Jump to content

jancet

Użytkownicy
  • Content count

    2,430
  • Joined

  • Last visited

About jancet

  • Rank
    Ranga: Profesor wizytujący
  • Birthday 11/10/1959

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    Polska pod zaborami

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  1. Moim zdaniem poglądy, wyrażane przez przedstawicieli polskiej przedwojennej inteligencji w drugiej połowie lat 40. należy trochę "brać w nawias". Były formułowane pod wpływem gigantycznego szoku poznawczego, wywołanego faktem, że nasza "dobra" przedwojenna Polska rozleciała się pod ciosami hitlerowskiej armii w kilka czy kilkanaście dni, a "źli" Sowieci ciosy wytrzymali, atak odparli i na koniec doszli do Berlina. Pewne znaczenie miały też naciski polityczne, chęć przypodobania się aktualnej władzy, kontynuowania kariery etc., ale decydującym - w moim przekonaniu - czynnikiem było to, że ich świat rozpadł się tak szybko. I to wkrótce po tym, kiedy - zdawało się - odzyskanie niepodległości zapewnia mu trwały rozwój. Rozpaczliwie szukano przyczyny, czemu żeśmy nie dali rady. Pesymiści uważali, że geopolityka, że znajdując się między Rosją/ZSRR a Niemcami tak musi być i tak będzie zawsze. Optymiści szukali przyczyny w nas samych, w naszych wadach i błędach, tak jak w powyższym przykładzie - w wadach polskiej inteligencji. Na ile pogląd ten się broni dziś? Wcale. Polski międzywojenny, a także wcześniejszy inteligent z żadnym obcym kapitalistą nawet kontaktu nie miał, jak zatem miałby być jego rezydentem. Rozróżnienie pomiędzy pracą utylitarną a pracą nie-utylitarną wydaje się być dość abstrakcyjne. Dlaczegóż praca nauczyciela, lekarza, aptekarza, księgowego, poczmistrza, inżyniera, kupca miałaby nie być utylitarną? A że ów inteligent chłopską, czyli zapewne fizyczną, pracą się nie parał, no to chyba słusznie robił.
  2. Zapewne nie zawsze będą to proste konkluzje, ale spróbuję. Musiałby oszaleć. Nie, los Polski został przesądzony przed Jałtą. Gdyby w lutym 1945 roku Armia Czerwona forsowała Dniepr, to byłoby o czym gadać. Jednak była już za Wisłą. Granica wschodnia zapewne byłaby gdzieś między przedwojenną a dzisiejszą. Oczywiście Stalin musiał dostać terytorialną nagrodę - może zadowoliłby się np. "pribaltiką", Finlandią i rumuńską Mołdawią aż po Karpaty Wschodnie i dolny Dunaj. No i może Kłajpedą jako wisienką na torcie. Terytoria radzieckie niejako okrążałyby wchodnią Polskę od północy, wschodu i południa. Granica zachodnia i północna byłaby zapewne skorygowana. Np. przez przyłączenie Gdańska i dawnych terenów plebiscytowych. Chyba włączono by także Królewiec, by pozbyć się problemu "korytarza". Opole i Słupsk w strefie marzeń (raczej niemądrych), Wrocław czy Szczecin w strefie absurdu. Związek Radziecki byłby Związkiem Radzieckim i jego stosunek do nas mógłby być nieco bardziej przyjazny, niż przed wojną. W końcu wspólnie pokonaliśmy hitlerowskiego gada. Spodziewam się, że na zachodzie nie powstałyby zjednoczone Niemcy, lecz szereg republik, o granicach zbliżonych do granic dzisiejszych landów. Graniczylibyśmy z Brandenburgią, a może i Saksonią - Brandenburgii należałoby odebrać Dolny i Opolski Śląsk i sensownym rozwiązaniem było wcielenie tych terenów do Saksonii. Trudno byłoby uwierzyć w przyjaźń z Brandenburgią, ale z Saksonią - jak najbardziej. Od południa mielibyśmy znów Czechosłowację. Gdybyśmy utrzymali granice z 39 roku, stosunki z tym państwem byłyby nieprzyjazne. Problem w tym, że gdybyśmy utrzymali jakimś cudem granicę wschodnią sprzed wojny, a na zachodzie zyskali Gdańsk, Prusy Wschodnie i Górny Śląsk, to ja nie wiem, czy Polska nie składałaby się z samych mniejszości. Nie za bardzo wydaje mi się możliwe wysiedlenie wszystkich Niemców, z pewnością wysiedlono by członków NSDAP i SS oraz ich rodziny. Wątpię, by to wystarczyło, by ludność polska była większością. Udzielenie odpowiedzi na te pytania to już raczej "fantasy" niż historia alternatywna.
  3. Niestety, nie mógłbyś. Ja jedynie sformułowałem trzy - moim zdaniem - możliwe do przyjęcia hipotezy. Nie mam swojego poglądu w tej sprawie, więc nie da się mnie spytać z sensem o jego uzasadnienie. Również nie znam francuskiego, więc niestety cytowanie tekstów francuskich bez ich interpretowania nie jest dla mnie (i chyba zdecydowanej większości uczestników Forum) zrozumiałym argumentem. Oczywiście mogę sobie te teksty wrzycić w google tłumacz, ale chyba nie o to chodzi. Napisałem: zgodę niezależnych przedsiębiorstw na działanie wg jednego, narzuconego przez franczyzodawcę, modelu i pod jedną marką . Sens franczyzy wyjaśnię na przykładzie. Otóż pracuję na skromnym wydziale skromnej niepaństwowej uczelni. Jakoś wiążemy koniec z końcem, pensję dostaję regularnie. W Stanach Zjednoczonych istnieje uczelnia, znana pod skrótem MIT - Massachusetts Institute of Technology. Dość znana, może o niej słyszałeś. Otóż gdyby MIT zgodziło się, aby mój wydział działał pod marką MIT i wg narzuconego przez MIT modelu (musieliby mi wpierw wyjaśnić, wg jakiego modelu działają, przekazać swoje "know how") to ja byłbym bardzo, bardzo szczęśliwy. Przy czym zwrot "mają otrzymać" w Twym pytaniu należałoby zamienić na "otrzymują". McDonald's, KFC, PizzaHut, Biedronka, Lidl, Carrefour, Sphinx, Żabka to wszystko są sieci franczyzowe, realnie działające. Ciekawa interpretacja niezależności. Znaczy, nie jestem niezależnym uczestnikiem tego forum, bo korzystam z komputera, zasilanego prądem, a prąd kupuję od PGE, więc od niego zależę. Żeby być niezależnym uczestnikiem Forum, musiałbym mieć na dachu ogniwa fotowoltaiczne, czyli własne źródło prądu. Tyle, że wtedy zależałbym od słońca, zachmurzenia, pory dnia etc.
  4. No cóż, Euklidesie, twój pogląd na kwestię peregrynacji słowa 'franc" jest już znany. Jednak nadal nie wiem, dlaczego miałbym go uznać za słuszny. Bardzo proszę o argumenta. Jeżeli zaś chodzi o słowo "franczyza" to dziś nie znaczy ono to, co żeś był przytoczył. Dziś oznacza on "zgodę niezależnych przedsiębiorstw na działanie wg jednego, narzuconego przez franczyzodawcę, modelu i pod jedną marką".
  5. Armenia

    No cóż, tym razem znalazłem się w Armenii. Konkretnie w Erewaniu, Erywaniu bodź w Jerewaniu. Jak na razie nie mam zdjęć, wartych umieszczenia. Po prostu wyobraźcie sobie park, w którym jest mnóstwo knajp i unosi się w nim zapach z grilowanego mięsa i warzyw, a przede wszystkim mnóstwa przypraw, których nie jestem w stanie nazwać. Na pewno nie jest do dobre miejsce dla odchudzających się, o weganach nie wspominając. Słoiczek czarnego kawioru można kupić za 6 zł, czerwony kosztuje 8 zł. Z tym, że to kawior ze sterleta (nie z bieługi) i z pstrąga (nie z łososia). Mi smakuje.
  6. Wiem, że to trochę nie na temat, ale z drugiej strony wydaje mi się, że nie jest to wątek na tyle nośny, by podnosić godo rangi tematu. Chodzi mi o znaczenie słów: "Frank", "Franc", "franc", "Franche", "franche". Przy czym "Franche" znam tylko z nazwy Franche Comté de Bourgogne. A "franche" z franczyzy. Ponieważ w dotychczasowej dyskusji ta kwestia się wielokroć pojawiała, chciałbym wymienić trzy możliwe (moim zdaniem) interpretacje: 1. Słowo "Frank" oznaczało pierwotnie członka germańskiego plemienia, które podbiło rzymską prowincję, Galię, a przynajmniej znaczną jej część. Ponieważ członkowie tego plemienia byli z reguły ludźmi wolnymi, mianem "franc" zaczęto nazywać wszystkich ludzi wolnych. 2. Słowo to oznaczało ludzi wolnych, a ponieważ członkowie plemion germańskich, które podbiły Galię, byli z reguły ludźmi wolnymi, zaczęto ich nazywać "Frankami". 3. Tak naprawdę to są dwa słowa, odmiennego pochodzenia, a zbieżność brzmienia jest jedynie przypadkowa. "Frank" czy "Franc" to nazwa członków germańskiego plemienia, zaś "franc" czy "franche" to przymiotniki, którymi oznaczano podmioty wolne, niezależne. Nota bene trudno mówić o zbieżności brzmienia między "Franc" a "franche". Gdyby przedmówcy określili, którą z tych tez popierają i dlaczego, forum stałoby się bogatsze w informacje.
  7. Z pewnością nader niefortunne. W sumie to Niemcy też uczestniczyli w wysiedlaniu Niemców. Przecież przyjmowali tych wysiedlonych, organizowali im życie, pomagali. Uczestnictwo jak obszył. Przypomina mi to kogoś "zamieszanego w kradzież". Znaczy okradzionego.
  8. Spierać się o definicję ponadczasową też się nie będę, ale na potrzeby tej dyskusji powiedziałbym bym, że władza demokratyczna, to taka, która powstała w wyniku wolnych i powszechnych wyborów, przy czym przed wyborami nie było pewne, kto je wygra. Mnie też nie. Problem z tym, że dyskutujesz z moją wypowiedzią, która została tu przeniesiona z działu "Historia alternatywna", więc nie dotyczyła faktów, tylko mniej lub bardziej uzasadnionych mniemań. Było to raczej akceptacja, albo coś w rodzaju "uczestnictwa biernego" - przyjmowali wysiedleńców, ale sami nie wysiedlali. Nie było jakiś intensywnych wysiedleń na zachód od Łaby. Faktem jest, że wszystkie masowe wysiedlenia Niemców po II wojnie światowej dotyczyły wysiedleń ze strefy radzieckiej. Stąd mój wniosek, że gdyby Armia Czerwona nie doszła do Łaby, tylko do Niemna i Bugu, to skala wysiedleń Niemców byłaby znacznie mniejsza. Nie przypomnisz sobie, jaka to wieś? Wg danych słowackiej wiki https://sk.wikipedia.org/wiki/Karpatskí_Nemci#Dolnospi.C5.A1sk.C3.AD_Nemci_.22Mant.C3.A1ci.22 opuściło kraj jednak ponad 80% karpackich Niemców. Warto też pamiętać, że spiski Niemiec z Medzeva, Rudolf Schuster, został w 1999 wybrany na prezydenta Słowacji.
  9. Czyżbyś sugerował, że języki polski i słowacki są do siebie tak podobne, że Słowak może nie odróżnić polskiego od słowackiego? Nie. Nawet jeśli Polak w sklepie powie "chleb i dwa piwa" to i tak to co innego, niż "chlieb i dve piva".
  10. Euklides miał na myśli czasy, kiedy do zaprzeczenia ojcostwa służyły badania grupy krwi. Niektóre kombinacje są niemożliwe, ale w znacznej liczbie przypadków nie da się udowodnić w ten sposób, że to nie moje dziecko - choć nie jest twoje. Jeśli rzeczywiście prawdopodobieństwo błędu testu ojcostwa, opartego na wynikach grupy krwi wynosi 40%, a przyjmiemy, że matka statystycznie nie mija się z prawdą na 88%, to prawdopodobieństwo, że wskazany pan jest jednak ojcem dziecka wyniesie 95%. Można to policzyć, nie znając wzoru na prawdopodobieństwo warunkowe. Nie widzę żadnego powodu, by sędziowie wówczas nie brali pod uwagę koloru oczu i włosów, tyle że tam trudniej o zaprzeczenie. To znaczy, jeśli matka miała oczy jasne, a dziecko ciemne, to wykluczało to ojcostwo jasnookiego mężczyzny. Ale jeśli mężczyzna lub matka dziecka miało ciemne oczy, to już nie da się niczego wykluczyć. Także dwoje ciemnookich może mieć dziecko o jasnych oczach. Prawdopodobieństwo 6,25%, ale jednak. Prawdopodobieństwo że para, z których jedna osoba ma jasne oczy, a druga ciemne, będzie miała jasnookie dziecko, to 25%. Z włosami podobnie, tylko jeszcze gorzej - dziecko dwojga jasnych blondynów będzie jasnym blondynem, ale z pozostałych kombinacji, w tym tych z rudymi, ciemnymi blondynami i szatynami niczego nie da się wykluczyć. Więc ma rację Euklides, że dla sędziów kolor włosów to nader wątpliwy argument przy ustalaniu ojcostwa. Szkoda tylko, że sam używa tego argumentu przy ustalaniu narodowości, co jest już nie wątpliwe, ale absurdalne. Bo jeszcze w dodatku Euklides zapominać raczy, że w Średniowieczu też niekoniecznie mąż był ojcem dziecka. Nie jeden Frank począł dziecko z Galijką.
  11. Nie, zupełnie niezrozumiałe. Po pierwsze dziedzictwo kulturowe, jak sama nazwa wskazuje, nie jest tym, co dziedzictwo genetyczne. Czyli ktoś mógł nie mieć ani kropli galijskiej krwi, ale czuć się np. Galem. Albo odwrotnie. Sam się kiedyś czułem trochę kulturowo Słowakiem, choć żadnych powiązań genetycznych z tym narodem nie mam. A syn też daje radę się dogadać po słowacku, więc to już dziedzictwo? Poza tym - co do genetyki - wciąż chyba prawa Mendla obowiązują, choć geny ludzkie są bardziej złożone, niż grochu i muszki drozofilli, o której uczono mnie na biologii. Na ogół gen ciemnych włosów jest dominujący. To znaczy, że dziecko pary brun-blond, o ile wszyscy przodkowie brun byli brun, a wszyscy przodkowie blond byli blond - będzie brun. Choć będzie miał i gen brun, i gen blond. Z tego wynika, że gen blond potrafi się ukryć. I choć od N pokoleń w rodzinach zarówno matki, jak i ojca, rodzili się sami brun, to w N+1 pokoleniu może urodzić się blond, bo kiedyś tam przed N-tym pokoleniem któreś z rodziców było blond. Nie pamiętam, kiedy płowowłosi Germanie zaczęli przekraczać Ren, ale na pewno na tyle dawno, że w Średniowieczu z koloru włosów nie wynika kompletnie nic.
  12. Kolego Komarze, rad będę kontynuował z Tobą dyskusję. Ale traktowanie wpisu kolegi Wolfa sprzed 8 lat jako coś rozstrzygającego spór pomiędzy nami jest dość dziwnym posunięciem. No chyba że tak bardzo się identyfikujesz z poglądami Wolfa, że nie widzisz potrzeby formułowania własnych. A szkoda, bo wydajesz się dużo ciekawszym interlokutorem. Bowiem do owego wpisu można mieć poważne merytoryczne zastrzeżenia. Dekrety Beneša, prezydenta na uchodźctwie, siłą rzeczy nie były wydane zgodnie z zasadami demokracji. Potem (wiosną 1946) zostały zatwierdzone przez Prozatímní Národní shromáždění republiky Československé, czyli parlament tymczasowy, powołany także dekretem Beneša, czyli z demokracją niewiele mający wspólnego. 1/3 parlamentarzystów należał do partii komunistycznych, 1/3 do socjalistycznych, pozostali to czescy ludowcy i słowaccy demokraci. Nie byli wyłonieni w wyniku wyborów, a skład wynikał z nacisków Stalina, do którego strefy wpływów już wtedy Czechosłowacja się zaliczała, pomimo zachowania pozorów demokracji. Więc, choć dekret wydał demokratycznie wybrany prezydent - w czasie, gdy żadnej władzy na terenie swego państwa nie miał - realnie został on wprowadzony w życie w wyniku decyzji Stalina i zgodnie z jego wolą zrealizowany. Zaiste piękny przykład wysiedleń demokratycznych. Zupełnie nie wiem, na jakiej podstawie Wolf stwierdza, że Churchill był "prekursorem idei wysiedleń Niemców". Ja tej tezie nie zaprzeczam, może i był, ale mi nic o tym nie wiadomo i poproszę o argumenty. Ale nie takie, jak to, że "o wysiedleniu Niemców z Polski i Czechosłowacji zadecydowały w Poczdamie trzy mocarstwa". To oczywiście prawda, tylko że: - Churchill nie podpisał się pod ustaleniami owej konferencji, - konferencja odbywała się w czasie, gdy Stalin realnie dzierżył władzę nad częścią Europy, położoną na wschód od Łaby. I dziś trudno stwierdzić, czy amerykańska i brytyjska akceptacja wysiedleń Niemców z terenów Czechosłowacji i z terenów, przyznanych Polsce, była jedynie akceptacją status quo, czy akceptacją zasady. Zważywszy, że na zachód od Łaby wysiedleń nie było - raczej to pierwsze. Przypomnę - bo po podzieleniu wątku przestało to być oczywiste - że wyraziłem pogląd, że gdyby to armie państw demokratycznych wyzwoliły Polskę spod hitlerowskiej okupacji, to ustalenie zachodniej granicy Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej nie byłoby możliwe ze względu na nieakceptowalną skalę przesiedleń. Nigdy nie twierdziłem, że jakiekolwiek przymusowe przesiedlenia w systemie demokratycznym są niemożliwe.
  13. Tak bez "a propos" - to zasady demokracji dotyczyły od dawna (weźmy choćby Rzplitą) i dotyczą dziś obywateli. Czyli osób mieszkających na danym terytorium i mających prawo do wyboru władz tego terytorium. To tak, żeby nie komplikować sprawy. Moi studenci i współpracownicy z Ukrainy, choćby i od wielu lat w Polsce mieszkali, pracowali i płacili podatki i tak nie mają nic czynnego, ni biernego prawa wyborczego w Polsce, chyba że dostaną nasze obywatelstwo. Na razie są mieszkańcami Polski II kategorii. Tylko że ci ludzie nie byli obywatelami Wielkiej Brytanii, co więcej - nie byli w ogóle obywatelami jakiegokolwiek uznanego państwa. Ich zasady demokracji nie dotyczyły. System demokratyczny miał ich objąć dopiero wtedy, gdy (po ewentualnym przesiedleniu) zostaną obywatelami bądź Indii, bądź Pakistanu. Państw, które nigdy wcześniej nie istniały. Natomiast niemieccy mieszkańcy Pomorza i Śląska byli jak najbardziej obywatelami państwa niemieckiego, które było powszechnie uznawane i nikt tego nie podważał, mimo iż toczono z nim wojnę. Oczywiście w ramach międzynarodowego systemu demokratycznego (którego zręby powstały w 1918 roku, więc był i w 1945 bardzo młody, dopiero się kształtował) dopuszczalne, a nawet logiczne było, że państwo, które przegrywa wojnę, traci pewne terytoria, na ogół niewielkie i przygraniczne, zamieszkane przez ludność o niejednoznacznej tożsamości. Tak, jak Francja przyłączyła Alzację i Lotaryngię w 1918. Dlatego przyjmuję, że w przypadku sukcesu demokratycznej części Wielkiej Koalicji przyłączono by do Polski pewne terytoria niemieckie, np. Prusy Wschodnie, Wolne Miasto Gdańsk i cały obszar plebiscytowy na Górnym Śląsku. Tożsamość tych obszarów nie była jednoznacznie niemiecka. W ten sposób kilka milionów Niemców znalazło by się w granicach państwa polskiego, część z nich chciałaby je opuścić, a część może by wysiedlono pod przymusem. Skala wysiedleń to raczej kilkaset tysięcy ludzi. Natomiast włączenie terytoriów Dolnego Śląska i Pomorza po Odrę i Nysę Łużycką powodowałoby że w granicach państwa polskiego znajdzie się kilkanaście milionów etnicznych Niemców. Sytuacja kompletnie niewyobrażalna, bo: - albo wysiedlimy zdecydowaną większość z nich, co zdecydowanie wykracza poza standardy europejskie, a ponadto - przy założeniu, że na wschodzie trzymamy Wilno i Lwów - nie mamy kim ich zasiedlić; - albo nadajemy im obywatelstwo polskie, ale wtedy Polacy byliby w państwie polskim mniejszością. Żaden demokratyczny rząd Polski nawet by nie przedstawił takiego postulatu. Granica na Odrze i Nysie Łużyckiej była możliwa tylko dzięki temu, że Polska dostała się w orbitę stalinowskiego totalitaryzmu.
  14. Problem w tym, że Polska, pozostając państwem demokratycznym, nie mogłaby uzyskać granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej. Dolny Śląsk, Pomorze Zachodnie i Ziemia Lubuska były bez wątpienia w sposób zwarty zamieszkane przez miliony etnicznych Niemców, z nielicznymi enklawami innych narodowości (Serbo-Łużyczanie, Ślązacy, Kaszubi, Słowińcy) i w ramach systemu demokratycznego nie do pomyślenia jest wysiedlenie takiej masy ludzi czy poddanie ich obcemu państwu. Albo włączenie Polski do systemu demokratycznego i demokratyczne ustalona granica zachodnia, czyli z grubsza wzdłuż tej z 39 roku z małymi korektami, albo Polska włączona do systemu totalitarnego i granica jak teraz.
  15. Czuję się zmuszony wtrącić swoje trzy grosze. Jestem nauczycielem. Wprawdzie nauczycielem akademickim, więc inny resort i inna siatka płac, ale coś o tym zawodzie wiem. W systemie oświaty przepracowałem kiedyś 1 rok. Na początek ciekawostka - nauczyciele akademiccy na niepaństwowych uczelniach zarabiają gorzej, niż ich koledzy na państwowych. A także gorzej, niż nauczyciele w państwowym systemie oświaty. Nowo przyjmowanym nauczycielom szefowa proponuje... minimalne wynagrodzenie ustawowe. Czyli chyba 2250 brutto. W zamian narzuca 300 godzin pensum - rocznie, rzecz jasna. Jak ktoś ma doktorat, to może wywalczyć 240 godzin. Chętnych nie brakuje. Do tych 300 godzin pensum trzeba dorzucić poprawki i konsultacje, razem da to może 360 godzin, spędzonych ze studentami. Przeliczmy: 2250 x 12 = 27 000 zł. 27 000 / 360 = 75 zł Do tego dochodzą godziny, spędzone na sprawdzanie prac oraz przygotowanie do zajęć. Ile czasu spędzić można na sprawdzaniu prac? Dużo. Jeśli ktoś ma ćwiczenia audytoryjne w wymiarze 10 h z grupą 30 studentów, i od każdego z nich dostaje pracę zaliczeniową na 6 stron, to na jej ocenę musi poświęcić minimum 20 minut. Czyli do 10 h zajęć dochodzi 10 h sprawdzania prac. Oczywiście lepiej wypadają testy zamknięte, ale na wykładach są grupy po 150 osób. Jeśli chodzi o przygotowanie do zajęć, to oczywiście za pierwszym razem zajmuje ono 3 razy tyle, co sam wykład. Ale potem to już tylko jakieś korekty i modyfikacje. Suma summarum może da to 500 godzin samej roboty rocznie. 27 000 / 500 = 54 zł brutto za godzinę. Nie uwzględniam czasu i energii, które trzeba poświęcić, by posiadać wiedzę i umiejętności, które studentów zainteresują. Na niepaństwowych uczelniach to wszystko, czego od nauczycieli się oczekuje. Wprawdzie bardzo wielu z nich podejmuje inne działania "za dziękuję", a czasem i bez "dziękuję", ale to już ich dobra wola. Natomiast o ile wiem nauczyciel w systemie oświaty ma 6 tygodni urlopu, a jak nie ma urlopu, to jest do dyspozycji dyrekcji. Postulat, żeby nauczyciel siedział 8 h w pracy, jak każdy inny, jest totalnie bez sensu. Problem polega na tym, że na początku półrocza 8 h nie jest potrzebne, a pod koniec 8 h to zdecydowanie za mało. Nie mówiąc już o końcu roku. Podobnie utyskiwania, że kiedyś to się nauczycielom nie podobało wprowadzenie gimnazjum, a teraz to im się nie podoba ich likwidacja. Pomińmy ramy czasowe - gimnazja powstały w 1999 roku, 19 lat temu i większość osób, które przeciwko temu protestowały, jest dziś na emeryturze. Ale skoro jednak gimnazja powstały, okrzepły i jakieś tam osiągnięcia uzyskały, to należało je hołubić, a nie likwidować. Reformowanie systemu oświaty powinno odbywać się na bieżąco, stale, ewolucyjnie. Zmiany tak rewolucyjne, jak wprowadzenie czy likwidacja szczebla kształcenia to nie częściej, niż raz na pokolenie. Czyli gimnazja powinny zostać co najmniej do 2032 roku. Wtedy można by dokonać oceny, jak absolwenci gimnazjów radzą sobie w roli pracowników i rodziców, a także nauczycieli. Przy czym system oświaty i tak ma lepiej. Jeśli chodzi o szkolnictwo wyższe - tempo reformowania jest galopujące. Przerobiłem już minima programowe, standardy nauczania, standardy kształcenia, obszarowe efekty kształcenia, efekty nauczania, pomijając inne zmiany. Przy czym każda zmiana jest uzasadniana tym, że ponoć absolwenci źle sobie radzą na rynku pracy. Problem w tym, że ta ocena dokonywana jest w chwili, gdy absolwentów, studiujących w poprzednim systemie, jeszcze nie ma na rynku pracy, bo nie zdążyli skończyć studiów.
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.