centy, o ile nie ich ułamki) każdy wydatek w strefie dewizowej był dla państwa, przedsiębiorstwa, czy zwykłego człowieka luksusem. Dziś nie ma znaczenia, czy kupisz pomarańcze za dolara, czy jabłka za dolara. W złotówkach to ten sam dolar. Wówczas dolar był ubóstwianym dobrem deficytowym. Także np. przez Gomułkę, który z tego powodu podobnież lansował kiszoną kapustę zamiast cytrusów, które "zabierały" państwu dewizy potrzebne na kupno np. maszyn. Kawy też chyba "Wiesław" nie lubił. Z tego co pamiętam, pomarańcze kubańskie (pochodzące z kraju chyba nie o optymalnych warunkach uprawy - zbyt gorącego) nie cieszyły się szczególnym wzięciem (choć - jak pamiętam - miały i swoich zwolenników, chyba nie tylko na zasadzie "z braku laku", choć ta zasada pewnie dominowała). W każdym razie, jak zaczynam sobie wspominać, to wydaje mi się, że akurat w ich przypadku widziałem sytuację w latach 80., że wcale nie zostały rozkupione w ciągu minut, jak "zwykłe" pomarańcze i trochę sobie poleżały w sklepie. Co pewnie nie oznacza, że leżały jakoś bardzo długo. Jak przypuszczam, szczegóły rozliczeń z Kubą były bardzo zagmatwane i podejrzewam raczej barter, niż typową umowę sprzedaży. Ustalenie zatem - "ile za nie Polska dokładnie płaciła i ile powinny kosztować w sklepach" jest raczej niemożliwe. A cenę w sklepach pewnie miały taką, jak inne pomarańcze. Nikt się chyba nie bawił w różnicowanie. Bo w końcu - były pomarańczami.
  7. Jak to było z tymi kolejkami?

    Małe ad vocem. Z wypowiedzi (nr 1): Trudno wyciągnąć wniosek (nr 2): Gdyż nie ma w wypowiedzi nr 1 nic, co by pozwalało przypisać jej autorowi pogląd (nr 2), że pomarańcze były w czasach PRL w ciągłej sprzedaży w normalnym sklepie (w jego rodzinnym mieście). Raczej jednoznacznie z niej wynika - że nie były. A jak się już pojawiały, to szybko znikały. I odnośnie do powyższego wszyscy chyba będziemy zgodni. Przynajmniej za mojej, świadomej pamięci nigdy pomarańcze nie były towarem codziennie dostępnym w normalnych sklepach. Na bazarach, w halach targowych i nielicznych prywatnych sklepikach bywało inaczej (co mogę potwierdzić), ale nie w "normalnych" sklepach. Ale z drugiej strony - absurdem byłoby twierdzenie, iż były totalną egzotyką. Były też dosyć drogie (do czego zapewne konsekwentnie pije Secesjonista). Spotkałem się gdzieś w internecie z ceną 40 zł (w roku 1972). Co przy średnich zarobkach wówczas rzędu 2.500 złotych sytuowało ten owoc na zdecydowanie bardziej luksusowej półce, niż dziś. Powód był raczej oczywisty - pochodziły raczej ze świata dewizowego, a przy niewymienialności złotówki, jakikolwiek towar "stamtąd" ipso facto był luksusowy. I znowu - jednak choć luksusowe, to szybko znikały.
  8. Ilu Niemców zabili Polacy w czasie okupacji a ilu Żydów?

    Jeśli bawimy się w analizowanie metodologii Grossa (co moim zdaniem jest niespecjalnie zasadne, gdyż ta metodologia jest - jak już pisałem - dziwaczna), to chyba on sam udzielił na to pytanie odpowiedzi, podając ogólną liczbę strat niemieckich w Powstaniu, nie bawiąc się w rozróżnianie na etnicznych Niemców i RONA. Z Grossem jest ten problem, iż - już tradycyjnie - sygnalizuje problem (że posłużę się takim eufemizmem), który rzeczywiście zaistniał, używając dziwnej metodologii i skrajnie radykalnego języka. Czy tego chcemy, czy nie chcemy - Jedwabne (i przecież nie tylko ono) było faktem historycznym, wprowadzonym do powszechnej świadomości dopiero przez Grossa. Mogli to zrobić inni. Lepiej. Widać, nie chcieli. Gross zrobił to po swojemu, przy okazji formułując dosyć egzotyczne założenia badawcze (np. tezę, że zeznanie żydowskie automatycznie należy uznawać za prawdziwe, a już polskie - to nie). Nie zmienia to jednak faktu, że zwrócił uwagę na coś, co się jednak stało. Podobnie z powojennymi "hienami cmentarnymi". Ze zdjęcia, o którym do dziś nie wiemy, co przedstawia dokładnie - wysnuł całą legendę. Powagi badaczowi to niewątpliwie nie dodaje. Natomiast, czy to oznacza, że zjawiska nie było? Podobnie w tym przypadku tezy, o której tu rozmawiamy. W mojej ocenie: 1. Zjawisko na pewno trzeba uczciwie zbadać i nagłośnić wyniki. Chociażby po to, aby w przyszłości starać się zminimalizować potencjalną możliwość występowania podobnych zjawisk. Wiadomo, ze zwróceniem uwagi na kontekst, uwarunkowania, porównanie z sytuacją w innych krajach itp. Ale - załóżmy - co zrobić, jeżeli Gross miałby ostatecznie rację, lub istotną część racji? Jeżeli z badań by to wynikało, to co - mamy nie przyjmować tego do wiadomości? 2. Nie podoba mi się przyjęty z góry radykalizm oceny Grossa. Inna sprawa, że w polskich dyskusjach historycznych jest to zjawisko nagminne (chociażby w wykonaniu naszych - walecznych post-factum - "antykomunistów historycznych"). Ale skupmy się na Grossie: "Liczba na pewno jest większa" itp. Jest świętym prawem badacza wyprowadzać podobne porównania, ale jednak na tym etapie badań używać chyba wypada: "nie można wykluczyć", "jest prawdopodobne", "być może" itp. 3. Po raz kolejny - dziwna metodologia. Co my w końcu porównujemy? Śmierci tylko w warunkach okupacji, czy ogólnie? Porównujemy niemieckie (i kolaboracyjne) ofiary polskiego podziemia - z Żydami zabitymi za sprawą Polaków w czasie okupacji, czy jakieś inne dane? Z Wrześniem, bez Września, z Lenino, bez Lenina??? 4. Nadal mamy obraz wycinkowy. W mojej ocenie - po iluś tam lekturach - bywa on taki, jakim - jako Polak - wolałbym żeby nie był. Ale nadal poruszamy się w obszarze pewnych przybliżeń. Nawet cyfra wyjściowa 200.000 Żydów ukrywających się po aryjskiej stronie jest pewnym przypuszczeniem, wprowadzonym do obiegu przed laty, po prostu później powielanym. Aby poważnie tezę Grossa zaakceptować (lub obalić) konieczne jest chyba wiele publikacji takich jak "Dalej jest noc" i oczywiście poważnej, krytycznej dyskusji wokół nich. 5. Kwestia wytyczenia odpowiedzialności. Bardzo trudna. Bo z jednej strony może doprowadzić do "łatwizny moralnej": była okupacja, zatem z tym wszystkim pretensje to tylko do Niemców. Czyli - jak Polak doniósł na Żyda (w własnej, nieprzymuszonej woli) to przecież wina niemiecka. I absurdu z drugiej strony: rozpatrywanie udziału w nagonce na Żydów, pod groźbą surowych konsekwencji - jako jednoznacznej winy polskiej. Trudno wytyczyć tu granice. Właściwe każdy przypadek musi zostać zbadany indywidualnie. Jak to wyglądało - przymusowo, dobrowolnie, entuzjastycznie, niechętnie itp. I tak pozostanie pewnie duży odsetek sytuacji niejednoznacznych. Na koniec przykład, ilustrujący po części ten problem: W jednej z publikacji Grabowskiego (wydaje mi się, że anglojęzyczna, ale w tej chwili nie chce mi się jej odszukiwać, ale na pewno ta sytuacja jest opisana) jest relacja o tym, jak Polak, oficer granatowej policji rozdawał polskim dzieciom cukierki za doprowadzenie, czy też wskazanie kryjówki Żydów podczas "akcji". Na pozór sytuacja jest prosta. Należy założyć, że ten bydlak sam wpadł na pomysł zwiększenia skuteczności działań i plugawienia przy okazji dzieci. Raczej wątpliwe, że to Niemcy go to tego zmusili. Ale z drugiej strony - aby ta sytuacja zaistniała, konieczna była niemiecka okupacja Polski. W warunkach II RP, niezależnie jak oceniamy jej politykę narodowościową - taki obrazek był niemożliwy. Czyja jest wina?
  9. Ilu Niemców zabili Polacy w czasie okupacji a ilu Żydów?

    Na podstawie tego możemy powiedzieć, że metodologia Grossa jest cokolwiek dziwna. O czym już pisałem wyżej: Sam Gross, w wywiadzie - który przywołałem również wyżej - stwierdzał: "Może zacznę od drugiej części pytania – od początku chodziło mi wyłącznie o Polaków zabijających Żydów i Niemców na terenach przedwojennej Rzeczypospolitej pod okupacją niemiecką, czyli w latach 1939-1945. (…) Zacznijmy od Niemców. To naprawdę nie są trudne rachunki. W trakcie kampanii wrześniowej Polacy zabili około 17 tysięcy Niemców. Według szacunków historyków około 2 tysięcy niemieckich żołnierzy poległo też w walkach w trakcie powstania warszawskiego. Prawdę mówiąc, ta liczba wydaje mi się zaniżona. Najprawdopodobniej w trakcie powstania Niemców zginęło trochę więcej – powiedzmy bezpiecznie, że 5 tysięcy. Straty Niemców w pozostałych walkach z polskim podziemiem wyniosły nie więcej niż 2-3 tysiące. W sumie widzimy, że po stronie niemieckiej mamy nie więcej niż 25 tysięcy ofiar. Na wszelki wypadek powiedzmy, że Niemców zabito w Polsce 40 tysięcy. Tak naprawdę nie ma to większego znaczenia, bo liczba Żydów zabitych przez Polaków i tak jest o wiele większa". Za: http://www.lewica.pl/?id=31181&tytul=Jan-Tomasz-Gross:-Trauma-Zag%B3ady Jeszcze raz powtórzę, że dla mnie ta konstrukcja jest dziwaczna. Gdyż - albo porównujemy tylko zabitych w czasie okupacji (co wyraźnie sugeruje Gross, by chwilę potem uwzględnić Wrzesień), albo wszystkich.
  10. Afryka - podział kolonialny

    Dostało się też antropologom, czy politologom od afrykańskich systemów politycznych. Ale i tak Idi Amin z jego lektyką był w zakresie symboliki bardziej pomysłowy. Zob.: https://www.cbsnews.com/pictures/idi-amin/17/ To też niezłe: https://www.cbsnews.com/pictures/idi-amin/16/
  11. Przydomki władców

    Ciekawe, że książęta burgundzcy (ci z tzw. dynastii burgundzkiej) charakteryzowali się dosyć pozytywnymi przydomkami. Może mieli dobrych specjalistów od "pijaru", a może raczej było tak, jak napisał J. Łaptos, Historia Belgii, Wrocław-Warszawa-Gdańsk 1995, s. 42: "Czterech książąt i jedna księżniczka, których przydomki świadczą o uznanych zasługach, rządziło tymi ziemiami (chodzi o Flandrię, czy generalnie tereny dzisiejszej Belgii - Bruno W.) na przestrzeni wieku. Byli to kolejno: Filip Śmiały (1384-1404), Jan bez Trwogi (1404-1419), Filip Dobry (1419-1467), Karol Zuchwały (1467-1477) i Maria Burgundzka (1477-1482)".
  12. Jak to było z tymi kolejkami?

    Myślę, że rzeczywiście bardzo ważnym elementem, o którym musimy pamiętać, oceniając zaopatrzenie w PRL jest duża jego zmienność w czasie i przestrzeni. Zdarzyło mi się stać w kolejce na mrozie po zwykłe, kurze jajka, ale był to bodajże styczeń, czy luty 1982. Entuzjasta opowieści w stylu "jak to tata miał straszliwie ciężko w dzieciństwie" mógłby stworzyć z tego całą bajkę. Problem w tym, że nie przypominam sobie, aby w innych okresach z dostępnością nabiału były jakiekolwiek problemy. Po prostu - "zawsze był". Jak już kiedyś pisałem, mógłbym stworzyć też inną opowieść - że w latach 80. było tak super, że obżerałem się owocami morza. Może nie kultowymi ośmiorniczkami, ale kalmarami. W moim mieście takie "coś" było dostępne bez najmniejszego problemu, a ludzie - wówczas za symbol luksusu uznający szynkę, a za optymalne danie schabowy - po prostu tego nie kupowali. Lata 80. w PRL kalmarami płynące - to jest także część złożonego obrazu. Dobry tuńczyk (całe kawałki) w puszkach był akurat w Poznaniu, "Mirinda" w Szczecinie, chrupiące bagietki na jednym osiedlu, ale na innych już nie, litrowa woda mineralna "Grodziska" w jednym sklepie osiedlowym (gdzie indziej tylko małe "Perły Bałtyku") itp. itd. Moja teściowa (obecnie na etapie Radia Maryja) zarzeka się, że z luksusowymi serami pleśniowymi rodem z Francji spotkała się gdzieś w latach 60., czy 70., gdy można je było bez problemu kupić w Delikatesach. I tak dalej, i tym podobne. Bzdurą jest opowiadanie, że "wszystko zawsze było", ale bzdurą także opowieści, że "był tylko ocet", a banany i cytryny były w PRL tak rzadko spotykane, jak UFO.
  13. M. Wańkowicz napisał: "Napoleon, rozjuszony karykaturami Gillraya, Rowlandsona i Cruikshanka, podobno zażądał włączenia do warunków traktatu pokojowego z Anglią (Amiens 1802) punktu, że paszkwilanci zostaną mu wydani". Za: M.Wańkowicz, Karafka La Fontaine'a, t. I, Warszawa 2010, s. 330. Napoleon rzeczywiście mógł być rozjuszony. Na przykład karykaturą przedstawiającą jego ukochaną Józefinę, tańczącą w negliżu przed Barrasem: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/54/Barras1797.jpg. Inna sprawa, iż powstała ona w 1805, ale i wcześniej pewnie nie był oszczędzany przez brytyjskich karykaturzystów. Jednak, czy rzeczywiście Napoleon był aż tak zdeterminowany, aby ośmieszać się dodatkowo i podkreślać znaczenie karykaturzystów i ich rysunków? Tym bardziej to wątpliwe, gdyż Wańkowiczowi (przy całej jego wielkości i erudycji) zdarzało się co nieco pofantazjować (no i sam przecież napisał - "podobno"). Zob. także: https://forum.historia.org.pl/topic/18098-order-świętego-andrzeja-apostoła-pierwszego-powołania/
  14. Obozy internowania w czasie Wielkiej Wojny

    Dwa linki: https://encyclopedia.1914-1918-online.net/article/enemy_aliens_and_internment https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_concentration_and_internment_camps
  15. Obozy internowania w czasie Wielkiej Wojny

    Gdzie jest dokładnie wzmianka o liście z obozu od pani Müllerowej - podałem wyżej. Aby umiejscowić to w czasie i przestrzeni, mogę dodać tyle, że wzmianka o tym liście następuje, gdy Szwejk był pucybutem feldkurata Ottona Katza i poszedł odwiedzić swoją dawną posługaczkę. Której jednak już nie zastał. Zastał natomiast jej siostrzenicę (pani Kejrzova) i poczytał sobie kartkę od p. Müllerowej. Bochnia Zamurowana pojawia się pod koniec tekstu Haška. W moim ulubionym wydaniu (z wstępem, posłowiem i przypisami Leszka Mazana): Jaroslav Hašek (tłum. P. Hulka-Laskowski), Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, tom II, Warszawa 1995, s. 273. Jest to moment, gdy Szwejk (po przygodach związanych z trafieniem do niewoli austriackiej, wynikłych z faktu, że przymierzył rosyjski mundur) wraca do swojego batalionu (aby trafić na świńską wyżerkę). Hašek opisuje starą gruszę, na której "przed kilku dniami wisiał pop unicki oskarżony przez miejscowego polskiego nauczyciela o to, że podczas okupacji rosyjskiej był członkiem grupy Starorusinów i że w kościele odprawiał nabożeństwo na intencję zwycięstwa rosyjskiego i prawosławnego cara". Oskarżenie było jednak kłamliwe, bo w tym czasie pop leczył się na kamienie żółciowe w Bochni Zamurowanej. L. Mazan opatrzył to przypisem, że Hašek podobno był kiedyś w Lipnicy Murowanej i w Bochni i stworzył z tego Bochnię Zamurowaną, która to nazwa ma dla Czechów kontekst humorystyczny. Powyższy cytat itd. za: ibidem, s. 273. Nie była to jedyna sytuacja, gdy Hašek dosyć dowolnie postępował z geografią, tworząc na kartach swoich dzieł nowe nazwy miejscowości. Ale wszystko to (i powyższe informacje zresztą także) to już zdecydowane OT.
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.