Skocz do zawartości

jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    2,208
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O jancet

  • Tytuł
    Ranga: Profesor wizytujący
  • Urodziny 11/10/1959

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    Polska pod zaborami

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  1. Nasze fury. Kącik motoryzacyjny.

    Bardzo poproszę o wyjaśnienie, czemuż to kierowca Fiata, znajdujący się za TWYM AUDI, mocno naciskał na hamulec, widząc zbliżającą się škodę?
  2. Leopold I Koburg

    W sumie to gdyby nie powstanie listopadowe i niepowodzenia Rosjan w wojnie polsko-rosyjskiej 1831 roku, to pewnie nigdy by nie został królem.
  3. Wielka gra przeciwko Syrii

    Bez przesady z Sewastopolem. To nie wojna krymska. Wówczas Rosja panowała nad większością wybrzeża Morza Czarnego, z grubsza od Warny po Batumi. I słusznie jej przeciwnicy dostrzegli ogromne znaczenie Krymu i Sewastopola. Wówczas w tej części Europy nie było linii kolejowych, więc w zaopatrzeniu wielką rolę odgrywał transport morski. Koalicji wystarczyło opanować Sewastopol, by wypływające zeń brytyjskie i francuskie okręty mogły uniemożliwić Rosji transport morski na Morzu Czarnym. Czyli opanowanie przez koalicję Sewastopola dawało jej panowanie nad Morzem Czarnym - bo jednocześnie panowała nad Bosforem i północnym wybrzeżem Anatolii. Ale w drugą stronę to już nie działało, nawet wówczas. Jakoś pomimo panowania nad Sewastopolem Rosji nie udało się przeszkodzić desantowi na Krymie i utrzymywaniu stałych dostaw morskich dla armii ekspedycyjnej. Tym bardziej dziś, gdy NATO bezpośrednio kontroluje ponad 50% czarnomorskich wybrzeży, a dalszych kilkanaście % kontrolują państwa Rosji nieprzychylne - Gruzja i Ukraina. Z Sewastopola do brzegów Turcji jest 300 km, a z Noworosyjska - 380 km. Te 80 km różnicy to dla dzisiejszego myśliwca 120 s lotu. Bez znaczenia. No i pamiętajmy, że droga z Sewastopola do Turcji jest taka sama, jak z Turcji do Sewastopola - 300 km. Z Rumunii - 330 km, z Gruzji (bez Abchazji) - 780 km. A z Ukrainy - 180 km. Dziś Sewastopol może być zaatakowany przez NATO z 4 stron świata. Jego strategiczne znaczenie dla Rosji jest mniejsze, niż 160 lat temu, ale Rosja nadal nie może dopuścić, by dostał się on w ręce wroga. Sewastopol daje panowanie na Morzu Czarnym temu, kto ma silniejszą flotę - dziś morską i powietrzną. W przeciwnym razie jest tylko tarczą strzelniczą. Dziś Rosja jest silna bronią atomową, wojskami lądowymi i siłami specjalnymi. Marynarka wojenna jest raczej słaba, a Flota Czarnomorska - bardzo słaba. Oczywiście z łatwością pokona gruzińską, czy dzisiejszą marynarkę Ukrainy, bo najlepsze ukraińskie jednostki przejęły "zielone ludziki". Ale można wątpić, czy wygrałaby pojedynek z Rumunią, o Turcji nawet nie wspominając __________________________________________________________________________________________________________________________ I podobna rola przypada Syrii - niestety dla jej mieszkańców. Ma się nie dostać "w łapy NATO", którego bazy już otaczają Rosję od Japonii i Korei Południowej po Turcję, Irak, Gruzję i Afganistan (licząc w kierunku odwrotnym do wskazówek zegara). Jedyny wyłom w tym froncie stanowi Syria, gdzie Assad był prorosyjski. Zarówno zwycięstwo opozycji demokratycznej - raczej nieprawdopodobne, jak i bardziej prawdopodobne dogadanie się Assada z opozycją demokratyczną oznacza dla Rosji oddanie tego kraju w szpony NATO. Oczywiście sukces fundamentalistów islamskich to też zło, ale takie trochę mniejsze. W tym scenariuszu można pokazać NATO, że bez Rosji nie dadzą rady, więc niech się z nią liczą.
  4. Sorry, Speedy, ale trochę czuję się obrażony. Ja oczywiście wiem na ten temat znacząco mniej, niż Ty, ale nie rób ze mnie idioty. Odporność równoważna 800 mm czy 1300 mm zapewne nie oznacza, że realnie istniejący czołg Abrams ma pancerz o cca metrowej grubości. Dziś mamy pancerze wielowarstwowe, kompozytowe, aktywne etc. etc., ale temat zdaje się dotyczyć II wojny światowej, więc zatrzymajmy się tak z grubsza na końcu lat 40-ych. Co do skutków trafienia pojazdu opancerzonego pociskiem kumulacyjnym - to OK., stwierdzono, że wzrost temperatury nie jest aż tak duży. Jednak chciałbym uzyskać od Ciebie informację co do skuteczności pocisków kumulacyjnych w latach 1943-1945. Czy wówczas zwiększenie grubości pancerza miało sens? W popkulturze (nie tylko w komiksach) spotykam się z obrazem, jak to ktoś strzela z bazooki w budynek mieszkalny, a czasem nawet w grupę ludzi i następuje gigantyczna eksplozja, na skutek której budynek się wali, a ludzie giną. O ile wiem, skuteczność pocisku z bazooki ogranicza się do trafienia w pancerz z metalu. Jak trafi w beton to rezultat będzie skromny. A do zwalczania "siły żywej" nie nadaje się wcale. Czy mam rację?
  5. Skromnie się dołączę, przekazując te spostrzeżenia. 1. Wydaje mi się, że o zdolności pojazdu do poruszania się w terenie podmokłym, grząskim, generalnie o słabym podłożu decyduje nie "moc jednostkowa" w KM/tonę, tylko "nacisk jednostkowy", wówczas mierzony w kG/cm2, który dziś jest pewnie wyrażany w Pa. Moc jednostkowa będzie ważna np. przy pokonywaniu wzniesień, czy forsowaniu zadrzewień. Swoją drogą skorzystam z okazji, by zadać pytanie, jak to było z tymi drzewami. Czy taki średni lub ciężki czołg mógł powalić solidny 100-letni dąb i czy mógł przedrzeć się przez las, tworzony powiedzmy przez 50-letnie sosny? Bo pojedynczą sosnę chyba mógł powalić? 2. Spotkałem się z tezą, że kres rozwojowi ciężkich czołgów, rozumianych jako czołgi o bardzo grubym pancerzu, położyło wprowadzenie pocisku kumulacyjnego. Taki pocisk, nawet jeśli nie przepali pancerza, to spowoduje wzrost temperatury wewnątrz czołgu, którego załoga może nie wytrzymać, a i amunicja zacznie eksplodować. A wystrzelić go można z byle czego. Czy ta teza jest słuszna?
  6. Kosowo

    Wśród osób młodych i w średnim wieku nie spotkałem nikogo, kto nie znałby przynajmniej podstawowych zwrotów. Jak jest w starszym pokoleniu - nie wiem. Zaznaczę, że w sumie 2 dni spędziłem w Prisztinie - i tu było trochę turystów - a pozostałe trzy w Ferizaj. To takie nasze Siedlce. Nie wiem, czy w małym sklepiku w Siedlcach dogadałbym się po angielsku. A tam - i owszem. W jednej sytuacji jak kelnerowi uciekło słowo po angielsku, przeszedł na serbski (wiedział, że jestem z Polski). Niby serbskiego nie znam, ale "domaca rakija" zrozumiałem. Jednak poziom tego angielskiego nadzwyczajny nie jest. Ja wykład prowadziłem po angielsku i studenci mieli miny, jakby rozumieli. Ale jak przyszło do pytań, to - z jednym wyjątkiem - były zadawane po albańsku, prorektor tłumaczył je na angielski, ja odpowiadałem i znów było to tłumaczone na albański. Potem uczestniczyłem w zaliczeniu przedmiotu na podstawie prezentacji. Dziewczyny mówiły po albańsku, natomiast tekst był w dwóch językach - po albańsku i po angielsku. I tu ten angielski był bardzo kulawy, trudno mi było ten tekst pojąć. Google translator był tam głównym autorem, a i tak trafiały się kwiatki, typu "in this road" zamiast "in this way".
  7. Kosowo

    Odwiedziłem to państwo - bądź tę cześć Serbii, jak chcą niektórzy, w ramach programu Erasmus+. Tak jak wcześniej Kijów. Znaczy nasza stara dobra Unia mi pokryła koszty podróży, żebym tam prezentował unijne wartości oraz swą wiedzę akademicką. No to prezentowałem. Dotrzeć tam nie jest zbyt łatwo. To znaczy zwykle są dwa połączenia dziennie, tyle że lecąc tam, mój lot został "zkancelowany", więc zamiast przylecieć do Prisztiny o 13:30, przyleciałem o 23:30. Zaś lecąc z powrotem tylko dlatego udało mi się złapać połączenie z Ljubljany do Warszawy, bo samolot był opóźniony o godzinę. Serdecznie odradzam to lotnisko jako miejsce przesiadki poza strefą Schengen. Natomiast lotnisko w Prisztinie jest w pełni nowoczesne i bardzo wygodne. No ale tu nie o tym. Przed wyjazdem miałem wyobrażenie o Kosowie (ukształtowane przez nasze media) jako kraju muzułmańskiego. Że to muzułmańska mniejszość, która stała się większością, zaczęła się ścierać z prawosławnymi Serbami, ci odpowiedzieli uciskiem i dyskryminacją, wręcz ludobójstwem, na co zareagowało zbrojne NATO i tak powstało to nowe państwo, które jednak nie przez wszystkie inne państwa jest uznawane, nawet w ramach Unii. Tymczasem to państwo jest absolutnie świeckie. Jesteśmy 100 razy bliżej państwa religijnego, niż oni. Owszem, jest dużo meczetów, ostatnio wyremontowanych, głównie za tureckie pieniądze, o czym można się dowiedzieć z tablic, montowanych na zewnętrznych ścianach. Przy tych meczetach są minarety, a na nich... przeważnie głośniki. Na niektórych nie ma głośników, więc może tam wchodzi prawdziwy muezin. Siak czy owak kilka razy dziennie rozlega się z tych minaretów śpiew muezinów, wzywających wiernych do modlitwy. Wierny powinien w tym momencie rozłożyć dywanik, uklęknąć i bijąc pokłony w stronę Mekki modlić się. Niczego takiego nie zauważyłem. Nie tylko, że nie zauważyłem nikogo, kto by się modlił na dywaniku, nie zauważyłem nawet odruchu przerwania rozmowy czy naciskania na klakson. Zero reakcji. Kilka, może kilkanaście procent starszych mężczyzn nosi białe nakrycia głowy, jednak jeśli wierzyć mojemu rozmówcy, jest to raczej symbol narodowy niż religijny. Kobiety, z chustami na głowach i w tradycyjnych szatach trafiają się jeszcze rzadziej, ale - rzecz ciekawa - wręcz częściej wśród młodych, niż starszych. Ale powiedzmy - średnio nie więcej niż jedna osoba na 100. Na sali wykładowej była jedna tak ubrana studentka na jakieś 200 osób. Wykładowców obowiązuje strój europejski. Nawet to białe kepi na głowie nie przejdzie. Na ulicach zwraca uwagę liczba kafejek - małych, dużych, tradycyjnych i nowoczesnych. Te ostatnie zwą się często "longue". W mieście Ferizaj (Uroševac), które było celem mej podróży wzdłuż 400 m głównego deptaku naliczyłem 27 takich lokali. A w sąsiednich uliczkach dziesiątki czy nawet setki dalszych. W godzinach 15. - 20. wolnych stolików brak. Setki, tysiące młodych ludzi siedzi, sączy kawę i gada. Ciekawe, że choć każdy zerka w swego smartfona, jednak też gada z tymi obok. No i piją kawę, a nie piwo czy inny alkohol. Alkohol jest tu spożywany powszechnie, podobno nawet ci, którzy się deklarują jako wierzący muzułmanie, nie stronią od piwa czy raki. Ale spożywanie go - przynajmniej w miejscach publicznych - jest zdecydowanie rzadsze, niż u nas. Szczerze mówiąc, przy pierwszym wrażeniu "tu jest wszystko tak samo, jak u nas, no może jak u nas 10 lat temu" przy głębszym wejrzeniu okazuje się, że tam jednak jest inaczej. W sumie wszystko jest inaczej. Ale, jeśli ktoś jest ciekaw, to proszę pytać.
  8. Humor

    Przyznaję bez przymusu .
  9. Drogi Euklidesie, na froncie wschodnim podczas II wojny światowej jak najbardziej toczono walki w górach. Podczas niemieckiej ofensywy sforsowano Góry Krymskie, gdzie szczyty są wysokie na cca 2000 m npm. Ale walki toczono też na o wiele wyższym Kaukazie. Radziecka kontrofensywa też wymagała sforsowania gór. Np. Gór Krymskich, choć w sumie Karpaty były bardziej istotne. Bitwa o Przełęcz Dukielską była jedną z najbardziej krwawych bitew tamtej wojny. Licząc na zasadzie ilu ludzi zginęło, by przesunąć front o 1 km. Inne partie Karpat, Sudety, Rudawy też były terenem walk. Przy czym zastrzegłem się, że pojęcie przeciwstoku może dotyczyć z także innych "terenów o zróżnicowanej rzeźbie" Np. dolinom takich rzek jak Don czy Dniestr towarzyszą deniwelacje rzędu kilkudziesięciu metrów, a nawet więcej. Mimo to nie słyszałem, żeby taka dolina stanowiła strategiczny problem dla atakującej armii , ani niemieckiej, ani radzieckiej. Choć oczywiście dla oficera, który ma zdecydować, w którym miejscu umieścić ckm nawet ćwierć metra deniwelacji może być istotne. Z całą pewnością mogę natomiast rzec, że "rosyjscy oficerowie w swych pamiętnikach" z II wojny światowej na obronę na przeciwstokach" (cokolwiek miałoby to znaczyć, bo dla mnie są to słowa pozbawione sensu) nie narzekali. Mam w tej kwestii 100% pewności. Rosyjscy oficerowie nie mogli na nic narzekać, bo nie istnieli. Narzekać mogli co najwyżej radzieccy oficerowie narodowości rosyjskiej. Jeśli nie będziemy rozróżniać terminów "rosyjski" i "radziecki" to może nas czekać stwierdzenie, że to Polacy stworzyli NKWD i zabili swych rodaków w Katyniu. No bo twórca tego systemu - Feliks Dzierżyński - był Polakiem.
  10. Humor

    A co za różnica, co to była za bitwa?
  11. Różnie bywa. Często dyskutowane zagadnienia mają charakter ogólny, żeby nie rzec - ogólnikowy i wtedy warto napisać o tym, co się ma w głowie, choć uważnie się tego nie studiowało. Czasem dyskutanci tak się zagłębią w szczegółach, że warto im podpowiedzieć uogólnienie, które tkwi gdzieś tam w głowie. Albo na podstawie tych szczegółów dokonać uogólnienia. Na ogół jednak uważne studiowanie zagadnienia, o którym się dyskutuje, ma swą wartość. [ciach - usunięto część wpisu zbyt odbiegającego od tematu] Obrona na przeciwstoku to żaden tajemny termin, tyle że dotyczy zasadniczo walk w górach, w każdym razie na terenach o zróżnicowanej rzeźbie. Żeby był przeciwstok, muszą być jakieś stoki. No nie?
  12. Szczerze mówiąc, to trochę się pogubiłem w Twym wywodzie i nie za bardzo rozumiem, z czym się zgadzasz, a z czym nie. Oraz dlaczego. Co do mego wykształcenia to - skoro jakoś Cię to interesuje - zdobyłem tytuł mgr inż. na politechnice na kierunku "chemia", w zakresie specjalności "inżynieria chemiczna". Doktorat natomiast mam z "nauk technicznych". Zaś jeszcze przed maturą zacząłem praktykować w zarządzaniu, co czynię do dziś. Obecnie zajmuję stanowisko profesora nadzwyczajnego. Co do "project management", co należałoby tłumaczyć na "zarządzanie zadaniowe" to dość duża grupa ludzi powinna wiedzieć, o co chodzi, gdyż od kilkunastu lat przedmiot taki tkwi w standardach nauczania (kształcenia) na studiach I stopnia na kierunku Zarządzanie. Przy tym Twój wywód jest o tyle twórczy, że zdajesz się twierdzić, że Twa niewiedza na temat współczesnych (choć nieprzesadnie nowych) koncepcji zarządzania świadczyć ma na niekorzyść tych koncepcji. Zwykle przyjmuje się, że ignorantia nocet, a w Twym wywodzie niewiedza jest dowodem posiadania racji. Cóż, takie czasy chyba. Secesjonisto, błagam Cię o pomoc !!! Bo ja bardzo bym chciał wyrazić swój stosunek do powyższego tekstu w sposób kulturalny, ale nie potrafię. Najbardziej kulturalny zwrot, który mi przychodzi na myśl to: "Co Ty, [ciach] pieprzysz?" Szczególnie o tym "przeciwstoku". Ale i tak spróbuję to spokojnie wytłumaczyć. Za podporę wezmę tu swój formalny autorytet - otóż w epoce realnego socjalizmu zdałem egzamin oficerski jako podchorąży rezerwy. Nieznającym ówczesnych realiów powiem, że nie miałem wyboru, czy go zdawać, czy nie, podobnie jak nie miałem wyboru, czy podjąć służbę wojskową, czy nie. No ale siłą rzeczy informacje na temat taktyki były mi wpajane i m.in. stąd wiem, czym jest "rozpoznanie bojem". Otóż w ramach "rozpoznania bojem" wysyła się pododdział (od plutonu do batalionu, ale najczęściej batalion) do straceńczej misji. Chodzi generalnie o rozpoznanie stanowisk npla, a przede wszystkim o rozpoznanie stanowisk artylerii oraz gniazd karabinów maszynowych. Ten pododdział musiał być przekonany, że atakuje cały front, tymczasem inne bataliony jedynie pozorowały natarcie.
  13. Jak zwykle masz dużo racji, ale nie do końca. Raczej ograniczono zakres stosowania, ale bynajmniej nie zrezygnowano. Taki "Auster" np., jeśli o Wielkiej Brytanii mówimy. I radziecki "kukuruźnik" czy niemiecki "Storch". Chyba były używane do rozpoznania taktycznego do końca wojny, a nawet znacznie dłużej, czyż nie?
  14. Speedy, problem w tym, że niekoniecznie. Kwestia sukcesów czy niepowodzeń rozpoznania lotniczego pod Midway dotyczy rozpoznania taktycznego, choć na morzu nie ma linii frontu. Oczywiście samoloty do rozpoznania taktycznego były w każdej armii i w I, i w II wojnie światowej. Miały być dwumiejscowe (bo jeden pilotuje, drugi obserwuje), mieć dobrą sterowność przy małej prędkości i małej wysokości i być tanie.
  15. A kto to napisał: Chodziło o to że w dniu bitwy to lotnictwo zawiodło. W japońskiej marynarce loty zwiadowcze wykonywali chyba lotnicy dyżurujący którzy traktowali to niechętnie i uważali za nudny obowiązek. I tak rankiem w dniu bitwy japońskie lotnictwo zwiadowcze popełniło kilka gaf. Sorry, ale wyraźnie napisałeś, że przyczyną "gaf" było niechętne nastawienie lotników japońskich do lotów zwiadowczych. Szczerze mówiąc - nigdy mi się zdarzyło pracować w zespołach lub kierować zespołami, w których podział obowiązków byłby spisany. Nie wiem, czy miałem szczęście, czy pecha. Niegdyś mówiłem "Ty się zajmujesz rezerwacjami, a Ty - autokarami" - nikt tego nie spisywał. Dziś raczej "Ty się zajmujesz stypendiami, a Ty dyplomami" i też nie jest to spisywane. Do awantur nie dochodziło. Taki przypadek rzeczywiście się zdarzył w noc sylwestrową 1978/79. Informatycy zrezygnowali z sylwestrowej imprezy, opuścili swe żony i kochanki, żeby ratować komputer "Odra". Choćby odśnieżając drogę dojazdową. Zawsze można problemy mnożyć, ale ja wolę współpracować z tymi, którzy je dzielą między siebie i je rozwiązują. Nie chciałbym Euklidesa w swoim zespole. Gdybyś się w nim znalazł, pewnie trwało by to krótko. Euklidesie, nie chciałbym, byś był mim szefem. Gdybyś nim został, pewnie trwało by to krótko. Znaczy, gdy masz problem, czym prędzej szukasz kogoś - np. ciecia - na którego można zwalić odpowiedzialność. No bo to, ile razy kiedyś leżał skacowany ma się nijak do tego, ile śniegu pada dziś, tu i terazW sprawach gospodarczych zwykle jest jakiś czas na reakcję. Kiepskiego pracownika można zwolnić, albo spowodować, by się poprawił. Uwolnić się od kiepskiego przełożonego w ostateczności można po prostu zmieniając pracę. W wojsku w warunkach bojowych nie ma na to czasu ani możliwości. Rozkazy należy wykonywać. Nawet jeśli jest to разведка боем.
×