Jump to content

All Activity

This stream auto-updates     

  1. Last week
  2. Z kogutem na kościelnych wieżach rzecz jest o tyle ciekawa, że zależy w olbrzymiej mierze od regionu / kraju. W niemieckich południowych i zachodnich landach kogut występuje zdecydowanie częściej na wieżach kościołów katolickich, a powszechne przeświadczenie wśród przeciętnych mieszkańców tych landów jest takie, iż kogut zwieńcza dachy kościołów katolickich, a krzyż - protestanckich. W landach północnych natomiast krzyż - w wiekszosci na katolickich, kogut - w większości na ewangelickich, a na luterańskich - łabądź, jako symbol Marcina Lutra. Powszechnie w Niemczech w kogucie dopatruje się symbolu czujności, przestrogi piotrowego oportunizmu oraz nastania światłości (wschodu słońca, zmartwychwstania). Na ile za ową symboliką stoi teologiczna wykładnia - nie wiem. Edycja: Najwyraźniej jednak symbol koguta ma u swego źródła niewiele wspólnego z rozdziałem na świątynie katolickie i protestanckie. Papież Leon IV zwieńczył kogutem pierwotną Bazylikę Św Piotra w Rzymie, papież Grzegorz Wielki uznał koguta za "najodpowiedniejszy znak chrześcijaństwa" a papież Mikołaj I nakazał w IX wieku umieszczać koguty na każdym kościele.
  3. Być może to jakiś lokalny zwyczaj, wynikający z rywalizacji między wyznaniami. Skoro na kościołach katolickich mają takie wątłe blaszane kurki, to mu wywalimy u nas takiego koguta, że katolikom oko zbieleje. A przy takim kogucie wagi ciężkiej nie starczyło już ani miejsca, ani wytrzymałości konstrukcji na krzyż wieńczący wieżę. Bo - o ile się orientuję - w wyznaniu luterańskim krzyż jest najważniejszym (bądź jednym z najważniejszych) symbolem religijnym. Mamy tu zatem typowy przykład przerostu formy nad treścią. Historia sztuki zna takie sytuacje, gdy kolejno następowały etapy: przerost formy nad treścią - oderwanie formy od treści - zagubienie treści - ewolucja formy w zaskakującym nieraz kierunku. Przykładem może być postać Mojżesza na obrazach: w tekście biblijnym napisano, że z głowy Mojżesza wychodziły dwa świetliste promienie. A na obrazach przedstawiano Mojżesza z rogami. Podobnie było z aureolą na obrazach przedstawiających świętych. Według wskazówek teologicznych aureola - to była świetlista poświata wokół głowy świętego. A zatem obiekt przestrzenny. Ale obraz jest przedstawieniem postaci na płaszczyźnie, w dwóch wymiarach. Zatem aureola na obrazach średniowiecznych miała postać złotego talerzyka. Problem pojawił się wtedy, gdy malarze renesansowi i barokowi zaczęli odwzorowywać perspektywę na płaszczyźnie obrazu. Wtedy malarze zapomnieli o przestrzennej formie aureoli i złoty talerzyk aureoli przedstawiali w perspektywie jako owal ustawiony ukośnie, jak płaski okrągły przedmiot widziany nieco z boku.
  4. Najciekawsze mezalianse w historii.

    Gertruda Komorowska i Stanisław Szczęsny Potocki. On magnat ona szlachcianka. Romans, potajemny ślub, oburzenie rodziców Szczęsnego, porwanie ciężarnej Gertrudy, śmierć dziewczyny, usunięcie zwłok poprzez wrzucenie do przerębla. Kończy się to procesem pomiędzy Komorowskimi i Potockimi i sowitym odszkodowaniem. Materiał na wyciskacz łez (no może bez tego procesu).
  5. Najciekawsze mezalianse w historii.

    Albrecht III Dobrotliwy i Agnes Bernauer. Dla augsburskiej mieszczanki małżeństwo z bawarskim księciem skończyło się jednak tragicznie. Mezalians przetrwał jednak w pamięci miasta Straubing - miejsca tragicznej śmierci Agnes - w postaci teatralnego festiwalu. Caterina de' Medici - żona króla Francji Henryka II była owocem mezaliansu. Jego bohaterami byli pochodząca z francuskiego szlacheckiego rodu burbońska księżniczka Madeleine de la Tour d’Auvergne i Lorenzo di Piero de' Medici - potomek florenckiego rodu Kosmy Medyceusza, który to jednak ród wśród szlachty Francji uchodził mimo wszystko za ród kupiecki. Brytyjski Edward VIII musiał odpuścić sobie plan poślubienia aktorki Wallis Simpson. Podobnież i księżniczka Małgorzata Windsor, siostra Elżbiety II, pod wpływem dworu królewskiego i opinii publicznej musiał rozstać się z pilotem Peterem Townsendem. Mężem Wiktorii, szwedzkiej następczyni tronu, jest Daniel Westling - trener fitness. Mimo głosów krytyki wśród szwedzkiej opinii publicznej ojciec Wiktorii - Karol XVI Gustaw musiał zaakceptować wolę córki, której matką, a jego żoną, jest Sylwia Sommerlath - była niemiecka tłumaczka.
  6. Podbijam temat Leonarda. Jakiś czas temu dostałem w prezencie książkę Waltera Isaacsona „Leonardo da Vinci” tłumaczenia Michała Strąkowa, wydaną przez Insignis Media w 2019 roku w Krakowie. Wreszcie mogę ze spokojem do niej usiąść i, przyznam, zabrałem się do lektury z dużą ciekawością szczególnie, że recenzje przychylne, a nawet pochwalne. Jednak po lekturze pierwszego rozdziału mam już mieszane uczucia. Być może to za wcześnie na ocenę całej książki, ale jednak pewne fragmenty nurtują mnie na tyle, że uważam, że warto się tym podzielić dla innych ewentualnych czytelników, którzy po tę książkę sięgną. Te mieszane uczucia budzi z jednej strony „nastawienie” autora, z drugiej - jej polskie tłumaczenia. Pod „nastawieniem” rozumiem m.in. podejście do źródeł oraz prezentowaną pewną „płytkość” logiki, z drugiej – duża swoboda w ferowaniu wyroków. Jako przykład pierwszego niech posłuży cały podrozdział „Wspomnienia z dzieciństwa” (s. 48 i n.). Isaacson skupia się na fragmencie zapisku da Vinciego z Kodeksu Atlantyckiego: „Opisywanie kani jest chyba mym przeznaczeniem, ponieważ jednym z moich pierwszych wspomnień jest to, jak leżałem w kołysce. Zdało mi się wówczas, że sfrunęła do mnie kania i rozchyliła mi usta ogonem, a potem kilkakrotnie pacnęła nim moje wargi”. W swoim pierwszym zdaniu komentarza Isaacson pisze: „Można przypuszczać, że w opisie tej sceny puścił nieco wodze fantazji, (…) Trudno przypuszczać, by dzika ptaszyna mogła faktycznie przysiąść na kołysce i wsunąć ogon w usta leżącego dziecka. Co więcej, sam Leonardo użył sformułowania „zdało mi się”, tak jakby chciał dać do zrozumienia, że jest to raczej opis sennego marzenia, a nie zachowanego w pamięci autentycznego przeżycia.” Dalej, snując swoją opowieść, przechodzi do analizy tego opisu przez Freuda i polemizując z nią powołuje się m. in. na błąd tłumaczeniowy. Poświęca temu połowę podrodziału. Główny problem z odbiorem owej polemiki Icaacsona polega na tym, że Isaacson nie pisze swej książki w czasach Freuda i ma możliwość przede wszystkim sprawdzenia, iż współczesna nauka nie dopuszcza możliwości pamiętania przez jakiegokolwiek człowieka zdarzenia z czasu, gdy ów był dzieckiem w kołysce. Leonardo nie mógł niczego pamiętać z czasu, gdy był niemowlęciem; nie mógł też "dać do zrozumienia", że mu się to w owym czasie przyśniło. W czasach, gdy Isaacson formułuje swoje dywagacje (a więc rok 2017) w tej materii jest naukowo dowiedzione, że takie wspomnienia są niemożliwe. A więc cała polemika Isaacsona i poświęcone jej w książce wywody nie mają najmniejszego sensu. Inny przykład: podrozdział "Złoty wiek bękartów" (s.44), w którym autor pisze między innymi: "Skaza na urodzeniu okazywała się dla wielu młodych, obdarzonych twórczym i niezależnym umysłem ludzi szansą na uwolnienie kreatywnego potencjału. Sprzyjał temu duch epoki - w renesansowych Włoszech kreatywność była w cenie. Wielu ówczesnych poetów, artystów i wybitnie uzdolnionych rzemieślników wywodziło się z nieprawego łoża: Petrarka, Boccaccio, Lorenzo Ghiberti, Fra Filippo Lippi, jego syn Fiippino, Leon Battista Alberti oraz, rzecz jasna, Leonardo da Vinci." i dalej, w podrozdziale „Adept doświadczenia” kontynuuje: „Pochodzenie z nieprawego łoża miało w przypadku Leonarda jeszcze jedną zaletę: jako nieślubne dziecko nie został posłany do jednej z łacińskich szkół, (…)”. W rzeczywistości jednak mamy do czynienia z wielowątkowym zlepkiem, z którego autor próbuje ukształtować i uargumentować jakieś ogólne wnioski. Ale one będą błędne. Czasy Petrarki, Boccaccia czy Ghibertiego dzieli z czasami Leonarda ponad jeden wiek. Niewiele mniej odlegli są Fra Filippo czy Alberti. To, że w oczach współczesnej historii sztuki są zaliczani do twórców renesansu nie czyni ich rówiesnikami. Nie czyni ich nawet przedstawicielami tych samych epok i tych samych systemów społecznych. Dzielą ich obrane drogi oraz kierunki rozwoju, wykształcenie. A jednak Isaacson wrzuca ich razem do jednego worka „bękart = człowiek wyzwolony od społecznych kanonów” i buduje wrażenie uniwersalnej prawdy o źródle twórczego potencjału, talentu i możliwości renesansowego twórcy. W takim zakresie jest to twierdzenie, niestety, absurdalne. Z kolei co do pochopnego ferowania wyroków: Isaacson przytaczając historię rodu da Vinci pozwala sobie na formułowanie zdań typu „Syn Antonia, Piero, okazał się bardziej rzutki od gnuśnego ojca.” (s.38). I w tym momencie nasuwa się pytanie – co autorowi pozwala wysuwać wniosek typu: Antonio da Vinci był gnuśny? Czy jedynie fakt, iż nie kontynuował tradycji wykonywania zawodu notariusza przez pierworodnego syna w rodzie? Czy fakty historyczne przemawiają za taką oceną postaci dziadka Leonarda? Jakie fakty? Czy zapewnienie synowi (Piero) wykształcenia notariusza we Florencji, zapewnienie opieki nad wnukiem z nieprawego łoża, poświęcenie życia zarządzaniu majątkiem ziemskim rodziny świadczą o gnuśności? Czy autor zadał sobie trud, by kwestię zgłębić, czy pozwala sobie na odniesienie do przebiegu losu rodu sprzed pięciuset lat jedynie na postawie swojego osobistego, współczesnego rozumienia pojęć „sukcesu”, z którego trąci mentalność rodem z Wall Street, ale nie obiektywizm, jakiego można by oczekiwać od absolwenta historii i literatury na Uniwersytecie Harvarda. W książce brak odniesienia do źródeł co do tego wyroku. A autor ma aspiracje do przedstawiania czytelnikowi biografii opartej na analizie historycznej. Buduje wszak jakieś fragmenty obrazu dziejów. Tutej jednak – skrzywione subiektywną perspektywą, historycznie absolutnie bezpodstawne. Dalsza lektura pierwszego rozdziału skłania jednak do wątpliwości innego typu – wątpliwości co do rzetelności polskiego tłumaczenia. Nie mam dostępu do orginału, więc w takim przypadku jak wspomniany powyżej nie wiem, czy autor oryginału rzeczywiście użył słowa „gnuśny”. W tym przypadku jednak ma to jeszcze niewielkie znaczenie, jakiego słowa użył, jako że kontekst i treść kolejnych wtrętów wskazuje jednoznacznie, iż autor wyrokuje, mniejsza o to jakim słowem, fakt natomiast – że bez przytoczenia podstaw. Natomiast w trakcie czytania książki natrafia czytelnik na inne, ewidentnie tłumaczeniowe „kwiatki”, jak : „Z racji tego, że Michele [praprzodek rodu ojca Leonarda da Vinci – przypis mój] był notariuszem, przysługiwał mu honorowy tytuł „ser””. Doprawdy wprowadza to w lekkie osłupienie, jako że historia raczej nie odnotowuje włoskiego tytułu w takim brzmieniu: „ser”. Nie istniał w języku włoskim również tytuł „sir”. Owszem, istniał tytuł „messere” tudzież „messer” (patrz. Lessicografia della Crusca in Rete), wywodzący się ze starofrancuskiego „missire”, znaczącego we włoskim „mio signore”, a odpowiadający łacińskiemu „Dominus”. Zatem albo sam autor coś uprościł, albo tłumacz na język polski nie zgłębił tematu widząc dziwny być może zapis w oryginale. Na pewno tłumacz nie zgłębił również tematu przywołując tłumaczenie zapisków Leonarda z Kodeksu Arundel, które w książce przybiera w języku polskim taką oto postać: „'(...) Rzeki pozbawione będą wody (…), na polach nie będzie już falujących łanów kukurydzy;(...)'”. Isaacson posługuje się w swej książce tłumaczeniem na język angielski zawartym w J. P. Richter, „The Notebooks of Leonardo da Vinci”, dwutomowe wydanie z 1970 roku. W tłumaczeniu tym zdanie brzmi: „(...) the rivers will be deprived of their waters, (…); the fields will no more be decked with waving corn;(...)”. Tłumacz książki Isaacsona, pan Strąkow, przetłumaczył „corn” jako „kukurydzę”! Nie zastanowił go przy tym fakt, że pochodząca z Meksyku kukurydza miała zerowe szanse w czasach Leonarda (zapisek apokaliptycznej wizji pochodzi ze środkowej części jego notatnika powstałego między 1492 a 1518 rokiem) na to, by falować na toskańskich czy lombardzkich polach i napawać tego niewątpliwie genialnego twórcę nostalgią. Podsumowując: pierwszy rozdział książki Waltera Isaacsona „Leonardo da Vinci” budzi u mnie dość mieszane uczucia, a przynajmniej daleki jestem od zachwytów. Niemniej doczytam do końca próbując nie dać owładnąć się pierwszemu wrażeniu.
  7. Najciekawsze mezalianse w historii.

    Ciekawym mezaliansem jest moim zdaniem związek Kazimierza Wielkiego i Krystyny Rokiczanki. Chociaż nie wiem czy mezalians zaistniał bo król był nadal żonaty z Adelajdą. Tak czy inaczej małżonkowie nie żyli długo i szczęśliwie bo monarcha wykrył, że oblubienica jest łysa i ma świerzb (ciekawe, że przed ślubem tego nie zauważył, pewnie był nieźle napalony). Czytałem opinie, że Krystyna była agentką cesarza Karola IV. Moim zdaniem to nie jest możliwe. Cesarz na agentkę wybrał by dziewuchę bez takich felerów (no chyba, że też był napalony).
  8. Najciekawsze mezalianse w historii.

    Natomiast chyba najbardziej znanym i wręcz "archetypowym przykładem szczęśliwego mezaliansu" (eksploatowanego chociażby w kinematografii), było małżeństwo habsburskiego arcyksięcia Jana z córką poczmistrza - Anną Plochl. Początkującego linię hrabiów von Meran.
  9. Najciekawsze mezalianse w historii.

    Mylę że sir William Douglas Hamilton i Emma Lyon, znana jako Emma, Lady Hamilton się kwalifikują do tego tematu. W końcu ona córka kowala, a on syn lorda Archibalda Hamiltona, gubernatora Jamajki.
  10. Jaki tam kurek, jaka chorągiewka? Ten ryski (i nie tylko) kogut, to było bydle masywne i trójwymiarowe. Jak pierwszy raz byłem w Rydze, to akurat kogut w jednym kościele był w remoncie i można było mu się przyjrzeć z bliska. Zważyć nie było okazji, ale tak na oko to 100 kilo najmarniej. Poza tym w materiałach informacyjnych wyraźnie stało, że na tym terenie umieszczenie koguta oznaczało przejęcie kościoła przez protestantów.
  11. Nie, jest poza wszelką wątpliwością, że termin "wikidajło" powstał wcześniej, niż film "Psy", i to znacznie wcześniej. Co do tego, jak znacznie, możemy się spierać, ale termin ten był używany powszechnie w latach 70. W to akurat nie wątpię.
  12. Najciekawsze mezalianse w historii.

    Wiadomo, że dziś, gdy świat się zmienił tak bardzo, zjawisko mezaliansu zupełnie już nie występuje. Akurat... Ale, w każdym razie ludzi to kiedyś emocjonowało, Justynian I Wielki i Teodora, Piotr (też I i Wielki) i Marta Skawrońska. Dorzucam mniej znaną postać (choć ongiś w Anglii znaną bardzo i będącą skądinąd przedmiotem wielu - nader ostrych - karykatur z epoki, które podobno zresztą sam przedstawiany lubił), czyli Charles James Fox - i (była pracownica domu publicznego) Elizabeth Armistead. Jakieś inne ciekawostki?
  13. Earlier
  14. Ochroniarze w czasach PRL-u

    Akurat: mocno wątpliwe.
  15. No tak niekoniecznie. Nawet, jeśli stwierdzimy fakt, że "wikidajło", jako człowiek o określonych zadaniach, istniał w roku 1992 i, powiedzmy, w roku 1892, to jednak z tego nie musi wynikać, że istniał w roku 1972. Na podstawie moich obserwacji ani nie potwierdzę, ani nie zaprzeczę. To znaczy ja nigdy w restauracji lub barze takiego gościa nie spotkałem. Ale z drugiej strony mój styl życia i możliwości finansowe powodowały, że nie odwiedzałem raczej lokali w takiej porze doby, gdy taki pracownik mógł być najbardziej potrzebny.
  16. Wojna Zimowa

    Bo to wariaty były. Normalny by na drzewo z flintą nie wylazł.
  17. Wojna Zimowa

    No tak, przecież SS-mani skakali po drzewach jak wiewiórki...
  18. Polecam wpisać tag: dreifaltigkeitskirche speyer i sprawdzić grafikę jeden z linków: Dreifaltigkeitskirche, Speyer - Wikiwand
  19. Wojna Zimowa

    W "Czterech pancernych" jest taka scena jak Janek zdejmuje niemieckiego snajpera siedzącego na drzewie... Ale on był z SS
  20. Wojna Zimowa

    A mnie wydaje się wątpliwym, co nie znaczy, że takowych nie było. Drzewo na płaskim terenie to świetny punkt obserwacyjny i po to mogli po tych drzewach łazić. Obserwuje, kieruje ogniem, w razie czego może parę razy strzelić, zanim przeciwnik zorientuje się, skąd padają strzały, złazi i ucieka. Czyli ewentualnie strzela wtedy, gdy jest już niepotrzebny, tuż przed zejściem z drzewa. Czyli, jeżeli była to taktyka, to nie strzelecka a obserwacyjna. Strzelanie to tylko przy okazji. W "Czterech pancernych" jest taka scena jak Janek zdejmuje niemieckiego snajpera siedzącego na drzewie... Wiem, żaden to dowód.
  21. Wojna Zimowa

    Bardziej dla melomanów kina i muzyki w kontekście "kukułki", to piosenką reklamującą film - "Bitwa o Sewastopol" (ukazujący zmagania snajperki Ludmiły Pawliczenki) jest właśnie utwór o tytule - "Kukuszka" śpiewany przez Poline Gagarine, a wcześniej Wiktora Coja. Owa kukułka musiała więc już być trwale zadomowiona w mentalności snajpersko-radzieckiej, skoro tekst Coja stał się motywem przewodnim dla tego popularnego i kasowego w Rosji filmu.
  22. Wojna Zimowa

    Mówimy raczej o strzelcach drzewnych niż o snajperach. Snajper to raczej szczególny przypadek strzelca drzewnego. Wydaje mi się że taka taktyka była przez naszą armię w 1939 roku stosowana tylko niewiele można o niej poczytać. Ale to nic dziwnego bo tricków taktycznych żadna armia nie popularyzuje. Że ją stosowano mnie się wydaje pewnym. Wiem z relacji o tych "bocianicach" nad Wartą, tutaj przeczytałem o czymś takim pod Radomiem, ale czytałem jeszcze gdzieś o walkach naszych partyzantów w puszczy Janowskiej (o ile sobie dobrze przypominam miejsce). Tam również nasi zajmowali pozycje na drzewach. Odnośnie powyższego fragmentu to przypisywanie jakiejś decydującej roli w walce ubraniu to przesada, zresztą temu samemu przypisywano zwycięstwo rosyjskie pod Stalingradem, tylko że na odwrót. Były na pewno ważniejsze przesłanki wpływające na wyniki walk. Nie dziwię się owej pani która w w.w poście przypisuje taką rolę strojom ale bez przesady, w końcu to kobieta. Nieskuteczność Armii Czerwonej w Finlandii należy raczej przypisać czystkom jakie ta armia wycierpiała i po prostu brakowało w niej wyszkolonych oficerów. Że Finowie stosowali taką taktykę to mnie się wydaje bardzo prawdopodobne bo w końcu są relacje. Strzelec nadrzewny zajmuje chyba pozycje na skraju lasu bo w środku lasu to i tak nie ma dalekiego pola widzenia, zatem nie strzelców drzewnych mógł się bać rosyjski żołnierz gdy wchodził już do lasu. Poza tym zimą, kiedy drzewa są zmarznięte stanowią dość skuteczną osłonę przed kulami. To wie każdy kto choć trochę liznął wojska. Ciekawszym byłoby pytanie jaki rodowód ma ta taktyka. Wątpię żeby to był wymysł jakiegoś oficera, pewnie była sprawdzona podczas PWS. Nasi oficerowie wywodzili się z trzech armii. Niemcy takiej taktyki chyba nie stosowali bo ją krytykowali. Armia austro-węgierska? Jednak oficerowie fińscy, jak i wielu polskich, wywodzili się z armii carskiej. Może to ona podczas PWS stosowała taką taktykę.
  23. Ale przecież nie tylko na kościołach luterańskich. Także na katolickich. Od bardzo dawna jest znane powiedzenie: "kurek na kościele". Pojawia się w "Panu Tadeuszu" w odniesieniu do Maćka Dobrzyńskiego. W Encyklopedii Staropolskiej https://pl.wikisource.org/wiki/Encyklopedia_staropolska/Kurek czytamy: "Kurek na kościele oznaczał chorągiewkę żelazną, na której kogutka umieszczano; stąd Wac. Potocki pisze: Czemu kurka stawiają na kościelnej bani? Żeby ludzi do modlitw budził conajraniej." Kurek na kościele był urządzeniem obrotowym. Stąd moje przypuszczenie, że kurek na kościele miał znaczenie praktyczne: służył jako wiatrowskaz. A że na kościele - bo był umieszczony w najwyższym punkcie w całej okolicy.
  24. Wojna Zimowa

    Może dobrze byłoby przetłumaczyć ten fragment po rosyjsku, zauważyłem, że wielu ludzi "bukwy" odrzucają i nawet nie chce im się sięgać po tłumaczkę: "... в одной из витрин представлен зимний комплект одежды красноармейца, состоящий, в том числе из серой суконной шинели и зимнего шлема, т.н. буденовки образца 1927 г., который все еще использовался в войсках в качестве головного убора. К сожалению, очень быстро обнаружился вред от такого обмундирования – длинные шинели мешали быстро двигаться, а буденовка не спасала от холода, к тому же шишак не позволял надевать стальную каску. Помимо этого, советские солдаты в своей темной одежде были хорошо заметны на снегу. В финской армии в качестве теплой одежды широко применялись различного вида полушубки и меховые бушлаты на овчине и собачьем меху. Однако, зачастую, финский солдат предпочитал воевать в одном кителе, под который надевался толстый шерстяной свитер, а сверху маскировочный халат. Такая одежда не стесняла движений и была намного практичней многослойного обмундирования красноармейца. Шинели тоже использовались финнами. Однако посетители сразу обратят внимание, что они были всего лишь чуть ниже колен". ...w jednej z gablot przedstawiony jest zimowy komplet odzieży czerwonoarmisty, złożony między innymi z szarego sukiennego szynela i czapki zimowej tzw. budionówki wzór 1927 r., która wciąż jeszcze była wykorzystywana w wojskach w roli nakrycia głowy. Niestety bardzo szybko wyszły na jaw wady takiego umundurowania - długie szynele przeszkadzały w szybkim poruszaniu się, a budionówka nie chroniła przed zimnem, ponadto jej szpic nie pozwalał na założenie hełmu stalowego. Prócz tego żołnierze radzieccy w swojej ciemnej odzieży byli dobrze widoczni na śniegu. W armii fińskiej w roli ciepłej odzieży szeroko wykorzystywane były różnego rodzaju półkożuszki i kurtki futrzane z owczych i psich skórek. Jednakże bardzo często fiński żołnierz wolał walczyć w samej bluzie, pod którą zakładał gruby, wełniany sweter, a na wierzch ubiór maskujący. Taka odzież nie ograniczała ruchów i była o wiele praktyczniejsza od wielowarstwowego umundurowania czerwonoarmisty. Finowie wykorzystywali także szynele. Ale jak mogą zauważyć odwiedzający, sięgały one tylko nieco poniżej kolan.
  25. Wojna Zimowa

    Szeroko, walki w lasach nie były zbyt częste.
  26. Już odpowiadam. Wynika to, że powyższy fragment filmowy, gdzie mowa o profesji wykidajły (i nawet taka scena szarpaniny w barze w tym fragmencie dialogowym zaistniała), dotyczył okresu transformacji, a że w temacie jest omawiany zakres czasowy prl-u, to zakładany tryb wcześniejszy jak najbardziej się po te zagadnienie plasuje. Poza tym w kontekście baru, wcześniej był przedstawiany emeryt-szatniarz, odpowiedzialny za utrzymanie porządku, teraz doszedł wykidajło, co potrafi z pięści zrobić skuteczny użytek gdy staje w opozycji do zakłócającego mir klienta.
  27. A owe ciekawe informacje znalazłem w artykule pana dr. Mariusza Sampa https://www.onet.pl/informacje/kronikidziejow/kim-byli-dyktatorzy-powstania-listopadowego-wyjasniamy-jak-zorganizowana-byla-wladza-powstancza/2k7hjvg,30bc1058 Ponieważ Internet zmienny jest i za jakiś czas link przestanie działać, więc parę stwierdzeń zacytuję. Prądzyński musiał sporo się natrudzić, by nakłonić Skrzyneckiego do kontynuowania ofensywy. I po raz kolejny obmyślił plan rozbicia nieprzyjaciela. Skrzynecki wprawdzie go zaaprobował, jednak nie popisał się z jego wykonaniem. Miał wówczas przy sobie ponad 40 000 żołnierzy. Z kolei Rosjan było nieco ponad 20 000. Pomimo posiadanej przewagi, Polacy ponieśli druzgocącą porażkę w bitwie pod Ostrołęką 26 maja. No cóż, Skrzynecki w pierwszej fazie wyprawy na Gwardie faktycznie miał trochę ponad 40 tys. żołnierzy, tak ze 41 tys. Ale przeciwnik miał na tym terenie jednak nie 20, a 28 tysięcy (Gwardie i grupa Sackena). Nie mam w tech chwili czasu dokonywać własnych wyliczeń, opieram się na HB Leszczyńskiego. To i tak znacząca przewaga, tyle że do żadnej bitwy przy tym stosunku sił nie doszło, bo przeciwnik się wycofał. Zaś podczas bitwy pod Ostrołęką przewaga liczebna była już po stronie przeciwnika. To, że tak, powiem kluczowy problem, pomniejszych kwiatków też jest sporo. Choćby tytuł: "Kim byli dyktatorzy powstania listopadowego?". A ilu ich było? O ile wiem, to sztuk raz. Gen. Radziwiłł nie sprawdził się jako dyktator powstańczy. Zaiste, bo nim nie był. Rząd Narodowy 26 lutego na nowego przywódcę powstania wybrał gen. Jana Skrzyneckiego. No cóż - nieprawda. Wybrał Naczelnego Wodza, podlegającego Rządowi. Na stanowiska dowódców poszczególnych dywizji Skrzynecki powołał wiernych sobie oficerów: - Antoniego Giełguda - Kazimierza Małachowskiego - Henryka Milberga - Macieja Rybińskiego Pomijam drobiazg, że byli oni generałami, ale to dowódcy dywizji piechoty. A co z jazdą? Choć autor szumnie twierdzi, że Wyjaśniamy, jak zorganizowana była władza powstańcza, to o tym nie pisze niemal nic, poza wspomnianymi nieprawdami. W artykule w ogóle nie wspomina ks. Adama Czartoryskiego, który stał na czele głównej władzy, której naczelni wodzowie, przynajmniej formalnie, podlegali. Po co coś takiego pisze świeżo upieczony pan doktor, specjalista od Średniowiecza, doktorant Akademii Pomorskiej w Słupsku? Czy nie stawia w ten sposób w złym świetle uczelni, która mu ten stopień naukowy przyznała? Kim byli dyktatorzy powstania listopadowego?
  1. Load more activity
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.