Jump to content

Speedy

Użytkownicy
  • Content count

    1,030
  • Joined

  • Last visited

About Speedy

  • Rank
    Ranga: Docent

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    II wojna światowa

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Lokalizacja
    WaWa
  • Zainteresowania
    militaria wszelakie

Recent Profile Visitors

2,065 profile views
  1. Byłem w Rio, byłem w Bajo

    A tak, faktycznie. Może pomyliłem wystawy, albo bezkrytycznie odpisałem od kogos kto pomylił.
  2. Byłem w Rio, byłem w Bajo

    Aaa... przyznam, że mnie zaskoczyłeś. Jakoś nie wiedziałem, że gościł kiedyś u nas. Ale faktycznie znalazłem sobie w necie jakąś informację: 17.VI.1971 w drodze powrotnej z salonu lotniczego Farnborough Tu-144 lądował w Warszawie z powodu jakichś problemów technicznych. Przy okazji można było go oglądać na Okęciu. Ja niestety nie mieszkałem jeszcze wtedy w Warszawie, a w ogóle miałem 4 lata ale to akurat nie szkodzi, mój tata był też po trosze fanem takich rzeczy i na pewno pojechałby go zobaczyć i zabrałby mnie ze sobą.
  3. Byłem w Rio, byłem w Bajo

    Faktycznie - może powinienem napisać "normalnej eksploatacji" albo coś w tym rodzaju. Tu-144 latały z pasażerami tylko przez parę miesięcy (1.XI.1977 - 1.VI.1978) na trasie Moskwa - Ałma-Ata (w Kazachstanie). Łącznie wykonały 55 lotów pasażerskich. I jak sobie patrzyłem na rosyjskich forach, ludzie którzy nim latali, wspominali że bardzo często loty były odwoływane i podstawiano jakiś normalny samolot. Wynikało to nie tylko z awarii technicznych maszyny, ale też z jej ogólnych cech użytkowych. Tu-144 wymagał do normalnej eksploatacji lotnisk ze stosunkowo długimi pasami. Zarazem zasięg miał nie tak wielki jak planowano. I przy pewnych, jak to określić, konfiguracjach meteorologicznych na trasie lotu mogła wyjść taka sytuacja, ze gdyby samolot nie mógł lądować na lotnisku docelowym to nie byłoby dla niego lotniska zapasowego. Dla porównania Concorde British Airways wykonały ponad 50.000 lotów pasażerskich. Dla Air France nie znalazłem takich danych na szybko, ale jako że było ich tyle samo, zapewne wylatały mniej więcej tyle samo, a jeszcze były loty czarterowe, więc można chyba przyjąć że wykonały zapewne ponad 100.000 lotów. EDIT: znalazłem na jakimś forum dokładne liczny - jednak było mniej niż 100 tys. lotow: Concorde na Tapatalku W skrócie, jeden z dyskutantów podał tam dokładne liczby lotów Concorde: 52.071 w BA i 31.912 w AF co daje razem 83.983 loty.
  4. Byłem w Rio, byłem w Bajo

    Aerospatiale/BAC Concorde - jeden z najsłynniejszych samolotów pasażerskich, jedyny naddźwiękowy "pasażer" jaki dotychczas doczekał się eksploatacji. Używany był w latach 1976 - 2003 przez British Airways i Air France. Miałem przyjemność widzieć go na własne oczy w Warszawie w 1987.
  5. Ogólna polska nazwa to ładunek wydłużony. Po angielsku nazwa ogólna to line charge, z tym że te patenty wymyślone na początku ub. wieku zwykle nazywane są Bangalore Torpedo, a line charge to raczej te współczesne rozwiązania. Owe "torpedy" wynaleziono w Bangalore w Indiach w 1912 r. w brytyjskim pułku saperów, który tam właśnie stacjonował. Składały się one z szeregu rur (początkowo bambusowych, później z metalu lub z tworzyw szt.) wypełnionych materiałem wybuchowym i zaopatrzonych w końcówki - kołnierze, umożliwiające łączenie ich ze sobą jedna za drugą czy to przez skręcanie, czy przez jakiś zatrzask itp. W miarę dołączania od tyłu kolejnych rur (najpierw z materiałem wyb., potem pustych, przez które przechodził tylko przewód od zapalnika) całe ustrojstwo popychano do przodu i wsuwano na pole minowe, pod owe zasieki czy zapory itp. a następnie detonowano. Doskonalsza forma tej koncepcji, wynaleziona już raczej po II wojnie to rodzaj łańcucha z ładunków wybuchowych połączonych linką (i lontem detonującym) lub elastyczny wąż z tworzywa szt. wypełniony plastycznym materiałem wyb., wyciągany przez mini rakietę, tak by został narzucony na zaporę/przeszkodę i zdetonowany. Dodatkową zaletą tych wybuchowych metod jest oczyszczenie wycinanego w zaporze przejścia z min, które zostają zdetonowane w odległości do metra czy kilku metrów od osi ładunku (zależnie od jego wielkości).
  6. U nas - nie. Amerykanie dość niekonsekwentnie zaliczali od czasu do czasu broń zapalającą do broni chemicznej - wtedy by się łapał.
  7. Byłem w Rio, byłem w Bajo

    Helikopter to wg mnie Piasecki H-25 Retriever (znaczy w marynarce on się chyba jakoś inaczej nazywał). Ratowniczy i taki ogólnego przeznaczenia. I chyba była wersja do zwalczania okrętów podwodnych. Elegancki biały samolocik to słynny Douglas A-4 Skyhawk, lekki samolot szturmowo-bombowy szeroko wykorzystywany w wojnie wietnamskiej a także w wojnach na Bliskim Wschodzie (przez Izrael).
  8. Wojna hiszpańska 1936-1939

    Dzięki za info - jeśli tak jest, to by wiele tłumaczyło
  9. Wojna hiszpańska 1936-1939

    Dzięki za sugestię. Ja też sobie coś takiego pomyślałem, że frontowe ściany budynków wystawione na ostrzał w większości się zawaliły, a to co stoi to tylne ściany, nie tak już postrzelane. Tylko trochę dziwne mi się to wydaje. Wszystkie się tak zawaliły? Znowuż, odwołując się do relacji z walk w Polsce takie zawalenie się miejskiego murowanego budynku od ognia na wprost występowało zasadniczo od trafień pociskami dział samobieżnych 122-152 mm. Oczywiście i od mniejszych kalibrów też by się pewnie dało po odpowiednio wielkiej liczbie trafień, tyle że sytuacja walk ulicznych niekoniecznie by na coś takiego pozwoliła. A może w Hiszpanii budowali te domy jakoś mniej solidnie?
  10. Wojna hiszpańska 1936-1939

    Nie mogąc doczekać się już na więcej zdjęć z Belchite postanowiłem podzielić się tutaj refleksją na tematy, jakby tu rzec, balistyczne. Mieszkam w Warszawie, która w czasie II wojny była jak wiadomo terenem dość intensywnych działań bojowych. Wiele starych kamienic, zwłaszcza na Pradze nosi ślady wojennych zniszczeń. Jest ich coraz mniej, sporo starych budynków wyremontowano lub wyburzono, z dzieciństwa pamiętam że znacznie więcej kiedyś tego było. W każdym razie w kwestii tych śladów zniszczeń można wyodrębnić dwa zasadnicze wzory: 1. wzór, spotykany najczęściej, to ślady po pociskach broni strzeleckiej i odłamkach z odległych eksplozji, niewielkie, kilkucentymetrowe otwory zwykle chaotycznie rozrzucone po fasadzie budynku. 2. wzór, rzadszy (nie mogłem teraz na szybko znaleźć ładnego zdjęcia) to ślad po pocisku artyleryjskim, który eksplodował zagłębiając się w mur. Jest to kilkudziesięciocentymetrowa co najmniej wyrwa (często załatana - wtedy wyróżnia się innym kolorem cegły) zwykle o nieregularnym kształcie, z bardzo charakterystycznymi rozchodzącymi się promieniście śladami odłamków i powybuchowych gazów. Zwykle jest w sąsiedztwie okna, w które ktoś najwyraźniej starał się trafić. Na tych zdjęciach z Belchite zaledwie w kilku miejscach widać wzór 1. Może on po prostu nie wychodzi dobrze na zdjęciach w tamtejszym oświetleniu? W miejscu ciężkich i długotrwałych walk powinno być tego raczej sporo. Wzoru 2 nie zauważyłem w ogóle. Po części można to tłumaczyć specyfiką tamtych czasów. W Warszawie są to głównie ślady po strzałach na wprost oddanych przez czołgi, w czasach że tak powiem "hiszpańskich" czołgów nie za wiele było i w większości uzbrojonych w karabiny maszynowe lub co najwyżej działa małego kalibru. Ale jednak w walkach w mieście chyba używano dział piechoty do ognia na wprost i śladów wzór 2 można by się chociaż paru spodziewać.
  11. Wojna hiszpańska 1936-1939

    No pewnie że mamy przynajmniej ja.
  12. Parabellum P'08 Luger

    Ogólnie to jest tak zwany "model artyleryjski", broń przeznaczona dla artylerzystów, którym zwykły karabinek wz.98k za bardzo przeszkadzałby w czynnościach służbowych z uwagi na długość i masę. Wymyślono więc dla nich taki pistolet Parabellum, z wydłużoną do 20 cm lufą , dostawną kolbą i bębnowym magazynkiem na 32 naboje (magazynek ten zaadaptowano potem do pistoletu masz. MP-18). Prócz artylerii używany był w piechocie w oddziałach Stosstruppen, przeznaczonych do szturmów i walki w okopach, w lotnictwie, nim rozpowszechniły się lotnicze karabiny masz., i chyba jeszcze marynarna wojenna sobie go przyswoiła. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że jeszcze wcześniej (1902) na rynek cywilny robiona była jeszcze bardziej karabinkowa wersja Parabellum, z jeszcze dłuższą 30-cm lufą z drewnianą nakładką (łożem przednim). I nie jestem pewien czy w tym konkursie na karabinek do walki w okopach, wygranym przez MP-18, nie startowała właśnie ta bardziej karabinkowa wersja, oczywiście bardziej zmilitaryzowana.
  13. Dzięki! Czyli jednak byłem w błędzie. Jeśli te działa 150 mm na "kieszonkach" były (mogły być) centralnie kierowane przez SKO, to oczywiście nie były bezużyteczne w bitwie i stanowiły liczącą się siłę ognia.
  14. Serio? A mógłbyś podać jakieś źródło, żebym się miał czym w dyskusjach podeprzeć? Rozumiem że wielkie rajdery to są właśnie m.in. "kieszonki"? Bo ja już kilka razy w dyskusjach internetowych, jak i na żywo przy piwku z kolegami rzucałem taki swój pogląd, że "kieszonkom" ta średnia artyleria była generalnie zbędna. Lepiej byłoby ją zlikwidować, a odzyskaną masę (wyporność) przeznaczyć na wzmocnienie opancerzenia. W tych ciężkich krążownikach było ono generalnie za słabe, główny pas burtowy miał 80 mm (tylko Graf Spee miał 100), co nie zabezpieczało w pełni przed ogniem 6-calowych dział lekkich krążowników z typowych odległości starcia. Pogrubienie burty do 150-170 mm oznaczałoby skokowy wzrost odporności - niemal całkowite zabezpieczenie przed pociskami 6" i znacząca poprawa wobec pocisków 8". Ponadto z tego co wiem na "kieszonkach" te 15 cm działa nie miały centralnego systemu kierowania ogniem (SKO). Każda wieża strzelała sobie sama wg własnych nastaw. Zrobiono to z braku miejsca i dlatego, że zakładano, że z tych wież będzie się strzelać do statków w konwojach więc i tak każda wieża będzie miała swój własny cel. No i OK, tylko czyniło to te działa praktycznie bezużytecznymi w normalnej bitwie morskiej np. wobec niszczycieli czy lekkich krążowników. Miały co prawda większą donośność od 105-tek (23 km vs. 17,7 km), ale brak SKO i tak nie pozwalał za bardzo tego wykorzystać. Oczywiście najlepiej byłoby zlikwidować w ogóle artylerię średnią i przeciwlotniczą i zamiast tego zrobić jakieś działa uniwersalne kal. ok. 120-130 mm. Tyle że Niemcy takowymi nie dysponowali w tym czasie. I stąd był mój pomysł, żeby dać sobie w ogóle spokój z 15 cm średnią artylerią na tych okrętach, a te 10,5 cm traktować jako takie pseudo-uniwersalne. Ewentualnie dodać jeszcze 1-2 wieże plot. (ale niekoniecznie). Adwersarze w dyskusji twierdzili zaś, że nie, że nie mam racji, bo 105-ki wystrzeliwały znacznie lżejsze pociski od 150 mm (około 3-krotnie), więc efekt rażenia takich trafień był mniejszy i skuteczność zwalczania tych statków też wyraźnie gorsza i lepiej było używać 150 mm armat, bo z nich szybciej szło to zatapianie. A moim zdaniem wcale nie. Skuteczność pocisków 105 mm, choć mniejsza, przeciw nieopancerzonym celom była moim zdaniem dostateczna. A zaawansowany SKO (i w dodatku stabilizowane wieże!) 105-tek w połączeniu z ich wysoką szybkostrzelnością stwarzał większe prawdopodobieństwo trafienia. No i teraz, skoro jak twierdzisz sami Niemcy woleli strzelać do statków z armat plot. 105 mm zamiast ze specjalnie w tym celu zainstalowanych 150-tek, stawia to przydatność tych ostatnich pod znakiem zapytania i jest argumentem wspierającym moją tezę.
  15. Hm, zawory upustowe? No właśnie, dlatego nieco absurdalna wydała mi się informacja o jedenastu trafieniach SS Beaverford pociskami 11".
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.