Jump to content

secesjonista

Administrator
  • Content count

    26,675
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by secesjonista

  1. Koronawirus

    Objaw Raynauda może mieć osoba chora na: reumatoidalne zapalenie stawów, nadpłytkowość, zespół cieśni nadgarstka, szpiczak mnogi, bakteryjne zapalenie wsierdzia, białaczkę, fibromylagię, wirusowe zapalenie wątroby. Z punktu widzenia socjoetiologicznego taki objaw może się pojawić zarówno u zawodowego pianisty, operatora młota pneumatycznego, kokainisty jak i pracowwnika chłodni przemysłowej. Strach pomyśleć co działoby się z chorymi na tak różne choroby gdyby miano je leczyć w myśl teorii euklidesa. O ile naiwna etymologia może jedynie wzbudzić wesołość bądź uśmiech politowania i nie przynosi jakichś katastrofalnych skutków społecznych, to już takie same wywody laików co do etiologii chorób, a co za tym idzie i leczenia, są bardzo szkodliwe. Jeśli ktoś nie widzi większej różnicy pomiędzy chorobą pochodzącą od wirusów a od bakterii niech się zastanowi nad tym dlaczego np. przeziębienia nie leczy się antybiotykami.
  2. Koronawirus

    Co do kwestii formalnej, czyli: używania cudzysłowu - taką mam manierę, jeśli chodzi o pisanie w sieci. I doskonale zdaję sobie sprawę, że to błąd. Co do tygodnika "Polityka", to jednak w jakiś sposób jest on organem prasowym "organizacji" politycznej, choć nie jest to organizacja w sensie instytucjonalnym, sformalizowanym. To przecież przy okazji 60-lecia, jej redaktor naczelny oświadczył, że jego tygodnik jest sztandarem obozu anty-pisowskiego. Przywoływałem ten tygodnik z dwóch powodów, raz - bo w trakcie choroby był mi jedynym dostępnym, bo jest właśnie anty-pisowski. Oczywiście w Polsce partie opozycyjne poprzez swych działaczy wyrażają różne opinie, a jest tych partii ze sześćdziesiąt. Ja zwracam pewną uwagę na te największe i mające znaczne poparcie. I powtórzę, nie znalazłem u nich jakichś konkretnych rozwiązań, które by mi się wydało sensowne. Co do mantr, w mej teologii politycznej za kraj odpowiedzialny jest nie tylko rząd (czy partia która wygrała wybory) ale i opozycja. Nawet taka która nic nie może przepchnąć (zawetować) w parlamencie. Wymagam od obu stron. Podobnie z ekspertami, których tak wielu w mediach. Kiedy ogłoszono restrykcje w postaci lockdownów przy tzw. trzeciej fali jeden z ekspertów utyskiwał, że najgorsze jest to że rząd nie ma nowych narzędzi. A przyparty do muru przez dziennikarza (TVN24) co konkretnie by zarekomendował rządowi, wreszcie objawił, że rząd powinien wprowadzić wcześniej więcej lokalnych lockdownów. Może i miałoby to sens; ja uważam, że tak; ale to chyba nie jest coś z gruntu odmiennego. Tak jak istnieje etymologia paronimiczna, tak i istnieje takaż patogeneza. Nie trzeba dodawać, że w efekcie otrzymuje się na ogół bałamutne informacje i taką ścieżką podąża euklides. Z racji podobieństw objawów nie wynika zbieżność co do czynnika zakaźnego. Zapewne świat medyczny z niecierpliwością czeka na zebrany materiał i konkluzje euklidesa. Nie wiem tylko czy efekty jego przemyśleń wywołają śmiech czy konsternację, bo jednak temat jest poważny. To zależy pewnie od tego kto i jak szuka, aż dziw że euklides tak często powtarzający: przecież można sobie wystukać" nie potrafi znaleźć tak powszechnych informacji, zwłaszcza że chodzi o osobę zatrudnioną w paryskim Instytucie Pasteura. Z punktu widzenia dzisiejszych standardów medycznych i regulacji prawnych nie istnieje skuteczna szczepionka na dżumę. To znaczy, że żadna instytucja międzynarodowa czy krajowa nie zatwierdziły takiego produktu, co nie znaczy że nie powstają (i nie są stosowane) różne szczepionki o pewnej skuteczności. Yersin nie wynalazł szczepionki, uczynił to Rosjanin Waldemar Mordechai Wolff Haffkine na początku 1897 r. pracując w Grant Medical College w ówczesnym Bombaju (żywa szczepionka tzw.: lymphe d’Haffkine). By zdobyć tak trudno dostępne informacje trzeba wejść np. na francuskojęzyczną Wiki i odnaleźć: https://fr.m.wikipedia.org/wiki/Peste. Nie istnieje coś takiego jak serum na dżumę, stosuje się antybiotyki. Jako się rzekło miałem napisać jak to się robi w Ameryce, zatem kilka informacji. Dwóch konserwatywnych autorów: David Hyman i Charles Silver działania rządu podsumowali słowami: "The U.S. response to the COVID-19 pandemic is a master class in government failure". No ale konserwatyści zawsze byli nieufni względem skuteczności rządu, jednak i liberalny NYT mocno był krytyczny: "The C.D.C., long considered the world’s premier health agency, made early testing mistakes that contributed to a cascade of problems that persist today. … It failed to provide timely counts of infections and deaths, hindered by aging technology and a fractured public health reporting system". CDC - instytucja niezwykle istotna w zwalczaniu epidemii, poważana nie tylko w Stanach, zaliczyła szereg niepowodzeń. Jeszzcze przed wykryciem pierwszego przypadku w USA udostępniła specjalną platformę - DCIPHER do raportowania zakażeń (bądź podejrzeń zakażenia), tylko nikt nie został przeszkolony jak ją obsługiwać, a i tak szybko się zapchała. W efekcie CDC było w pewien sposób "ślepe" i nie mogło w odpowiedni sposób reagować w odpowiednim miejscu. CDC nie zdecydowało się skorzystać z niemieckiego testu, który powstał wcześniej (skąd my to znamy?), co więcej uniemożliwiła (za pośrednictwem FDA) by nad takim testem dla rządu amerykańskiego mogły pracować prywatne laboratoria. W efekcie gdy CDC biedziło się nad wytworzeniem testu, SabetiLab (przy harwardzkim FAS Center for System Biology) wyprodukowało dobrze działający test, ale mogło je jedynie dostarczyć do innych krajów. A czas biegł... Pierwsze efekty nie były powalające, test był wadliwy. A był wadliwy m.in. z powodu nieprzestrzegania procedur i zasad sterylności w laboratorum tej instytucji. I to na taką skalę, że pewien urzędnik FDA kontrolujący prace nad testem stwierdził, że gdyby to było prywatne laboratorium to musiałby je zamknąć. Pierwsze testy; wbrew zdrowemu rozsądkowi; CDC wysłała do różnych krajowych laboratoriów w równych partiach, nie bacząc na to, że więcej testów trzeba przecież wykonywać w dużych aglomeracjach, miastach z międzynarodowymi połączeniami lotniczymi. Zapasy i przygotowanie... Government Accountability Office (GAO), urząd Kongresu kontrolujący wydatki i działania rządu i agencji federalnych, w swym raporcie z 2018 r. wskazywała na szereg problemów w zakresie ochrony biologicznej. Department of Health and Human Services (HHS) zajmuje się dostawami dla władz stanowych m.in. leków, sprzętu medycznego, w przypadku ataku biologicznego, chemicznego, epidemii czy dużej katastrofy (takiej jak np. efekt uderzenia huraganu Katrina). HHS wskazywało na niedostateczne uzupełnienie zapasów po ich wykorzystaniu w 2009 w związku z epidemią H1N1. ani administracja Baracka Obamy, ani Donalda Trumpa nie zdecydowały się wydać pieniędzy by te braki uzupełnić. W latach 2005-2015 powstało jakieś dziesięć raportów rządowych wzkazujących na krytyczny brak respiratorów (i podobnego sprzętu) w zasobach szpitali jak i na stanie tzw. staregicznych zapasów krajowych. Szereg instytucji raportowało (m.in.: CDC, Executive Office to the President, Congressional Research Service, GAO, National Institutes of Health, Occupational Safety and Health Administration, HHS), że liczba respiratorów jest dalece niewystarczająca by można się było skutecznie zmierzyć z większą epidemią. Choć HHS wskazywał sam na braki respiratorów, to przez pięć lat nie potrafił doprowadzić do zawarcia odpowiedniej umowy (po rezygnacji z dostaw przez firmę Newport Medical Instruments) na przenośne respiratory. Co gorsza, respiratory pozostające w zasobach rezerw były częściowo niesprawne z racji sporu kotraktowego jaki prowadził rząd z firmą, któa je konserwowała. Podobnie było z maskami N95, według estymacji rządowych w przypadku epidemii grypy, zależnie od jej nasilenia potrzebnych będzie od 1 do 7 miliardów tego typu masek. Gdy kowid uderzył w Ameryce, na stanie rezerw było... 10 milionów tych masek. Podobna sytuacja była z rezerwami: pożywek, wymazów, odczynników itp. środków potrzebnych do testowania. Dostawy... rząd zawarł szereg umów na miliony dolarów z firmami krzakami, z firmami które nigdy nie zajmowały się dostawami sprzętu medycznego, wreszcie z firmami które w przeszłości przegrały z rządem za niewywiązywanie się dostaw (niedostarczenie towaru, wskazywanie fałszywego kraju producenckiego, oszustwa, dostarczenie sprzętu niezgodnego ze specyfikacją itp.). Przy czym 32% umów zawarto w trybie bezprzetargowym, z czego 51% z firmami, które po raz pierwszy miały zawrzeć tego typu kontrakty z rządem. Pośród tych umów są takie kwiatki jak firma Fillakit LLC, która została założona przez telemarketera, i to założona na pięć dni wcześniej nim zawarła trzy umowy na 1,5 miliona dolarów. Stan Kalifornia zawarł 4 kwietnia umowę na 10,6 miliona dolarów z firmą, która złożyła dokumenty... tegoż samego dnia. Jest też i handlarz bronią - firma Bayhill Defence, chwaląca się doświadczeniem w dostawach dla amerykańskiej armii o dostawach których nic nie wie Departament Obrony. Firma ta miała dostarczyć maseczki na kwotę 4,5 miliona dolarów, któych nigdy nie dostarczyła. Według dziennikarskiego śledztwa USA Today; obejmującego 1600 kontraktów bezprzetargowych zawartych do 18 maja 2020 r.; rząd zawarł umowy na 500 milionów dolarów z firmami, które wcześniej były oskarżone o nieodpowiednie wywiązanie się z kontraktów (a dokładniej za naruszenie: False Claims Act). Całość działań rządowych podsumował profesor Steven Schooner; w administracji Billa Clintona pełniący obowiązki urzędnika zajmującego się zamówieniami publicznymi w Federal Procurement Policy in the Office of Management and Budget: "Most government experts agree that if you have to choose between not getting medical supplies and getting them, you get the medical supplies”. Co jako żywo przypomina mi tłumaczenia polskiego ministra. A co sądziły pielęgniarki z tzw. pierwszej linii frontu o działaniach rządu, władz stanowych i dyrekcjach szpitali, po trzech miesiącach od wykrycia pierwszego przypadku w USA? "Only 44% report that their employer has provided them information about novel coronavirus and how to recognize and respond to possible cases. Only 29% report that there is a plan in place to isolate a patient with a possible novel coronavirus infection. 23% report they don't know if there is a plan. Only 63% of nurses report having access to N95 respirators on their units. 27% have access to PAPRs. Only 30% report that their employer has sufficient PPE stock on hand to protect staff if there is a rapid surge in patients with possible coronavirus infections. 38% don't know. Only 65% report having been trained on safely donning and doffing PPE in the previous year. 66% have been fit tested in the previous year; 33% have not been fit tested in the previous year. Only 14% report that their employer has an overflow plan to place additional, trained staff to enable safe care provision to patients on isolation for possible novel coronavirus. 43% report they don't know. Only 19% report that their employer has a policy to address employees with suspected or known exposure to novel coronavirus. 43% don't know". "92 percent of respondents answered “No” when asked, “Do you think the federal government is doing enough to ensure there is sufficient PPE and other protections for healthcare staff?” 82 percent of respondents answered “No” when asked, “Do you and your co-workers have enough personal protective equipment (PPE) to safely care for your patients and avoid contracting the virus?” 85 percent of respondents answered “No” when asked, “Can staff request and receive COVID-19 testing quickly and effectively at your hospital if they fear exposure?” 80 percent of respondents answered “No” when asked, “Does your hospital have sufficient staffing in place to handle the anticipated surge of COVID-19 patients?” 78 percent of respondents answered “No” when asked, “Is your hospital’s paid sick time policy adequate to meet the needs of staff who might get sick?” 69 percent of respondents answered “No” when asked, “Does your workplace have clear protocols, isolation rooms and directives on how to handle suspected or confirmed COVID-19 cases?”". /za: D. Bates "In National Survey of Frontline Nurses..."; tekst dostępny na stronie: seiu.org; "Survey of Nation’s Frontline Registered Nurses Shows Hospitals Unprepared For COVID-19"; tekst dostępny na: nationalnursesunited.org/ Co do szczepień, tempo - godne podziwu, nie wiem jednak czy jancet bliżej zainteresował się szczegółami jak to wygląda w USA. Jakikolwiek by nie powstał komitet przy prezydencie, to jedyne za co odpowiada rząd federalny to dostarczanie poszczególnym stanom stosownych ilości szczepionek na czas. To kto będzie w pierwszej kolejności szczepiony (z ciekawostek, wiele stanów zdecydowało się do pierwszych grup zaliczyć pracowników sklepów spożywczych), kiedy, gdzie i przez kogo (w niektórych stanach część szczepień wykonywana jest przez prywatne firmy) decydują władze stanowe. Zatem to one w większej mierze odpowiadają za tempo. I łatwo sprawdzić, że rząd nieszczególnie dobrze wywiązuje się z tego zadania (por. choćby: L. Tompkins "Thousands of Vaccine Appointments Canceled as Supply Lags", "The New York Times"). Jak widać, kraj bogatszy, o znacząco większych możliwościach mobilizacji sił i pieniędzy borykał się z podobnymi problemami i nie zawsze sobie z nimi dobrze radził. /m.in. za: J. Tate, S. Harris "The U.S. was beset by denial and dysfunction as the coronavirus raged", "The Washington Post"; S. Armor, B. Abbot, T.M. Burton, B. McKay "What Derailed America's Covid Testing: Three Lost Weeks", "The Wall Street Journals"; R. Gabrielson, L. DePillis, J.D. McSwane, D. Willis "A Closer Look at Federal COVID Contractors Reveals Inexperience, Fraud Accusations and a Weapons Dealer Operating Out of Someone’s House"; "ProPublica"; J.D. McSwane, R. Gabrielson "The Trump Administration Paid Millions for Test Tubes — and Got Unusable Mini Soda Bottles", "ProPublico"; J. Salamn, N. Penzenstadler "Hundreds of millions of dollars goes to COVID-19 contractors accused of prior fraud", "USA Today News"; B. Lyons, L. Rosenhall "California’s no-bid contracts for pandemic supplies reveal collapsed deals, untested vendors", "CalMatters" Sacramento, CA; M. de Puy Kamp "Federal officials repeatedly warned that US hispitals lacked enough ventilators"; "CNN Investigates"; N. Kulish, J. Silver-Greenberg, S. Kliff "The U.S. Tried to Build a New Fleet of Ventilators. The Mission Failed", "The New York Times"/
  3. Liberia - jak powstała kolonia a potem państwo

    To co wnosi?
  4. Lektury szkolne - czy jest sens czytać je?

    Nie za bardzo rozumiem o co chodzi, większość zajęć zdalnych takim kodowaniem się nie wspiera. Jaki to goły przekaz alfanumeryczny jest w lekcji on-line w podstawówce gdzie pani objaśnia historię chrztu Polski a druga, jak brzmi twierdzenie matematyczne? To chyba jednak jednostkowy przypadek z życia janceta, a problem nauki zdalnej tkwi w czym innym. Nie sądzę, ani z powodu: przeczytania ani z powodu: przeczytania z zainteresowaniem. Świat nie staje się piękniejszy z racji czytania z zainteresowaniem, wielu zbrodniarzy czytało książki uznane za tzw. literaturę wysoką, czytało (zapewne) z zainteresowaniem ale nie sądzę by te lektury wpłynęły na to by tworzyli piękniejszy świat. Ta umiejętność wzrasta z czytaniem książek. Z bryków - mniej, a ze streszczeń zamieszczonych w sieci - jeszcze mniej. Badania są jednoznaczne. Absolutnie - nie. To nie jest przygotowanie do życia społecznego i instruktaż zawodowy. Żeby uświadomić młodej osobie, że może swe emocje wyrażać w różny sposób, to trzeba jej uświadomić, że istnieją różne formy, a jak je przekazać ograniczając się jedynie do lektur wybranych przez uczniów i rodziców, kierujących się ich zainteresowaniami? Jak najbardziej, tylko gdzie jest cielę matematyki czy fizyki? Można olać wiedzę o wzorach bo są na ściądze, kalkulatorze, w zegarku... Ja też tego nie napisałem. Ja to rozumiem tak: nie czytajcie lektur bo możecie przeczytać bryk i prawdopodobnie będziecie mieli dobrą ocenę, to po co czytać. A w ogóle to lekcje języka polskiego nie powinny nas zaznajamiać z różnymi utworami z epok tylko powinny być lekcją relacji: pracodawca/pracownik. Jest o tym odrębny temat.
  5. Do schyłku XVIII w. nie było chyba takiej fali buntów marynarzy w historii. Tylko w przeciągu dziesięciu lat (od 1790 r.) floty: niderlandzka, francuska i brytyjska doświadczyły 150 buntów na pojedynczych statkach bądź okrętach i jakieś sześć buntów flot, które w niektórych przypadkach trwały nawet kilka miesięcy, obejmując od ok. 3000 do 30 000 ludzi. Jakie było podłoże tych wystąpień? Jak wyglądało to w we flotach innych państw, choćby: Hiszpanii czy Rosji? Duch rewolty rewolucyjnej ogarnął i brać marynarską?
  6. To sam euklides zaczął od stwierdzenia: co to mu się w głowie nie mieści, podejrzewam osobiście mocno ograniczona to głowa. A ta rewelacyjna i nowatorska konstatacja - co ma do tego tematu? Tylko takich jak euklides, co to się wypowiadają a się nie znają. Czyli - straciła. I ci głupcy francuscy aż tak się bili; z mizernym skutkiem; o te zaspy. Innymi słowy, w wersji historii euklidesa: po zdecydowanej akcji francuskiej polegającej na oddaniu ok. 300 statków handlowych i ich załóg, Francja poszła za ciosem i oddała Luizjanę i Kanadę - dzięki czemu umocniła swe panowanie w tym regionie. A świstak siedzi i zawija te sreberka... W którym fragmencie: proszę zacytować. To po co się wypowiada euklides w temacie na którym; jak sam przyznaje; sam się nie zna?? Coś tam się kojarzy euklidesowi ale niekoniecznie sensownie: w omawianym czasookresie ta piechota formalnie była służbą cywilną. A kto wygarniał obiboków z francuskich okrętów? To poznamy wreszcie tych historyków podzielających zdanie euklidesa, czy jednak; znów; są to osoby nieistniejące? To może euklides przybliży nam co o tej "rewolcie" napisał Alain Cabantous w "La vergue et les fers : mutins et déserteurs dans la marine de l'ancienne France : XVII e - XVIII s."?
  7. Liberia - jak powstała kolonia a potem państwo

    Kategoria Bruno bardzo mi się podoba, u mnie jest to: co z tego, że "nieprawdziwie ale jak pięknie opisane". Problem w tym że prawdziwą historię opisywać staramy się nie poprzez opisywaczy a badania historyków. Kapuściński stwierdził, iż Liberię założyli niepiśmienni byli niewolnicy, przez co powielili schemat społeczny - jedyny, który był im znany. A to jest nieprawda. Prawdą jest, że Liberię tworzyli głównie: byli i często niepiśmienni niewolnicy, ale: zręby ustawodawstwa dyskryminującego stworzyli ci co wiedzieli, iż istnieje świat bez niewolnictwa. Pośród najważniejszych person pierwszych lat Liberii odnajdziemy osoby co to nigdy nie były niewolnikami, wielu pochodziło z "wolnej" Północy. Co więcej, pierwsza fala byłych niewolników - to osoby, jako tako piśmienne. Dlaczego? "The people who immigrated in the first decade after the establishment of the colony were from the northern states and the Upper South. They were disproportionately “mulatto,” the embodiment of the mixture of races so feared by Jefferson, and more likely to be literate than the black population at large. They were not typical of the 15,000 who eventually immigrated, the majority of whom had been manumitted from slavery on condition that they go to Liberia". /C. Lambert "The Love of Liberty Brought us here", "Irish Association for American Studies", No 7, Special Postg. Issue 2017/ Zachowały się listy przewozowe z "Nautilusa", większość pasażerów była piśmienna i potrafiła czytać. To może spróbujemy określić, kto tworzył zręby ustroju tego kraju i skąd pochodził?
  8. To że coś: "nie mówi" euklidesowi to tylko przyznanie się do nieznajomości danej kwestii., a różnica nie była płynna. Proponuję zapoznać się z podstawową literaturą w tym zakresie. Przy czym nie bardzo rozumiem co to ma do rzeczy, że euklides nie orientuje się w systemie wcielania jednostek i załóg do Royal Navy do kwestii łączności pomiędzy załogami tej floty? Pewnie się tak zdarzało, co nie zmienia faktu przewagi okrętu typu (ranku) great frigate: nad takimi jednostkami, sklasyfikowanymi jako: cutter czy sloop-of-war. To tylko dla euklidesa konsekwencją przejęcia francuskich jednostek był atak na Minorkę i potem wojna siedmioletnia. Francuzi tak skutecznie rozgonili słynną RN, że w konsekwencji dostali tak potężnego kopniaka, że na zawsze stracili swą pozycję w regionie Ameryki Północnej, w konsekwencji stracili: Kanadę i Luizjanę i musieli się pożegnać z próbą dominacji w tym regionie. Sukces goni sukces. A ten autor to - uznany; również we Francji; specjalista od brytyjskiej floty XVII-XVIII wieku, a mógłby nam przybliżyć euklides na jakich to francuskich historykach się opiera w swym stwierdzeniu o współpracy i buncie; a nawet rewolcie w 1755 roku? Zapewne, tylko te francuskie jakoś nie udowodniły tego albo nawet nie chciały tego udowodnić. Fakty są takie: Anglicy przejęli francuskie jednostki handlowe, a Francja zanim się ruszyła została z ręką w nocniku, nie pierwszy raz zresztą. Jest - jeśli chodzi o ilość i częstość. Jest to też okres dalece większej eskalacji buntów we francuskiej marynarce wojennej. Po prostu euklides nie zna liczby i charakteru tego typu wystąpień, ale z niewiedzy jednej osoby trudno wysnuwać jakieś wnioski. To może zapytam: jakie książki przeczytał euklides dotyczące buntów w RN - by móc wysnuwać jakiekolwiek uogólnienia. Tak z autorem i tytułem i co on w tej kwestii powiedział. A co to ma to buntów, czyli do tematu? To nie jest temat o tym co euklides wyczytał u jednego z trzech swych ulubionych autorów, tylko o: buntach. Proszę się trzymać tematu. Faktycznie, z faktu że Francja zajęła wyspę w regionie Morza Śródziemnego wynika wprost, że nie mogła angielska flota zająć francuskich statków handlowych inaczej niż przez zmowę i wzniecenie ogólnej rebelii. To na poważnie? A jaki to autor czy historyk francuski potwierdza taką rebelię i zmowę?
  9. Koncert fortepianowy na płycie lotniska

    Jedyne co mogę powiedzieć, to że pianista nie wykonywał tego "tytułowego" utworu w czasie drugiej wojny światowej, a filmik ciekawy, choć to chyba kompilacja.
  10. Nie wiem jaka to słuszność historyczna przemawia przez historyków obu krajów, jak rozumiem jest to kolejny przykład ze skarbnicy interpretacji euklidesa w której trzeba objaśnić światu, że wydarzenia uznane za porażkę Francuzów taką porażką nie są, a euklides ma rewolucyjną hipotezę co do przyczyn: Dla większości historyków rzecz jest prosta, Anglicy nie dokonali jakiegoś wyczynu militarnego, ot po prostu skupili się na francuskiej flocie handlowej, nic co można by opiewać ale okazało się to skuteczne. Łatwiej było zmuszać do poddania załogi tego typu floty niż walczyć z flotą wojenną. I tyle. "The Royal Navy arrested and detained a total of over 300 French vessels and 6,000 seamen before the end of 1755 (...) Of course, it was far from heroic: the surprised French vessels were helpless, their crews stunned. Understandably, Versailles deemed these seizures piracy and orchestrated a virulent and quite successful (in France) anti-British propaganda campaign. But otherwise the French government did nothing". /D.A. Baugh "The Global Seven Years War 1754-1763: Britain and France in a Great Power Contest", Oxon-New York 2014, s. 146/ "The war began without fanfare. The French and Indian wars which had erupted in North America provoked retaliation against French trade. By the end of 1755 more than 300 trading vessels had been taken, and 6,000 French seamen were in captivity, seriously reducing the ability of the French to man a naval force". /A.B. McLeod "British Naval Captains of the Seven Years' War: The View from the Quarterdeck", Woodbridge 2012, s. 136/ Zapewne, zatem by nie był nadto obszerny i nie zwekslował na boczne tory (jak to często bywa u euklidesa) proponuję ściślej trzymać się głównej osi tematu. Zatem, czy ma euklides jakieś dowody na to, że te przejęcia z 1755 r. były wynikiem buntów czy rewolt załóg francuskich statków, które wypowiedziały posłuszeństwo dowódcom i oddały jednostki w ręce Anglików? Czy tylko wysnuł taki wniosek bo nic innego nie mieści mu się w głowie? Jeśli chodzi o bunty w Royal Navy to akurat łączność nie była aż takim problemem, większość buntów nie miała miejsca na otwartym morzu z dala od wybrzeży. "The majority of our mutinies took place in the home waters of the British Isles, and most (about 65 percent) occurred in harbors nad anchorage. They tended to happen on ships close to centers of naval authority. Mutinies occurred around the globe, including the Mediterranean (1 cases), the West Indies (7), Africa (4), North America (3), and in the East Indies and the Pacific (4). Nearly all (58) took place during wartime". /M. Hechter, S. Pfaff, P. Underwood "Grievances and the Genesis of Rebellion: Mutiny in the Royal Navy, 1740 to 1820", "American Sociological Review", Vol. 81, No. 1, February 2016, s. 171/
  11. Koronawirus

    Są i nawroty i lockdowny, tylko na mniejszą skalę ze względu na wskazane działania władz. Kilka przypadków - i jest natychmiastowa reakcja władz, dochodzi do odcinania danego regionu, miasta, dzielnicy i masowych testów w różnych miejscach i formie, dzięki czemu szybko można wychwycić zarażone osoby i powstrzymać dalszą transmisję. Proponuję sobie wyobrazić scenariusz: do Warszawy mogą wjechać osoby, które przybyły z zagranicy dopiero po 21 dniach pobytu w naszym kraju i odpowiednim wyniku testu. Osoby przybywające drogą lotniczą do naszej stolicy podlegają 14 dniowej kwarantannie w wyznaczonym przez władze miejscu a potem samokwarantannie przez 7 dni. Osoby przybywające z krajowych regionów o średnim zagrożeniu podlegają kwarantannie do czasu uzyskania negatywnego wyniku tekstu. W okresie święta Bożego Narodzenia wszystkie osoby powracające od rodziny, mieszkającej w innym regionie, muszą mieć negatywny wynik testu, pomimo to podlegają izolacji domowej na okres 14 dni. Osoby powracające z miast do wsi podlegają testom w siódmym i czternastym dniu. Takim samym ograniczeniom podlegają osoby pracujące w przemyśle chłodniczym, w portach, w transporcie. Osoby wracające do stolicy z regionów krajowych o niskim ryzyku muszą legitymować się ujemnym wynikiem testu przed skorzystaniem z komunikacji miejskiej, pociągu, samolotu czy metra. To proszę nieco doczytać, w Pekinie co prawda nie zarządzano lockdownów ale i po maju wprowadzano dodatkowe ograniczenia, choćby w dzielnicy Daxing. Po dwóch przypadkach (styczeń 2021 r.) zakazano mieszkańcom dzielnicy opuszczać stolicę, zakazano większych zgromadzeń i zamknięto szkoły a wszystkich mieszkańców miano przetestować. Proponuję też zapoznać się z ograniczeniami wprowadzonymi w okresie czerwiec/lipiec 2020 roku.
  12. Tu akurat pamięć zawiodła, to nie jest pomnik poświęcony załogom alianckim i niemieckim tylko miejscowym rybakom, inskrypcja brzmi: "Sacred to the memory of all those from our fishing communities who died at sea". To nie były trybunały wojskowe, na mocy ustawy z 1939 r. (Offences Against the State Act, 13/1939) w takich sądach co prawda mogli zasiadać wojskowi ale w praktyce składały się głównie z sędziów i jurystów sądów powszechnych. "39. (3) No person shall be appointed to be a member of a Special Criminal Court unless he is a judge of the High Court or the Circuit Court, or a justice of the District Court, or a barrister of not less than seven years standing, or a solicitor of not less than seven years standing, or an officer of the Defence Forces not below the rank of commandant". /cały akt dostępny na stronie: irishstatutebook.ie/ Przy czym na mocy tego aktu chyba nie można było skazywać na śmierć? Wszyscy członkowie IRA skazani na śmierć w czasie drugiej wojny światowej i wobec których wyrok ten wykonano (a było ich sześciu) zostało skazanych za zabicie bądź postrzelenie (w jednym przypadku) funkcjonariuszy policji, a w jednym przypadku za zabicie członka IRA podejrzewanego o bycie informatorem. Z tych skazanych tylko jeden zajmował wysoką pozycję w strukturach IRA, to Charles Kerins, który zstąpił na stanowisku szefa sztabu aresztowanego Hugh McAteera. No chyba jednak nie udostępniono, Irlandczycy wskazywali że mogą po cichu udostępnić ten port (jak i Berehaven) ale Brytyjczycy nie skorzystali z tej propozycji. Udostępnienie miało mieć ograniczony charakter, tak jak to miało miejsce z holownikiem brytyjskim stacjonujący w Killybegs, który był uzbrojony choć starano się to zamaskować a załoga chodziła w cywilnych ubraniach. Irlandczycy zgodzili się na stacjonowanie brytyjskiego wodnosamolotu w Foynes. Irlandczycy zgodzili się na wykorzystywanie lotniska w Shannon na potrzeby West African Service, formalnie nie mogło być ono wykorzystywane jedynie do celów militarnych: "Use of Shannon airports for West African Service, and presumably trans-atlantic services, though both these services cannot fail to be used for largely military purposes". /J. Gibney, K. O'Malley "The Emergency: Ireland in a world at war, 1939-45"; Royal Ireland Academy; dokument "Help Given by Irish Government to the British in relation to the Actual Waging of the War" z 24 maja 1941 r./ Niemiecka baza w Donegal o tyle jeszcze była mało prawdopodobną, jako że Irlandczycy zgodzili się na uruchomienie przez Brytyjczyków dwóch stacji radarowych na wybrzeżach Cork i właśnie Donegal. I jeszcze inny drobiazg co do współpracy: "Beginning in December 1940 the Irish government agreed to give British planes flying to and from a new base in Fermanagh the right to fly over Irish air space as part of what came to be known as the Donegal corridor". /T.J. White, S.J. Riley "Irish Neutrality in World War II: A Review Essay", "Irish Studies in International Affairs", Vol. 19, 2008, s. 147/ Premier irlandzki oczywiście nie mógł zarządzić wkroczenia do ambasady obcego państwa by cokolwiek w nim plombować. Irlandczycy naciskani przez dyplomatów brytyjskich i amerykańskich przeprowadzili kilka rozmów (prowadzonych głównie przez Josepha P. Walshe'a, sekretarza w Departamencie Spraw Zagranicznych) z niemieckim przedstawicielem, którym był Eduard Hempel, wskazywano że kraje neutralne nie zezwalają na posiadanie tego typu nadajników przez placówki dyplomatyczne zaangażowanych w konflikt stron. Proponowano zatem przekazanie nadajnika stronie irlandzkiej lub jego zniszczenie przy asyście przedstawiciela irlandzkiego. Ostatecznie zdecydowano się na rozwiązanie jakie zaproponował Hempel, urządzenie zostało zdeponowane w sejfie dublińskiego banku, jeden klucz był w rękach niemieckich a drugi władz irlandzkich. Na mocy umowy z dyrektorem banku żadna ze stron nie miała dostępu do skrytki osobno. Przed zdeponowaniem radia, przedstawiciel władz irlandzkich (był to pułkownik Neligan z Dyrekcji Wywiadu Wojskowego - Stiúrthóireacht na Faisnéise) sprawdził czy Niemcy przekazują rzeczywiście sprawny aparat (a nie jakąś atrapę). Przy czym Irlandczycy wcześniej (w 1941 r.) zgodzili się na posiadanie tajnych zestawów do takiej samej łączności: "Allowing the British Legation to have two secret wireless sets and a private line to London and Belfast". /"Help Given..."; sprawozdania dotyczące kwestii niemieckiego nadajnika dostępne są na stronie projektu Documents on Irish Foreign Policy: difp.ie/ Zdania są podzielone co do tego na ile poważnie to rozważał a na ile jego oświadczenia w tej kwestii były elementem nacisku na irlandzki rząd. Na początku wojny na serio Brytyjczycy podejrzewali, że wybrzeża Éire mogą być udostępniane przez Irlandczyków niemieckim okrętom, by to sprawdzić wysłano na przeszpiegi m.in. we wrześniu trawler HMS "Tamura" (przemianowany wkrótce na HMS "Comet") czy w grudniu parowiec HMS "Maunder" (przejęty MS "King Gruffydd"). Pomimo neutralności skala współpracy wojskowo-wywiadowczej pomiędzy Irlandią a Wielką Brytanią była duża, na nic podobnego Niemcy liczyć nie mogły, niezależnie od sympatii samych Irlandczyków. Politycy i wojskowi prowadzili np. rozmowy o drogach jakimi wojska brytyjskie miały na wypadek niemieckiej inwazji, stopniu zabezpieczenia lotnisk przed przejęciem przez spadochroniarzy i ich szybkim uruchomieniu. Brytyjczycy wysłali kapitana Alexandra Boyda Greiga (jako naval attaché) by ocenił stopień przygotowania irlandzkich służb (Irish Coast Watching Service) do patrolowania wybrzeży i śledzenia ew. aktywności niemieckich okrętów. Nierównomiernie traktowano obie strony choćby w dostępie do punktów nawigacyjnych na terytorium Irlandii: "In 1943, 83 of these signs were constructed around the Irish coast, and maps showing the numered signs were given to Allied aircrews crossing the Atlantic. Axis aircrews flying near Irish territory would see the signs, but without the numbered key to the locations they were of little use as navigation waypoints". /J. Gibney, M. Kennedy "The 'Trackless Desert'", "History Ireland", Vol. 27, No. 5, September/October 2018, s. 46/ NA początku konfliktu Irlandia odczuła jak istotnym partnerem handlowym jest dla tego kraju Wielka Brytania: "Attempting to delivery a death blow to the Irish agricultural economy, the British cut the vital annual spupply of agricultural fertillisers to Ireland from 100,000 tons to zero. Likewise, the British supply of feeding stuffs was slashed from six million tons to zero. Petrol, too, was cut. At Christmas 1940, pumps across the state suddenly ran dry. Trains soon stopped running as the supply of British coal stalled". /B. Evans "'A pint of plain is your only man: how Guiness saved Ireland during the emergency", "History Ireland", Vol. 22, No. 5, September/October 2014, s. 36/ Autor dodaje, że z dublińskiego Park Phoenix zaczęły znikać daniele, podobnie działo się w zoo, a stołeczne prostytutki za swe usługi zaczęły żądać nie gotówkę a produkty, typu: mydło czy herbata. Irlandczycy nie dość że byli uzależnieni od Brytyjczyków ekonomicznie, ze względu na wielkość wymiany handlowej, to jeszcze Brytyjczycy mieli w rękach irlandzkie informacyjne "okno" na świat. W sierpniu 1940 r. Frank Gallagher z Biura Informacji Rządu, w swym memorandum skierowany do irlandzkiego premiera, wskazywał: "Apart from steamships and Air Mails, the only means of communication between Ireland and the rest of the world are via Great Britain; there is a Cable to Newfoundland passing through Valentia, but this Cable is controlled by Great Britain. The result of this position is that Ireland is now completely cut off from the whole of Europe and can only communicate with America by the good will of Great Britain. It can, I think, be stated definitely that Ireland is the only country in Europe which has no independent means of communication. All the other European countries have, in addition to their telegraphic and cable lines, regular wireless communication systems which leave them independent of their neighbours. The lack of proper wireless receiving and transmitting facilities here is one of the factors which prevents the direct receipt and despatch of news to and from Ireland. The bulk of news from Ireland has to be sent to London from where, after being sub-edited, it is sent to the Rugby Wireless transmitter; from there it is sent by high speed Morse to various parts of the world. The bulk of the news reaching Ireland is likewise received by wireless in Rugby and sub-edited in London before it reaches Ireland". /dok.: "Submitted to An Taoiseach Concerning the Establishment of a Regular High Speed Morse Wireless Receiving and Transmitting Station"/ Gdyby Hitler się pośpieszył i wojna wybuchła w 1938 r., sytuacja stała by się bardziej skomplikowana, wtedy jeszcze formalnie i realnie Brytyjczycy posiadali porty na irlandzkich wyspach, w: Berehaven, Cobh, Lough Swilly Z literatury: D. Keogh, M. O'Driscoll "Ireland in World Two: Diplomacy and survival" "Ireland and the Second World War: politics, society and remembrance" eds. B. Girvin, G. Roberts C.J. Carter "The shamrock and the swastika" J.T. O'Carroll "Ireland in the war years" J.P. Duggan "Neutral Ireland and the Third Reich" B. Share "The Emergency: neutral Ireland, 1939-45" T.C. Salmon "Unneutral Ireland: an ambivalent and unique security policy" B. Girvin "The Emergency: neutral Ireland 1939-45" R. Fisk "In time of war: Ireland, Ulster, and the price of neutrality, 1939-45" R. Doherty "Ireland, neutrality, and European security integration" M. Qquigley "A spy in Ireland" E. O'Halpin "Spying in Ireland: British intelligence and Irish neutrality during the Second World War" tegoż "Irish neutrality in the Second Worls War", w: "European neutrals and non-belligerants during the Second World War" ed. N. Wyllie C. Wills "That neutral island: a cultural history of Ireland during the Second World War" M. Kennedy "Guarding neutral Ireland: the coast watching service and military intelligence, 1939-1945" F. Forde "The long watch: World War II and the Irish mercantile marine" B. Kelly "Military internees: prisoners of war and the Irish state during the Second World War" B. Evans "Ireland during the Second World War: farewell to Plato's Cave" D. Ayiotis, J. Gibney, M. Kennedy "The Emergency: a visual history of the Irish Defence Forces, 1939-45" D. O'Drisceoil "Censorship in Ireland, 939-1945: Neutrality, Politics and Societ" T. Ryle Dweyer "Irish Neutrality and the USA, 1939-1947".
  13. Koronawirus

    A saturn z uporem stara się nie zrozumieć. O innych miastach nie usłyszeliśmy gdyż największe aglomeracje od razu zostały odcięte. W "metodzie chińskiej" nie ma nic zadziwiającego, odcinanie plus masowe testy i kwarantanna, wysyłanie na leczenie. Przy czym chińskie władze się nie patyczkują, pomijając samodyscyplinę tamtejszej społeczności, nie jest możliwym w Chinach casus Krupówek. Nie jest możliwym by policja nie reagowała na takie incydenty. "Urokiem" władzy autorytarnej jest możliwość wprowadzenia obostrzeń (i ich egzekwowania) bez oglądania się na społeczne skutki i ogląd społeczny. A co do tej: "mantry", podobne działania jak w Shijiazhuang podjęto również w: mieście Quingdao, Kaszgarze, odcięcie nastąpiło w części prowincji: Hebei, Heilongjiang, Hebei czy Jilin. Teraz proponuję sobie wyobrazić reakcje polityczne i społeczne gdyby nasz rząd zarządził zamknięcie: Warszawy, Gdańska i Wrocławia - w celach prewencyjnych. A większą część warmińsko-pomorskiego odciął od reszty kraju a mieszkańcom tego regionu nakazał zgłaszać się na testy. Jako ciekawostkę podam jak trudno porównywać statystyki różnych krajów, w Chinach osoba bezobjawowa nie jest uwzględniana w zestawieniach osób zakażonych.
  14. Koronawirus

    Nawroty to jednak się pojawiają tylko duszone są w zarodku, proponuję przeczytać jak zareagowano na 100 przypadków w prefekturze Shijiazhuang (na jakieś 11 000 000 mieszkańców). Natychmiast takie miasto czy region są odcinane, wprowadza się często lockdown, obowiązuje zakaz opuszczania miasta, przymusowa kwarantanna i szeroko zakrojone testy. Mało która demokracja zachodnia może sobie pozwolić na tego typu reakcje. Bo sytuacja w Wuhan (i w Chinach) w sierpniu 2020 r. była zupełnie inna niż w lutym 2021 r. w naszym kraju.
  15. A ja jestem pewien, niech sobie euklides wyobrazi że potrafię samodzielnie formułować myśli a te nie muszą koniecznie być zbieżne z myślami euklidesa. Chyba euklides sam nie rozumie co próbuje objaśnić, bunt - niezależnie od jego charakteru to właśnie utrata kontroli.
  16. Transliteracja

    Rozumiem, że dotyczy to słowa: "Jamal/Jamał"? Znaku nie ma (przynajmniej na rosyjskojęzycznej Wiki) choć nie wiem czy kiedyś nie było. Natomiast forma: "Jamał" stosowana jest przez naszą Komisję Standaryzacji Nazw Geograficznych. Między Bogiem a prawdą to sam byłem przekonany, że ta nazwa zapisywana jest w naszym języku właśnie: "Jamal".
  17. Transliteracja

    Cóż, ta transliteracja rzeczywiście jest bardzo dziwna i niezgodna z polskimi normami, bo skąd: "owa/ова" przerodziło się w: "ava"? Przecież jednak jancet doskonale wie, że na ogół wynika to z wpisów w paszporcie. Jeśli to Ukrainka to wiadomo, że w tym kraju w różnym czasie stosowano odmienne formy, stąd np. osoby o imieniu: Яценій mogą mieć w paszport wpisane: Jacenij, Yatsenii czy Yatseniy. I tak przy okazji, chyba: Jamał?
  18. Oczywiście nikt nie ma monopolu na symbole, a każda konfesja tym starym może nadać nowe znaczenie. Tylko że ów nieszczęsny kogut dość silnie był związany z rzymskim wyznaniem, już w XI wieku papież nakazał by jego figura zdobiła kopuły kościołów, inna sprawa jak powszechnie wcielano ten nakaz w życie. Kogut miał właśnie przypominać o postawie Piotra i symbolizować nadejście światłości (Chrystusa). Trudno wskazać by protestantyzm przejął ten symbol nadając mu jakieś szczególne znaczenie. W Estonii większość dawniejszych wiejskich kościołów luterańskich miało głównie koguta, w Rosji było już inaczej. "Matthias Johann Eisen [chodzi o autora artykułu "Kukk kirikutorni otsas", "Eesti Kirjandus", nr 7, 1926 ; dostępnego na: digar.ee] who has inspected the meaning of cock on top of church towers claimed it is the prevailing tower symbol on Estonian Lutheran churches. However, the towers of more recent rural churches feaure a cross as a substitute for a cockerel. According to Eisen the Lutheran churches in Russia never have a rooster atop the church tower. Russians are know as having made fun of Lutherans for placing and admiring a cockerel on a church tower. Russians have ironically called Lutherans the petuhopoklonniki (worshippers of cockerels). One can encounter several more instances of mocking the towers of Lutheran churches because of the cockerels they have". /T. Pae "Formation of Cultural Traits in Estonia Resulting from Historical Administrative Division", Disertationes Geographicae Universitatis Tartuensis 28, Tartu 2006/ Co do objaśnienia jakie podano jancetowi to trudno coś powiedzieć, wiadomo jednak że koguty w Rydze pojawiły się już w XII wieku a najstarsza grafika przedstawiająca koguta na wieży pochodzi z XV wieku, mało prawdopodobne by było to związane z przejmowaniem kościołów. Przy czym kogut o którym wspominał jancet to najprawdopodobniej ten z kościoła św. Piotra, który jakiś czas temu był restaurowany. Tylko z jego wielkości niewiele można wnosić co do jego dawniejszych funkcji, to dzieło Pēterisa Saulītisa z 1970 roku i jest to szósty czy siódmy kogut na wieży tej świątyni.
  19. W temacie "Symbolika w kościołach Po czym poznać świętego" lancaster napisał: "Symbolika chrześcijańska winna się ograniczać jedynie do przedstawienia krzyża , jako symbolu męki Pańskiej cala reszta niezależnie od rodowodu , czy tez zastosowania , ma w sobie pierwiastek obcy , pogański . Oczywista pisze z pozycji staroluterańskich". Czy jest i czy: było tak rzeczywiście? By uprzedzić wszelkie niejasności nie mamy tu rozmawiać o tym kto bliższy Słowu i kto przynależy do "prawdziwszej religii". Zdając sobie sprawę, że protestanci szereg różnych dróg (na przestrzeni wieków) wydeptali - temat odnosi się do ich ogółu: a nie jednego odłamu - wszystkie mają być tu traktowane równorzędnie. Rozmawiać tu mamy o elementach z zakresu historii sztuki i nauk pokrewnych, a nie dylematów teologicznych Czy alba jest stosowana przez prezbitrów u protestantów - i czy dziś: nie jest symbolicznym strojem? Bo czemu alba, a nie dżinsy? Czy Marcin Luter (już po reformacji) nie występował w odpowiednich momentach komży, a w innych np. ornatu? Czy na strój szeregu protestantów nie miało wpływu zarządzenie urzędnicze? Kiedy utrwaliła się befka? Co "mówi" monstrancja? A jak było ze zdobieniem ścian?
  20. Wojna Zimowa

    Raczej istotniejszym tu będzie nie: jak jest tylko: jak było. A ówczesna Finlandia akurat była państwem w którym broń krótką i długą można było mieć. Obowiązywały wówczas regulacje ustawy z 1933 r., (Laki ampuma-aseista ja ampumatarpeista 33/1933), która z pewnymi zmianami w swym głównym brzmieniu przetrwała do 1998 roku. By uzyskać zezwolenie trzeba było być osobą godną zaufania i...pracowitą. O zezwolenie wystąpić mogła osoba mająca piętnaście lat (za zgodą opiekuna) z tym że tylko na broń do polowań i strzelectwa precyzyjnego, osiemnastolatek mógł już wystąpić o każdy rodzaj broni, choć wciąż za zgodą opiekuna. W ustawie jak i towarzyszącej jej rozporządzeniu (Asetus ampuma-aseista ja ampumatarpeista 34/1933) w zasadzie nie było ograniczeń co do rodzaju broni.
  21. Ochroniarze w czasach PRL-u

    To proste: podejrzenie: "pewnie przed I wojną..." - jest błędne, przynajmniej w świetle znanych mi dociekań językoznawców.
  22. Lektury szkolne - czy jest sens czytać je?

    Jak najbardziej serio. Taki jest sens zapoznawania się z poszczególnymi lekturami. Mamy poznać charakterystyczną formę (bądź odwrotnie: coś awangardowego jak na ówczesne czasy) czy istotną dla epoki treść. To nie jest plebiscyt na najciekawszą książkę epoki. To również nie jest plebiscyt na dobrą książkę. Zresztą nie wiem kto miałby taki plebiscyt rozstrzygnąć: uczniowie którzy jeszcze nic z danej epoki nie przeczytali czy nauczyciele? A może należy zrezygnować z książek z dawnych epok? A to już zależy od indywidualnego podejścia, ja bym przeczytał. Książka może być "dobra" ale nie dla wszystkich ciekawa, to co dla mnie ciekawe niekoniecznie takim musi być dla janceta. Ja uznałem "Lalkę" za niezwykle ciekawą, wręcz wciągającą, moja żona za przeraźliwie nudną. To ma być to lekturą czy nie? Ja na przykład bardzo lubię wiktoriańską tandetę choć wiem, że pod żadnym względem nie są to książki które by można nazwać: dobrymi. Jak najbardziej jestem za przewietrzaniem zestawu lektur, wprowadzaniu doń nowych tytułów (Zwłaszcza bardziej współczesnych), ale jakoś nie wyobrażam sobie nauki języka polskiego na zasadzie: Sęp-Szarzyński stworzył "...", "...", Norwid m.in napisał "...", "..." a taki Mickiewicz m.in. napisał "...", "..." itd. itd., jak chcecie sobie poczytać to te pozycje znajdziecie w szkolnej bibliotece. A dziś zajmiemy się fragmentami "Harry'ego Pottera" a jutro "Assasins's Creed: Renesans". Jestem wręcz zniesmaczony czytając jak to nauczyciele, pedagodzy czy literaturoznawcy postulują by to uczniowie wybierali lektury, bo w erze Facebooka dawne lektury są przebrzmiałe i nie opowiadają o: tu i teraz (A niby czemu mają o tym opowiadać?). Trzeba zatem czytać współczesną fantastykę czy "Dziennik cwaniaka" (jak przekonywała w "Wysokich obcasach" literaturoznawczyni Anna Czernow). W efekcie lekcje polskiego będą mieć formę: pięciominutowe omówienie poszczególnych epok i ówczesnej literatury, oczywiście bez czytania - bo się dziatki znudzą. A potem przechodzimy do czytania tego co chcą uczniowie i oczywiście niech to będą książki współczesne. W efekcie zaczniemy nauczać, że literatura zaczęła się gdzieś w 1997 r., noo może ze starocie uchowają się erotyki Fredry. Te nowe (choć już nie tak nowe) trendy można rozszerzyć również na inne przedmioty, choćby matematykę. Dziś bardziej rozbudowany kalkulator pozwala rozwiązać funkcje i inne skomplikowane wzory, po co zatem poznawać obowiązkowe wzory skoro to do niczego niepotrzebne? Ostatnio byłem świadkiem jak pewna osoba liczyła nadgodziny, musiała obliczyć ile tych nadgodzin wyszło dla osoby która zakończyć miała służbę o 8.00 a skończyła o 12.00. Otóż ta osoba liczyła to na kalkulatorze w komórce, no i niby wyszło mu prawidłowo ale ja byłem dość zszokowany. Podobnie jestem zszokowany gdy muszę tłumaczyć znaczenie: "moralność Kalego", "dantejskie sceny", jak działa "paragraf 22", na czym polega dowcip w komiksie: " - Czytałeś Norwida? - Nie, a kto go napisał"? Bez wątpienia uczniowie (a i rodzice pewnie też) byliby bardziej zadowoleni gdyby nauka była łatwa i przyjemna, lektury tylko ciekawe a zadania fajne, tylko jest to postulat niemożliwy do spełnienia. A i zadania systemu edukacji chyba są nieco inne.
  23. Sztuka i kultura w epoce napoleońskiej

    Z tym obrzydzeniem artysty względem monarchii to już pewna przesada, noo przynajmniej pieniądze brane od monarchistów nieszczególnie go chyba brzydziły. Ta dedykacja miała specyficzną formę, artysta po prostu na karcie tytułowej u góry napisał Napoleon Bonaparte a u dołu: Luigi van Beethoven. Tak przynajmniej twierdził baron von der Pfordten (tegoż "Beethoven's Character and Destiny", "The Open Court" Vol. XXV, No. 11, November 1911). Nie negując że ta symfonia miała być dedykowana Napoleonowi, to przecież ten został cesarzem już w maju 1804, a Eroica nie powstała w 1803 r. - kończył ją właśnie w 1804. Beethoven zatem niezbyt się spieszył z wycofaniem swej dedykacji. Dla jednych nowy podtytuł: "Sinfonia eroica, composta per festeggiare il sovvenire d'un grand'Uomo" ma być pożegnaniem z Napoleonem, dla innych to po prostu dedykacja skierowana do księcia Josepha Franza Lobkowitza, mecenasa artysty. To w jego zamku artysta dopracowywał utwór i to on ostatecznie zań zapłacił, zresztą czterokrotnie więcej niż mieli dać Francuzi. Za Lobkowitzem jako adresatem dedykacji optuje Michael Tusa, który w wiedeńskich archiwach dotarł do najwcześniejszych fragmentów tego utworu. /tegoż "Die autentischen Quellen der 'Eroica'", "Archiv für Musikwissenschaft" 42. Jahrg., H. 2. (1985)/ Informacja podana przez Esterę jest niedokładna, "Wellingtons Sieg oder die Schlacht bei Vittoria" co prawda opiewa zwycięstwo tego księcia, ale utwór ofiarowany jest innej osobie, na drugiej karcie widnieje jako adresat dedykacji: "Prinz - Regenten von England Georg August". Różnie jest interpretowana późniejsza twórczość Beethovena, tam gdzie np. Maynard Elliott Solomon (autor m.in. biografii "Beethoven" czy "Beethoven Essays") widział "rozpad stylu heroicznego" to Stephen Rumph widział "proklamację nowej lojalności" (w: "Beethoven After Napoleon: Political Romanticism in the Late Works"). Jedno jest pewne, nie tylko sławił Wellingtona ale i sam kongres wiedeński, wreszcie na jego otwarcie skomponował kantatę "Der glorreiche Augenblick".
  24. Tylko nie bardzo rozumiem co oznacza słowo: "jeszcze"? W lutym to raczej nie miał co proponować, mógł to uczynić właśnie w marcu. A sprzymierzeni nie chcieli przystać na propozycję pokojową gdyż walka z Napoleonem miała mieć charakter kontrrewolucyjny. Według opinii Alfreda Manfreda pozostanie przy władzy przez Napoleona wiązało się z zabezpieczeniem Francji przed wojną. Oferta pokoju była jednocześnie przyznaniem się do pewnej słabości. "Do wszystkich mocarstw europejskich - Rosji, Anglii, Austrii i Prus zwrócił się Napoleon z propozycjami pokoju - pokoju na warunkach status quo. Oświadcza uroczyście, że wyrzeka się wszelkich pretensji, że Francja niczego nie trzeba oprócz pokoju. Rozumiał dobrze, że będzie mógł utrzymać władzę i poparcie narodu tylko jeśli oszczędzi mu się okropności wojny". /tegoż "Napoleon Bonaparte", Warszawa 1980, s. 759/
  25. Koronawirus

    W sumie to raczej nie ma sensu jakaś dyskusja. Zdaje mi się, że zmierzamy do sytuacji, że po konferencji strony rządowej wystarczy w mediach puścić: "Buu!!", "Złodzieje!", "Rozliczcie aferę...", "Rząd kłamie!". Po konferencji z propozycjami opozycji wystarczy puścić: "Zdrajcy!", "Psuje!", "Kłamcy!". Zaoszczędziłoby to zbędnego bicia piany, powtarzania tych samych "argumentów" a wielu zaoszczędzi to nadmiernej ekscytacji, która chyba u niektórych powoduje jakieś zaciemnienie umysłowe. Jeszcze nie zaczęły się szczepienia, ledwo rząd ogłosił ile dawek zakupił (w podstawowym pierwszym rzucie) a już jancet zabrał się za wyliczenia i wyszło mu, że miast narodowego programu szczepień będziemy mieli narodową katastrofę, jeśli nie apokalipsę. Od wpisów janceta minęło trochę czasu i wydawałoby się, że może powinien co nieco sprostować. Jak widać on sam tak nie uważa. Zatem garść moich refleksji i uwag... Na początku większość rządów i stosownych instytucji medycznych uważała, że w ich kraju nie dojdzie do jakiejś ciężkiej sytuacji. Jakoś tak uważano, że przejdzie to w zasadzie bokiem i wystarczą odpowiednie kontrole na lotniskach itp. działania. Wystarczy sprawdzić jakie dość uspokajające komunikaty wydawał na początku epidemii szacowny Instytut im. Kocha w Niemczech, jak tłumaczył brak potrzeby zakupu przez rząd dodatkowych środków ochronnych. I pomimo, iż wielu naukowców czy medyków ostrzegało, że w każdej chwili może się pojawić jakaś niezwykle groźna epidemia, to w wielu krajach europejskich uznawano, że pewnie da się to ograniczyć do Azji czy Afryki. A kiedy mleko zaczęło się rozlewać po poszczególnych krajach to mało który rząd w pełni był przygotowany na to z czym przyszło mu się mierzyć. I nawet w krajach, które bardzo dobrze potrafiły sobie poradzić z epidemią, rządy nie ustrzegły się krytyki. Poszczególne kraje przyjęły różne (choć podobne) strategie, wypada chyba jednak długo poczekać na ocenę, które były najskuteczniejsze, a jeszcze dłużej by poznać hipotezy - dlaczego tak było. Z polskiego podwórka... oczywiście w mediach i sieci pojawiło się mnóstwo "ekspertów" i każdy wiedział lepiej od innego co trzeba zrobić i dlaczego rząd robi to źle. Powszechne były głosy by rząd opierał się w swych działaniach na ekspertach, zwłaszcza tych medycznych. No, niby jak najbardziej słusznie. Tylko mało kto pamięta, że na początku wielu lekarzy odradzało noszenie maseczek (niezależnie od ich typu), potem już wszyscy je zalecali tylko na ogół (za rekomendacją WHO) mówiono by nie kupować maseczek chirurgicznych. Przy czym większość zdawała sobie sprawę, że ta rekomendacja WHO nie miała nic wspólnego ze skutecznością takich maseczek, tylko z próbą opanowania rynku, tak by tego typu produkty nie trafiały na ogólny rynek tylko do placówek medycznych. Udało mi się usłyszeć tylko jedną osobę, która przyznała, że na początku epidemii w kwestii maseczek myliła się. W TVN24 udało mi się obejrzeć rozmowę ze znanym ekspertem od zakażeń. Występował w tej stacji całkiem często, mówił ostro i bez ogródek, przy tym mówił żywo z pewną taką energią wymowy, która siła rzeczy powoduje zwiększoną emisję aerozoli. W inkryminowanym wywiadzie ganił on zwykłych Polaków za nieutrzymywanie dystansu i noszenie maseczek na brodzie, ganił polityków, że w przestrzeni publicznej nie zachowują odpowiedniego dystansu i nie noszą maseczek. Pech chciał, że był to wywiad na powietrzu i operator robił chyba film z ręki bo momentami było widać że ktoś trzymał mikrofon w ręce a nie był on osadzony na jakimś uchwycie. W efekcie dystans nie był zachowany, co gorsza doktor swą maseczkę miał... na brodzie. Najważniejsze jednak by słuchać i brać przykład z ekspertów. Obecnie w wielu krajach, w wybranych przestrzeniach, zaczyna się rekomendować bądź nakazywać noszenie danego typu maseczek. I u nas znów zaczyna się wokół tej kwestii dyskusja, przy czym jeden ekspert lekarski powiada, że maseczka chirurgiczna jest lepszym zabezpieczeniem od powiedzmy maseczki bawełnianej a drugi twierdzi, że wcale - nie, bo chirurgiczna pozostawia po bokach zbyt dużo otwartej przestrzeni. Najważniejsze jednak by słuchać ekspertów. Mam przekonanie, że gdy polski rząd wyda zalecenie co do rodzaju maseczek (a nie daj Boże - nakaz) to od razu pojawią się wezwania by rząd sfinansował każdemu stosowny zapas odpowiednich maseczek a najlepiej - to żeby w każdym mieście powstały setki maseczkomatów, gdzie będzie można je pobierać za darmo i do woli. A i pewnie ktoś podniesie by refundować zakupy przyłbic. Z "Polityki" dowiedziałem się jak osiągnąć sukces w walce z epidemią, objaśniła je jedna z przywódczyń Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Na czele rządu powinna stać kobieta, bo w krajach gdzie rządzą kobiety sytuacja jest najlepsza. Ot wybrała te kraje (jak Tajwan czy Nowa Zelandia) które sobie dobrze radzą i wyszło jej to co wyszło. Przy czym pandemia jeszcze się nie skończyła a członkini OSK już wie, iż dzięki temu że Niemcami rządzi Angela Merkel to kraj ten radzi sobie tak dobrze z sytuacją. Ja jakoś nie jestem przekonany czy wynika to z faktu bycia kobietą przez danego przywódcę. Dowiedziałem się też ("Polityka"), że proponowane przez rząd zwolnienia dla osób które już się zaszczepiły pełnymi dawkami są bezsensu. A to dlatego, że wielu sfałszuje np. kod QR. Zważywszy że nie przewiduje się wydawania kart zabezpieczonych jak te z banków to pełna racja. To może tatuaż na czole? A co zaproponował krytyk? Bon edukacyjny dla dzieci bądź dzień wolny w pracy. A jak nie mam pracy ani dzieci? Oczywiście nie zająknął się, że tak chwalony za akcję szczepień Izrael właśnie dla w pełni zaszczepionych przygotował całkiem podobne zwolnienia z obostrzeń. Ważne jednak by skrytykować. Przy czym osobiście jestem przeciwny tego typu zwolnieniom, już to z racji medycznych - nie ma żadnej gwarancji, że osoba zaszczepiona nie będzie nosicielem, już to z racji społecznych - by nie wytworzyła się jakaś paranoiczna sytuacja "nur für gempte". Wreszcie z przyczyn praktycznych, nie bardzo sobie wyobrażam jak to w praktyce weryfikować? Bramkarze w lokalach będą weryfikować QR i odliczać te osoby z limitu osób jakie mogą się zgromadzić na danej przestrzeni? Podobne czynności mają wykonywać kościelni, personel sklepowy? Natomiast wartymi rozważenia jest wpuszczanie takich osób na imprezy "zamknięte", typu biletowego: mecze, koncerty, sztuki teatralne. Dowiedziałem się ("Polityka"), że wskaźniki makroekonomiczne jak na czas pandemii dobre... zatem jest źle. Jest źle bo nie ma "dobrych" ofert pracy, bo pracodawcy oferują niższe płace, bo niby z bezrobociem nie jest tak źle ale zniknęli Ukraińcy a statystyki tego nie uwzględniają. Jest źle bo Polacy nie szukają pracy. To że jest wewnętrznie sprzeczne autora już nie obchodziło. Z jednego artykułu dowiedziałem się, że brakuje respiratorów, z kolejnego zdania (tegoż samego artykułu) że nie tyle brakuje respiratorów ale osób mogących je obsługiwać, a z kolejnego że wcale nie to jest problemem tylko brak odpowiedniej infrastruktury (instalacji). By z innego numeru dowiedzieć się, że problemem nie jest brak respiratorów tylko brak tlenu, a w ogóle to nie brak tlenu tylko butli. W sumie to już nie wiedziałem czego tak naprawdę brakuje i co jest najpoważniejszym problemem. Pewnie brakuje wszystkiego. Kilka artykułów "Polityka" poświęciła pielęgniarkom. W jednym opisywano ciężką pracę pielęgniarek, jedna z bohaterek była przełożoną na oddziale kowidowym, choć jak sama relacjonowała miała prawdziwego fioła na punkcie prewencji (odkażanie, mycie, środki ochrony itp.). A jednak ciężko zachorowała, jej historia tchnęła jednak pewnym optymizmem: jak tylko w pełni wyzdrowieje od razu zamierza wrócić do pracy i dalej pracować "na froncie" walki z kowidem. Autor nie zwrócił (bądź nie chciał zwrócić) uwagi na pewien niepokojący szczegół tej historii, otóż ta przełożona pielęgniarek od pewnego czasu odczuwała słabość, kłopoty z oddychaniem a jednak wciąż kontynuowała pracę i nie wykonała żadnych badań. Dopiero po jakimś czasie, jak sama zauważyła - po presji kolegów i koleżanek z pracy zdecydowała się wreszcie zrobić stosowne badania, choć była przekonana że jest to jej niepotrzebne. Przy czym z tekstu nie wynika by miało być to jakieś ostrzeżenie przed bagatelizowaniem objawów przez personel medyczny. Przy całym szacunku dla chęci pracy, ta pani nie powinna być ani przełożoną pielęgniarek ani pielęgniarką na kowidowym oddziale. Wykazała się skrajną nieodpowiedzialnością. Gdzieś toczyła się w sieci dyskusja pomiędzy koronasceptykiem a pewnym lekarzem zawiadującym oddziałem kowidowym. Panowie przerzucają się argumentami a wreszcie lekarz zaprasza koronasceptyka do siebie na oddział by zobaczył jak wygląda stan tych rzekomo zdrowych pacjentów i by sobie z nimi pozmawiał co sądzą o tym, że nie ma koronwirusa. To w ten sposób wygląda utrzymywanie reżimu sanitarno-epidemicznego według osoby która zawiaduje takim oddziałem? Jak najbardziej jestem za tym by docenić trud pracy lekarzy, pielęgniarek i personelu medycznego, zwłaszcza w tych czasach. Wypada jednak też przypomnieć, że nikt nie zostaje lekarzem czy pielęgniarką przypadkowo. Przypadkiem można zostać ochroniarzem, kurierem, pakowaczem, jak ktoś wybrał taką profesję to wiedział czego może się spodziewać zarówno pod względem finansowym (na ogół kokosów nie będzie) jak pod względem specyfiki. A specyfika jest taka że ma się do czynienia z chorymi. A chorzy mogą zarażać, i trzeba było mieć to wkalkulowane przy wyborze zawodu. Jak najbardziej należy się w obecnych czasach dodatek, ale czy na pewno dla wszystkich? Czytam czy wysłuchuję argumentacji: nie pracuję na kowidowym, nie mam dodatku choć przecież mogę przyjmować zarażonego pacjenta. Także policjant szarpać się może z pijanym bandytą, który jest zarażony, pani w sklepie przekłada towary które mógł dotykać zarażony nie zachowujący odpowiednich środków ostrożności i można tak w nieskończoność. Zatem - dodatek pewnie należy się prawie wszystkim. Cała ta retoryka wojenna o walczących na pierwszej linii frontu czasami bywa przewrotną, co z sytuacjami gdzie nie można było skompletować obsady oddziału kowidowego a taka obsada znalazła się gdy przeznaczono dodatkowe pieniądze na pensje. Najemnicy? Przy czym zasady udzielania dodatku dla świata medycznego uważam za źle sformułowane i zbyt wąsko potraktowano przedstawicieli tej profesji, ale nie jestem za tym by wszyscy mieli taki bonus otrzymywać. Nauczyciele... przy zapowiedzi któregoś powrotu do normalnego nauczania przedstawiciel związku zawodowego zaprezentował żądanie by każdy uczeń siedział za odpowiednią osłoną z plexi, by takie bariery mieli też uczniowie. Pewnie by nie zaszkodziło, to może sięgnąć po fundusze własne i to zrealizować - choćby w taki sposób jak zbiera się na wycieczki, w sytuacji gdy te i tak nie mogą się odbywać? A może w ramach dobrego przykładu część takich żądań zaczną finansować związki zawodowe, i nie dotyczy to tylko nauczycieli? Winą rządu jest struktura wiekowa nauczycielskiej profesji, jako że okazało się że wielu nauczycieli gorzej sobie radzi ze sprawnym posługiwaniu się aplikacjami w nauce zdalnej od swych podopiecznych. A może tak związki zawodowe zorganizowałyby odpowiednie kursy, choćby on-line? Przy czym, nie łudźmy się, nastolatek prawie zawsze będzie bieglejszy w wykorzystaniu takich narzędzi od osoby w średnim wieku. Wychodzi na to, że nastolatków powinni nauczać nastolatki by było lepiej. Przy czym pandemia ujawniła to co było wiadomym tylko głośno się o tym nie mówiło. Każdy mógł zobaczyć i usłyszeć jakie androny potrafią pleść nauczyciele. I nie chodzi o zwykłe błędy tylko o elementarny brak wiedzy. Zdalne nauczanie okazało się nie tak dobrym jak to prowadzone bardziej tradycyjnie. W efekcie mamy mieć upośledzone pokolenia, które w późniejszym czasie będą mieć różne kłopoty, w tym na rynku pracy. A ja pamiętam jak to zachwycano się postępującą cyfryzacją szkół. Jak to niektórzy nauczyciele zachwycali się gdy dostali darmowy pakiet różnych aplikacji od Microsoftu i mówili, że wreszcie będzie można odejść od kredy i wykładów bo wszystko będzie w komputerze i na monitorze. Matury mają być uproszczone, w „Polityce” można przeczytać że to słuszne posunięcie, tylko że rządowe ułatwienia wcale nie są ułatwieniami, że powinny mieć one inny kształt. Tego czego tam nie wyczytamy to oczywiście jakie to mają być te lepsze ułatwienia. I ciekawa kwestia, trochę potrwało zdalne nauczanie a zarówno uczniowie jak i nauczyciele nie mogli się doczekać powrotu do normalnych lekcji. Właśnie tak, uczniowie nie tyle tęsknili za znajomą grupą rówieśniczą a właśnie za nauczycielami i tradycyjnymi lekcjami. A już nauczyciele to wprost nie mogli się doczekać swoich podopiecznych, czemu nieco przeczą statystyki według których w niektórych miastach liczba zwolnień lekarskich poszybowała w górę i nie są to zwolnienia wyłącznie z powodu zarażenia się koronawirusem. Nauczyciele żądali badań swego środowiska, w czym wtórowała im opozycja. Gdy rząd wyraził taki zamiar wielu ekspertów stwierdziła że nie ma to większego sensu. Opozycja poparła... ekspertów. Nauczyciele żądali by byli jak najszybciej szczepieni, a gdy to miało nastąpić zaczęły się protesty bo to niesprawdzona szczepionka, nie dla starszych osób a tych jest wielu w tym zawodzie. Przy czym nikt nie zwracał uwagi na fakt, że w pierwszej kolejności mieli być szczepieni nauczyciele pierwszych stopni edukacji gdzie jednak przeważają ludzie młodsi. Propozycje opozycji uważam za takie z gatunku: mniej-więcej i wcześniej-później. Co by rząd nie zrobił – jest to złe. Pieniędzy powinno być wydanych więcej i na szersze grupy, obostrzenia powinny być ale nie takie jakie wprowadził rząd. Jakie – to już nie bardzo wiadomo. Przy czym sama opozycja nie bardzo wie kogo powinno się słuchać: lekarzy czy przedsiębiorców. I jak wyważyć racje obu stron. Było na początku nieco modelach matematycznych mających być pomocne przy analizach. Przeczytałem jeden artykuł z naukowcem zajmującym się taki modelowaniem na potrzeby naszego rządu, i wysłuchałem dwóch wywiadów dotyczących tej tematyki. Najbardziej podobał mi się artykuł w „Polityce” - zaczyna się od uspokajającej informacji według której naukowcy wiedzą co było i co będzie (dzięki tym modelom), co więcej wszystko im się zgadza, to znaczy ich modele się sprawdzają i dokładnie przewidują rozwój epidemii w naszym kraju. Problem w tym, że nie podano jakie to konkretnie wnioski wysnuto z tych modeli, bo to że na jesieni będzie wzrost to wiedzieli wszyscy bez tak wyrafinowanych narzędzi. Bez modeli wiem, że obostrzenia w różnych krajach trudno porównywać bo w grę wchodzi np. czynnik społeczny (choćby samodyscyplina). Bez modelu wiem, iż dana strategia może się sprawdzić w jednym państwie a niekoniecznie w innym, choćby z racji gęstości zaludnienia czy charakterystyki gospodarstw domowych. Przy czym, chyba jednak nie wszystkie modele się jednak sprawdzały skoro naukowiec przyznał, że na początku pandemii w swym modelu nie uwzględnili zmniejszenia transmisji spowodowanej kwarantanną. W tych trzech wywiadach, w zasadzie nie pada żaden konkret. Dowiadujemy się, że dzięki modelom naukowcy mogą powiedzieć politykom jakie decyzje są słuszne a jakie głupie, tylko nie poznamy przykładów. W jednym z radiowych wywiadów naukowiec przyparty do muru wreszcie podał konkret: przewidywaną liczbę zakażeń w lutym 2021 r. - przy wariantach w których szkoły zostaną otwarte bądź nie. Poczekałem do końca tego miesiąca, jakoś jednak przewidywania się nie sprawdziły. Jestem jednak przekonany, że ów naukowiec łatwo objaśni dlaczego jego przewidywania się nie sprawdziły. Tylko na czym mają bazować rządzący? Z naszego krajowego podwórka dowiedziałem się, że korespondencyjne głosowanie proponowane przez rząd stwarza zagrożenie katastrofalnym wzrostem zakażeń, a to zaproponowane przez opozycję – już nie. Istnieją zgromadzenia i demonstracje, które wcale nie mają wpływu na sytuację epidemiologiczną i takie, które mają. Te pierwsze to takie które popiera opozycja. Polski rząd zarżnął komunikację miejską wprowadzając ograniczenia liczby pasażerów, tak napisano w „Polityce”. A wsparto się niemieckim badaniem według którego mniej jest zarażonych pośród bezpośredniej obsługi (jak konduktorzy) w porównaniu do maszynistów itp. stanowisk. Tylko co z tego? Co to ma do pasażerów? Przy czym już nie przeczytamy, że na tejże kolei wprowadzono obostrzenia: 60% miejsc może być zajętych (na PKP było to 50%), a główna niemiecka kolej znacząco ograniczyła wówczas (gdy wydrukowano się ten artykuł) liczbę połączeń. Wydaje się że jancet nie zagłębiał się w szczegóły dotyczące zakupu szczepionki przez nasz rząd stąd jego błędne wnioski. Według niego nie dość że nie zaszczepimy ludzi odpowiednio szybko przed pojawieniem się nowej mutacji wymagającej innej szczepionki to jeszcze 80% zakupionych szczepionek zostanie zmarnowanych. To tak dla przykładu: Kanada jest krajem o podobnej liczbie ludności co Polska, tempo szczepień jest w tym kraju prawie dwukrotnie mniejsze niż u nas (3,6 dawki na 100 osób, u nas – 6,73; pisałem to około 19 lutego). Jeśli dobrze sprawdziłem to władze tego kraju zakupiły 15 mln dawek (w ramach COVAX) i jeszcze... 398 milionów dawek. Nasze władze zakupiły 66 mln dawek. Strach pomyśleć jak skomentowałby to jancet będąc Kanadyjczykiem. Tymczasem patrząc na tempo szczepień; liczonych w dawkach na 100 mieszkańców; Polska w Europie nie odstaje (stan na 19 lutego), co więcej radzi sobie całkiem dobrze. Lepiej niż Niemcy, Francja, Hiszpania, Holandia, Czechy, Szwecja, Belgia i szereg innych krajów. To wychodzi na to, że cała Europa jest opanowana przez rządy działające w sposób szkodliwy dla swych narodów. Ja nie wiem jak będą przebiegać szczepienia w Polsce, jak będzie wyglądać podsumowanie tej akcji. Może jednak poczekajmy z ocenami do jej zakończenia? Przy czym janceta apokaliptyczne wizje marnujących się szczepionek wynikają z niewiedzy. Założył chyba, że wszystkie zakupione dawki pojawią się w naszym kraju w jednym rzucie, choć łatwo można było sprawdzić, że takie dostawy będą się odbywać w transzach. Ciekawe, że jancetowi wyszło że zakupiliśmy zbyt wiele dawek a "Gazecie Wyborczej" że mamy ich zbyt mało. Sugestia, że ktoś wziął w łapę przez co zamówiliśmy tak wiele dawek – jest śmieszna. Taką łapówkę mógłby dać jedynie ktoś z firmy farmaceutycznej, a to jej się po prostu nie opłacało. Za większą sumę szczepionki można było sprzedać poszczególnym krajom niż Polsce w ramach umowy wynegocjowanej przez urzędników unijnych. To po co ktoś miałby płacić gdy kolejka po szczepionki jest długa i dla wszystkich na początku nie wystarczy? Chyba, że jancet sugeruje iż warunki wynegocjowane przez Unię nie były aż tak korzystne? To co mam do zarzucenia rządowi to chaos informacyjny i tryb wprowadzania obostrzeń. Wprowadzanie tychże względem firm - z dnia na dzień a nawet z godziny na godzinę jest czymś niedopuszczalnym. Przy czym nie jestem zwolennikiem proponowanych map pokazujących, że gdy będzie tyle a tyle zakażeń to wejdą w życie takie a nie inne obostrzenia. Tego typu pomysły nie uwzględniają np. ewentualnej specyfiki populacji gdzie głównie następuje ten wzrost. Zamykanie niektórych branż wydaje się być bezzasadne. Wiele można by usprawnić bez jakichś dużych kosztów, choćby wysłać „terytorialsów” czy żołnierzy ze służb chemicznych by zajmowali się dekontaminacją karetek odciążając w ten sposób ratowników. Ogólnie oceniam poczynania rządu na 3-. W następnym wpisie postarać się spróbować pokazać jak to było w Ameryce... skoro jancet wywołał ów kraj jako przykład dla nas.
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.