Skocz do zawartości

secesjonista

Administrator
  • Zawartość

    25,363
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O secesjonista

  • Tytuł
    Ranga: Rektor
  • Urodziny 03/13/1943

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    Historia XIX wieku

Kontakt

  • Strona WWW
    http://

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Zainteresowania
    Socjologia, historia idei

Ostatnie wizyty

7,195 wyświetleń profilu
  1. Walcheren - znaczenie strategiczne w różnych epokach

    To proszę podać źródło tej informacji, oczywiście poza tą wskazaną pozycją beletrystyczną. I co tu znów plecie euklides? Historycy francuscy są "be" z racji roli Bernadotte, a euklides: "nie za bardzo kojarzy" ale kojarzy, że w powieści historycznej są podane same fakty. Ciekawe, to dlaczego jest to powieść a nie opracowanie historyczne? Sam euklides sprawdzał wierność faktom, ale dziś nie wie: gdzie i u kogo? To ja też mogę powiedzieć: sprawdzałem ale nie kojarzę gdzie i co i u kogo, ale wiem że pani Selinko się myli. Potrafi euklides sfalsyfikować taką wypowiedź? Ignorancja do potęgi, co ma ów indeks do charakteru książki? Chyba nie rozumie euklides roli tego Indeksu (nie wyklikał do tej pory tego euklides?), ależ nic on nie mówi o charakterze naukowym: w jedną i w drugą stronę. To na studiach politechnicznych nie informowano jak prawidłowo podać przypis bibliograficzny? Dziwne studia... To wreszcie poznamy te cytaty w oryginalnym brzmieniu?
  2. Konie wymierają

    Żadne, konie w Ameryce wymarły w pliocenie, ani w Ameryce ani na (w?) Eurowizji nie zmieniło to w sposób szczególny trybu życia tamtejszej ludności. Tak już powracając do mej upierdliwości, ma jakiś kłopot Gryfon z językiem polskim? Jako, że kolejny raz zastanawiam się czy napisał to co chciał napisać, vide: "Eurazji" czy "Eurowizji". Nadmieniam, że administrator tylko do czasu jest spolegliwym korektorem cudzych wpisów, a prawie każdy wpis Gryfona wymaga takiej interwencji (co proszę rozumieć jako regulaminowe ostrzeżenie).
  3. O wprowadzaniu (i usuwaniu) gatunków.

    No to poszerzył swą wiedzę euklides, choć przed napisaniem swego wpisu wystarczyło wejść na stronę tak ulubionej przez euklidesa strony jaką jest Wikipedia, gdzie objaśniono jakie miejsce we współczesnej taksonomii zajmują lamy. A jednak nie przeszkodziło to euklidesowi w wypowiadaniu się o pochodzeniu różnych gatunków.
  4. Walcheren - znaczenie strategiczne w różnych epokach

    To jest mało skomplikowane, proszę przy cytacie podać: źródło, stronę i rok wydania. I najlepiej zacytować w oryginalnym brzmieniu źródła, bo nie mam zaufania do tłumaczeń euklidesa. I przypomnijmy, wciąż euklides za swe źródło uznaje beletrystykę. Nie zna euklides jakiegokolwiek opracowania historyka francuskiego (przy jego znajomości tego języka?), które by wspierało jego zdanie?!? To proszę udowodnić iż pani D. byłą świadkiem tej rozmowy, bo chyba euklides nie rozróżnia fikcji literackiej od faktów. Cytat z czego i kogo? Gdzie uczył się cytowania źródeł euklides?
  5. O wprowadzaniu (i usuwaniu) gatunków.

    Ściemy to wielokrotnie zaprezentował na tym forum sam euklides, od powieści które są jego źródłem wiedzy historycznej do opracowań historycznych, których autorów nie pamięta i nie potrafi ich zacytować, ale się na nich opiera. Zadziwia mnie "szerokość" zagadnień podejmowanych na polskich politechnikach kiedy to tam studiował euklides, raczej na tego typu uczelniach z rzadka rozstrzyga się zagadnienia taksonomii. Atoli zmartwię euklidesa bo jego wiedza jest mocno przestarzała albo nepełna, warto czytać nowości, jako że w w tym obszarze wciąż następują zmiany związane miedzy innymi z badaniami genetycznymi. Zatem wywody pochodzenia wskazane przez euklidesa - są słuszne, jak i moja uwaga - jest słuszna (wedle współczesnej wiedzy). Może coś sobie "wystuka" w sieci euklides (tak często się powołujący na tego typu informacje) o tym dlaczego wikunia i gwanako andyjskie to lamy.
  6. Życie w ZSRR

    Jak wiadomo na "zgniłym" Zachodzie bogaci burżuje uciekali (i uciekają) do innych krajów przed wysokimi podatkami w swym ojczystym kraju, niewielu miało takie samozaparcie by popierać wysokie podatki jak autorka "Dzieci z Bullerbyn", choć i ona nie wytrzymała gdy naliczona jej raptem 102% podatku i odpowiedziała satyrą "Pomperipossa i Monismanien", która ponoć przyczyniła się mocno do upadku ówczesnego rządu (i jak tu nie wierzyć w siłę literatury?). Dość powszechnie uznaje się, że w dawnych państwach bloku socjalistycznego fiskus nie był tak dotkliwy (pomińmy tu różne fiskalne metody wykańczania "prywatnej inicjatywy") dla przeciętnego obywatela. I co do zasady jest to racja, ale i w tych państwach twórcy napotykali na podobne fiskalne rafy jak Astrid Lindgren. Wiktoria Tokariewa zadebiutowała opowiadaniem "Dzień bez kłamstwa" ("День без вранья") w 1964 r., a swą pierwszą książkę "To, czego nie było" ("О том, чего не было") wydała w 1969 r. (a więc za panowania L. Breżniewa). W połowie lat osiemdziesiątych autorka uczestniczyła w targach książki we Frankfurcie nad Menem, gdzie ze zdziwieniem zobaczyła bardzo ładnie wydane jej opowiadania. Zwróciła się do przedstawiciela wydawnictwa z naiwnym pytaniem dlaczego nie otrzymała żadnych pieniędzy za wydanie jej książek zagranicą, w odpowiedzi usłyszała, iż wszelkie zobowiązania finansowe zostały uregulowane z Wszechzwiązkową Agencją Praw Autorskich* ((Всесоюзное агентство по авторским правам). Kiedy zwróciła się do tej instytucji dostała odpowiedź: "Все правильно, вас издают за рубежом, но у нас ведь прогрессивный налог: чем больше писатель печатается, тем выше ставка, ваш налог с прибыли составил 80 процентов", i dodano; chyba dla osłodzenia tej przykrej informacji; "Со Стругацких мы в этом году вообще взяли 102 процента" (jakieś fatum z tymi 102% ). /J. Mirońska "Człowiek wśród absurdów rzeczywistości radzieckiej i paradoksów współczesności rosyjskiej. Twórczość Wiktorii Tokariewej", Rozprawa doktorska napisana pod opieką prof. dr hab K. Dudy, Kraków 2014, s. 14; cyt. za: A. Ченских "Литературный дневник. Из интервью с Викторией Токаревой", tekst dostępny na stronie: www.stihi.ru/ * - która to Agencja powinna nazywać się raczej: Anty-praw Autorskich: "Do 31 grudnia 1990 roku radziecki pisarz nie mógł dysponować prawami autorskimi do swojego dzieła, nie mógł ich sprzedać za granicę, mimo że od 1988 roku umowy z zagranicznymi wydawnictwami powinny być podpisane również przez autorów. Radzieckie wydawnictwo nie mogło samodzielnie dysponować prawami na wykorzystanie utworów za granicą". /tamże, s. 14, przyp. 44/
  7. Udomowienie zwierząt a wyginięcie ich dzikich przodków

    Tylko, że jancet wskazywał na całkiem inny aspekt wyginięcia zwierząt dzikich w powiązaniu z udomowieniem. Pryszczyca do nich nie należy, podobnie jak polowania w wyniku których zniknęły całe populacje danego gatunku. "W 1927 r. ukazała się drukiem w Poznaniu jego monografia pt. "Żubr Puszczy Białowieskiej" [chodzi o przyrodnika Konrada Wróblewskiego - dopisek mój], która jest ważnym źródłem informacji o życiu ostatniej wolnej populacji żubrów nizinnych. Konrad Wróblewski przeprowadził sekcje 81 żubrów i określił przyczyny ich śmierci. Interesująca jest informacja, ze w tamtych czasach pryszczyca powodowała niską śmiertelność żubrów (5% przyczyn) oraz fakt wykrycia we krwi żubra pasożyta - świdrowca Trypanosoma". W latach 1953-1954 miała miejsce epizootia pośród żubrów w okolicach; tak bliskich sercu Tomasza N; Pszczyny i Niepołomic. Zatem różnie z tym wpływem pryszczycy bywało. /M. Krasińska "80 lat restytucji żubra w Puszczy Białowieskiej", s. 13/ I jeszcze inny głos: "Po kilkudziesięciu latach ochrony tura na obszarze ich bytowania było dużo strażników i zwiększyła się ilość chowanego przez nich bydła, natomiast liczba turów systematycznie spadała. Ostatnia samica padła zimą 1627-1628 w podeszłym wieku. Tak więc podawane przez niektórych badaczy przyczyny wyginięcia turów - jak choroby bydła (pryszczyca, pasożyty), wydają się jednostronne. Zresztą, polskie bydło czerwone, wywodzące się od tura, wykazuje zaskakująco wysoką odporność na brucelozę, pryszczycę, pasożyty i trudne warunki bytowania. Czynnikiem decydującym, jak się wydaje, był zanik specyficznego biotypu tura, którym były łąki i lasy nadrzeczne, oraz drastyczne zmiany w tym środowisku wywołane działalnością człowieka". /K. Nyrek "Skutki ochrony leśno-łowieckiej na ziemiach polskich w okresie od XVI wieku do XIX wieku", "Słupskie Studia Historyczne", nr 7, 1999, s. 57/
  8. Udomowienie zwierząt a wyginięcie ich dzikich przodków

    Ja się w tym pogubiłem nieco, to które jancet uważa za te które mogły być tymi przodkami i dlaczego akurat te uznaje za potencjalnych przodków? Bydło ma pochodzić od turów (w Europie, Afryce i Azji zachodniej od Bos primigenius primigenius, a w Azji Wschodniej od Bos primigenius namadicus), nie sądzę by jego wyginięcie należało wiązać z takim rozdzieleniem. W Rosji (w syberyjskim oddziale Rosyjskiego Instytutu Cytologii i Genetyki) przeprowadzono eksperyment w którym spróbowano domestykacji lisów. W osiemnastym pokoleniu uzyskano osobniki, które uznano za udomowione: "... lisy zachowują się podobnie jak psy – machają ogonami na znak zadowolenia, opuszczają uszy, chodzą na smyczy, są nawet mniej agresywne od psów". /D. Kowalska, A. Gugołek "Zmiany domestykacyjne i behawioralne wskaźniki adaptacyjne zwierząt futerkowych", "Wiadomości Zootechniczne", R. LI (2013), 1, s. 35/ Tu raczej nie nastąpiło rozdzielenie miejsca bytowania z miejscem hodowli, nic nie wskazuje też na to by tamtejsza populacja lisów miałaby wymierać. Podobnie jest (chyba) z reniferami bantengami? Tylko co rozumie jancet pod pojęciem "kura"? Wszystkie kuraki czy te które zdaniem janceta przypominają mu kury domowe? Czy kury bez ogonów takie jak Araucana czy Persian Rumpless przypominają inne kury? Jeśli chodzi o kuraki to istnieje wiele gatunków zagrożonych wyginięciem. Formalnie to jednak - nie. Reintrodukcja to wprowadzenie danego gatunku w miejsce gdzie kiedyś występował, gdyby go tam nie było to mielibyśmy do czynienia z introdukcją. To tak tylko w kwestii uściśleń terminologicznych.
  9. O wprowadzaniu (i usuwaniu) gatunków.

    A juści, to przez to że w międzyczasie porządkowałem różne wątki na forum i rzucił mi się w oczy temat "Sprawa Samuela Zborowskiego" i jakoś tak mi się to wdrukowało. Z drzew inwazyjnych w naszym kraju największy kłopot mamy z z czeremchą późną (zwaną też amerykańską; Padus serotina), z którą walczymy mniej więcej od 1975 roku (bezskutecznie). Do tego czasu introdukowano to drzewo w celu poprawy wartości gleby. Tylko trudno tu mówić o świadomej introdukcji, a nawet nie wiadomo czy mamy do czynienia z zawleczeniem do naszego kraju tego owada czy jest to po prostu efekt błyskawicznej ekspansji (do 1984 r. nawet nie wiedzieliśmy o istnieniu tego gatunku) znad jeziora Ohrydzkiego. Nie zapomnieliśmy o nim, a nawet ma na tym forum własny temat: forum.historia.org.pl - "Desant... stonki".
  10. Dodajmy: D. Boćkowski "Społeczne i gospodarcze aspekty radzieckiej okupacji Białostocczyzny 1939–1941. Próba bilansu", w: "Sowietyzacja i rusyfikacja północno-wschodnich ziem II Rzeczypospolitej 1939–1941. Studia i materiały", pod red. M. Gnatowskiego, D. Boćkowskiego tegoż, "Władza radziecka wobec Polaków, Żydów i Białorusinów na Białostocczyźnie" "Polacy – Żydzi – Białorusini – Litwini na północno-wschodnich ziemiach Polski a władza radziecka (1939–1944). W kręgu mitów i stereotypów", pod red. M. Gnatowskiego, D. Boćkowskiego K. Jasiewicz "Zagłada polskich Kresów. Ziemiaństwo polskie na Kresach północno-wschodnich Rzeczypospolitej pod okupacją sowiecką 1939–1941" M. Wierzbicki "Polacy i Białorusini w zaborze sowieckim. Stosunki polsko--białoruskie na ziemiach północno-wschodnich II Rzeczypospolitej pod okupacją sowiecką 1939–1941" tegoż, "Polacy i Żydzi w zaborze sowieckim. Stosunki polsko-żydowskie na ziemiach północno-wschodnich II RP pod okupacją sowiecką (1939–1941)" tegoż, "Zmiany społeczne i gospodarcze wsi kresowej w latach 1939–1953", w: "Tygiel Narodów. Stosunki społeczne i etniczne na dawnych ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej 1939–1953" red. K. Jasiewicz E. Mironowicz, S. Tokć, R. Radzik "Zmiany struktury narodowościowej na pograniczu polsko-białoruskim w XX wieku" "Europa nieprowincjonalna. Przemiany na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczypospolitej (Białoruś, Litwa, Łotwa, Ukraina, wschodnie pogranicze III RP) w latach 1772–1999", praca zbiorowa pod red. K. Jasiewicza J. J. Milewski "Okupacja sowiecka w Białostockiem (1939–1941). Próba charakterystyki", w: "Okupacja sowiecka ziem polskich 1939–1941", pod red. P. Chmielerza K. Jasiewicz "Pierwsi po diable. Elity sowieckie w okupowanej Polsce 1939–1941" D. Boćkowski "Kolaboracja ludności żydowskiej z władzą radziecką na Białostocczyźnie w latach 1939–1941. Prawda i mity", w: "Pokolenia spełnionego obowiązku. Studia z dziejów Polski i Polaków w kraju i na obczyźnie w XX wieku, dedykowane profesorowi Józefowi Garlińskiemu", pod red. J. Farysia, R. Mira i M. Szczerbińskiego W. Śleszyński "Okupacja sowiecka na Białostocczyźnie w latach 1939-1941: propaganda i indoktrynacja" tegoż, "Białystok w sowieckiej fotografii propagandowej 1939–1941. Proces aneksji i polityczno-prawnej sowietyzacji Białostocczyzny". M. Gnatowski "Niepokorna Białostocczyzna. Opór społeczny i polskie podziemie niepodległościowe w regionie Białostockim w latach 1939–1941 w radzieckich źródłach".
  11. Byłem w Rio, byłem w Bajo

    Coś ma gregski ostatnio jakieś szczególne ciągoty do tych nosidełek dla dzieci... podświadomość?
  12. O wprowadzaniu (i usuwaniu) gatunków.

    Wypada jednak pamiętać o różnicy pomiędzy gatunkami obcymi a ekspansywnymi gatunkami inwazyjnymi, przy czym te ostatnie mogą być i obce i rodzime. Cóż, kiedy Ministerstwo Środowiska zaczęło rozważać wciągnięcie dębu czerwonego na listę gatunków inwazyjnych, to samo ministerstwo dwukrotnie przyznało nagrodę Lidera Polskie Ekologii (w 2009 i 2011 r.) Nadleśnictwu Bytnica za: "Wzbogacenie bioróżnorodności w lasach Nadleśnictwa Bytnica przez zastosowanie Metody Sobańskiego". A metoda ta, to m.in. wysiewanie osłonowe dębu czerwonego. Niech o mentalności niektórych naukowców zaświadczy taki oto fragment: "Wiele dyskusji wzbudza użycie w metodzie nasion dębu czerwonego. Zdaniem wielu przyrodników, gatunek ten jako obcy powinien być eliminowany. Warto przypomnieć, że ustawa o ochronie przyrody w ust. 4 art. 120 wskazuje na to, że w ramach racjonalnej gospodarki leśnej dopuszcza się stosowanie gatunków obcych (Ustawa o Ochronie Przyrody). Także zasady dobrej gospodarki leśnej międzynarodowego systemu certyfikacji produktów i gospodarki leśnej Forest Stewardship Council (FSC) obowiązujące na terenie Nadleśnictwa Bytnica, zapisane w kryterium 6.9, nie zabraniają stosowania gatunków egzotycznych pod warunkiem ścisłego monitorowania tego procesu (Zasady, Kryteria…). Należy także podkreślić, że dąb czerwony jako gatunek fitomelioracyjny spełnia bardzo pożyteczną funkcję na siedliskach borowych, zwłaszcza chętnie jest zgryzany przez zwierzynę. Wszystkie populacje roślin, zwierząt, grzybów i mikroorganizmów są jednakowo cenne, powinny być poszanowane i umiarkowanie użytkowane. Przyroda nie rozróżnia gatunków lepszych i gorszych". /W. Wesoły, P. Niemiec "Metoda Sobańskiego skutecznym sposobem zwiększenia bioróżnorodności w lasach na przykładzie Nadleśnictwa Bytnica", w: "Ochrona przyrody w lasach", T. 2, red. K. Kannenberg, H. Szramka, Tuchola 2008, s. 34/ A tu, co o tej metodzie sądzi Wojciech Solarz, osoba raczej dość kompetentna w zakresie obcych i inwazyjnych gatunków: "I mnie ten pomysł wydaje się mocno kontrowersyjny. Wydając mnóstwo pieniędzy na jego zwalczanie w Kampinoskim PN i innych miejscach, zgadzamy się, że to jest gatunek inwazyjny, a jednocześnie wprowadzamy go w innym miejscu, gdzie być może w tym momencie nie stanowi jeszcze problemu, bo np. jest jeszcze rzadki, a siedlisko nie jest dla niego optymalne. Mnie się to wydaje mocno ryzykowne (...) Czy ktoś prowadził takie badania, jaka jest przeżywalność tych siewek dębu czerwonego? Jeśli rzeczywiście tak jest, że te drzewa nie są w stanie przetrwać, bo są zgryzane, to w porządku. Ponadto siedlisko nie jest dla niego optymalne, więc być może nie ma problemu. Trochę się jednak obawiam, że ten eksperyment nie trwa wystarczająco długo, byśmy mogli powiedzieć, że jest bezpieczny. Przecież w Kampinosie też nie brakuje parzystokopytnych, które by dąb czerwony zgryzały, a na powierzchniach, na których byłem inwazja tego gatunku wyglądała spektakularnie. Ja byłbym jednak bardziej ostrożny". /"Gatunki obce i inwazyjne", rozmowę z W. Solarzem przeprowadził R. Zubkowicz, "Las Polski", nr 6, 2012, s. 20-21/ To kiepsko wybrał, przedstawiciele tego gatunku nadają się do spożycia głównie gdy są młode, starsze osobniki trącą nieco piżmem co sprawia, że ich konsumpcja nie sprawia już takiej przyjemności. Mylić nie należy, choć oba udomowione zwierzęta pochodzą od... lam. Nigdy jednak nie wiadomo jakie będą skutki nawet świadomej introdukcji obcego gatunku. Na Ukrainie wprowadzono jelenia sika (Cervus nippon), w efekcie ucierpiały jelenie szlachetne i... nasze żubry. Jeleń szlachetny (Cervus elaphus) przestał być już tak "szlachetny", sika zaczęły się z nim krzyżować (zarówno na Ukrainie jak i w Polsce odnotowano tego rodzaju hybrydy). Najprawdopodobniej z sika przybyły nowe pasożyty (nicienie Ashworthius sidemi), które zaczęły atakować nasze żubry. W 2000 roku stwierdzono jednego osobnika zarażonego tym pasożytem, cztery lata później wszystkie badane żubry już go posiadały. /za: W. Solarz "Przyczyny i skutki inwazji biologicznych na świecie i w Polsce", "SiM", Studia i Materiały Centrum Edukacji Przyrodniczo-Leśnej w Rogowie, R. 14, z. 33/4/2012; szerzej: B. Osińska, A. Demiaszkiewicz, J. Lachowicz "Pathological lesions in European bison (Bison bonasus) with infestation by Ashworthus sidemi (Nematoda, Trichostrongylidae)"/ Walka z obcymi i inwazyjnymi gatunkami też nie jest prostą kwestią. Wielu przyrodników uznaje, że najmniej szkodliwą metodą jest zastosowanie metod biologicznych, ale i tu skutki trudne są do przewidzenia. Australijczycy w latach trzydziestych sprowadzili do siebie ropuchę olbrzymią (Rhinella marina), która miała chronić przed szkodnikami tamtejsze uprawy trzciny cukrowej. Jej populacja jednak nadmiernie wzrosła przez co zaczęły ginąć bezkręgowce będące jej pokarmem przez co kawałek "tortu" dla rodzimych gatunków był znacznie mniejszy, dodatkowo zaczęły ginąć kręgowce (np. węże), które zjadały te ropuchy, a to za sprawą jej toksyn. Mądre głowy wymyśliły zatem, że ropuchę zwalczy się za pomocą rodzimego nicienia Rhabdias pseudosphaerocephala. Tylko potem okazało się, że ów nicień wcale nie był rodzimy tylko właśnie przywleczony wraz z ropuchą olbrzymią, a w efekcie tej metody ucierpiała np. naturalna populacja rzekotki australijskiej (Litoria caerulea). /za: K. Najberek, W. Solarz "Gatunki obce. Przyczyny inwazyjnych zachowań i sposoby zwalczania", "KOSMOS" Problemy Nauk Biologicznych, T. 65, nr 1 (310), 2016/ Dwie największe populacje wiewiórki szarej są w Wielkiej Brytanii i Irlandii oraz w Italii. I w obu przypadkach zafundowaliśmy sobie tę "uroczą" na własne życzenie. We Włoszech wszystko zaczęło się dość niewinnie, dwie pierwsze pary sprowadzono w 1948 r. do Piemontu z Waszyngtonu i wypuszczono w Stupinigi, w 1966 r. sprowadzono pięć wiewiórek z Wirginii i wypuszczono w parku Villa Groppallo w genueńskiej dzielnicy Nervi, wreszcie w 1994 r. gminne władze Trecate sfinansowały introdukcję trzech par w miejskim parku (które zresztą po dwóch latach odłowiono). W Piemoncie w latach siedemdziesiątych wiewiórka szara zajmowała obszar około 25 km², a po 1997 r. było to już 880 km². Co ciekawe, kiedy włoski L'Istituto Nazionale per la Fauna Selvatica wraz z naukowcami z Uniwersytetu w Turynie rozpoczęli pilotażowy program, w gminie Racconigi, mający na celu sprawdzenie metod eliminacji wiewiórki szarej, zostali podani do sądu przez kilka organizacji ekologicznych. Źródła milczą co ci ekologowie sądzili o losie rodzimej wiewiórki pospolitej (Sciurus vulgaris), czyli tej rudej... /za: "Review of the Grey Squirrel (Sciurus carolinensis)", prep. for the European Commission Directorate General by the United Nations Environment Programme World Conservation Monitoring Centre, May 2010/ Zapewne wszyscy pamiętają jak w filmie "Kogel-mogel" Staszek Kolasa (Jerzy Rogalski) zniesmaczył gminnego naczelnika (Samuel Zborowski) pomysłem na hodowlę "hybrydy kalifornijskiej". Kanada i północne stany USA pozbawione były rodzimych dżdżownic, niedawno jednak pojawiło się tam kilka gatunków dżdżownic europejskich zwleczonych tam wraz z sadzonkami roślinnymi jak i specjalnie sprowadzanych do produkcji biohumusu. Europejskie kuzynki zaczynają się tam szybko rozprzestrzeniać. Może to taka retorsja za tego żółwia? Bądź za to, że w Polsce najwięcej obcych gatunków zwierząt pochodzi właśnie z Ameryki Północnej, jakieś 21,8%. /szerzej: "Gatunki obce w faunie Polski", T. I, red. Z. Głowaciński, H. Okarma, J. Pawłowski, W. Solarz/ Jak swój swojego wspiera na obczyźnie: "... sieć pozytywnych oddziaływań pomiędzy gatunkami inwazyjnymi (w północno-centralnych Stanach Zjednoczonych Ameryki). W centrum tych zależności znajduje się szakłak pospolity (Rhamnus cathartica) oraz szkodnik soi z rodziny mszycowatych, Aphis glycines. Szakłak pospolity został sprowadzony z Europy i zaintrodukowany w Ameryce Północnej na początku XIX w. jako roślina żywopłotowa, stosunkowo szybko jednak „uciekł” i rozprzestrzenił się w środowisku naturalnym w stanie dzikim (...) Jego opadające liście tworzą idealne środowisko dla dżdżownicy Lumbricus terrestris (naturalnie występującej w Europie), której działalność dodatnio wpływa na wzrost i dyspersję szakłaka, m. in. poprzez recyrkulację nutrientów, która zapewnia warunki glebowe sprzyjające przetrwaniu i kiełkowaniu nasion. Równocześnie z L. terrestris rozprzestrzenia się azjatycki płaziniec Bipalium adventitium, który z konieczności żeruje na L. terrestris, ponieważ brak jest rodzimych gatunków dżdżownic. Rozszerzanie zasięgu szakłaka pospolitego wspierane jest za pośrednictwem ptaków, które roznoszą nasiona, w tym szpaka zwyczajnego (Sturnus vulgaris), który również pochodzi z Europy. W zimie szakłak pospolity stanowi miejsce schronienia dla dwóch obcych gatunków szkodników. Jednym z nich jest grzyb Puccinia coronata, patogen roślin, którego głównym żywicielem jest owies zwyczajny (Avena sativa). Drugim, wspomniany wcześniej Aphis glycines, szeroko rozpowszechniony szkodnik na polach uprawnych soi, która jest jego żywicielem. Ponadto, wiele obcych dla Ameryki Północnej owadów żywi się A. glycines (...) Równolegle (lub niewiele później) z introdukcją A. glycines pojawił się także jego pasożyt — bleskotek Aphelinus certus. Spośród jedenastu przedstawionych gatunków wchodzących ze sobą w pośrednie lub bezpośrednie interakcje, trzy, to celowo introdukowane gatunki, które stały się inwazyjne (R. cathartica, S. vulgaris, L. terrestris), pięć zostało wprowadzonych przypadkowo (B. adventitium, A. glycines, P. coronata, A. muelleri i A. certus) oraz dwa gatunki roślin uprawnych (soja oraz owies). Ostatnim, jedenastym gatunkiem jest H. axyridis, którego sposób introdukcji nie jest jednoznacznie określony (zaintrodukowany celowo lub incydentalnie)". /D. Rachalewska "Invasion Meltdown' zbieg okoliczności czy reguła?", "KOSMOS" Problemy Nauk Biologicznych, T. 63, nr 1 (302), 2014, s. 70-71/ Rzadko można wskazać konkretnego winowajcę rozprzestrzeniania gatunków obcych i inwazyjnych. Caulerpa taxifolia ze względu na swą szybkość rozprzestrzeniania, tłumienie rozrostu rodzimych alg i traw morskich nazywany jest: "Killer Algae", a przy okazji jest trujący co wpływa na populacje roślinożerców wcześniej spożywających inne algi. Pochodzi z Oceanu Indyjskiego i w zasadzie na świecie pojawia się jedynie w dużych akwariach i oceanariach. W Europie była tylko w jednym miejscu w oceanarium w Monako. W 1984 r. znaleziono w pobliżu tego centrum rozrywki kilka roślin, co nie wzbudziło wówczas większych obaw. "Jednak już w 1990 r. pojawił się u wybrzeży Francji, a potem Hiszpanii. Dziś obecny jest w całym Morzu Śródziemnym, tworząc podwodne, zwarte łąki, wypierając rodzime glony morskie, zarastając tarliska rodzimych ryb, przekształcając biotopy organizmów morskich. Do inwazji tej doszło praktycznie na naszych oczach, w ciągu kilkunastu ostatnich lat". /"Inwazyjne gatunki roślin ekosystemów mokradłowych Polski" red. Z. Dajdok, P. Pawlaczyk, Świebodzin 2009, s. 11/ Bywa, że inwazyjnym może się okazać gatunek rodzimy, przeniesiony w inne miejsce czy gdy zaczyna występować w nadmiernej liczebności. Czasami, przeciwko niepożądanemu rozprzestrzenianiu zwierząt stają obyczaje religijne. Singapur to kraj gdzie porządek i społeczną samodyscyplinę podniesiono do rangi obywatelskiej cnoty i obowiązku. Otóż tamtejsze władze mają problem ze świętem buddyjskim obchodzonym w dniu Vesak, kiedy to symbolicznie uwalnia się zwierzęta wypuszczając na wolność tysiące ssaków, ptaków a nawet owadów. Władze podjęły więc akcję edukacyjną "Operation No Release", w ramach której strażnicy parków narodowych i pracownicy Narodowej Agencji Wodnej (Singapore’s National Water Agency) starają się w tym dniu przekonywać tamtejszą społeczność by zaniechali tego obyczaju. Zważywszy, iż na ogół wypuszczane są zwierzęta hodowane w domach często są to gatunki obce mogące zagrozić lokalnie tamtejszemu ekosystemowi. A że to Singapur to prócz przekonywania władze mają też do dyspozycji karę grzywny w wysokości 50 000 dolarów singapurskich, czyli raptem jakieś 137 000 pln. /por. info "Do not release animals into the wild" na stronie: www.nparks.gov.sg/ Często przeciwstawia się oddziaływanie bardziej rozwiniętych technologicznie społeczeństw tym bardziej prymitywnym (pod tym względem), gdzie te pierwsze mają być bardziej szkodliwe dla środowiska naturalnego a te drugie mają z nim żyć w pewnej symbiozie, utrzymując odpowiednią równowagę. Nie do końca to prawda. Na Kubie, zanim jeszcze zaistnieli tam źli biali, tamtejsza rdzenna społeczność zdążyła wybić szereg dużych ssaków (między innymi leniwce naziemne z rodzaju Megaterium), co pociągnęło za sobą wymarcie innych drapieżników polujących na te zwierzęta (np. ogromna sowa Ornimegalonyx oteroi czy kuzyn kondorów: Oscaravis olsoni). Potem przybyli konkwistadorzy i wybili kolejne gatunki przy okazji i większość Indian), a zarazem wprowadzili na tę wyspę aż 44 nowe gatunki samych ssaków (info za: P. Gryz "Kub - perła Karaibów", tekst dostępny na: ornitofrenia.pl). Pośród ryb wprowadzono suma afrykańskiego (Clarias gariepinus), który do dziś sprawia wiele kłopotów i jest jednym z głównych podejrzanych o niemal całkowite przetrzebienie tamtejszej populacji chruściela modroderkaczyka (Cyanolimnas cerverai). Ów sum nie tylko na Kubie sprawił kłopoty, w zasadzie gdziekolwiek go nie introdukowano szybko stawał się problemem. Modelowym przykładem jest Jezioro Wiktorii, w toku zmian geograficznych wytworzył się tam specyficzny ekosystem będący siedzibą wielu unikatowych (endemicznych) gatunków pielęgnicowatych (z rodziny Cichlidae). Postanowiono jednak polepszyć stan pogłowia ryb w tym jeziorze i introdukowano tam w 1954 r. okonia nilowego (Lates niloticus) a potem dorzucono jeszcze: tilapie nilowe, sardynki, krewetki słodkowodne (przy okazji zawleczono do tego zbiornika hiacynt wodny - Eichhornia crassipes, który zaczął wypierać rodzime rośliny i wpłynął na obniżenie poziomu wód). W efekcie wyginęło; jak się szacuje; od 300 do 500 endemicznych gatunków ryb. Zniszczeniu uległ nie tylko sam wodny ekosystem, otóż kiedy zamierzano do tego jeziora wpuścić inkryminowanego okonia przekonywano okoliczną ludność, że dzięki temu zwiększą się ich połowy ryb. Przyszłość była jednak inna, na brzegach powstały przetwórnie i wędzarnie prowadzone przez duże międzynarodowe przedsiębiorstwa, które nie korzystały z usług okolicznych rybaków. W efekcie zniszczono tradycyjne rybołówstwo. A że wędzarnie potrzebują drewna w okolicach nastąpiły masowe wylesienia i w konsekwencji erozja gleby. /szerzej: Tijs Goldschmidt "Wymarzone jezioro Darwina. Dramat w Jeziorze Wiktorii"/ A skoro zbliżają się Święta... karp wigilijny (Cyprinus carpio) pojawił się na naszych ziemiach (a raczej w naszych wodach) jeszcze około XII wieku. Sama ta ryba nie jest szczególnie inwazyjna, problemem jest, iż ten gatunek jest nosicielem dwóch bruzdogłowców: gowkongijskiego i chińskiego (Khawia sinensis i Bothriocephalus acheilognathi), które są groźne dla naszych rodzimych ryb karpiowatych. No i przy Świętach wypada przypomnieć o kolejnym nieudanym eksperymencie doby PRL-u: barszczu Sosnowskiego. O tym dlaczego nasz kraj zaczyna być kolonizowany przez szopa pracza to już powinien opowiedzieć sam Bruno. Ja jedynie dodam, że jego rozprzestrzenianie rozpoczyna się z kierunku północno-zachodniego (spod granicy z Niemcami, przypadek?). Wietrzę tu jakąś wrażą i zorganizowaną akcję polityczną Wolnej i Niezależnej Partii Szopów Polskich, której członkiem jest (wedle własnego świadectwa) Bruno. Oj się Duda (i Henryk Kowalczyk) za takich weźmie...
  13. No to może o pewnym ptaku, który może nie wiąże się z historią reprezentowaną przez konflikty zbrojne, słynne postacie, za to wiele mówiący o ludziach w ujęciu socjologicznym a może nawet psychologicznym. W XIX w. niebo nad Ameryką Północną zasłaniały przelatujące amerykańskie gołębie wędrowne (Ectopistes migratorius), nazywane wówczas w Ameryce: "wild pigeon". Przyjmuje się, że te gołębie tworzyły największą populację ptasią szacowaną na co najmniej 5 000 000 000 osobników! John James Audobon nazywany ojcem amerykańskiej ornitologii, autor kanonicznej wielotomowej pracy "The Birds of America" (w 2011 r. na londyńskie aukcji za jej egzemplarz zapłacono 11,5 milina dolarów, co uczyniło ją wówczas najdroższą książką świata), obserwując jeden z przelotów takich gołębi szacował, że ma on ok. 500 km długości przy szerokości prawie 5 km (wedle innych źródeł "tylko" 1,5 km), a "klucz" liczyć mógł nawet miliard ptaków. Na trasie ich przelotów, w miejscach gdzie przysiadały, gromadzili się masowo ludzie, którzy je zabijali: dla piór, mięsa, dla samej przyjemności "polowania". Jak podaje Jacek Karczewski: "Góry martwych lub jeszcze żywych ptaków przewożone były koleją do szybko rozwijających się miast. Bywało, że jeszcze więcej zalegało ich w gnijących hałdach, bo kolej nie nadążała (...) O zbliżających się przelotach lub miejscach gniazdowania ludzie informowali się za pomocą telegrafów (...) Audubon tylko w jednym roku naliczył 3 miliony gołębi sprzedanych na małomiasteczkowym rynku w stanie Kentucky, przez jednego tylko myśliwego". //folder Ogólnopolskiej Kampanii Wiedzy i Edukacji Przyrodniczej,"Bądź na pTAK!", tekst. J. Karczewski, Edycja 2014, s. 2-3/ Nie wiem z czego pan Karczewski korzystał, ale np. w "Ornithological Biography..." o myśliwym z Kentucky u Audubona nic nie ma. Napisał on tam jedynie: "Let us now inspect their place of nightly rendezvous. One of these curious roostnig-places, on the banks of the Green River in Kentucky, I repeatedly visited (...) My first view of it was about a fortnight subsequent to the period when they had made choice of it, and I arrived there nearly two hours before sunset. Few Pigeons were then to be seen, but a great number of persons, with horses and wagons, guns and ammunition, had already established encampments on the borders. Two farmers from the vicinity of Russelsville, distant more than a hundred miles, had driven upwards of three hundred hogs to be fattened on the pigeons which were to be slaughtered". /tegoż, "Ornithological Biography, or an Account of the Habits of the Bird of the Birds of the United States of America", (Accompanied by Descriptions of the Objects Represented in the Work Entitled "The Birds of America"), Philadelphia MDCCCXXXI, s. 323/ Ale rzeczywiście była to orgia zabijania, Audubon podał taki przykład: "I knew a man in Pennsylvania, who caught and killed upwards of 500 dozens in a clap-net on one day, sweeping sometimes twenty dozens or more at a single haul". /tamże, s. 325/ Populację gołębi tak mocno przetrzebiono, że już nie zdołała się odrodzić i w marcu 1900 r. zabito ostatnią żyjącą na wolności samicę w stanie Ohio. Pozostała jedynie samica w zoo Cincinnati, którą nazwano Martha - na cześć małżonki G. Washingtona. I kiedy się okazało, że tych gołębi już nie ma do Marthy ustawiały się ogromne kolejki, każdy chciał ją zobaczyć. Za złapanie dlań partnera oferowano tysiąc dolarów, wszystko na próżno, Martha zmarła 1 września 1914 roku. Dziś jest rodzajem memento dla ludzi, taką mam przynajmniej nadzieję... /szerzej o tym gołębiu: A. Schorger "The Passenger Pigeon: Its Natural History and Extinction"/
  14. O wprowadzaniu (i usuwaniu) gatunków.

    Wątek rozpoczęty przez janceta wydzieliłem w odrębny temat: forum.historia.org.pl - "Udomowienie zwierząt a wyginięcie ich dzikich przodków". secesjonista Ponieważ nie da się podzielić jednego wpisu przypomnę wypowiedź janceta w tym temacie, która dotyczyła ślimaków na terenie Wielkiej Brytanii:
  15. Walcheren - znaczenie strategiczne w różnych epokach

    Nie jest to klasyczna biografia, tylko powieść historyczna, w której w zbeletryzowanej formie przedstawia się życie Désirée w ujęciu jakby to ona pisała pamiętnik. "The novel is written in the form of Desiree’s diary from 1794 to 1829 (...) The style is clear and straightforward, and fairly modern. It takes a leap of faith to imagine you are reading a diary written in the Napoleonic period, but I highly recommend this novel for its well drawn characters and absorbing story". /z recenzji tej książki zamieszczonej na stronie Historical Novel Society; podkreślenia - moje/ "1951 erschien der Roman Désirée von Annemarie Selinko, der ein in zahlreiche Sprachen übersetzter Weltbestseller wurde". /za niemieckojęzyczną Wiki; podkreślenie moje/ Jeśli przyjrzy się euklides okładce oryginalnego niemieckojęzycznego wydania z 1951 r. to zobaczy, że tytuł jest inny a na okładce jak byk napisano: "Roman"(czyli: "Powieść"). Może wreszcie euklides zdobędzie się na jakieś opracowanie historyka czy źródła z epoki, bo to sięganie po beletrystykę powoli staje się nieco nuudne... Tak już dla uczynienia zadość tradycji, może euklides zacytować nam stosowny fragment z książki pani Selinko?
×

Powiadomienie o plikach cookie

Przed wyrażeniem zgody na Warunki użytkowania forum koniecznie zapoznaj się z naszą Polityka prywatności. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.