Skocz do zawartości

Speedy

Użytkownicy
  • Zawartość

    933
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O Speedy

  • Tytuł
    Ranga: Doktor habilitowany

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    II wojna światowa

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Lokalizacja
    WaWa
  • Zainteresowania
    militaria wszelakie

Ostatnie wizyty

1,594 wyświetleń profilu
  1. Pozwolę sobie powtórzyć to co ostatnio pisałem na innym forum: jeśli tylko w danej armii logistyka nie jest jakaś bardzo nieudana, to używanie takiej pomieszanej amunicji da się sensownie zapewnić. W czasie II wojny Brytyjczycy używali 3 nabojów karabinowych i jakoś nie pamiętam, żeby w czyichś wspomnieniach były narzekania na jakieś problemy z tym związane.
  2. No widzisz a na Politechnice nas uczyli że ziarno, i pewnie za "laskę" dostałbym po uszach... Nie nie nie. Zasadniczo w silnikach na paliwo stałe jest jeden wielki "blok" paliwa. W każdym razie tak się robi najczęściej i tak jest to zrobione w tych wielkich rakietach międzykontynentalnych itp. jak np. ten Jars o którym tu rozmawiamy. W małych rakietach, szczególnie starszych konstrukcjach rzeczywiście może być tak jak mówisz, ładunek napędowy złożony z kilku ziaren. Np. w rosyjskiej rakiecie artyleryjskiej M-13 (popularna "katiusza") silnik zawierał 7 lasek prochowych, jak by to powiedział Tomasz N w formie wydłużonych cylindrów z kanałami centralnymi. Co ciekawe, jeśli dobrze pamiętam (piszę z pracy i nie mam tu jak sprawdzić) to był to zdaje się proch na rozpuszczalniku lotnym (nitrocelulozowy). Taki proch jest zwykle propelantem w amunicji strzeleckiej i niekiedy artyleryjskiej, gdzie grubość warstwy palnej ziarna liczy się w milimetrach. W rakietach stosuje się go rzadko, bo usunięcie tego rozpuszczalnika z wnętrza ziarna o dużych rozmiarach jest problematyczne - zawsze zostaje go tam trochę i będzie powoli wydzielał się przez lata magazynowania, powodując degradację ziarna. Raczej stosuje się proch na rozpuszczalniku nielotnym (zwykle jest nim nitrogliceryna), który nie wydziela się lecz pozostaje na zawsze związany w masie prochowej, stanowiąc przy okazji dodatkowe źródło energii.
  3. Hm a gdzie się operuje ? Bez złośliwości pytam, tylko z czystej ciekawości. Mnie w szkole (Politechnika Warszawska) uczyli, że to jest ziarno. W"biblii" na ten temat, St. Torecki "Silniki rakietowe" o ile dobrze pamiętam, autor też używa słowa ziarno. T. Burakowski i A.Sala, piszący o tych sprawach od lat 60. ub.w. także posługiwali się pojęciem ziarna. Pojęcie laski nie bardzo mi się podoba, bo jakby implikuje od razu kształt takiego przedmiotu w formie wydłużonego walca. Niezależnie od tego że tak jest najczęściej to wcale przecież tak być nie musi. Pamiętam np. jeszcze ze szkolnych zajęć ładunek z boostera jakiegoś PPK chyba (a może to był generator gazu?) wytłoczony w formie wymyślnej ażurowej siatki, a całość dałaby się wpisać w kształt takiego krótkiego spłaszczonego walca czy może dysku raczej. No jakże to nazwać laską? I jak mówię, takich wielkich ziaren raczej nie robi się z prochu. Typowy rakietowy proch na nielotnym rozpuszczalniku pozwala na sporządzenie ładunków o masie maksymalnie rzędu powiedzmy dziesiątków kg, może kilkuset kg, jakby się kto bardzo zaparł i jakiś wymyślny kanał wewnętrzny zakombinował (ale nie zawsze tak można, profil kanału definiuje parametry silnika). Ziarno prochowe formuje się przez wytłaczanie ciasta prochowego przez matrycę o określonym kształcie. Podczas tego procesu ziarno mocno się nagrzewa. Powyżej określonych rozmiarów odprowadzenie ciepła z wnętrza ziarna staje się zbyt powolne, co w efekcie może doprowadzić do nagrzania się go do temperatury samozapłonu i w efekcie do pożaru lub wybuchu. W wypadku przy wytłaczaniu paliwa stałego zginął któryś z niemieckich pionierów techniki rakietowej z lat 20. czy 30. Ziarno o wielkich rozmiarach wykonuje się w tej chwili z paliwa heterogenicznego - mieszaniny stałego utleniacza, reduktora, lepiszcza i substancji modyfikujących. Najczęściej utleniaczem jest nadchloran amonowy, reduktorem (składnikiem palnym czyli tym "właściwym paliwem") sproszkowane aluminium no i po części też lepiszcze - polimer w rodzaju syntetycznego kauczuku, który skleja to wszystko do kupy. Całość po wymieszaniu ma postać takiej półpłynnej masy w rodzaju lepkiej mazi czy gęstego syropu. Odlewa się toto w formach (albo bezpośrednio w korpusach silnika ale to rzadziej, w jakichś małych maleństwach chyba), po pewnym czasie polimer ulega usieciowaniu i całość przybiera stałą konsystencję . Takie ziarno może mieć masę kilkudziesięciu czy nawet ponad 100 t (w silnikach SRB od wahadłowca ziarno ważyło 500 t, z tym że było złączone z 4 segmentów, rzadko się tak robi bo trudno jest kontrolować proces spalania na styku segmentów, no ale Amerykanie jakoś dali radę).
  4. Mówiąc ściślej, ciekłe paliwa w większości tak mają. Nawet uchodzące za przechowywalne układy typu nafta czy coś + kwas azotowy/dwutlenek azotu - niby nie dramat, ale w dużych rakietach sprawiały problemy. Amerykańskie Titan II (hydrazyna UDMH i właśnie N2O4) zaliczyły jeden czy dwa spektakularne wybuchy/pożary ze zniszczeniem silosu-wyrzutni i kilka pomniejszych wycieków, również z ofiarami jednak. Małe pociski (Bullpup, Lance) jakoś jednak nie spowodowały podobnych dramatów. Natomiast w kwestii pocisku Jars nie ma to nic do rzeczy gdyż jest to rakieta na paliwo stałe. W tego rodzaju ogromnych silnikach, gdzie ziarno paliwa ma masę liczoną w tonach czy dziesiątkach ton, stosuje się paliwa heterogenne (heterogeniczne) złożone z nadchloranu amonowego, proszku aluminiowego i jakiegoś lepiszcza - polimeru typu kauczuku. W tym przypadku problemem jest starzenie się paliwa, połączone z pękaniem ziarna. Stąd ograniczony okres przechowywania (zwykle jednak jest to co najmniej z 15 lat, a więc nie bardzo krótko). Spękanie ziarna prowadzi do zakłóceń w pracy silnika, w skrajnych przypadkach (nierzadkich jednak bynajmniej) kończy się to wybuchem. Kojarzę taką sytuację z jakichś rosyjskich ćwiczeń z 2004 czy może 2007 w Obwodzie Kaliningradzkim, kiedy to celowo wystrzelono 2 rakiety taktyczne Toczka z partii przedatowanej bodajże o pół roku. Jedna z nich poleciała poprawnie, druga eksplodowała około sekundę po starcie. Z tym że jednak było tu już na tyle wysoko, że wybuch nie spowodował żadnych zniszczeń ani ofiar.
  5. Ano właśnie. Nie ma na to dobrego polskiego słowa, po angielsku nazywa się toto reentry vehicle (RV) - czyli taki stateczek co powraca w atmosferę (w gęste jej warstwy). Ja próbowałem kiedyś lansować na forach "powrotnik" - właśnie przez analogię do słowa "lądownik" - ale się nie przyjęło. A lądownikiem bym tego nie nazwał, ponieważ RV nigdy praktycznie nie ląduje, ładunek nuklearny niemal zawsze detonowany jest w powietrzu na pewnej optymalnej wysokości. Noo powiedziałbym że raczej na pewno nie. Tak działały pierwsze wieloczłonowe głowice MRV (np. w brytyjskich Polarisach), 3 ładunki spadały na ten sam cel i detonowały jednocześnie tak jak napisałeś. Teraz jednak od całych dziesięcioleci stosuje się głowice MIRV - każda z nich może być nakierowana na inny cel oddalony od celu "sąsiadki" nawet o setki kilometrów. Nie no, nie są to przecież żadne 3 metry! Rakieta opuszcza rurę kontenera-wyrzutni równą jej długością, czyli ze 20-kilka metrów (rakieta ma 21 m bodajże). I nie o żaden błysk tu chodzi, toć przecież ta rakieta będzie się wznosiła jeszcze setki kilometrów, ziejąc płomieniem z potężnego silnika. Zimny start jest po to by stacjonarna wyrzutnia-silos nie zniszczyła się podczas startu tylko mogła być załadowana nową rakietą i wykorzystana ponownie. A w przypadku mobilnej wyrzutni w ogóle trudno byłoby zrobić start gorący: żeby rura zniosła zapłon takiego ogromnego silnika rak. w swoim wnętrzu, musiałaby być niezwykle mocna i solidnie zbudowana a więc bardzo ciężka - a to trudno połączyć z wymogiem mobilności, toć i bez tego ta machina jest straszliwie ciężka. Mówiąc ściślej takie rakiety generalnie nie wchodzą na orbitę (znaczy teoretycznie można by się bawić i tak, ale zakazują tego traktaty rozbrojeniowe). Ale nie do tego chciałem się przyczepić, tylko do prędkości przelotowej. Moim zdaniem w przypadku rakiety balistycznej to pojęcie nie ma racji bytu. Rakieta taka porusza się na tej samej zasadzie co rzucony kamień, albo armatni pocisk: nabiera pewnej prędkości maksymalnej, po czym leci swobodnie, generalnie wytracając tę prędkość. Samolot może mieć prędkość przelotową, albo pocisk manewrujący. Ale pocisk balistyczny moim zdaniem nie. A jeszcze to przegapiłem. Po pierwsze nie czwarty - stopnie numeruje się w kolejności zapłonu, więc na upartego byłby to stopień pierwszy czy "zerowy" - ale moim zdaniem nie ma sensu klasyfikować generatora gazu jako "stopnia". On zresztą najczęściej nie jest elementem samej rakiety takim żeby go można stopniem nazwać, zazwyczaj jest elementem wyrzutni - kontenera startowego. Po drugie, być może faktycznie wykorzystuje się czarny proch - z różnych względów to jest wygodne, doskonale znany i opanowany od stuleci materiał pirotechniczny, który dobrze się pali przy niskim ciśnieniu - ale miałbym jednak tu wątpliwości. Takiego kolosa (50 t) strzelić czarnym prochem to jednak już pewne wyzwanie. Bo to jednak będzie już kilkadziesiąt albo i kilkaset kg, jednak ciśnienie wyjdzie duże i temperatura takoż. Ponadto wielki ładunek prochu który ma być przechowywano przez dziesięciolecia w nieustannej gotowości to kolejne wyzwanie, musi być doskonale zaizolowany przed wilgocią (a jest mocno higroskopijny). Może to jednak jakaś inna mieszanina pirotechniczna o podobnych własnościach.
  6. Zestaw przeciwczołgowy AT-15

    Ja też nie dam głowy, ale o ile wiem, to właśnie tak było, że "bąble" dodano już po rozpoczęciu budowy, pierwotnie przewidziane nie były. W 1914 chyba zapadła decyzja, że będą dodawane na wszystkich okrętach liniowych. Co do grubości ścian żelbetowych schronów bojowych to te 50 cm o których pisał florek to jednak taka bardziej dolna granica. Tyle miewały często te najmniejsze, będące stanowiskiem 1 karabinu masz. Ambitniejsze obiekty, np. z armatami to jednak raczej 150-250 cm, a np. porządne bloki artyleryjskie (z wysuwanymi wieżami) na Linii Maginota miały standardowo 350 cm. Druga strona medalu jest jednak taka, że w czasach amunicji precyzyjnej w pełni wykonalne jest trafienie pociskiem w rodzaju Spike bezpośrednio w otwór strzelniczy, może nie 1 strzałem, ale da się.
  7. Zestaw przeciwczołgowy AT-15

    OK, rozumiem o co ci chodzi, o przykład podobnej warstwowej ochrony z innej dziedziny życia. Ale akurat typ Iowa też nie miał bąbli przeciwtorpedowych. Przy wszystkich swoich zaletach bąble miały tę wadę, że poszerzały kadłub okrętu stawiając dodatkowy opór, co odbijało się na prędkości. Oczywiście czasem nie było wyjścia, kiedy przerabiano stare okręty lub stare ich projekty. Ale w nowo projektowanych jednostkach z powiedzmy połowy czy końca lat 30. starano się zrobić coś innego, nie robić już wystających poza obrys kadłuba bąbli lecz wkomponować podobny system ochrony w zewnętrze linie kadłuba. Ponieważ z różnych innych względów (uzbrojenie, pancerz, zasięg) okręty i tak wychodziły coraz większe, to nie było bardzo bolesne zmarnowanie trochę przestrzeni w kadłubie na system owych grodzi, przedziałów wypełnionych cieczą i powietrzem itp. Tak więc typ Iowa i wcześniejszy South Dakota zbudowano już bez bąbli, z tym nowoczesnym systemem przeciwtorpedowym wbudowanym w kadłub. Natomiast co ciekawe te jeszcze wcześniejsze pancerniki, typu North Carolina, mimo że względnie nowoczesne (początek budowy 1937) zaprojektowano jeszcze z bąblami. (przepraszam za bąblowy offtopic, dalej już będę się trzymał tematu. Generalnie chodziło mi tylko o wyprostowanie pewnych błędów i nieścisłości).
  8. Zestaw przeciwczołgowy AT-15

    No nie, tu się jednak nie zgodzę, mechanizm działania pancerza warstwowego czy grodziowego (bo tak się to niekiedy rozróżnia, pancerz warstwowy w którym są puste przestrzenie wypełnione tylko powietrzem - grodzie) jest odmienny niż owych bąbli. Chyba że w takim najogólniejszym sensie spojrzymy na to jak na chęć geometrycznego oddalenia zagrożenia od chronionej struktury... Pancerz warstwowy bazuje na tym, że pocisk musi na każdej warstwie wykonać pracę wnikania w przeszkodę (naruszenia jej powierzchni). Zwłaszcza dla strumienia kum. jest to uciążliwe, jako że jest on poniekąd cieczą i na każdym wnikaniu traci trochę masy ("rozbryzgi") a więc i energii. I w końcu mu jej na kolejną warstwę może zbraknąć. Przeciw pociskom kinetycznym też daje to pewną ochronę, aczkolwiek nie tak już istotną (przeciwko tym starszym, krótszym ewentualnie, jeśli byłyby krótsze niż ta pusta przestrzeń, nowoczesne jednak są raczej dłuższe). Bąble przeciwtorpedowe nie chroniły przed wnikaniem pocisku, lecz przed falą uderzeniową podwodnej eksplozji (torpedy, miny). Generalnie działały w prosty mechaniczny sposób, oddalając zagrożenie od kadłuba jednostki, tak by eksplozja zdemolowała wnętrze bąbla a nie wnętrze kadłuba. Oczywiście starano się nadać im maksymalną odporność, wykonując wewnątrz przedziały wypełnione powietrzem i cieczą (paliwo, woda balastowa...), dzieląc te pierwsze grodziami, żeby jeden wybuch ich wszystkich na raz nie zatopił itp. Z czasem robiło się to bardziej skomplikowane, wymyślano układy w postaci odcinków rur, wypełnionych powietrzem i zaślepionych na końcach, zanurzonych w cieczy itp. BTW nie było amerykańskich pancerników typu Ohio - był jeden okręt USS Ohio typu Maine, ale był to przeddrednot oddany w 1904, a więc w czasach daleko przed-bąblowych, że tak powiem "torpedo bulges" wymyślono gdzieś około 1914, ale na pancernikach zaczęto robić je pod koniec I wojny i w okresie międzywojennym, dobudowując je w ramach modernizacji starych jednostek. Ohio wycofano do rezerwy w 1919 a w 1922 poszedł na złom, więc nikt mu pewnie żadnych bąbli nie dorabiał. Okrętom typu Nevada i Colorado dorobiono bąble jakoś chyba w latach 30.
  9. Przepraszam, nie było moją intencją obrażanie tu kogokolwiek. Przyznam że nie wiem ile ma fizycznej grubości akurat Abrams. Niemniej te kompozytowe pancerze są zazwyczaj bardzo grube (tylko oczywiście lżejsze od litej płyty stalowej o podobne wytrzymałości). Jeśli dobrze pamiętam, w przypadku Leoparda 2 od wersji A5 z tym charakterystycznym "dziobem" czy "klinem" na masce działa odległość od czoła dzioba do wnętrza wieży to jest grubo ponad 2 m. Wówczas - jak najbardziej tak. Najlepsze budowane wówczas pociski kumulacyjne, do rozmaitych Panzerfaustów itp. miały zdolność przebijania około 2,5 kalibra przy prostopadłym trafieniu(w przypadku wspomnianego Panzerfausta było to konkretnie 240 mm). Można sobie swobodnie wyobrazić nawet w ówczesnej technologii wóz bojowy z pancerzem czołowym podobne czy większej nawet grubości. Np. rosyjski czołg IS-3 (w zasadzie wszedł do służby praktycznie po wojnie, ale ja bym się tu nie czepiał) miał z przodu wieży pancerz 250 mm. Amerykańskie prototypowe działo pancerne T28 miało na osłonie armaty 305 mm. Fakt że wkrótce postęp w technologii ładunków kumulacyjnych doprowadził do podniesienia ich efektywności, ale jeśli ograniczyć się do wskazanego przez ciebie okresu to gruby pancerz ciągle miał jeszcze sens. Przypominam też że dalece nie każdy strzał pada pod kątem prostym i np. czołgi IS-2 z czołowym pancerzem ok. 120 mm nierzadko przeżywały wybuch pocisku z Panzerfausta czy Panzerschecka bez szwanku. Tzn. to nie całkiem jest tak jak piszesz, ale w dużym stopniu owszem. Pociski mówiąc umownie bazookowe zawierały silny materiał wybuchowy, o dużej prędkości detonacji - ta jest niezbędna dla uzyskania dużej zdolności przebijania ładunku kumulacyjnego. Więc efekt burzący (podmuch) przy eksplozji był generalnie duży. Np. wspomniany Pancerfaust w najpopularniejszych wersjach 30m, 60 m zawierał 0,8 kg m.w. - to jest nieco więcej niż przeciętny odł.-burz. pocisk artyleryjski kal. ok. 75 mm - i to bardzo silnego, mieszaniny RDX/TNT 50/50. Natomiast odłamków nie było wiele - wszyscy konstruktorzy koncentrowali się na maksymalizacji efektywności przeciw czołgom, jakaś masywna stalowa skorupa zwiększyłaby masę granatu, a w końcu nie mógł on być za ciężki, skoro startował z ręcznej wyrzutni. Niemcy pod koniec wojny w ramach rozwoju Panzerfausta rozwijali do niego pociski odłamkowe i szrapnelowe, ale do ich wdrożenia nie doszło. Po wojnie się to zmieniło, ale skoro pytałeś o okres do 1945 to już poza tę granicę wykracza. Co do betonu, zdolność jego przebijania przez wybuch kumulacyjny jest także wysoka, z reguły daleko wyższa niż pancerza stalowego. Tyle że typowe grubości pancerza żelbetowego w rozmaitych "bunkrach" czyli schronach bojowych itp. też są z reguły daleko większe, rzędu metra czy kilku metrów. Poza tym sumaryczny efekt niszczący także jest niższy. Wnętrze opancerzonej betonem struktury (np. obiektu fortyfikacyjnego, umocnionego budynku itp.) z reguły ma znacznie większą objętość niż wnętrze czołgu - a więc prawdopodobieństwo ugodzenia ukrytego tam personelu przez strumień kumulacyjny czy odpryski betonu jest mniejsze. Ponadto wewnątrz nie ma zazwyczaj aż tylu łatwopalnych czy wybuchowych materiałów, ile znajduje się w czołgu. Więc i szanse na wtórny wybuch są mniejsze.
  10. Czyli przyznajesz że twoja teoria o klasyfikacji czołgów na podstawie mocy jednostkowej w praktyce się nie sprawdza? Trudno mi teraz podać z głowy konkretną datę, postaram się ją odszukać. Ale to było mniej więcej wtedy, kiedy te czołgi się zmaterializowały w metalu, czyli przechodzono z etapu teoretycznych rozważań do testów realnych prototypów. Zauważ, że ja o użyciu nic nie mówiłem. Tylko o uzbrojeniu. Przed uzbrojeniem artyleryjskim czołgu stawiano wówczas dwa podstawowe zadania: 1) zwalczanie czołgów, samochodów pancernych i innych pojazdów opancerzonych: do tego potrzebna była armata o stosunkowo dużej prędkości początkowej pocisku, rzędu co najmniej 600-700 m/s (lepiej więcej) dla uzyskania możliwie płaskiej trajektorii pocisku na odległości tych kilkuset metrów i możliwie krótkiego czasu lotu pocisku do celu. Bez tego trafienie w ruchomy cel (opancerzony pojazd) byłoby mocno problematyczne. No i oczywiście prędkość niezbędna była dla uzyskania odpowiedniej energii kinetyczne dla uzyskania możliwości przebicia pancerza. 2) zwalczanie stanowisk karabinów masz., armat ppanc., obiektów fortyfikacji polowej, ogólnie pozycji obronnych: do tego potrzebna była armata wystrzeliwująca pocisk odłamkowo-burzący o odpowiedniej efektywności. Dość powszechnie za takie minimum uznawano kaliber ok. 75 mm czyli pociski o wadze ok. 6 kg. W okresie międzywojennym poziom rozwoju techniki wojskowej nie pozwalał początkowo na uzbrojenie czołgu w armatę 75 mm o dostatecznie dużej prędkości początkowej - jej ciężar i odrzut byłyby za duże dla ówczesnych czołgów. Tak więc czołgi uzbrajano w dwa rodzaje działa: albo armaty przeciwpancerne o wydłużonej lufie najczęściej kal. ok. 37-47 mm i prędkości początkowej pocisku rzędu 700 m/s albo krótkolufowe armaty kal. ok. 75 mm często choć niezbyt ściśle zwane haubicami, o prędkości pocisku rzędu 300-400 m/s. Czołgi ciężkie często projektowano jako wielowieżowe albo przynajmniej wielodziałowe, z armatami obu rodzajów. Tak robili Brytyjczycy: niemal każdy ich czołg miał wówczas wersję podstawową z armatą ppanc. tzw. 2-funtową (40 mm) oraz wersję CS (Close Support) z krótkolufową "haubicą" 76 mm (pozostali zresztą wierni tej koncepcji do końca wojny zwiększając tylko kaliber "haubicy" do 95 mm a później 105 mm; jeszcze Centurion z 1945 r. miał wersję CS choć chyba już nie produkowaną). I tak zrobili Niemcy, projektując swoej Pz.III i Pz.IV, wozy o zadziwiająco podobnych charakterystykach, cechach konstrukcyjnych i nawet wyglądzie, różniące się głównie uzbrojeniem. Na dobrą sprawę mógłby to być jeden typ czołgu, ale widać chcieli dać zarobić dwóm firmom (jako Pz.III wybrano konstrukcję firmy Daimler-Benz, jako Pz.IV - firmy Krupp). A Rosjanie wyłamali się jako pierwsi. Mieli oni już na uzbrojeniu średni czołg T-28 z krótkolufową (L/16,5) armatą KT-28 kal. 76 mm o prędkości początkowej pocisku 380 m/s. Od 1938 zaczęli uzbrajać go w armatę Ł-10 o nieco dłuższej lufie (L/26) i prędkości początkowej 555 m/s. A w kolejnym prototypie A-32 (późniejszy T-34) zdecydowali się zastąpić planowaną początkowo armatę 45 mm nową armatą 76 mm F-32 (L/30,5) o prędkości pocz. 650 m/s. I zobacz, gros rozwoju niemieckich sił pancernych przypadał na ten sam okres. A jednak Niemcy nie poszli w tym kierunku. Nadal trzymali się dwóch typów czołgu średniego: Pz.III z armatą ppanc. 37 mm (później 50 mm) i Pz.IV z krótkolufową (L/24) armatą 75 mm. Dopiero w 1942 przezbroili ten ostatni w długolufową armatę 75 mm. Niezupełnie tak jest, ale z grubsza masz rację. Wybuch kumulacyjny potrzebuje faktycznie pewnego dystansu, aby strumień się prawidłowo uformował i by następnie po wniknięciu w przeszkodę miał tę maksymalną zdolność przebijania. Zachowuje on ją na pewnym odcinku, po czym po przebyciu zbyt długiej drogi w powietrzu zaczyna tracić ciągłość i rozpadać się na oddzielne odcinki, co znacznie zdolność przebijania.redukuje. Za ogniskową ładunku uważa się właśnie tę minimalną odległość, w której strumień będzie już prawidłowo uformowany. Czyli ona musi wypadać tuż przed powierzchnią przeszkody (a nie w jej środku). No ale co do reszty masz rację, detonacja ładunku kum. w odległości zbyt małej lub zbyt dużej od przeszkody negatywnie wpływa na jego zdolność przebijania. Ekrany bywały stosowane już w czasie II wojny, przede wszystkim na czołgach niemieckich. Nie były raczej z desek, lecz stalowych płyt lub siatek. Ich rolą była głównie ochrona słabiej opancerzonych powierzchni bocznych przed strzałami pod małym kątem z przedniego sektora. Oczywiście wiadomo, że przy małym kącie uderzenia zdolność przebijania pocisku, także kumulacyjnego maleje. Jednak przy jego kontaktowej eksplozji na powierzchni pancerza nawet ta obniżona zdolność przebijania mogła wystarczyć. Ale gdy pocisk napotkał wcześniej ekran i eksplodował na nim, strumień kum. musiał przebyć znaczny dystans w powietrzu, w przestrzeni między ekranem a pancerzem, zanim dotarł do tego ostatniego. I tu już ta zdolność przebijania mogła się obniżyć poniżej niezbędnego minimum. Przy czystym strzale z boku pod kątem do osi czołgu bliskim prostemu ekran już tak dużo nie pomagał. Niby oczywiście zawsze lepiej mieć jakąś dodatkową osłonę niż nie mieć. Dodam jednak uczciwie jak się patrzy na te wczesne pociski kumulacyjne z II wojny (zwłaszcza artyleryjskie; te rozmaite Bazooki i Panzerfausty już tak źle nie wyglądają) to one w wielu przypadkach zbudowane są ewidentnie źle - odległość między dnem wkładki a zapalnikiem czołowym jest za sto procent za mała, z pewnością daleko mniejsza od ogniskowej (za to za wkładką są całe góry materiału wybuchowego, który jednak w napędzaniu wkładki i przebijaniu przeszkody w ogóle nie bierze udziału). I zdaje mi się że w takich sytuacjach ekran może nawet mógłby się okazać przeciwskuteczny i zwiększyć zdolność przebijania pocisku kum. Czołg Pz.IV z ekranem: Niemieckie pociski kumulacyjne 7,5 cm HL 38 (najstarsze z lewej) Pocisk może nie tyle współczesny co z lat 60. do niskociśnieniowej 90 mm armaty D/925 firmy MECAR, bardzo popularnego uzbrojenia lekkich wozów bojowych
  11. Modernizacja BMP-2

    Już tłumaczę "z polskiego na nasze". Florek-xxx miał na myśli, że kostki pancerza reaktywnego Kontakt-1 usytuowane są w płaszczyźnie pionowej. A Kontakt-5 - nachylone pod znacznym kątem (powiedziałbym że ze 60-70° co najmniej). Tyle że tak nie za szczęśliwie to ujął, pisząc o kącie uderzenia pocisku. A to nie jest to samo. Bo gdyby strzelec znajdował się idealnie z boku czołgu, czyli linia celowania biegła pod kątem prostym do jego (czołgu) podłużnej osi) to faktycznie kąt uderzenia byłby bliski 90°. A gdyby był idealnie przed czołgiem (linia celowania w osi podłużnej czołgu) to faktycznie pocisk uderzyłby pod kątem tych 70° czy iluś tam. Ale realnie na polu bitwy pewnie tak idealnie nie będzie, strzelec będzie strzelał z jakiegoś punktu np. w przedniej półsferze, ale nie idealnie w osi czołgu tylko pod jakimś większym czy mniejszym kątem do niej i jak trafi np. w boczny pancerz, to kąt uderzenia będzie daleki od 90°.
  12. Ja bym się po pierwsze nie zgodził w ogóle z tą tezą. Współczesne czołgi mają właśnie monstrualnie gruby pancerz. Już dla najstarszych wersji Abramsa podawano np. że przód wieży ma odporność równoważną 800 mm pancerza stalowego wobec pocisków kinetycznych i 1300 mm wobec kumulacyjnych. A od tego czasu odporność wszak znacznie wzrosła. Takie zjawisko jak mówisz było w latach 50.-60. kiedy uważano, że na pociski kumulacyjne przebijające pancerz stalowy grubości np. 400-600 mm nic nie pomoże i nie ma sensu się wysilać, więc wystarczy jak czołgi będą odporne na pociski działek małokalibrowych itp. a za to będą lżejsze i bardziej ruchliwe. Ale potem technika znacznie poszła naprzód. I teraz czołgi są cięższe i... jeszcze bardziej ruchliwe To jeden z komiksowych mitów. W rzeczywistości nawet przebicie pancerza przez pocisk kum. samo z siebie nie jest bardzo zabójcze. Doświadczenia na zwierzętach pokazywały, że te które znalazły się na drodze strumienia kumulacyjnego lub jego odprysków - zginęły, natomiast te co się na drodze strumienia nie znalazły, nie ucierpiały praktycznie wcale. Natomiast faktem jest że strumień kum. ma dość silne działanie zapalające i w przypadku jeśli napotka na swej drodze np. zbiorniki paliwa czy magazyny amunicji, wywołanie wtórnego pożaru/eksplozji jest bardzo prawdopodobne. A w czołgu jest wszak dużo tej amunicji i różnych łatwopalnych instalacji (np. wszelka hydraulika)... Od strony efektu poza pancerzem generalnie bardziej zabójcze dla ludzi są pociski kinetyczne. W ich przypadku masa odłamków wpadających do wnętrza czołgu - rdzeń pocisku i jego fragmenty oraz odłamki oderwane od samego pancerza - jest daleko większa, rzędu kilogramów (strumień kum. to raczej pojedyncze gramy). Znacznie większa jest więc szansa porażenia załogi. Troszkę gorszy może być ten efekt zapalający, tzn. w przypadku uranowych rdzeni oczywiście gorszy nie będzie, ale nie wszyscy ich wszak używają. A zważywszy większą masę rozrzucanych odłamków prawdopodobieństwo podpalenia czegoś pewnie per saldo wcale nie wychodzi gorsze. Z obowiązku wymienić wypada jeszcze pociski bazujące na tym, że NIE przebijają pancerza czyli burzące plastyczne zwane HESH lub HEP. Mają one miękką część głowicową (z cienkiej blachy, aluminium itp.) i wypełnione są plastycznym m.w. o dużej prędkości detonacji. Przy uderzeniu w pancerz "rozplaskują" się na nim (np. pocisk 120 mm na powierzchni 0,5 m2) i w tym momencie detonowane są przez zapalnik denny. W efekcie takiego specyficznego udaru, nie wnikając już w mechanizm, następuje odrywanie odłamków o wielkiej masie i energii z obu stron pancerza - a więc także "od środka" (tzw. spalling), rażących wnętrze czołgu. Przebicie na wylot zazwyczaj przy tym nie występuje, choć i tak bywa. Generalnie pociski takie nie są już dzisiaj bardzo skuteczne - nowoczesne czołgi mają pancerz warstwowy więc spalling wystąpi tylko w tej pierwszej warstwie, a kolejne zatrzymają odłamki - ale i tak się ich używa z uwagi na dużą uniwersalność (nadają się do zwalczania różnych rodzajów celów) i efektywność w zasadzie niezależną od prędkości i kąta uderzenia.
  13. Ach doprawdy, masz rację: prototyp przedstawiono 8 września 1946 - aż 1 rok po wojnie, ba, rok i prawie tydzień - to przecież kardynalna różnica. W takim razie np. amerykański czołg ciężki M6 miał ponad 15 KM/t (zależy jak liczyć i od jakiej konfiguracji, może wyjść nawet 16,7 KM/t). A powstał w 1942 i nawet był produkowany seryjnie (40 czy 50 szt.), choć nigdy na pole bitwy nie trafił. Nie, nie był to czołg ciężki - już raczej jakbyś się czepił początku lat 30.kiedy ta koncepcja powstawała, wtedy ten przewidywany na przyszłość typ bywał niekiedy tak nazywany. Niemcy mieli nieco archaiczną koncepcję posiadania 2 czołgów średnich - jednego z małokalibrową armatą ppanc. o wysokich parametrach balistycznych, drugiego z armatą 75 mm o gorszej balistyce, ale wystrzeliwującej bardziej efektywne pociski odłamkowo-burzące. W tej pierwszej roli wystąpił Pz.III, w tej drugiej Pz.IV właśnie. Jednak gdzieś na wiosnę 1942 udało się upchnąć w Pz.IV długolufową armatę 75 mm o wysokich osiągach balistycznych. Pz.III stracił tym samym rację bytu, jego produkcję zaczęto ograniczać a latem 1943 ją zakończono. Co do książki Ł.Włodarczyka to przyznam że nie czytałem, ale zapoznam się i odpiszę na pytanie. To co sam tu napisałem było z książek R.P. Hunnicutta
  14. Oczywiście się pomylił, ale już się tego nie czepiałem, Abrams, Patton, Sherman, Pershing, kto by tam spamiętał tych wszystkich generałów...
  15. Hmm klasyfikacja czołgów średnich/ciężkich na podstawie ich mocy jednostkowej mniejszej lub większej od 15 KM/t jest najwyraźniej autorskim wynalazkiem euklidesa. Nigdy się w literaturze z takową nie spotkałem. I szczerze mówiąc nie podoba mi się ona. Wg niej np. niemiecki Pz.IV wypadałoby uznać za czołg ciężki, skoro w większości wersji miał moc jednostkową niższą od tych 15 (w ostatniej 25-tonowej wersji nawet niecałe 12). A 68-tonowy rosyjski IS-7 byłby czołgiem średnim, mając 15,4 KM/t. Trochę to bez sensu. Mówiąc ściślej, protoplastą całej tej linii rozwojowej był projekt T20. Z tym, że wskutek splotu różnych przyczyn, różnego obciążenia poszczególnych zakładów i zespołów konstruktorskich, pierwszy prototyp T20 dostarczono później (maj '43), niż rozwinięty z niego T23 (styczeń '43). W każdym razie miał on już pewne cechy późniejszego Pershinga. Dzięki zastosowaniu nowego silnika (Ford GAN w uk`ladzie V8, o mocy 500 KM) stworzonego specjalnie z myślą o wozach bojowych udało się zaprojektować kadłub o niskiej sylwetce z dość mocno pochylonym przodem i bez tych bocznych sponsonów wystających ponad linię gąsienic. Na kolejnych prototypach testowano różne uzbrojenie (nowo skonstruowaną 76 mm armatę M1, armatę M7 o tym samym kalibrze, stosowaną wcześniej na ciężkim czołgu M6 oraz niszczycielu czołgów M10, 75 mm armatę M3 z Shermana zaopatrzoną w automat ładujący) różne układy przeniesienia napędu (mechaniczny torqmatic i elektryczny) różne układy zawieszenia (pionowe sprężyny spiralne, resory płaskie, wałki skrętne). T23 miał zawieszenie na 2-kołowych wózkach i sprężynach spiralnych, jak w Shermanie. Pancerz z przodu kadłuba miał grubość 76 mm, przodu wieży (osłona działa) 89 mm. Uzbrojony był w 76 mm armatę M1A1. Miał przekładnię elektryczną (podobnie jak np. niemiecki Elefant): silnik spalinowy napędzał prądnicę, ta zaś dostarczała energię silnikom elektrycznym poruszającym koła napędowe gąsienic. Zabawną cechą prototypu (w seryjnych czołgach z tego zrezygnowano) była możliwość prowadzenia go spoza miejsca kierowcy, za pomocą przewodowego "pilota" - zdalnego kontrolera. Można było umieścić go w wieży lub nawet z odpowiednio długim kablem wyjść z nim poza czołg. W maju 1943 złożono zamówienie na 250 wozów, ostatnie dostarczono w grudniu 1944. O ile w czasie prób fabrycznych czołg spisywał się nieźle, to po próbnej eksploatacji w jednostkach wojskowych ocena była raczej negatywna. Głównym powodem krytyki był elektryczny układ napędowy. O ile zapewniał on wysokie osiągi czołgu, to jednak wymagał od mechaników nowych, specyficznych umiejętności, co wymagało modyfikacji systemu szkolenia. Również części zamiennych do niego nie było w armijnym systemie logistycznym i obawiano się związanych z tym komplikacji. Ostatecznie czołg nie został wprowadzony na uzbrojenie (miał nosić indeks M27). W trakcie produkcji uznano, że przyszłościowym uzbrojeniem amerykańskich czołgów powinna być armata 90 mm. W związku z tym ostatnie 50 zamówionych wozów postanowiono wykonać w takiej właśnie konfiguracji, z nową wieżą i armatą 90 mm T7 (standaryzowaną potem jako M3). 40 z nich oznaczono jako T25 i miały one taki sam pancerz jak T23. 10 ostatnich miało otrzymać pogrubiony pancerz (102 mm z przodu kadłuba, 114 mm z przodu wieży) i te nazwano T26. W międzyczasie wynikły wspomniane kontrowersje z przekładnią elektryczną i te nowe wozy postanowiono wykonać z klasyczną przekładnią mechaniczną i zawieszeniem na wałkach skrętnych - otrzymały one oznaczenie T25E1 i T26E1. Napędzał je zmodernizowany silnik Ford GAF, tworzący w raz z przekładnią jeden zespół ("powerpack"). Oba czołgi wypadły na próbach pozytywnie, jednak we wrześniu 1944 postanowiono skoncentrować się na tej mocniej opancerzonej wersji i z rozwijania linii T25 zrezygnowano. Wcześniej, latem 1944 zmieniono klasyfikację T26 na czołg ciężki. W styczniu 1944 zamówiono dodatkowe 250 egz. T26E1. W toku prób wyszły na jaw rozmaite problemy które trzeba było skorygować (niedostateczna wentylacja,. przegrzewanie silnika, wycieki oleju..). Wojsko zażyczyło sobie też zwiększenia zapasu amunicji armatniej do 70 naboi, co wymagało przeprojektowania wnętrza, kosza wieży i rezygnacji z "mokrych" magazynów. W listopadzie 1944 produkcję zmodyfikowanych wozów oznaczonych T26E3 podjął Fisher Tank Arsenal. Pierwsze 20 czołgów wysłano do Europy (do Antwerpii) w styczniu 1945; weszły one do walki pod koniec lutego w składzie 3. i 9. DPanc. W marcu 1945 czołg został oficjalnie standaryzowany jako M26.
×