Jump to content

Zawartość z ostatnich 3 dni

Showing all content posted in for the last 3 days.

This stream auto-updates     

  1. Yesterday
  2. Transliteracja

    Cóż, ta transliteracja rzeczywiście jest bardzo dziwna i niezgodna z polskimi normami, bo skąd: "owa/ова" przerodziło się w: "ava"? Przecież jednak jancet doskonale wie, że na ogół wynika to z wpisów w paszporcie. Jeśli to Ukrainka to wiadomo, że w tym kraju w różnym czasie stosowano odmienne formy, stąd np. osoby o imieniu: Яценій mogą mieć w paszport wpisane: Jacenij, Yatsenii czy Yatseniy. I tak przy okazji, chyba: Jamał?
  3. Oczywiście nikt nie ma monopolu na symbole, a każda konfesja tym starym może nadać nowe znaczenie. Tylko że ów nieszczęsny kogut dość silnie był związany z rzymskim wyznaniem, już w XI wieku papież nakazał by jego figura zdobiła kopuły kościołów, inna sprawa jak powszechnie wcielano ten nakaz w życie. Kogut miał właśnie przypominać o postawie Piotra i symbolizować nadejście światłości (Chrystusa). Trudno wskazać by protestantyzm przejął ten symbol nadając mu jakieś szczególne znaczenie. W Estonii większość dawniejszych wiejskich kościołów luterańskich miało głównie koguta, w Rosji było już inaczej. "Matthias Johann Eisen [chodzi o autora artykułu "Kukk kirikutorni otsas", "Eesti Kirjandus", nr 7, 1926 ; dostępnego na: digar.ee] who has inspected the meaning of cock on top of church towers claimed it is the prevailing tower symbol on Estonian Lutheran churches. However, the towers of more recent rural churches feaure a cross as a substitute for a cockerel. According to Eisen the Lutheran churches in Russia never have a rooster atop the church tower. Russians are know as having made fun of Lutherans for placing and admiring a cockerel on a church tower. Russians have ironically called Lutherans the petuhopoklonniki (worshippers of cockerels). One can encounter several more instances of mocking the towers of Lutheran churches because of the cockerels they have". /T. Pae "Formation of Cultural Traits in Estonia Resulting from Historical Administrative Division", Disertationes Geographicae Universitatis Tartuensis 28, Tartu 2006/ Co do objaśnienia jakie podano jancetowi to trudno coś powiedzieć, wiadomo jednak że koguty w Rydze pojawiły się już w XII wieku a najstarsza grafika przedstawiająca koguta na wieży pochodzi z XV wieku, mało prawdopodobne by było to związane z przejmowaniem kościołów. Przy czym kogut o którym wspominał jancet to najprawdopodobniej ten z kościoła św. Piotra, który jakiś czas temu był restaurowany. Tylko z jego wielkości niewiele można wnosić co do jego dawniejszych funkcji, to dzieło Pēterisa Saulītisa z 1970 roku i jest to szósty czy siódmy kogut na wieży tej świątyni.
  4. Wojna Zimowa

    Raczej istotniejszym tu będzie nie: jak jest tylko: jak było. A ówczesna Finlandia akurat była państwem w którym broń krótką i długą można było mieć. Obowiązywały wówczas regulacje ustawy z 1933 r., (Laki ampuma-aseista ja ampumatarpeista 33/1933), która z pewnymi zmianami w swym głównym brzmieniu przetrwała do 1998 roku. By uzyskać zezwolenie trzeba było być osobą godną zaufania i...pracowitą. O zezwolenie wystąpić mogła osoba mająca piętnaście lat (za zgodą opiekuna) z tym że tylko na broń do polowań i strzelectwa precyzyjnego, osiemnastolatek mógł już wystąpić o każdy rodzaj broni, choć wciąż za zgodą opiekuna. W ustawie jak i towarzyszącej jej rozporządzeniu (Asetus ampuma-aseista ja ampumatarpeista 34/1933) w zasadzie nie było ograniczeń co do rodzaju broni.
  5. Ochroniarze w czasach PRL-u

    To proste: podejrzenie: "pewnie przed I wojną..." - jest błędne, przynajmniej w świetle znanych mi dociekań językoznawców.
  6. Lektury szkolne - czy jest sens czytać je?

    Jak najbardziej serio. Taki jest sens zapoznawania się z poszczególnymi lekturami. Mamy poznać charakterystyczną formę (bądź odwrotnie: coś awangardowego jak na ówczesne czasy) czy istotną dla epoki treść. To nie jest plebiscyt na najciekawszą książkę epoki. To również nie jest plebiscyt na dobrą książkę. Zresztą nie wiem kto miałby taki plebiscyt rozstrzygnąć: uczniowie którzy jeszcze nic z danej epoki nie przeczytali czy nauczyciele? A może należy zrezygnować z książek z dawnych epok? A to już zależy od indywidualnego podejścia, ja bym przeczytał. Książka może być "dobra" ale nie dla wszystkich ciekawa, to co dla mnie ciekawe niekoniecznie takim musi być dla janceta. Ja uznałem "Lalkę" za niezwykle ciekawą, wręcz wciągającą, moja żona za przeraźliwie nudną. To ma być to lekturą czy nie? Ja na przykład bardzo lubię wiktoriańską tandetę choć wiem, że pod żadnym względem nie są to książki które by można nazwać: dobrymi. Jak najbardziej jestem za przewietrzaniem zestawu lektur, wprowadzaniu doń nowych tytułów (Zwłaszcza bardziej współczesnych), ale jakoś nie wyobrażam sobie nauki języka polskiego na zasadzie: Sęp-Szarzyński stworzył "...", "...", Norwid m.in napisał "...", "..." a taki Mickiewicz m.in. napisał "...", "..." itd. itd., jak chcecie sobie poczytać to te pozycje znajdziecie w szkolnej bibliotece. A dziś zajmiemy się fragmentami "Harry'ego Pottera" a jutro "Assasins's Creed: Renesans". Jestem wręcz zniesmaczony czytając jak to nauczyciele, pedagodzy czy literaturoznawcy postulują by to uczniowie wybierali lektury, bo w erze Facebooka dawne lektury są przebrzmiałe i nie opowiadają o: tu i teraz (A niby czemu mają o tym opowiadać?). Trzeba zatem czytać współczesną fantastykę czy "Dziennik cwaniaka" (jak przekonywała w "Wysokich obcasach" literaturoznawczyni Anna Czernow). W efekcie lekcje polskiego będą mieć formę: pięciominutowe omówienie poszczególnych epok i ówczesnej literatury, oczywiście bez czytania - bo się dziatki znudzą. A potem przechodzimy do czytania tego co chcą uczniowie i oczywiście niech to będą książki współczesne. W efekcie zaczniemy nauczać, że literatura zaczęła się gdzieś w 1997 r., noo może ze starocie uchowają się erotyki Fredry. Te nowe (choć już nie tak nowe) trendy można rozszerzyć również na inne przedmioty, choćby matematykę. Dziś bardziej rozbudowany kalkulator pozwala rozwiązać funkcje i inne skomplikowane wzory, po co zatem poznawać obowiązkowe wzory skoro to do niczego niepotrzebne? Ostatnio byłem świadkiem jak pewna osoba liczyła nadgodziny, musiała obliczyć ile tych nadgodzin wyszło dla osoby która zakończyć miała służbę o 8.00 a skończyła o 12.00. Otóż ta osoba liczyła to na kalkulatorze w komórce, no i niby wyszło mu prawidłowo ale ja byłem dość zszokowany. Podobnie jestem zszokowany gdy muszę tłumaczyć znaczenie: "moralność Kalego", "dantejskie sceny", jak działa "paragraf 22", na czym polega dowcip w komiksie: " - Czytałeś Norwida? - Nie, a kto go napisał"? Bez wątpienia uczniowie (a i rodzice pewnie też) byliby bardziej zadowoleni gdyby nauka była łatwa i przyjemna, lektury tylko ciekawe a zadania fajne, tylko jest to postulat niemożliwy do spełnienia. A i zadania systemu edukacji chyba są nieco inne.
  7. Last week
  8. Sztuka i kultura w epoce napoleońskiej

    Z tym obrzydzeniem artysty względem monarchii to już pewna przesada, noo przynajmniej pieniądze brane od monarchistów nieszczególnie go chyba brzydziły. Ta dedykacja miała specyficzną formę, artysta po prostu na karcie tytułowej u góry napisał Napoleon Bonaparte a u dołu: Luigi van Beethoven. Tak przynajmniej twierdził baron von der Pfordten (tegoż "Beethoven's Character and Destiny", "The Open Court" Vol. XXV, No. 11, November 1911). Nie negując że ta symfonia miała być dedykowana Napoleonowi, to przecież ten został cesarzem już w maju 1804, a Eroica nie powstała w 1803 r. - kończył ją właśnie w 1804. Beethoven zatem niezbyt się spieszył z wycofaniem swej dedykacji. Dla jednych nowy podtytuł: "Sinfonia eroica, composta per festeggiare il sovvenire d'un grand'Uomo" ma być pożegnaniem z Napoleonem, dla innych to po prostu dedykacja skierowana do księcia Josepha Franza Lobkowitza, mecenasa artysty. To w jego zamku artysta dopracowywał utwór i to on ostatecznie zań zapłacił, zresztą czterokrotnie więcej niż mieli dać Francuzi. Za Lobkowitzem jako adresatem dedykacji optuje Michael Tusa, który w wiedeńskich archiwach dotarł do najwcześniejszych fragmentów tego utworu. /tegoż "Die autentischen Quellen der 'Eroica'", "Archiv für Musikwissenschaft" 42. Jahrg., H. 2. (1985)/ Informacja podana przez Esterę jest niedokładna, "Wellingtons Sieg oder die Schlacht bei Vittoria" co prawda opiewa zwycięstwo tego księcia, ale utwór ofiarowany jest innej osobie, na drugiej karcie widnieje jako adresat dedykacji: "Prinz - Regenten von England Georg August". Różnie jest interpretowana późniejsza twórczość Beethovena, tam gdzie np. Maynard Elliott Solomon (autor m.in. biografii "Beethoven" czy "Beethoven Essays") widział "rozpad stylu heroicznego" to Stephen Rumph widział "proklamację nowej lojalności" (w: "Beethoven After Napoleon: Political Romanticism in the Late Works"). Jedno jest pewne, nie tylko sławił Wellingtona ale i sam kongres wiedeński, wreszcie na jego otwarcie skomponował kantatę "Der glorreiche Augenblick".
  9. Tylko nie bardzo rozumiem co oznacza słowo: "jeszcze"? W lutym to raczej nie miał co proponować, mógł to uczynić właśnie w marcu. A sprzymierzeni nie chcieli przystać na propozycję pokojową gdyż walka z Napoleonem miała mieć charakter kontrrewolucyjny. Według opinii Alfreda Manfreda pozostanie przy władzy przez Napoleona wiązało się z zabezpieczeniem Francji przed wojną. Oferta pokoju była jednocześnie przyznaniem się do pewnej słabości. "Do wszystkich mocarstw europejskich - Rosji, Anglii, Austrii i Prus zwrócił się Napoleon z propozycjami pokoju - pokoju na warunkach status quo. Oświadcza uroczyście, że wyrzeka się wszelkich pretensji, że Francja niczego nie trzeba oprócz pokoju. Rozumiał dobrze, że będzie mógł utrzymać władzę i poparcie narodu tylko jeśli oszczędzi mu się okropności wojny". /tegoż "Napoleon Bonaparte", Warszawa 1980, s. 759/
  10. Koronawirus

    W sumie to raczej nie ma sensu jakaś dyskusja. Zdaje mi się, że zmierzamy do sytuacji, że po konferencji strony rządowej wystarczy w mediach puścić: "Buu!!", "Złodzieje!", "Rozliczcie aferę...", "Rząd kłamie!". Po konferencji z propozycjami opozycji wystarczy puścić: "Zdrajcy!", "Psuje!", "Kłamcy!". Zaoszczędziłoby to zbędnego bicia piany, powtarzania tych samych "argumentów" a wielu zaoszczędzi to nadmiernej ekscytacji, która chyba u niektórych powoduje jakieś zaciemnienie umysłowe. Jeszcze nie zaczęły się szczepienia, ledwo rząd ogłosił ile dawek zakupił (w podstawowym pierwszym rzucie) a już jancet zabrał się za wyliczenia i wyszło mu, że miast narodowego programu szczepień będziemy mieli narodową katastrofę, jeśli nie apokalipsę. Od wpisów janceta minęło trochę czasu i wydawałoby się, że może powinien co nieco sprostować. Jak widać on sam tak nie uważa. Zatem garść moich refleksji i uwag... Na początku większość rządów i stosownych instytucji medycznych uważała, że w ich kraju nie dojdzie do jakiejś ciężkiej sytuacji. Jakoś tak uważano, że przejdzie to w zasadzie bokiem i wystarczą odpowiednie kontrole na lotniskach itp. działania. Wystarczy sprawdzić jakie dość uspokajające komunikaty wydawał na początku epidemii szacowny Instytut im. Kocha w Niemczech, jak tłumaczył brak potrzeby zakupu przez rząd dodatkowych środków ochronnych. I pomimo, iż wielu naukowców czy medyków ostrzegało, że w każdej chwili może się pojawić jakaś niezwykle groźna epidemia, to w wielu krajach europejskich uznawano, że pewnie da się to ograniczyć do Azji czy Afryki. A kiedy mleko zaczęło się rozlewać po poszczególnych krajach to mało który rząd w pełni był przygotowany na to z czym przyszło mu się mierzyć. I nawet w krajach, które bardzo dobrze potrafiły sobie poradzić z epidemią, rządy nie ustrzegły się krytyki. Poszczególne kraje przyjęły różne (choć podobne) strategie, wypada chyba jednak długo poczekać na ocenę, które były najskuteczniejsze, a jeszcze dłużej by poznać hipotezy - dlaczego tak było. Z polskiego podwórka... oczywiście w mediach i sieci pojawiło się mnóstwo "ekspertów" i każdy wiedział lepiej od innego co trzeba zrobić i dlaczego rząd robi to źle. Powszechne były głosy by rząd opierał się w swych działaniach na ekspertach, zwłaszcza tych medycznych. No, niby jak najbardziej słusznie. Tylko mało kto pamięta, że na początku wielu lekarzy odradzało noszenie maseczek (niezależnie od ich typu), potem już wszyscy je zalecali tylko na ogół (za rekomendacją WHO) mówiono by nie kupować maseczek chirurgicznych. Przy czym większość zdawała sobie sprawę, że ta rekomendacja WHO nie miała nic wspólnego ze skutecznością takich maseczek, tylko z próbą opanowania rynku, tak by tego typu produkty nie trafiały na ogólny rynek tylko do placówek medycznych. Udało mi się usłyszeć tylko jedną osobę, która przyznała, że na początku epidemii w kwestii maseczek myliła się. W TVN24 udało mi się obejrzeć rozmowę ze znanym ekspertem od zakażeń. Występował w tej stacji całkiem często, mówił ostro i bez ogródek, przy tym mówił żywo z pewną taką energią wymowy, która siła rzeczy powoduje zwiększoną emisję aerozoli. W inkryminowanym wywiadzie ganił on zwykłych Polaków za nieutrzymywanie dystansu i noszenie maseczek na brodzie, ganił polityków, że w przestrzeni publicznej nie zachowują odpowiedniego dystansu i nie noszą maseczek. Pech chciał, że był to wywiad na powietrzu i operator robił chyba film z ręki bo momentami było widać że ktoś trzymał mikrofon w ręce a nie był on osadzony na jakimś uchwycie. W efekcie dystans nie był zachowany, co gorsza doktor swą maseczkę miał... na brodzie. Najważniejsze jednak by słuchać i brać przykład z ekspertów. Obecnie w wielu krajach, w wybranych przestrzeniach, zaczyna się rekomendować bądź nakazywać noszenie danego typu maseczek. I u nas znów zaczyna się wokół tej kwestii dyskusja, przy czym jeden ekspert lekarski powiada, że maseczka chirurgiczna jest lepszym zabezpieczeniem od powiedzmy maseczki bawełnianej a drugi twierdzi, że wcale - nie, bo chirurgiczna pozostawia po bokach zbyt dużo otwartej przestrzeni. Najważniejsze jednak by słuchać ekspertów. Mam przekonanie, że gdy polski rząd wyda zalecenie co do rodzaju maseczek (a nie daj Boże - nakaz) to od razu pojawią się wezwania by rząd sfinansował każdemu stosowny zapas odpowiednich maseczek a najlepiej - to żeby w każdym mieście powstały setki maseczkomatów, gdzie będzie można je pobierać za darmo i do woli. A i pewnie ktoś podniesie by refundować zakupy przyłbic. Z "Polityki" dowiedziałem się jak osiągnąć sukces w walce z epidemią, objaśniła je jedna z przywódczyń Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Na czele rządu powinna stać kobieta, bo w krajach gdzie rządzą kobiety sytuacja jest najlepsza. Ot wybrała te kraje (jak Tajwan czy Nowa Zelandia) które sobie dobrze radzą i wyszło jej to co wyszło. Przy czym pandemia jeszcze się nie skończyła a członkini OSK już wie, iż dzięki temu że Niemcami rządzi Angela Merkel to kraj ten radzi sobie tak dobrze z sytuacją. Ja jakoś nie jestem przekonany czy wynika to z faktu bycia kobietą przez danego przywódcę. Dowiedziałem się też ("Polityka"), że proponowane przez rząd zwolnienia dla osób które już się zaszczepiły pełnymi dawkami są bezsensu. A to dlatego, że wielu sfałszuje np. kod QR. Zważywszy że nie przewiduje się wydawania kart zabezpieczonych jak te z banków to pełna racja. To może tatuaż na czole? A co zaproponował krytyk? Bon edukacyjny dla dzieci bądź dzień wolny w pracy. A jak nie mam pracy ani dzieci? Oczywiście nie zająknął się, że tak chwalony za akcję szczepień Izrael właśnie dla w pełni zaszczepionych przygotował całkiem podobne zwolnienia z obostrzeń. Ważne jednak by skrytykować. Przy czym osobiście jestem przeciwny tego typu zwolnieniom, już to z racji medycznych - nie ma żadnej gwarancji, że osoba zaszczepiona nie będzie nosicielem, już to z racji społecznych - by nie wytworzyła się jakaś paranoiczna sytuacja "nur für gempte". Wreszcie z przyczyn praktycznych, nie bardzo sobie wyobrażam jak to w praktyce weryfikować? Bramkarze w lokalach będą weryfikować QR i odliczać te osoby z limitu osób jakie mogą się zgromadzić na danej przestrzeni? Podobne czynności mają wykonywać kościelni, personel sklepowy? Natomiast wartymi rozważenia jest wpuszczanie takich osób na imprezy "zamknięte", typu biletowego: mecze, koncerty, sztuki teatralne. Dowiedziałem się ("Polityka"), że wskaźniki makroekonomiczne jak na czas pandemii dobre... zatem jest źle. Jest źle bo nie ma "dobrych" ofert pracy, bo pracodawcy oferują niższe płace, bo niby z bezrobociem nie jest tak źle ale zniknęli Ukraińcy a statystyki tego nie uwzględniają. Jest źle bo Polacy nie szukają pracy. To że jest wewnętrznie sprzeczne autora już nie obchodziło. Z jednego artykułu dowiedziałem się, że brakuje respiratorów, z kolejnego zdania (tegoż samego artykułu) że nie tyle brakuje respiratorów ale osób mogących je obsługiwać, a z kolejnego że wcale nie to jest problemem tylko brak odpowiedniej infrastruktury (instalacji). By z innego numeru dowiedzieć się, że problemem nie jest brak respiratorów tylko brak tlenu, a w ogóle to nie brak tlenu tylko butli. W sumie to już nie wiedziałem czego tak naprawdę brakuje i co jest najpoważniejszym problemem. Pewnie brakuje wszystkiego. Kilka artykułów "Polityka" poświęciła pielęgniarkom. W jednym opisywano ciężką pracę pielęgniarek, jedna z bohaterek była przełożoną na oddziale kowidowym, choć jak sama relacjonowała miała prawdziwego fioła na punkcie prewencji (odkażanie, mycie, środki ochrony itp.). A jednak ciężko zachorowała, jej historia tchnęła jednak pewnym optymizmem: jak tylko w pełni wyzdrowieje od razu zamierza wrócić do pracy i dalej pracować "na froncie" walki z kowidem. Autor nie zwrócił (bądź nie chciał zwrócić) uwagi na pewien niepokojący szczegół tej historii, otóż ta przełożona pielęgniarek od pewnego czasu odczuwała słabość, kłopoty z oddychaniem a jednak wciąż kontynuowała pracę i nie wykonała żadnych badań. Dopiero po jakimś czasie, jak sama zauważyła - po presji kolegów i koleżanek z pracy zdecydowała się wreszcie zrobić stosowne badania, choć była przekonana że jest to jej niepotrzebne. Przy czym z tekstu nie wynika by miało być to jakieś ostrzeżenie przed bagatelizowaniem objawów przez personel medyczny. Przy całym szacunku dla chęci pracy, ta pani nie powinna być ani przełożoną pielęgniarek ani pielęgniarką na kowidowym oddziale. Wykazała się skrajną nieodpowiedzialnością. Gdzieś toczyła się w sieci dyskusja pomiędzy koronasceptykiem a pewnym lekarzem zawiadującym oddziałem kowidowym. Panowie przerzucają się argumentami a wreszcie lekarz zaprasza koronasceptyka do siebie na oddział by zobaczył jak wygląda stan tych rzekomo zdrowych pacjentów i by sobie z nimi pozmawiał co sądzą o tym, że nie ma koronwirusa. To w ten sposób wygląda utrzymywanie reżimu sanitarno-epidemicznego według osoby która zawiaduje takim oddziałem? Jak najbardziej jestem za tym by docenić trud pracy lekarzy, pielęgniarek i personelu medycznego, zwłaszcza w tych czasach. Wypada jednak też przypomnieć, że nikt nie zostaje lekarzem czy pielęgniarką przypadkowo. Przypadkiem można zostać ochroniarzem, kurierem, pakowaczem, jak ktoś wybrał taką profesję to wiedział czego może się spodziewać zarówno pod względem finansowym (na ogół kokosów nie będzie) jak pod względem specyfiki. A specyfika jest taka że ma się do czynienia z chorymi. A chorzy mogą zarażać, i trzeba było mieć to wkalkulowane przy wyborze zawodu. Jak najbardziej należy się w obecnych czasach dodatek, ale czy na pewno dla wszystkich? Czytam czy wysłuchuję argumentacji: nie pracuję na kowidowym, nie mam dodatku choć przecież mogę przyjmować zarażonego pacjenta. Także policjant szarpać się może z pijanym bandytą, który jest zarażony, pani w sklepie przekłada towary które mógł dotykać zarażony nie zachowujący odpowiednich środków ostrożności i można tak w nieskończoność. Zatem - dodatek pewnie należy się prawie wszystkim. Cała ta retoryka wojenna o walczących na pierwszej linii frontu czasami bywa przewrotną, co z sytuacjami gdzie nie można było skompletować obsady oddziału kowidowego a taka obsada znalazła się gdy przeznaczono dodatkowe pieniądze na pensje. Najemnicy? Przy czym zasady udzielania dodatku dla świata medycznego uważam za źle sformułowane i zbyt wąsko potraktowano przedstawicieli tej profesji, ale nie jestem za tym by wszyscy mieli taki bonus otrzymywać. Nauczyciele... przy zapowiedzi któregoś powrotu do normalnego nauczania przedstawiciel związku zawodowego zaprezentował żądanie by każdy uczeń siedział za odpowiednią osłoną z plexi, by takie bariery mieli też uczniowie. Pewnie by nie zaszkodziło, to może sięgnąć po fundusze własne i to zrealizować - choćby w taki sposób jak zbiera się na wycieczki, w sytuacji gdy te i tak nie mogą się odbywać? A może w ramach dobrego przykładu część takich żądań zaczną finansować związki zawodowe, i nie dotyczy to tylko nauczycieli? Winą rządu jest struktura wiekowa nauczycielskiej profesji, jako że okazało się że wielu nauczycieli gorzej sobie radzi ze sprawnym posługiwaniu się aplikacjami w nauce zdalnej od swych podopiecznych. A może tak związki zawodowe zorganizowałyby odpowiednie kursy, choćby on-line? Przy czym, nie łudźmy się, nastolatek prawie zawsze będzie bieglejszy w wykorzystaniu takich narzędzi od osoby w średnim wieku. Wychodzi na to, że nastolatków powinni nauczać nastolatki by było lepiej. Przy czym pandemia ujawniła to co było wiadomym tylko głośno się o tym nie mówiło. Każdy mógł zobaczyć i usłyszeć jakie androny potrafią pleść nauczyciele. I nie chodzi o zwykłe błędy tylko o elementarny brak wiedzy. Zdalne nauczanie okazało się nie tak dobrym jak to prowadzone bardziej tradycyjnie. W efekcie mamy mieć upośledzone pokolenia, które w późniejszym czasie będą mieć różne kłopoty, w tym na rynku pracy. A ja pamiętam jak to zachwycano się postępującą cyfryzacją szkół. Jak to niektórzy nauczyciele zachwycali się gdy dostali darmowy pakiet różnych aplikacji od Microsoftu i mówili, że wreszcie będzie można odejść od kredy i wykładów bo wszystko będzie w komputerze i na monitorze. Matury mają być uproszczone, w „Polityce” można przeczytać że to słuszne posunięcie, tylko że rządowe ułatwienia wcale nie są ułatwieniami, że powinny mieć one inny kształt. Tego czego tam nie wyczytamy to oczywiście jakie to mają być te lepsze ułatwienia. I ciekawa kwestia, trochę potrwało zdalne nauczanie a zarówno uczniowie jak i nauczyciele nie mogli się doczekać powrotu do normalnych lekcji. Właśnie tak, uczniowie nie tyle tęsknili za znajomą grupą rówieśniczą a właśnie za nauczycielami i tradycyjnymi lekcjami. A już nauczyciele to wprost nie mogli się doczekać swoich podopiecznych, czemu nieco przeczą statystyki według których w niektórych miastach liczba zwolnień lekarskich poszybowała w górę i nie są to zwolnienia wyłącznie z powodu zarażenia się koronawirusem. Nauczyciele żądali badań swego środowiska, w czym wtórowała im opozycja. Gdy rząd wyraził taki zamiar wielu ekspertów stwierdziła że nie ma to większego sensu. Opozycja poparła... ekspertów. Nauczyciele żądali by byli jak najszybciej szczepieni, a gdy to miało nastąpić zaczęły się protesty bo to niesprawdzona szczepionka, nie dla starszych osób a tych jest wielu w tym zawodzie. Przy czym nikt nie zwracał uwagi na fakt, że w pierwszej kolejności mieli być szczepieni nauczyciele pierwszych stopni edukacji gdzie jednak przeważają ludzie młodsi. Propozycje opozycji uważam za takie z gatunku: mniej-więcej i wcześniej-później. Co by rząd nie zrobił – jest to złe. Pieniędzy powinno być wydanych więcej i na szersze grupy, obostrzenia powinny być ale nie takie jakie wprowadził rząd. Jakie – to już nie bardzo wiadomo. Przy czym sama opozycja nie bardzo wie kogo powinno się słuchać: lekarzy czy przedsiębiorców. I jak wyważyć racje obu stron. Było na początku nieco modelach matematycznych mających być pomocne przy analizach. Przeczytałem jeden artykuł z naukowcem zajmującym się taki modelowaniem na potrzeby naszego rządu, i wysłuchałem dwóch wywiadów dotyczących tej tematyki. Najbardziej podobał mi się artykuł w „Polityce” - zaczyna się od uspokajającej informacji według której naukowcy wiedzą co było i co będzie (dzięki tym modelom), co więcej wszystko im się zgadza, to znaczy ich modele się sprawdzają i dokładnie przewidują rozwój epidemii w naszym kraju. Problem w tym, że nie podano jakie to konkretnie wnioski wysnuto z tych modeli, bo to że na jesieni będzie wzrost to wiedzieli wszyscy bez tak wyrafinowanych narzędzi. Bez modeli wiem, że obostrzenia w różnych krajach trudno porównywać bo w grę wchodzi np. czynnik społeczny (choćby samodyscyplina). Bez modelu wiem, iż dana strategia może się sprawdzić w jednym państwie a niekoniecznie w innym, choćby z racji gęstości zaludnienia czy charakterystyki gospodarstw domowych. Przy czym, chyba jednak nie wszystkie modele się jednak sprawdzały skoro naukowiec przyznał, że na początku pandemii w swym modelu nie uwzględnili zmniejszenia transmisji spowodowanej kwarantanną. W tych trzech wywiadach, w zasadzie nie pada żaden konkret. Dowiadujemy się, że dzięki modelom naukowcy mogą powiedzieć politykom jakie decyzje są słuszne a jakie głupie, tylko nie poznamy przykładów. W jednym z radiowych wywiadów naukowiec przyparty do muru wreszcie podał konkret: przewidywaną liczbę zakażeń w lutym 2021 r. - przy wariantach w których szkoły zostaną otwarte bądź nie. Poczekałem do końca tego miesiąca, jakoś jednak przewidywania się nie sprawdziły. Jestem jednak przekonany, że ów naukowiec łatwo objaśni dlaczego jego przewidywania się nie sprawdziły. Tylko na czym mają bazować rządzący? Z naszego krajowego podwórka dowiedziałem się, że korespondencyjne głosowanie proponowane przez rząd stwarza zagrożenie katastrofalnym wzrostem zakażeń, a to zaproponowane przez opozycję – już nie. Istnieją zgromadzenia i demonstracje, które wcale nie mają wpływu na sytuację epidemiologiczną i takie, które mają. Te pierwsze to takie które popiera opozycja. Polski rząd zarżnął komunikację miejską wprowadzając ograniczenia liczby pasażerów, tak napisano w „Polityce”. A wsparto się niemieckim badaniem według którego mniej jest zarażonych pośród bezpośredniej obsługi (jak konduktorzy) w porównaniu do maszynistów itp. stanowisk. Tylko co z tego? Co to ma do pasażerów? Przy czym już nie przeczytamy, że na tejże kolei wprowadzono obostrzenia: 60% miejsc może być zajętych (na PKP było to 50%), a główna niemiecka kolej znacząco ograniczyła wówczas (gdy wydrukowano się ten artykuł) liczbę połączeń. Wydaje się że jancet nie zagłębiał się w szczegóły dotyczące zakupu szczepionki przez nasz rząd stąd jego błędne wnioski. Według niego nie dość że nie zaszczepimy ludzi odpowiednio szybko przed pojawieniem się nowej mutacji wymagającej innej szczepionki to jeszcze 80% zakupionych szczepionek zostanie zmarnowanych. To tak dla przykładu: Kanada jest krajem o podobnej liczbie ludności co Polska, tempo szczepień jest w tym kraju prawie dwukrotnie mniejsze niż u nas (3,6 dawki na 100 osób, u nas – 6,73; pisałem to około 19 lutego). Jeśli dobrze sprawdziłem to władze tego kraju zakupiły 15 mln dawek (w ramach COVAX) i jeszcze... 398 milionów dawek. Nasze władze zakupiły 66 mln dawek. Strach pomyśleć jak skomentowałby to jancet będąc Kanadyjczykiem. Tymczasem patrząc na tempo szczepień; liczonych w dawkach na 100 mieszkańców; Polska w Europie nie odstaje (stan na 19 lutego), co więcej radzi sobie całkiem dobrze. Lepiej niż Niemcy, Francja, Hiszpania, Holandia, Czechy, Szwecja, Belgia i szereg innych krajów. To wychodzi na to, że cała Europa jest opanowana przez rządy działające w sposób szkodliwy dla swych narodów. Ja nie wiem jak będą przebiegać szczepienia w Polsce, jak będzie wyglądać podsumowanie tej akcji. Może jednak poczekajmy z ocenami do jej zakończenia? Przy czym janceta apokaliptyczne wizje marnujących się szczepionek wynikają z niewiedzy. Założył chyba, że wszystkie zakupione dawki pojawią się w naszym kraju w jednym rzucie, choć łatwo można było sprawdzić, że takie dostawy będą się odbywać w transzach. Ciekawe, że jancetowi wyszło że zakupiliśmy zbyt wiele dawek a "Gazecie Wyborczej" że mamy ich zbyt mało. Sugestia, że ktoś wziął w łapę przez co zamówiliśmy tak wiele dawek – jest śmieszna. Taką łapówkę mógłby dać jedynie ktoś z firmy farmaceutycznej, a to jej się po prostu nie opłacało. Za większą sumę szczepionki można było sprzedać poszczególnym krajom niż Polsce w ramach umowy wynegocjowanej przez urzędników unijnych. To po co ktoś miałby płacić gdy kolejka po szczepionki jest długa i dla wszystkich na początku nie wystarczy? Chyba, że jancet sugeruje iż warunki wynegocjowane przez Unię nie były aż tak korzystne? To co mam do zarzucenia rządowi to chaos informacyjny i tryb wprowadzania obostrzeń. Wprowadzanie tychże względem firm - z dnia na dzień a nawet z godziny na godzinę jest czymś niedopuszczalnym. Przy czym nie jestem zwolennikiem proponowanych map pokazujących, że gdy będzie tyle a tyle zakażeń to wejdą w życie takie a nie inne obostrzenia. Tego typu pomysły nie uwzględniają np. ewentualnej specyfiki populacji gdzie głównie następuje ten wzrost. Zamykanie niektórych branż wydaje się być bezzasadne. Wiele można by usprawnić bez jakichś dużych kosztów, choćby wysłać „terytorialsów” czy żołnierzy ze służb chemicznych by zajmowali się dekontaminacją karetek odciążając w ten sposób ratowników. Ogólnie oceniam poczynania rządu na 3-. W następnym wpisie postarać się spróbować pokazać jak to było w Ameryce... skoro jancet wywołał ów kraj jako przykład dla nas.
  11. Osobiście uważam, że gdyby nie było PRL, to w latach 1944-1990 nie byłoby Polski, tylko co najwyżej Polska Socjalistyczna Republika Radziecka. Nie za bardzo mogę dostrzec powód, dla którego Armia Czerwona miałaby opuścić zajęte przez siebie ziemie i oddać je wrogom swego państwa. Miłoszewski podjął się literackiego opracowania sytuacji, w której Polska pozostaje wprawdzie przyjazna ZSRR, ale dominują w niej wpływy Francji de Gaulle'a, można domniemywać, że tez przyjaznej ZSRR. Wizja niespecjalnie sympatyczna. Natomiast w realnie istniejącym PRL wcale nie wykluczano przystąpienia do planu Marshalla, podjęto rozmowy, no ostateczna decyzja Kremla była negatywna.
  1. Load more activity
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.