Skocz do zawartości

jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    2,371
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O jancet

  • Tytuł
    Ranga: Profesor wizytujący
  • Urodziny 11/10/1959

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    Polska pod zaborami

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  1. Transliteracja

    Znaczy w transliteracji będzie to "Grzegorz Brzeczyszczykiewicz". No ale transkrypcja, to już schody... A spróbuj to zapisać w grażdance .
  2. Transliteracja

    Nie do końca łapię. Zdaje mi się, że ostatnia zmiana alfabetu łacińskiego w wersji polskiej nastąpiła już dość dawno temu. I raczej wówczas nas nie było. Natomiast na bieżąco zachodzą zmiany w zakresie znajomości alfabetów obcych. Nie trzeba się interesować historią, by dojść do tej konkluzji. Jednak alfabety cyliryczne w Europie to nie tylko Rosja, także Ukraina, Białoruś, Bułgaria, Serbia. Macedonia chyba przeszła na "latinkę", a Republika Mołdawii - pojęcia nie mam. To niekoniecznie jest na siłę, zwykle z lenistwa. A i dla dobra zainteresowanych. Odnoszę wrażenie, że jak najbardziej mamy prawo stosować polską transliterację imion i nazwisk, zapisanych którymś z alfabetów cyrylicznych. Zasady są zupełnie jasne i łatwo dostępne. Tylko tu najpierw wchodzi leń: "Wiem, że należałoby zapisać jego nazwisko Чернышев jako Czernyszew, ale on ma w dokumentach Tschernyshev. Więc po co mam się wysilać, zapiszę tak, jak ma w dokumentach". No i dobro zainteresowanego. Jak jego nazwisko zapiszemy Czernyszew, to on na dyplomie będzie miał tak napisane nazwisko. W Polsce to może być nawet atut, ale poza Polską. Już w Czechach i na Słowacji powinien to być "Černyšev", a na Węgrzech "Csernysev". No cóż - angielska transliteracja ma istotne wady, ale i jedną wielką zaletę - jest uniwersalna.
  3. Transliteracja

    Skoro jednak innego tematu o tym nie ma, to ja jednak pociągnę wątek transkrypcji i transliteracji, nie bez kontekstu politycznego. Od czasów "majdanu" studenci z Ukrainy stanowią u mnie znaczną (na studiach dziennych - wręcz dominującą) grupę narodowościową. Paszport mają wydany w transliteracji angielskiej. Pomimo, iż znam rosyjski i ogólnie "bukwy", często ma problem z odgadnięciem, jakie cyryliczne znaki kryją się pod tą transliteracją. Czyli realnie - jak mam się do tego człowieka zwracać. Młodsze osoby, które mają z nimi zajęcia, problem mają o wiele większy, bo rosyjskiego i "bukw" nie znają. Natomiast niektóre z tych osób zaczynają się identyfikować z tą angielską transliteracją, wymawianą z polska. Dziwne to trochę i trudne do rozwikłania.
  4. Tak, też tak myślę. A kto ich tam wie. Usiłuję na nich wymusić coś w rodzaju "first name" i "last name" - z mizernym skutkiem. Tyle wiem, że tego Md raczej w kontaktach osobistych nie używają. Osobiście Bengalia bardziej mi pasuje, ale oficjalnie to jednak Bangladesz
  5. Tak masowo - to chyba nie. Choć czy ja wiem? Wielu z moich studentów z Bangladesz i muzułmanów z Indii ma pierwsze imię Mohamed. Raczej się nim w codziennych kontaktach nie posługują, nawet w dokumentach mają Md. Trudno tu domniemywać indywidualność decyzji.
  6. Historia, polityka i alfabet.

    Nie wiem, czy koniecznie czeskie. Takie š, č, ž itp. przyjęły się też w paru innych językach słowiańskich. Taki "ban Jelačic" to Chorwat z połowy XIX wieku. Czemu nie. Jak Cyryl i Metody zaczynali swą działalność na terenie Wielkomorawskiej Rzeszy, wprowadzali rzecz jasna - cyrylicę, bo toć oni ją wymyślili. Gdy zaczęły przeważać wpływy rzymskie, zmieniano też alfabet. Niepodległość Rumunii można datować od 1878 roku. Wcześniej Mołdawia i Wołoszczyzna były zdominowane przez Rosję, a w obrządkach religijnych posługiwano się staro-cerkiewno-słowiańskim. Po uzyskaniu niepodległości dokonano romanizacji języka i latynizacji alfabetu. Serbski i chorwacki. Przed 1918 rokiem Chorwaci, mieszkający na terenie monarchii węgierskiej, zapisywali swój język w łacińskim. Serbowie, poddani Porcie Ottomańskiej kultywowali staro-cerkiewno-słowiańską cyrylicę. Przez cca 100 lat popularny był pogląd, że serbski i chorwacki to ten sam język, tylko że pisany innym alfabetem. To pewne uproszczenie, bo wcześniej w literaturze pięknej wiele dzieł powstawało w alfabecie perskim, inne - w arabskim. W urzędach często posługiwano się greckim. Wprowadzenie alfabetu łacińskiego było zarazem ujednoliceniem pisowni. Tak naprawdę w grę wchodził tylko łaciński. Nie było żadnego wyboru.
  7. Brytyjsko-francuskie plany ataku na ZSRR

    Szczerze powiedziawszy - nie wiem, znam te pozycje jedynie z Twych konstatacji. A co do nich - to tak, bardzo często mijają się z prawdą, a generalnie niezgodne są po prostu ze zdrowym rozsądkiem. Raczej nie możliwe. Jeśli Leverkuehn przybył do Persji w pierwszej dekadzie marca, to zanim dotarł do iracko-turecko-radziecko-perskiego pogranicza musiało upłynąć kolejnych dziesięć dni. Nie było booking ni ubera. Zanim zebrał jakieś informacje - mamy już koniec marca. Potem zapewne musiał wrócić do jakiejś cywilizacji, gdzie był szyfrant i radiostacja. Potem trzeba było to nadać i rozszyfrować. Jeśli dość poważna operacja zaczęła się 3 kwietnia, to decyzja o jej przygotowaniu musiała zapaść 2 tygodnie wcześniej. Raport Leverkuehna mógł co najwyżej skłonić Hitlera, by ją przyśpieszyć o 1-2 dni, lub opóźnić. Zdaje się, że nic takiego nie nastąpiło. Trochę mnie to zdziwiło. No bo jeśli nie znasz treści tego raportu, to wszystkie dywagacje o jego ewentualnych skutkach są o kant ... potłuc. Raczej odwrotnie. Może by i chciała, ale nie mogła. I im trudniejszy dla Niemców okres, tym bardziej nie mogła. Gdyby mogła się przeciwstawić "sojuszowi" niemiecko-radziecko-węgiersko-bułgarskiemu (takie sojuszu nie było, ale by był, gdyby Rumunia się postawiła), to by mu się przeciwstawiła. Realnie musiała oddać pół Mołdawii i 1/3 Siedmiogrodu bez walki. To walczyłaby o prawo do embarga? A konkretnie - jakie? Jak najbardziej znane. Tyle, że dotyczą raczej polityki Karola II, bo Antonescu i Żelazna Garda miała zupełnie inny pogląd na te sprawy. To bardzo ciekawe, bo dotychczas Euklides głosił, że Abwehra pod władzą Canarisa działała na rzecz aliantów, a tu okazuje się, że jednak niekoniecznie. Co do rozmów, to me zdziwienie budził by fakt, że takich rozmów nie prowadzono. To, że prowadzono, to rzecz naturalna. Ale co - dostali zgodę, czy nie? Realnie to nie. Bo Francja i pewnie Anglia nie myślały żeby sobie ściągać na głowę dodatkowego wroga. No tak. Realnie Stalin nie miał powodu, żeby się obawiać ataku aliantów na Baku. Koncepcja ataku na Murmańsk nie pojawiła się jeszcze w tej dyskusji, więc chyba jej też Stalin nie miał powodu się obawiać. Zatem mogę chyba ogłosić wniosek końcowy: EUKLIDES I JANCET DOSZLI DO ZGODNEGO POGLĄDU, ŻE ATAK BRYTYJSKO-FRANCUSKI NA ZSRR W 1940 ROKU BYŁ NIEREALNY. ZWAŻYWSZY, ŻE SECESJONISTA UPRZEDNIO ZDAWAŁ SIĘ TEŻ PRZYCHYLAĆ DO TEGO POGLĄDU, PODOBNIE JAK JAKOBER, WIĘC MOGĘ TRYUMFALNIE OGŁOSIĆ TEN POGLĄD JAKO OGÓLNIE UZGODNIONY NA NASZYM FORUM.
  8. Brytyjsko-francuskie plany ataku na ZSRR

    Przecież zdaniem euklidesa złoża w Ploeszti były w rękach aliantów. Mam zatem proste pytanie: skąd ta informacja, Secesjonista mnie trochę ubiegł. Euklides zapewne opiera się na fakcie, że eksploatacją złóż w tym rejonie, a chyba i rafinacją ropy, zajmowała się spółka z kontrolnym pakietem brytyjskim. Tylko że - co z tego. Rumunia była wówczas państwem neutralnym i żadnego embarga na dostawy paliw do Niemiec ogłosić nie mogła i nie chciała. A spółka nie podlegała Churchillowi, tylko akcjonariuszom i radzie nadzorczej, a ci raczej oczekiwali, że będzie sprzedawać swe produkty tym, którzy najlepiej płacą. Nota bene transport ropy z Konstancy do Wielkiej Brytanii po przystąpieniu Włoch do wojny stał się i tak praktycznie niemożliwy, a w każdym razie - nieopłacalny. Nie udało mi się dotrzeć do żadnych informacji, żeby III Rzesza w 1940 roku napotykała na jakiekolwiek problemy z zakupem rumuńskiej ropy czy paliw. A gdyby spotykała, to i tak miała w odwodzie Żelazną Gardę. Trudno powiedzieć, czy jej uruchomienie wiosną 40 roku było łatwiejsze, niż jesienią, ale możliwe. I zdecydowanie prostsze, tańsze i bardziej efektywne niż atak na Norwegię. Przy tym zajęcie Norwegii jako odciążenie Armii Czerwonej miało sens podczas wojny zimowej. Koncepcja, że wiosną 40 roku alianci lądują gdzieś w rejonie Narwiku, żeby zaatakować ZSRR - jest kompletnie absurdalna, nawet abstrahując od podstawowego faktu - że alianci nie chcieli wojny z ZSRR. Koncepcja, że Hitler zaatakował Norwegię po to, by bronić pseudo-sojusznika (który sojusznikiem nie był), przed pseudo-zagrożeniem alianckiego ataku na północy (którego to zagrożenia nie było), aby ów pseudo-sojusznik mógł bronić Baku przed pseudo-zagrożeniem ze strony Francuzów z Syrii (którego to zagrożenia też nie było), w obawie, że Rumunia przestanie mu dostarczać ropę (a takiego ryzyka też nie było) jawi mi się jako prawdopodobna... ... a konkretnie z prawdopodobieństwem rzędu 1%÷5% do potęgi czwartej, czyli w granicach od 1:160 tysięcy do 1:100 milionów. Przy czym zdecydowanie jestem bliższy tej drugiej liczbie. Lepiej grać w totka, niż obstawiać prawdy Euklidesa.
  9. Brytyjsko-francuskie plany ataku na ZSRR

    Jak niemożliwym? Raport z misji Levenkuehn, podrasowany przez Canarisa, dotarł pewnie do Hitlera pod koniec marca a 2 kwietnia Hitler każe rozpoczynać Weserebung. Przecież to się rzuca w oczy. Formalnie rzecz biorąc, Euklides ma rację. Jeśli Levenkuehn miał zamiar przesłać fałszywy raport, to mógł go sporządzić wręcz przed swym wyjazdem do Persji. Jeśli jednak miał faktycznie przeprowadzić działania wywiadowcze w rejonie persko-radziecko-turecko-irackiego pogranicza (granica persko-syryjska jednak nie istniała), to raport raczej nie mógł powstać w marcu. Canaris raczej nie mógł podtykać Hitlerowi i innym kompletnej lipy. A w sumie to treść tego raportu jest znana, czy też mamy tylko domniemania? Jednak bardziej od treści tego raportu ciekawi mnie sytuacja faktyczna - czy Stalin realnie powinien się obawiać ataku aliantów na Baku. ZSRR był państwem neutralnym. Że współpracował z III Rzeszą gospodarczo i wojskowo (dostawy sprzętu i materiałów) - fakt, ale Szwecja czy Szwajcaria też współpracowały, a gospodarczo to i USA. A trudno te państwa nazwać sojusznikami Hitlera. To że Hitler ze Stalinem dogadali się na parę dni przed wybuchem wojny, to raczej oczywiste. Każdy by tak zrobił. W interesie aliantów było, by tak pozostało. Kiedyś dwa niedźwiedzie się pokłócą, a poza tym lepiej, jeśli Hitler ma na wschodzie cichego sojusznika, niż sojusznika jawnego. Lepiej mieć kawałek g... niż g... całe. Atak lotniczy na Baku był technicznie całkiem realny. Jakieś 1000 km w jedną stronę z Syrii. I był opracowany taki plan, lecz pozostał w sferze planów. Z atakiem lądowym to trochę trudniej. Dziś google pokazują odległość z Aleppo do Baku cca 1700 km - przez Turcję bliżej, ale nierealne. Wówczas dróg było z pewnością mniej i były gorsze. O ile mnie pamięć nie myli, to w tym wątku podano stwierdzenie, że tę trasę mogłaby pokonać "lekka dywizja" i strzelcy alpejscy. Trudno jednoznacznie orzec, co miano na myśli, pisząc "lekka dywizja", ale znając warunki terenowe chodzi raczej o dywizję, pozbawioną ciężkiego sprzętu, a nie o zmotoryzowaną. Więc dotarcie do radzieckiej granicy zajęło by jej pewnie 2-3 miesiące, a większość trasy odbywałaby się na terenie Iraku i Persji - państw neutralnych i nieco zdecentralizowanych :). Czy wyraziłyby na ten przemarsz zgodę? Czy dostarczałyby wody, żywności, paszy (bo pewnie byłyby w tej lekkiej dywizji konie, muły, a może i wielbłądy) i materiałów pędnych (no bo tak całkiem bez samochodów się jednak nie da)? Czy na ich terenie działał wywiad radziecki? Z pewnością tak. Ile zajęłoby Armii Czerwonej przerzucenie jednego korpusu spod Leningradu do Baku? Korzystając z linii kolejowych najwyżej 2 tygodnie. Ta eskapada aliantów u kresu swej drogi siak czy owak napotkałaby silne siły radzieckie. W takiej sytuacji Persja pewnie nie przyjęłaby ich z powrotem, więc kilka tysięcy ludzi zasiliłoby budowę socjalizmu na dalekiej Syberii. Baku nie było realnie zagrożone.
  10. Ulubiony sportowiec

    Nie napisałem, że tego słowa nie znałem. Napisałem, że ten wyraz był dla mnie obcym. Taki "Słownik wyrazów obcych" wtedy funkcjonował i on w nim - zapewne - był. Dziś jest o wiele bardziej popularny, wtedy - zdecydowanie rzadziej używany. Nie wiem, czy nie moglem, czy też nie chciałem, ale raczej nie sięgnąłem. Znaczy - nie pamiętam, żebym to przeczytał. Może i przeczytałem, ale nie zapamiętałem. Może tylko sięgnąłem, ale nie przeczytałem. A może nawet nie sięgnąłem. Nie wiem. Jeśli oglądałem, to nie pamiętam. Czy niesięganie do książki "Idol" oraz nieoglądanie filmu "Velvet Goldmine" w jakiś sposób deprecjonuje moje kompetencje do wypowiadania się "w temacie" ulubiony sportowiec?
  11. Brytyjsko-francuskie plany ataku na ZSRR

    Bardzo przepraszam, ale czego Mannerheim odmówił?
  12. Ulubiony sportowiec

    Czy ja wiem, kto to idol. W moim pokoleniu był to wyraz obcy. Dziś (za SJP PWN): idol 1. «osoba będąca obiektem czyjegoś szczególnego podziwu, graniczącego z kultem» 2. «wyobrażenie bóstwa będące przedmiotem kultu» No nie, bez jaj, kapliczek Małyszowi nie zamierzam stawiać, choć szczerze go podziwiam. I to nie tylko za wyniki sportowe. Ale dla Ammana i Krańca to chyba był idolem. A autorytet: autorytet 1. «uznanie jakim obdarzana jest dana osoba w jakiejś grupie» 2. «osoba, instytucja, pismo itp. cieszące się szczególnym uznaniem» No tak, Małysz zdecydowanie jest autorytetem. Tak jak patrzę na te definicje - i swój do nich stosunek na konkretnym przykładzie - to autorytet nie musi być idolem, ale trudno mi wyobrazić sobie idola, który nie jest autorytetem. No bo jak? Podziwiam kogoś w sposób graniczący z kultem, ale jednocześnie nie darzę go uznaniem, szacunkiem? Ja takiej postawy nie rozumiem.
  13. Niewątpliwie istnieją. Czy ich populacje mają się dobrze - to już inna kwestia. Ale generalnie nie chodziło mi o "bliskich krewnych", lecz o ten sam gatunek. Z całym szacunkiem do pewnej umowności pojęcia "gatunek". Skoro mówimy o hybrydach, to mimochodem stwierdzamy, że różnice genetyczne są znaczące, niezaniedbywalne. Powiedzmy - na tyle małe, że te wilk i pies mogą mieć potomstwo, i to płodne. Na tyle duże, że nie potrafimy przewidzieć cech tego potomstwa. W sumie OK, dzięki, że popierasz moje stanowisko. Gdybyś napisał, że pies to dzika odmiana wilka, to miałbym powód do wyrażania odmiennego poglądu. Ale - o ile wiem, wśród naukowców powszechny jest pogląd, że istniał dziki pies, czy może pra-pies, od którego pochodzi i wilk, i pies domowy, a może i inne psowate. Ale tego pra-psa już nie ma. A o różnicach behawioralnych nic nie wspominałem. Ponoć to muflon wschodni. Żyje w dość niedostępnych częściach gór, od wschodniej Anatolii po Iran. Inny podgatunek aż po Indie. Ponoć kiedyś zajmował znacznie większy obszar, z Bałkanami włącznie. Więc wyraźny regres, sprowadzający ten gatunek do endemitu. Sorry, Secesjonisto, ale czemu syberyjska populacja lisów miałaby wymierać na skutek eksperymentu, który trwał kilkanaście lat i obejmował początkowo jedną czy kilka par lisów, które żyły i mnożyły się w izolacji od środowiska, a potem zostały życia pozbawione? Wstyd Ci, Secesjonisto, przynosi ten sposób argumentacji. Formalnie to jednak - nie. Reintrodukcja to wprowadzenie danego gatunku w miejsce gdzie kiedyś występował, gdyby go tam nie było to mielibyśmy do czynienia z introdukcją. To tak tylko w kwestii uściśleń terminologicznych. Formalnie czy nieformalnie - reintrodukować czy introdukować można tylko te gatunki, które bezpośrednio przed tym zabiegiem na danym obszarze nie występują. O reintrodukcji mówimy wtedy, gdy gatunek ten ostatnio tam nie występuje, ale kiedyś występował. Typu reintrodukcja rysia w Puszczy Kampinoskiej. W każdym razie przed próbą reintrodukcji danego gatunku na tym obszarze nie było. To tak w kwestii uściśleń terminologicznych. Próba podsumowania: Relacjonowałem pogląd zasłyszany, który zdał mi się interesujący, choć nieoczywisty. Z jednej strony mamy tura jako dziką formę krowy, a raczej go nie mamy, a z drugiej dzika jako dziką świnię, którego jak najbardziej mamy. Ponoć Francuzi jej nie mają. Można bronić stanowiska, że gatunki udomowione i powszechnie hodowane wkrótce po fakcie udomowienia znajdują się w kryzysie w stanie dzikim, który powoduje albo ich wyginięcie, albo znaczące ograniczenie obszaru i częstości występowania. Wydaje mi się, że to stanowisko w znacznej mierze obroniłem. W sensie, że mamy o czym myśleć, bo głosy odmienne są też ważkie i uzasadnione. Przy czym "wkrótce" oznacza kilka tysięcy lat. Można twierdzić, że to nieprawda. Czy któryś z gatunków, udomowionych ponad 5 tys. lat temu w stanie dzikim rozszerza swój zakres bytowania lub częstość występowania na dotychczasowym obszarze?
  14. Szczerze mówiąc, Koziorożcu, nie wiem. Zastrzegałem się, że biologiem nie jestem. Z tą reintrodukcją może być trochę tak, jak z tarpanem - w wielu publikacjach można znaleźć informację, że żyje na terenie Roztoczańskiego Parku Narodowego, choć tak naprawdę to nie tarpan, tylko rezultat szalonej próby rekonstrukcji tego gatunku w oparciu o konie, wyłowione z biednych chłopskich stajenek. I w dodatku nie żyje dziko. Siak czy owak, skoro podejmuje się "jakieś próby reintrodukcji na mongolskim stepie", to znaczy, że przed tymi próbami na mongolskim stepie go nie było. Czyli albo wyginął całkowicie i bezpowrotnie, albo zachowało się kilka sztuk w ogrodach zoologicznych. Generalnie - ma przerąbane. No właśnie nie. Znaczy - kaczka tak, a bydło nie. Znaczy ja nie wiem, ale spotkałem się z tym poglądem w publikacjach popularnonaukowych i rozmawiałem o tym z którymś kolegą z pracy (biologiem), niestety nie pamiętam dziś, z którym, bo to 15 lat temu było. Do tej pory nie interesowałem się tym głębiej, dopiero widząc ten temat zacząłem sprawę drążyć, w miarę mych skromnych możliwości. Oczywiście, krowa należy do rodziny wołowatych, podobnie jak owca i koza. Wiele gatunków z rodziny wołowatych żyje dziko i nie są zagrożone, ale to akurat te, które zdecydowanie nie są dzikimi formami krowy, owcy i kozy. A te, które mogłyby być przodkami owcy czy kozy domowej wprawdzie żyją, ale są to gatunki endemiczne i skrajnie zagrożone. Przy okazji: rodziny zwykle obejmują kilka rodzai, te kilka gatunków, a w ramach gatunku mamy podgatunki i odmiany. Cały mój wywód dotyczy gatunków.
  15. Wiesz, Gryfonie, gdyby ówcześni politycy i dowódcy wiedzieli, co się wydarzy później, to pewnie podjęliby inne decyzje. Ale nie wiedzieli i nie podjęli. Masz całkowitą rację, że jedyna szansą dla "białych" generałów na odzyskanie władzy w Rosji był sojusz z Polską i zgoda na powstanie federacji niepodległych państw aż po Doniec, Dniepr, Dźwinę i Narwę. No może o tym Dońcu można by dyskutować. Problem w tym, że oni o tym nie wiedzieli. A szczerze mówiąc - nawet gdyby wiedzieli, to i tak mogli uznać to za zdradę idei Rosji Wielkiej i Niepodzielnej. Co do rekompensaty w postaci nabytków ze strony Turcji, to chciałbym zwrócić uwagę, że to właśnie Turcja była tym krajem, stojącym po stronie "państw centralnych", która na żadnym froncie nie przegrała. I naprawdę nie wiem, jakie rekompensaty terytorialne na rzecz Rosji Turcja mogłaby zaakceptować. Denikin i Wrangel mogli funkcjonować tylko dzięki temu, że unormowali stosunki z Turcją, która otwierała swe cieśniny dla dostaw dla ich wojsk. Jakiekolwiek pretensje terytorialne wobec Turcji skutkowałyby zamknięciem drogi dostaw, i nie byłby to strzał w kolano, tylko samobójstwo.
×

Powiadomienie o plikach cookie

Przed wyrażeniem zgody na Warunki użytkowania forum koniecznie zapoznaj się z naszą Polityka prywatności. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.