Jump to content

Speedy

Użytkownicy
  • Content count

    1,072
  • Joined

  • Last visited

About Speedy

  • Rank
    Ranga: Docent

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    II wojna światowa

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Lokalizacja
    WaWa
  • Zainteresowania
    militaria wszelakie

Recent Profile Visitors

2,437 profile views
  1. A ja jeszcze w kwestii formalnej: (rozumiem, że miało być "zużył") Otóż to nie jest prawda (chyba, że potraktować to jako element twojej alternatywnej wizji?). Wehrmacht nie zużył "praktycznie wszystkiego", ani teoretycznie wszystkiego, ani nawet połowy wszystkiego. W przypadku najpopularniejszych rodzajów amunicji art. to było góra kilkanaście procent zgromadzonych na dzień 1.IX.1939 zapasów, równowartość miesięcznej lub niewiele większej produkcji w okresie przedwojennym (oczywiście po wybuchu wojny produkcję amunicji zwiększono).
  2. Pułaski

    Hej Gwoli ścisłości językowej: Na ile wiem, grandniece to wnuczka czyjegoś brata lub siostry. Czyjaś własna wnuczka to granddaughter.
  3. Pułaski

    Hm, wydaje mi się, że w danej kwestii nie ma to wielkiego znaczenia, pra-, czy pra-pra, . Tak czy tak jest to osoba z tej samej linii genetycznej. Jeśli badamy DNA hipotetycznego Pułaskiego na zgodność z tą linią i wychodzi wynik pozytywny, myślę że jest to całkiem niezłe potwierdzenie tzn. o wysokim prawdopodobieństwie.
  4. Pułaski

    Hm, i z tych odlewów pobrały materiał genetyczny do badań DNA?
  5. 21 10 1805 r. - Trafalgar

    Sorry że się wtrącę, ale co ma jedno do drugiego???? Z teorii gier, wygrywa ten, kto zrealizuje cel gry. Przekładając to na "gry wojenne", strategię i taktykę działań militarnych, bitwę/wojnę/kampanię wygrywa ten, kto zrealizował cel, jaki sobie postawił na początku. Realnie na wojnie cel jest czasem symetryczny do celu przeciwnika tzn. celem jest uniemożliwienie realizacji celu przeciwnika. Straty nie mają tu nic do rzeczy. W czasie II ws Rosjanie ponieśli daleko większe straty od Niemców ale nie ma raczej wątpliwości że wojnę z Niemcami wygrali. Historia zna zresztą pojęcie "pyrrusowego zwycięstwa", zwycięstwa okupionego nieproporcjonalnie wielkimi stratami w stosunku do korzyści z odniesionego sukcesu - niemniej nadal jest to zwycięstwo. W maju-czerwcu 1794 pod d'Ouessant gra toczyła się o wielki francuski konwój z zaopatrzeniem - ponad 100 statków ze zbożem sprowadzanym z Ameryki. Miał on ogromnie znaczenie dla ogarniętych rewolucją francuskich miast, gdzie z jedzeniem robiło się właśnie w tym momencie nie za dobrze. Celem Brytyjczyków było przechwycenie i zniszczenie francuskiego konwoju, a przynajmniej zadanie mu maksymalnych strat, oraz przy okazji obronienie własnego konwoju, też zresztą idącego z tamtych stron, tyle że znacznie mniejszego i bez porównania mniej ważnego dla Brytyjczyków. Cel Francuzów był symetryczny - niedopuszczenie do realizacji celów brytyjskich, czyli obronienie własnego konwoju i w miarę możliwości zadanie maksimum strat Brytyjczykom. I to się poniekąd udało. Flota francuska przechwyciła brytyjski konwój i zadała mu znaczne straty, a francuski konwój ze zbożem dotarł do portów przeznaczenia. Czyli Francuzi wygrali. A to że francuska marynarka wojenna poniosła przy tym znaczne straty - no trudno, wojna to wojna, takie są jej koszty. Jakby wygłodzone francuskie miasta wypowiedziały posłuszeństwo rewolucyjnemu rządowi, skucha byłaby daleko większa.
  6. Miało być "przemysłu chemicznego", chyba jakaś autokorekta poprawiła błędnie napisane słowo na inne zupełnie, sorry
  7. Fragment jaki zacytowałeś dotyczy testów, nie użycia bojowego. Sądząc z cytowanego dalej tekstu chodziło o granaty ręczne oraz wystrzeliwane z 26 mm pistoletu sygnałowego ("rakietnicy"). W kwestii owych niemieckich szrapneli chemicznych T-Geschoss spotkałem się z pewnym takim wyjaśnieniem, aczkolwiek nie pamiętam niestety gdzie to wyczytałem. Ponoć pomysł powstał na podstawie ichnich prawniczych ekspertyz. Zapis konwencji haskiej (tej o zasadach i zwyczajach wojny lądowej) mówił o zakazie stosowania trucizny i broni zatrutej. Zinterpretowano to tak, że chodzi tu o broń z założenia mającą oddziaływać na cel za pomocą bojowego środka toksycznego (BST) - ale nie o taką, która ma jakby uboczne działanie trujące. W okresie tym (początek XX w., przełom XIX/XX w.) miało to pewne znaczenie. Wchodziły wówczas do użytku nowoczesne materiały wybuchowe na bazie nitrozwiązków aromatycznych - TNT (tronitrotoluen), kwas pikrynowy (trinitrofenol), ekrazyt (trinitrokrezol), nitrolit (trinitroanizol). W produktach ich rozkładu (czyli tym co pozostaje po wybuchu) było mnóstwo toksycznych substancji, przede wszystkim tlenek węgla a także najprzeróżniejsze związki aromatyczne i alifatyczne, choćby fenol pozostający po kwasie pikrynowym. Nonsensem byłoby jednak uznawanie tego za amunicję chemiczną z tego powodu. I tu pomyślano w ten sam sposób, szrapnel służy do rażenia siły żywej za pomocą zawartych w nim lotek - najczęściej w postaci metalowych kulek (jak w tym przypadku) lub strzałek, a zdarzają się kształtki jeszcze bardziej skomplikowane. A to że będzie przy okazji rozpylać BST to już tylko taki dodatek... Mało to jest przekonujące, ale z taką wersją gdzieś się spotkałem. Tu mi się nasuwa jeszcze jeden ślad. W związku z wojennymi trudnościami ekonomicznymi i ogólną niewydolnością premium chemicznego około 1915 Francuzi zaczęli produkować bomby lotnicze elaborowane takim panklastytem, mieszaniną nafty i ditlenku azotu NO2 a raczej tetratlenku diazotu N2O4 (w temperaturze pokojowej przeważa taki właśnie dimer). To jest dość silny i wrażliwy m.w. jak nitrogliceryna powiedzmy. Technicznie rozwiązane to było tak, że bomba miała 2 komory z komponentami rozdzielonymi przegrodą; w momencie zrzutu taki sprężynowo-tłoczkowy mechanizm rozbijał przegrodę i składniki mieszały się, tworząc m.w. No a jeśli coś nawaliło i się nie zmieszały, albo niecałkowicie, to po upadku bomby jakaś ilość NO2/N2O4 wydostawała się w powietrze. Ma on działanie drażniące dla dróg oddechowych i jest też trujący - utlenia żelazo w hemoglobinie, uniemożliwiając jej transport tlenu (chociaż nie jest to bardzo mocna trucizna). Może więc zetknięcie z takimi bombami czy ich niewybuchami było przyczyną narodzenia się takich pogłosek...
  8. Hm. Owe Kresy były częścią Rzeczpospolitej przedrozbiorowej. Dekretem z grudnia 1917 bodajże (zatwierdzonym później przez Radę Komisarzy Ludowych czyli bolszewicki rząd) W.I.Lenin anulował traktaty rozbiorowe co wg mnie oznacza powrót do granicy polsko-rosyjskiej z 1772 r.
  9. Wojny burskie 1880-1902

    Przyznać trzeba, że goście naprawdę byli że tak powiem "hi-techowi" i wykorzystywali najnowsze techniczne nowinki. Chociaż z promieniami katodowymi (wiązkami elektronów) eksperymentowano już wtedy od kilku dziesięcioleci, to gdzieś dopiero na przełomie lat 80/90 albo nieco później goście bawiący się takimi rzeczami zaczęli dochodzić do wniosku, że elektrony hamowane na anodzie albo na czymkolwiek emitują jakieś niewidzialne, przenikliwe promieniowanie. Zajmował się tym m. in. Wilhelm Röntgen. I to on właśnie wpadł na pomysł, że owe przenikliwe promienie można wykorzystać do prześwietlania ludzkiego ciała w celach medycznych. Artykuł jaki napisać na ten temat opublikowany został w grudniu 1895. A na początku 1896 w jakimś brytyjskim szpitalu po raz pierwszy praktycznie wykonano prześwietlenie chorego. O ile wiem to chyba nie, cały czas bazowały na lampie Crookesa z zimną katodą, ulepszona lampa Coolidge'a z katodą podgrzewaną powstała, jak sobie teraz sprawdziłem w wiki, w 1913. Jak to ogólnie działa: lampa Crookesa to próżniowa bańka szklana, a w zasadzie nie tyle próżniowa co wypełniona gazem (powietrzem) o bardzo niskim ciśnieniu. W szkło wtopione są dwie elektrody zasilane prądem o bardzo wysokim napięciu (wiele kV, najlepiej w ogóle z kilkadziesiąt kV). Wyładowanie w rozrzedzonym gazie jonizuje go: powstaje plazma z jonów dodatnich i wolnych elektronów. Elektrony lecą do anody, dodatnie jony do katody, waląc w nią wybijają z niej elektrony, które lecą do anody. W tak silnym polu elektrycznym (wszystkie te kilowolty) elektrony rozpędzają się do przyzwoitych prędkości dziesiątków tysięcy km/s. Elektrony o tak wysokiej energii, uderzając w anodę i w szkło i w ogóle we wszystko wybijają elektrony z powłok w atomach, a te powracając do pierwotnego stanu wypromieniowują kwanty energii. A ponieważ to jest tak ogromna energia, to są to właśnie kwanty promieniowania X. I jeszcze te szybciutkie elektronki mogą walić nawet w jądra atomowe i to też się wiąże z emisją twardego promieniowania X. Wielkie napięcie niezbędne do takiej zabawy wytwarzał wtedy induktor Ruhmkorffa (Cewka Ruhmkorffa), układ złożony z uzwojenia transformatorowego i przerywacza, tam pod linkiem można sobie przeczytać dokładny opis. Generalnie chodziło o to że zasilany był prądem stałym o niskim napięciu, a wytwarzał impulsy asymetrycznego prądu zmiennego (czyli z przewagą przepływu w jedną stronę) o bardzo wysokim napięciu. Wiki podaje że do 50 kV, a mi się wydaje że nawet i więcej też może, ale mniejsza już o to. Niestety nie potrafię w tej chwili podać kluczowych parametrów - jakie moce wchodziły tu w grę, a to jest potrzebne przy tych wcześniejszych rowerowych rozważaniach. Mogę jedynie wskazać kolejny niekorzystny czynnik, mający na to wpływ. Chociaż wiedziano, że promienie X są w stanie naświetlać fotograficzne materiały światłoczułe, to z jakichś powodów w tych pionierskich czasach raczej nie wykonywano zdjęć rentgenowskich (a w każdym razie rzadko). Może miał na to wpływ stosunkowo wysoki koszt owych materiałów foto, jak i konieczność ich wywoływania, co oznaczało przedłużenie czasu i pracochłonności prześwietlenia. W każdym razie zwykle korzystano z innej techniki. Pacjent czy też jego prześwietlany fragment umieszczany był pomiędzy lampą rentgenowską a ekranem fluorescencyjnym - szybą pokrytą odpowiednim luminoforem (na początku były to dość egzotyczne substancje jak cyjanoplatynian baru czy wolframian wapnia, potem zdaje się okazało się że i prozaiczny siarczan baru się nadaje) który pod wpływem promieni X emitował światło widzialne. Stojący przed ekranem lekarz obserwował na nim to co pacjent ma w środku. Nie było to specjalnie zdrowe, bo i pacjent naświetlany był "iksami" dosyć długo zanim diagnosta wszystko sobie dobrze obejrzał, i przede wszystkim ów diagnosta badający wielu pacjentów dziennie przyjmował taką dawkę że ho ho ho... chorował niestety nierzadko. Ale w tych pionierskich czasach nie do końca zdawano sobie sprawę, że to promieniowanie jest aż tak szkodliwe. W każdym razie przy tej technice aparat musiał pracować stosunkowo długo w sposób ciągły, co oznaczało spory pobór mocy.
  10. Wojny burskie 1880-1902

    Hm, nie poczytuj tego proszę tylko za napastliwość - po prostu zwyczajnie pytam o coś czego nie wiem czy nie rozumiem. Co takiego jest w tamtejszych warunkach terenowych? Może znasz je lepiej z własnego doświadczenia bo np. tam mieszkasz czy często bywasz czy coś w tym rodzaju - to napisz proszę o co chodzi. Bo tak teoretycznie to co tam jest nie halo? Afryka Płd. jest generalnie suchą, równinną sawanną. Obszary zamieszkałe od stuleci przez europejskich osadników z pewnością miały jakąś sieć drogową. Co tam było takiego szczególnie niedogodnego dla cyklistów?.
  11. A, to spoko. Kontrolowane miny do obrony portów itp. to najstarsza forma min morskich. Już w 1812 w Petersburgu chyba, rosyjski baron Paweł Szyling przeprowadził pierwsze eksperymenty z odpalaniem elektrycznym ładunków prochowych, w tym umieszczonych w wodzie w uszczelnionych beczkach. W czasie wojny krymskiej takie miny były już w użyciu, chociaż nie jestem pewien czy na Krymie też, na Bałtyku w każdym razie o ile pamiętam były postawione w obronie Kronsztadu. W tym znacznie nowocześniejsze miny konstrukcji Nobla (nie jestem pewien czy Alfreda czy jego taty jeszcze), także kontrolowane (aktywowane) z lądu ale już z zapalnikami kontaktowymi. Ta sztuczka o której mówisz ma jedną wadę, niekontaktowe miny naprawdę mogą narobić szkód jak wyprodukują falę uderzeniową w wodzie. Czyli muszą detonować a nie tylko szybko się palić. W czasach że tak powiem secesyjnych jeszcze nie bardzo o tym wiedziano, jako podstawowe materiały wyb. stosowano czarny proch i po trosze nitrocelulozę. Nitrogliceryna była znana, ale do celów militarnych zbyt wrażliwa i nietrwała. Piorunian rtęci także jest zbyt wrażliwy żeby go ot tak używać, świetnie nadaje się na detonator, ale to wymyślił Nobel już po wojnie, koło roku 1866 wraz z dynamitem. Bardzo duży ładunek prochowy oczywiście mógłby uszkodzić okręt z bliskiej odległości ale powiedzmy sobie taki okręt z lat 1860-tych to prędzej. Natomiast w 1945 Japończycy mieli już do dyspozycji normalne materiały wybuchowe i taki kilkutonowy ładunek np. TNT to już byłoby coś.
  12. Dzięki! I faktycznie wspominałeś już o tej stronie, racja. A pomysł z "torpedowymi fortami" z zatopionych statków wydaje się dziwaczniejszy jeszcze. - dlaczego właściwie nie zakładano z nimi łączności? Położenie podwodnego kabla telefonicznego to rzecz banalna. A bez tego jak wydawać im rozkazy? - jak mieliby odróżniać czy nasłuchiwane jednostki są własne czy wrogie i trzeba je zaatakować? - co tam robiła tak liczna załoga, wg raportu 40-50 osób? Np. jeden ze standardowych japońskich okrętów podwodnych, typ Kaichu, (nieduży, o wyporności koło 1000 t w zanurzeniu, późniejsze serie były trochę większe) miał od 40-kilku do 60 osób załogi. Okręt podwodny, na którym m.in. była rozbudowana siłownia spalinowo-elektryczna i masa urządzeń nawigacyjnych. A tu w stacjonarnej bazie gdzie do obsługi były tylko torpedy, sonar i system podtrzymywania życia załoga miała być taka sama? Czym oni się mieli zajmować? - skąd na zatopionym statku miał się brać prąd? Czy może po prostu zakładano, że napcha się tam akumulatorów z zapasem energii np. na miesiąc, a dłużej toto i tak nie przetrwa? - czy oni sobie dokładnie przemyśleli kwestię obsadzania tego przez załogę i robienia tych zmian co 10 dni? Przede wszystkim najpierw trzeba by taki statek znaleźć. Wg raportu Amerykanie dostali od Japończyków współrzędne i wykorzystali swoje najnowsze okręty z sonarami wysokiej klasy i te rzeczywiście odnalazły na dnie podejrzane miejsca. Amerykanie nie dokonali oględzin, bo jak stwierdzili skafandry jakie mieli do dyspozycji nie gwarantują bezpiecznego schodzenia na taką głębokość (obiekt namierzono na gł. 55 m). No ale OK, Amerykanie musieli się troszczyć o swój personel, Japończycy nie. Niemniej Japończycy takich super-sonarów nie mieli. A współrzędne geograficzne, sorry, to nie były czasy GPS, namiary pozycji wykonywano z dokładnością do pojedynczych mil. Czyli co, zakładano, że wrzuci się tych nurków do wody i oni sami sobie tę bazę znajdą? A jaka jest szansa że sobie znajdą? Historia zna niezliczone przypadki, że współrzędne punktu gdzie statek czy okręt zatonął były znane, a poszukiwania wraku trwały latami. - analogicznie kwestia zaopatrzenia - zamierzano wrzucać je do wody w jakichś zasobnikach i nurkowie z podwodnej bazy sami je sobie mieli poznajdować. No i ciekawe jak też by im szło. I jak sądzę chodziłoby przede wszystkim o te kluczowe zapasy: sprężone powietrze/tlen i chemikalia do pochłaniania CO2. Trudno mi jest oszacować ile by tego potrzeba do 50 ludzi, poza tym kwestia też jak często korzystaliby ze śluzy i ile powietrza by przy tym szło. Z żywnością i wodą jest mniejszy problem - zgrubnie szacując zapasy dla 50 ludzi na powiedzmy 30 dni (nie wiem, powtarzam, na ile starczyłoby energii w bateriach, taki przyjąłem limit "z powietrza") to byłoby zapewne kilkanaście ton. Raport mówi o wykorzystaniu statków o nośności 5000 t więc dałoby się chyba wygospodarować miejsce na te przynajmniej zapasy i już ich nie uzupełniać. Jeszcze tam jest kilka kwestii nad którymi się muszę zastanowić.
  13. Tak jest, lecz powtarzam, przyczepiano je do nieruchomego statku, będąc z nim w bezpośrednim kontakcie. Można więc to było zrobić starannie i pewnie. I były to miny daleko mniejsze i lżejsze, z ładunkiem ok. 1,5 kg m.w. Przyczepienie miny magnetycznej, daleko cięższej od wspomnianych, do płynącego statku czy okrętu, przez pchnięcie go kijem z miną na końcu, wydaje mi się bardzo wątpliwe. BTW czytam ten raport w wolnych chwilkach (krótki jest na szczęście) i coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu że w jakiejś części są to rzeczy... no ... nie chcę powiedzieć "zmyślone", bo to nie byłoby dobre określenie. Ale powiedziałbym że coś co było na bardzo wstępnym etapie rozważań i testów, nie mówiąc już o realizacji, przedstawiono Amerykanom jako gotowe do wdrożenia plany operacyjne. Naopowiadano im różności, i prawdziwych i takich trochę mniej. A oni to łyknęli, bo mieli świeże i bardzo liczne doświadczenia z różnymi japońskimi taktykami samobójczymi i kolejna taka taktyka doskonale im do tego pasowała. Szczególnie te podwodne forty z zatopionych statków wyglądają podejrzanie,
  14. Uwaga techniczna - czy mógłbyś sprawdzić raz jeszcze numer tego biuletynu All Hands? Wydaje mi się że znalazłem właśnie to na stronach marynarki wojennej, nr datowany January 1947 https://www.navy.mil/ah_online/archpdf/ah194701.pdf i nie ma tam takiego tekstu. Ogólnie pomysł znowuż mocno kontrowersyjny. W okresie międzywojennym załogi okrętów podwodnych niektórych flot (USNavy, i jeszcze ktoś chyba) szkoliły się w strzelaniu torped na słuch, bez użycia peryskopu. I w czasie II wojny to się chyba dwa razy udało tak w coś trafić. Albo coś koło tego. Bez tego co jest do dyspozycji dzisiaj, komputerów pomagających w ustaleniu parametrów nasłuchiwanego, to się wydaje nieomal niemożliwe. Owszem, okręty podwodne atakowano na słuch, ale tam wchodziły w grę odległości daleko niższe. I nikt raczej nie liczył na super-trafienie, po prostu zrzucano mnóstwo bomb głębinowych i zakładano, że któraś wybuchnie na tyle blisko celu, że go zniszczy. EDIT na stronach fischer-tropsch.org znalazłem i ten oryginalny raport: http://www.fischer-tropsch.org/primary_documents/gvt_reports/USNAVY/USNTMJ Reports/USNTMJ-200I-0743-0766 Report S-91 N.pdf Strasznie to wszystko dziwaczne. Po pracy napiszę więcej, muszę się jeszcze pozastanawiać i poszperać.
  15. A oczywiście, kocioł (walczak) odpowiednio spreparowany nadawałby się na schron dla nurków, dla miny to raczej za duży nawet. Ale uczciwe zbadanie tej ewentualności wymagałoby pewnego "researchu" na który nie bardzo mam czas i chęć, nie jest to aż tak bardzo nurtujący mnie temat, a poza tym uczciwie mówiąc nawet nie wiem czy dałbym radę, może np. źródła są po japońsku tylko. Trzeba by sprawdzić czy Japończycy w 1945 mieli tych kotłów i parowozów po kokardę i mogli sobie swobodnie co starsze i gorsze wyrzucać do morza, a kto bogatemu zabroni - czy jednak wręcz przeciwnie. Na roboczo zrobiłbym założenie że niekoniecznie. To co USAAF sobie przećwiczyło wcześniej w Europie to były zmasowane działania przeciwko niemieckiej sieci kolejowej, które stopniowo doprowadziły do jej paraliżu - ataki na infrastrukturę (linie, mosty, stacje, węzły kolejowe) ale też ataki szturmowe na poszczególne pociągi i lokomotywy upolowane gdzieś na szlaku. Można przypuszczać chyba z dużym prawdopodobieństwem że w sytuacji "przedinwazyjnej" w Japonii i USAAF i marynarka wojenna robiłyby to samo, atakowały koleje itp. I tych parowozów i kotłów na zbyciu wcale nie musiałoby być dużo. Aluzje do wojny secesyjnej zapewne dotyczą miniaturowych morskich jednostek szturmowych (''lodzi podwodnych") Południa? To chyba jednak inne czasy i inne technologie, bez możliwości bezpośredniego przełożenia jednego na drugie. Aczkolwiek chętnie pokłócę się podyskutuję na ten temat.
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.