Jump to content

All Activity

This stream auto-updates     

  1. Today
  2. Cholera Lat 1830/1831

    Tu częściowo jest istotnym za jakiego cara, schyłek wieku XIX to znaczący postęp w rozpoznaniu dróg zakażenia i przenoszenia się cholery. Szczerze mówiąc to dla okresu epidemii 1830/31 i późniejszych (tak do lat 90-tych) to nie natknąłem się na takie zalecenie, jeśli chodzi o porady lekarzy czy rozporządzenia/zalecenia władz skierowane do ludności cywilnej i władz niższego szczebla. W latach trzydziestych nie znano dróg przenoszenia cholery. Ogólnie, świat lekarski podzielił się na dwie grupy spierające się czy jest to choroba zaraźliwa czy nie (antykontagioniści i kontagioniści). Co do źródeł zakażenia najczęściej wskazywano na bezpośredni kontakt z chorym, jego odzieżą, a głównym czynnikiem przenoszącym miało być powietrze. Choć widziano związek pomiędzy zachorowalnością a np. zainfekowaniem ujęć wody (przez produkty z dołów kloacznych itp. urządzeń sanitarnych) to w zasadzie nie spotkałem się z zaleceniem przegotowywania wody. Jeśli zalecano picie ciepłych napojów to nie tyle w celu unikania "surowej" wody a w myśl teorii wypocenia jadów. O pamięci: "Niestety, nie zachowały się źródła pisane, które pozwoliłyby na dokładne badania statystyczne dla Bagnówki z okresu opisywanej epidemii . Z tego powodu szczególnie ważne stały się niepisane ślady materialne oraz wspomnienia najstarszych mieszkańców wsi. W celu wykorzystania wiedzy starszych ludzi, autor prosił ich o wypełnienie ankiet badawczych (...) Rozmówcy pytani o powody zachorowań wyjaśniali, że ludzie pamiętający epidemię wiązali ją raczej z nadmierną aktywnością procesów gnilnych wewnątrz ziemi i spowodowanymi tym trującymi wyziewami. Starsi mieszkańcy do dzisiaj częściej niż słowa choroba używają określeń mór, jakieś powietrze. Można przyjąć, że ludność dotknięta zarazą uważała, że nieszczęście to spowodowane jest niezrozumiałymi zrządzeniami boskimi. Część rozmówców powtarzała dawne tłumaczenie mówiące, że morowe powietrze przyniósł na te tereny jakiś grzech. Mogło to być wyjaśnienie sytuacji przez mieszkańców wsi z końca XIX w.". /M. Ostaszewski "Pamięć o epidemii cholery z 1893 roku we wsi Bagnówka pod Białymstokiem", "Studia Podlaskie", T. 23, 2015, s. 123-124/ O zaleceniach z lat tytułowej epidemii i z czasów późniejszych: ''Powszechnie uważano, że cholera, podobnie jak dżuma, przenoszona jest przez dotyk i inne bezpośrednie kontakty. Pruska władza bardzo długo nie chciała uznać wyników badań ówczesnych lekarzy dowodzących, że za rozprzestrzenianie się cholery odpowiada przede wszystkim mierny stan sanitarny i zainfekowanie ujęć wody pitnej. (...) W lipcu 1831 roku w specjalnym dodatku do Amts-Blatt lekarze pruscy, by uniknąć zarażenia, zalecali troskę o siły witalne organizmu, ruch na świeżym powietrzu, należyty odpoczynek nocny, właściwe odżywianie, w tym unikanie niektórych potraw i napojów, umiarkowane spożywanie alkoholu, odpowiednie ubieranie się, unikanie nagłych zmian temperatur. Dopiero w punkcie szóstym wspomniano o przestrzeganiu zasad higieny. Zwracano uwagę, że według obserwacji lekarzy, wiele osób zaraziło się cholerą przez fizyczny kontakt z ciałami zmarłych na tę chorobę. Osobom, które z racji pełnionych obowiązków musiały troszczyć się o chorych zalecano, by wcześnie rano pili kawę lub herbatę, zjedli śniadanie i wypili także porcję alkoholu (podano preferowane nalewki ziołowe). Zalecano też stałe noszenie przy sobie i częste wdychanie chlorowanego wapna lub silnie aromatyzowanego octu”. /W. Zawadzki "Epidemie cholery wśród katolików Żuław Wielkich i Małych oraz Powiśla w XIX wieku", "Studia Elbląskie", T. 11, 2010, s. 32/ W niepodpisanym druku "Środki jakie powinny bydź ze strony władz rządowych przedsięwzięte celem zapobieżenia cholerze i jey ograniczenia" z 1836 r. (z warszawskiej Drukarni Rządowej) pośród różnych zaleceń nie znajdziemy wzmianki o przegotowywania wody, jedynie ogólne uwagi o sprzedaży surowizny, a więc pośrednio zalecenie by takowych nie spożywać: "... 6. Sprzedaż owoców niedojrzałych, jak to: jabłek, gruszek, śliw i t.p. ma bydź zakazaną. 7. Zakazaną ma bydź sprzedaż młodego, niewyrobionego i skwaśniałego piwa, skwaśniałego wina i innych trunków uległych fermentacyi". /tamże s. 5/ W druku ulotnym "Ogłoszenie o cholerze które duchowni z ambon podać mają do wiadomości ludu" (z warszawskiej drukarni Stanisława Strąbskiego), „ułożonym” przez Radę Lekarską Królestwa Polskiego i zatwierdzonym przez Centralny Komitet Zapobiegający Cholerze, podawano: "W niektórych miejscach znowu się zjawiła choroba znana pod nazwiskiem cholery, która nawiedziła nas już w r. 1831 i 1837. Nie jest ona teraz tak straszna jak była lat poprzednich, mamy bowiem sposoby jak się od niéj ochronić i jak się leczyć. Rząd opiekuńczy, nie szczędząc ani trudów ani kosztu, przedsięwziął wszelkie ku temu potrzebne środki. Z jego to woli wydano niniejsze przepisy, podług których należy postępować tam gdzie niéma lekarzy (...) Z jednego miejsca na drugie przenosi ona się przez powietrze; dlatego téż w czasie jéj panowania prawie wszyscy mieszkańcy doznają mniéj więcéj jéj wpływu, lecz rzeczywiście zapadają na nią tylko niewstrzemięźliwi w używaniu pokarmów, nałogowi pijacy mało o swoje zdrowie dbający (...) Używać z napój czystéj, świeżej, lecz niezbyt zimnéj wody. Wódka tylko nie szkodzi, gdy się ją pije umiarkowanie. Najlepsza wódka nalana na piołun, tysięcznik lub korzeń tataraku... (...) Jak w czasie rozciérania chorego, tak i wtedy gdy już okryty leży, daje się mu do picia napój jaki ciepły, np. ziółka gorące z mięty, z szałwii, z melisy lub z kwiatu lipowego. Lecz gdy napoje te nie gaszą pragnienia, gdy powiększają womity i gdy chory ma do nich wielki wstręt, a natomiast żąda bardzo chciwie wody zimnéj, wtedy można mu takową dozwolić...". /druk można datować na lata czterdzieste XIX w., niemal identycznie brzmiący tekst, tyle że o tytule ''Nauka poznawania i leczenia cholery dla nielekarzy. Ułożona przez radę lekarską królewstwa polskiego i zatwierdzona przez centralny komitet zapobiegający cholerze"'' wydano w Bochni w 1848 r., nakładem Wawrzyńca Pisza/ Z druku "O środkach zaradczych w epidemii cholery w r. 1852 w Królestwie Polskim przedsiębranych z dołączeniem wiadomości lekarskich i statystycznych" (z dopiskiem: "Wydano z upoważnienia rządowego"): "...10. Zawieszono sprzedaż cząstkową i roznaszaną ogórków, tudzież niedojrzałych owoców; a przy wzmożeniu się epidemii i wszelkich owoców. 11. W traktyerniach zabroniono dawać sałatę i ogórki. 12. W pismach publicznych ponawiają się ogłoszenia: że prawie wszystkie wypadki zapadania na cholerę nastąpiły z powodu użycia na pokarm ogórków, surowizn i niedojrzałych owoców, a także oziębienia żołądka nieostrożnem piciem wody, piwa i nie wystałych trunków, i że zatem każdy się sam strzedz powinien (...) Z zeznań osób chorych okazuje się, iż najczęstszą przyczyna powodową było jedzenie mizeryi, ogórków surowych lub kwaszonych, sałaty, gruszek, wisien, agrestu, kapusty; także wieprzowiny, baraniny, séra, kartofli w większej ilości, grochu; picie w znacznéj ilości wody lub piwa..." /tamże, Варшава 1852, s. 13 i s. 39/ Jan Chądzyński, który na kartach swej publikacji zareklamował się jako: "operator, były lekarz szpitalowy we Francyi delegowany przez rząd francuzki w r. 1854 do cholerycznych departamentu Ardeche", pośród przyczyn mogących mieć wpływ na zachorowanie na tę chorobę i jej rozprzestrzenianie nie zwrócił uwagi na skutki picia nieprzegotowanej wody. Wymieniał jedynie: "W kilku słowach dają się zebrać przyczyny usposabiające do cholery: zimno, głód, znużenie umysłowe i fizyczne - czyli ogólna adynamia, niemoc: jako przyczyny wzmagające usposobienie: niezdrowe powietrze, niedawno przebyta słabość, zły nie świeży pokarm, osłabienie nerwowe, pijaństwo, brak czystości ciała; - pobliskie, zwolna płynące rzeki; wilgoć, upały: jako powstrzymujące: dobry byt, zdrowa myśl w zdrowem ciele, niska temperatura, wysokie położenie". /tegoż "Cholera w r. 1865 czyli Sposoby powstrzymania jej wybuchu i rozprzestrzenienia - scisłem zapobieganiem osobistem - domowem - szpitalowem - miastowem - krajowem i międzynarodowem", cz. 1, nakładem autora, Lwów 1865, s. 20/ Pośród osobistych działań profilaktycznych zalecał: "Każden codzień powinien a) wodą zaostrzoną octem usta wypłukać, ciało swe obmywać; twarz i ręce, ile razy mogło nastąpić jakieś zbliżenie się do podejrzanej osoby, b) przewietrzyć swą odzież, kadzić nad chlorem wapna, wystawiać na wysoki stopień ciepła, (jak w piecach), c) swoje pomieszkanie jak najczyściej utrzymywać, luftować codziennie: w razie pojawienia się jakiegoś wypadku w domu, w którym zamieszkuje zaprowadzić bezzwłocznie u siebie nieustanne kadzenie chlorem wapna". /tamże s. 30/ Witold Rogoyski, burmistrz miasta Tarnowa, w wydanym 10 lipca 1884 r. obwieszczeniu "Z powodu, iż w południowéj Francyi a mianowicie w Tulonie i Marsylii wybuchła cholera azyatycka" (inc.) nakazał ogólną dezynfekcję, o profilaktycznym przegotowaniu wody jednak nie wspominał. "Zwierzchność gminna uchwałą z dnia 7. bm. zarządziła przeprowadzenie ogólnéj desinfekcyi co 8 dni w całym obrębie miasta Tarnowa (...) wzywam wszystkich właścicieli, administratorów i zawiadowców realności, by regularnie co tydzień a mianowicie w każdy poniedziałek kloaki i otwory kanałów w ich domach należycie odwonić kazali, i by czystość i porządek w podworcach, sieniach i korytarzach utrzymywali. Jako środek tani i skuteczny zaleca się rozczyn z 1/2 klg. kwasu karbolowego, 1/2 klgm. siarkanu żelaza i 1 klgm. wapna niegaszonego na 15 litrów wody, którego 6 litrów do odwonienia wychodków w mniejszych, a 10 litrów w większych domach na jeden raz zupełnie wystarczy". Gazeta Toruńska w numerach 175 i 176 z 1884 r. dokonała przedruku przedruku artykułu z "Gazety Lekarskiej", w którym podano zalecenia sanitarne mające chronić przed cholerą. Warto zwrócić uwagę na pewną rezerwę wobec wniosków wynikających z badań Roberta Kocha; można jednak stwierdzić, że ogólnie wskazówki szły w dobrym kierunku zwiększenia bezpieczeństwa sanitarnego. W artykule uznano, że jest niemożliwym skuteczna dezynfekcja wspólnych "miejsc ustępowych", stąd zalecano dezynfekcję na poziomie mieszkań przy użyciu roztworu siarczanu glinu i kwasu karbolowego. Zalecano też: nie wylewanie do zlewów kuchennych efektów wypróżniania, nie oddawania "gęstych wypróżnień" do zbiorników moczowych, częste opróżnianie śmietników, przemywanie kilka razy na dzień miejskich rynsztoków wodą i raz dziennie wspomnianym roztworem. Pośród tych wskazówek nie znajdziemy jednak jednoznacznego zalecenia co do stosowania przegotowanej wody. Ogólny pogląd na charakter choroby i środki zaradcze przeciw niej zaprezentowane w tym artykule: "Jeżeli najnowsze badania R. Kocha pozwalają, wbrew dawniejszym twierdzeniom Pettenkofera i innych, przypuścić, że stanowiący istotę choroby pasorzyt, wydzielony z ustroju chorego dotkniętego cholerą, zdolnym jest do natychmiastowego dalszego rozwoju i życia, że więc cholera bezpośrednio z człowieka na człowieka przenosić się może, to jednak nie możemy lekceważyć dawniejszych prac Pettenkofera, Hirscha oraz niemieckiej komisyi cholerycznej z 1873 r., która jednozgodnie niemal orzeka, że warunki gruntowe danej miejscowości odgrywają najważniejszą rolę w szerzeniu się cholery, innemi słowy, że cholera wtedy tylko w danej miejscowości panuje, jeżeli pasorzyt znajdzie w gruncie należyte warunki rozwoju (...) To też niemiecka komisya choleryczna, po długich rozprawach, doszła ostatecznie do wniosku, który w tych słowach streścić się daje: 'Lata całe, systematycznie i umiejętnie przeprowadzana asenizacya, a więc drenowanie, kanalizacya, kasowanie dołów stałych, dostarczanie miastu dużej ilości dobrej wody i t.p. reformy są jedynemi środkami mogącemi skutecznie opierać się rozwojowi choroby' (...) starania nasze przeto zwrócone być winny przedewszystkiem do tego, aby pasorzyt wychodzący z ustroju chorego, dostawał się do ziemi w stanie, o ile można, jak najmniej zdolnym do życia". /tamże "Środki przeciw cholerze" (z "Gazety Lekarskiej"), tamże, R. XVIII, nr 175, z 31 Lipca 1884, s. 2/ Wyjątkowy przykład zalecenia przegotowywania wody przywołał w swym artykule Zbigniew Olkowski , który odnalazł go w anonimowej publikacji "Arzeneiverordnung gegen die orientalische Cholera, angegeben von einer Som nam biile im m agnetischen Schlafe" (Würzburg, 1831), trudno jednak ocenić czy jej autor kierował się jakimiś racjonalnymi przesłankami (czy obserwacjami) zważywszy na podane przezeń źródło jego konceptów: "Pewien lekarz, nie ujawniający swego nazwiska, ogłosił drukiem metodę leczenia podaną przez swego pacjenta, medium, we śnie magnetycznym. Jako lekarstwo mające działać specyficznie przeciw cholerze wymieniał ogonki i pestki wiśni. Należało je pić jako ziółka łącznie z jagodami jałowca, kwiatem wermutu i konwalii oraz sokiem z cytryny. Polecał też wykonywać upusty krwi w dość czarodziejski sposób; zależnie od czasu zachorowania — przed czy po południu — i czasu wykonywania krwioupustu, należało go robić albo z prawego ramienia, albo z lewej stopy, odpowiednio powtarzać itp. Równocześnie jednak polecał on zapobiegawczo gotować wodę do picia i cedzić ją przez węgiel. W dostępnej mi literaturze tego okresu nigdzie więcej nie spotkałem podobnej rady". /tegoż "Epidemia cholery azjatyckiej w Prusach Wschodnich w latach 1831-1832", "Komunikaty Mazursko-Warmińskie", nr 4, 1968, s. 569-570/ Gdybym miał strzelać dlaczego babcia gregskiego wzbraniała mu picia zimnej wody to wskazałbym na pokłosie teorii, w myśl których różne "zarazy" brały się z wychłodzenia żołądka.
  3. Yesterday
  4. Cholera Lat 1830/1831

    Ciekawa informacja. Mój ojciec był mniej więcej rówieśnikiem Twej babci, w podwarszawskiej wsi w latach 60. i 70. bywałem, tak ostrego zakazu rodzice nie formułowali. Na wsi dzielono studnie, na takie, których wodę można było pić, i te drugie :-). W tych ze zdatną wodą jej poziom był mocno poniżej poziomu gruntu, tak na 1,5 - 2 m. Jeśli poziom wody był płytko, to wody nie pito. Z tym że nie wiem, czy było to jedyne kryterium. Natomiast bardzo starannie przestrzegano zakazu picia wody prosto z wiadra, którym wodę ze studni wyciągnięto, ani nawet zaczerpnąć zeń wodę kubkiem nie było wolno. Nie wolno było też stawiać go na ziemi. Należało wodę przelać do drugiego wiadra i z niego już można było wodę zaczerpnąć. A czasem dla spragnionych kubek był przy studni, ale wodę z wiadra czerpalnego trzeba było doń nalać, zaczerpnięcie zakazane. W sumie świadczy to o całkiem niezłym poziomie wiedzy "ludu" na temat przenoszenia się chorób. Tyle że to jednak inna epoka. Sto pięćdziesiąt lat wcześniej powszechne było branie wody z rzek, więc sama budowa studni już była zalecana jako metoda powstrzymywania cholery. Dodatkowo zalecano budowanie latryn, i to w odpowiedniej odległości zarówno od rzek, jak i od studni (jeśli istniały). Gdy latryna się wypełniała, kopano drugą kawałek obok. W wojsku (czy później w harcerstwie) wymuszano to dyscypliną, gorzej było w gospodarstwach wiejskich. Jeszcze w okresie międzywojennym minister spraw wewnętrznych Sławój Składkowski wymuszał karami budowanie sławojek po wsiach. Nieskutecznie - bo jeszcze z lat 60. pamiętam gospodarstwo, w której takowej nie było, i to gospodarstwo wynajmujące pokoje letnikom. Niezbyt daleko od Warszawy - Kurpie Zielone. Górale podhalańscy uchodzą za dbających o czystość. Z lat 70. pamiętam gospodarstwo na Toporowej Cyrhli, gdzie ubikacja była pod jednym dachem z chałupą, koło obory. Defekowano się do wielkiej miski, po czym gospodyni tę miskę wyciągała i fekalia wyrzucała na górę nawozu krowiego i owczego za chałupą. Padały na to deszcze, wypłukiwały gnojowicę i część nawozu oraz fekalii, a przy płocie tworzył się taki śmierdzący smużek. Potem w tym smużku pojawiała się strużka wody, zasilana deszczówką z łąki, strużka zamieniała się w strumyczek, strumyczek spływał do dolinki, gdzie tworzył się całkiem duży strumień itd. itd., a spragniony turysta gdzieś tam niżej...
  5. Cholera Lat 1830/1831

    Tak na marginesie tego tematu. Zastanawiam sié jakie srodki profilaktyczne i uswiadamiajace zastosowano w zwiazku z zagrozeniam cholera. Pytanie to nasunelo mi sie gdy przypomnialem sobie jak moja sp. Babcia przestrzegala przed piciem nieprzegotowanej wody. Babcia predzej by z pragnienia umarla niz napila sie wody prosto ze studni. Krzyczala na nas gdy tylko zobaczyla, ze to robimy. Dopiero teraz po latach przyszlo mi do glowy, ze moglo to byc poklosie walki z cholera. Babcia, kobieta niewyksztalcona, pochodzaca z podwarszawskiej wioski. Urodzona jeszcze "za cara" nie mogla mniec jakiejs glebszej wiedzy a mimo to krzyczala na nas, ze "nabawimy sie jakiej zarazy". Zastanawiam sie czy to nie bylo wynikiem jakiejs akcji uswiadamiajacej ktora zasiegiem objela i tereny wiejskie.
  6. Do amerykańskiego melting pot każda nacja dokładała cząstkę swej rodzimej kultury, w tym kultury materialnej. Geograficzna lokalizacja ojczystego kraju czy splot różnorakich okoliczności powodowały, że różne narody miały (bądź im przypisywano) pewną "specjalizację". Grecki marynarz, włoski emigrant prowadzący traktiernię (by nie wspomnieć o pizzerii), japoński ogrodnik, holenderski rolnik zatrudniony do uprawy podmokłych terenów, chiński iluzjonista/akrobata czy właściciel pralni. To że setki lat doświadczenia w walce z morzem sprawiły, że mieszkaniec z kraju polderów był faktycznie (przynajmniej potencjalnie) dobrym farmerem - to nie dziwi, ale skąd ta "predylekcja" Chińczyków do... prania? Jeśli ktoś oglądał stare filmy jeszcze z niemej epoki bądź początków dźwiękowej ("Chinese Laundry Scene"/"Robetta and Doretto Chinese...", "In a Chinese Laundry", "That Chink at Golden Gulch"), produkcje filmowe z budową kolei transkontynentalnej w roli głównej ("The Iron Horse"), na pewno zwrócił uwagę na charakterystyczną postać w długim kaftanie z "tradycyjnym chińskim" warkoczem, który choć tradycyjny to raczej należałoby go nazwać mandżurskim a nie chińskim (szerz.: K. Banek "Mandżursko-chińska wojna o włosy", "Nurt SVD", 2014, nr 1). Zwykła budowa tartaku dla Johna Suttera na pogórzu Sierra zaowocowała gorączką złota w Kalifornii, która wybuchła pod koniec lat czterdziestych XIX wieku. Pogłoski dotarły również do Państwa Środka i wkrótce rzesze Chińczyków (głównie z prowincji Guangdong) ruszyły przez morze na amerykańskie Wschodnie Wybrzeże w nadziei na szybkie wzbogacenie się. Jeszcze w 1830 r. (według spisu ludności) tylko trzy osoby w USA określiły się jako Chińczycy, w 1860 r. było ich już prawie 35 000. /za: M. Paliszewska-Mojsiuk "Historia imigracji Chińczyków do Stanów Zjednoczonych - pierwsza fala", "Gdańskie Studia Azji Wschodniej", 2018, z. 13/ Niewielu jednak udało się zyskać majątek w kalifornijskich "złotych górach", kolejnym przystankiem pracowniczym dla Chińczyków było zatrudnienie przez Central Pacific Railroad Company (a w Kanadzie przez Canadian Pacific Railway Co.), gdy te inwestycje ukończono tysiące Chińczyków musiało poszukać innej pracy i tak dochodzimy do chińskich pralni. /o udziale w przedsięwzięciu kolejowym bezpośrednio traktują o tym np.: serial fabularny "Iron Road" czy dokument "Canton Army in the High Sierras: Chinese workers build America's first transcontinental railroad (1863-1869)"/ Pierwszą pralnię w San Francisco (a może i w całych Stanach) miał otworzyć w 1851 r. Wah Lee, z czasem wielu Chińczyków ruszyło w jego ślady. O skali tej branży może świadczyć fakt, iż w czasach Wielkiej Depresji w Nowym Yorku zamknięto około 3 550 chińskich pralni (za: J. Young, G. Chang, H.M. Lai "Chinese American Voices. From the Gold Rush to the Present"). Dla San Francisco rozwój ten przedstawiać się miał w takich liczbach: "However, it was not until the 1870s that Chinese laundreis really began to profilerate. In San Francisco 1333 Chinese were listed in the 1870 U.S. manuscript census as working in laundries, rising to 2148 by 1880, but decclining slightly to 1924 by 1900". /J. Jung "Chinese Laundries: Tickets to Survival on Gold Mountain", Yin & Yang Press 2007, b.p., ed. elektron./ Chińska emigracja do USA i Kanady w XIX i na początku XX wieku miała też swe smaczki: językowe i demograficzne. Językowe: w angielszczyźnie pojawił się termin: "paper son" (: papierowi synowie) czy "paper merchants" (papierowi kupcy), "Dog Tag Law" (ustawa znakowania psów), statystyczne: gdyby wierzyć oświadczeniom Chińczyków ubiegających się o naturalizację w USA (po r.) to wynikałoby z nich, że statystyczna Chinka z San Francisco urodziła przeciętnie w swym życiu około osiemset dzieci. W USA względem różnych grup ludzi podejmowano szereg ustaw regulujących ich imigrację, wyróżniając te grupy pod kątem narodowym bądź rasowym (etnicznym?). Wydaje się, że Chińczycy szczególnie często poddawani byli ustawodawstwu o charakterze ekskluzyjnym. Co więcej, charakter ustrojowy USA pozwalał prawodawcom stanowym (a nawet na poziomie hrabstw) mocno zaostrzać regulacje przyjęte na poziomie federalnym. Chińczyków dotyczyły: - Prohibition of Coolie Trade Act z lutego 1862 r. - zakazujący przewożenia na amerykańskich statkach chińskich niewolników, - Fifteen Passenger Bill z 1879 r. - limitująca liczbę chińskich pasażerów na statkach wpływających do amerykańskich portów, jako że regulacja ta była sprzeczna z traktatem zawartym pomiędzy USA a Chinami (Burlingtame-Seward Treaty z 1868 r.) przyjęto ją ostatecznie w po poprawkach przygotowanych przez Jamesa B. Angella do zrewidowanego nowego porozumienia pomiędzy oboma państwami zawartego w 1880 r., - Chinese Exclusion Act z 1882 r. - zabraniający migracji robotnikom z Chin i ustanawiający obowiązek noszenia certyfikatu potwierdzającego ich status, - poprawka z grudnia 1884 r. do ustawy z 1882 r. - w myśl której objął ów akt nie tylko nowych imigrantów ale i wszystkich robotników chińskich w USA. Dyplomaci amerykańscy mieli weryfikować dane w dokumentach wystawionych przez chińską administrację (dotyczącą statusu zawodowego). Zaostrzono definicje kupca wyłączając z tej grupy: domokrążców, handlarzy i pracowników z branży przetwórstwa rybnego, - poprawka z września 1888 r. - unieważniono prawo powrotu do Ameryki robotnikom chińskim zamieszkującym w USA już wcześniej, za wyjątkiem tych którzy pozostawili w USA dziecko, żonę lub rodzica, pozostawili mienie o minimalnej wartości 1000 dolarów (bądź mieli w tej wysokości długi). W myśl tej regulacji odmawiano prawa wjazdu wszystkim za wyjątkiem: urzędników, nauczycieli, studentów, kupców i turystów, - Scott Act z 1888 r. - unieważniający certyfikaty przeszło 20 000 Chińczyków, mieszkających już w Stanach a przebywających akurat w swym ojczystym kraju, - Geary Act z 1892 r. - wprowadzenie tej ustawy związane było z tym, że zbliżała się data końca obowiązywania Chinese Exclusion Act, w myśl nowej regulacji wykluczenia w imigracji miały obowiązywać do 1902 r., przy okazji zaostrzając przepisy meldunkowe i nakazując noszenie stosownych dokumentów (ze zdjęciem) przy sobie. Ta ustawa nadwyrężyła już cierpliwość Chińczyków i Chinese Six Companies (huìguăn) wynajęły prawników by ci w ich imieniu w sądzie podważyli konstytucyjność tej regulacji, jednocześnie wzywając by Chińczycy nie rejestrowali swych certyfikatów. Stowarzyszenia te organizowały przejazdy Chińczyków do USA, ułatwiały podjęcie pracy (przy okazji ściągając za to niezły haracz) i reprezentowały ich przed władzami stanowymi i federalnymi. Ostatecznie swą batalię sądową przegrali, pojawił się jednak problem gdyż jedynie nieco ponad 3 000 Chińczyków zarejestrowało swe certyfikaty i rząd USA stanął przed problemem perspektywy zorganizowania deportacji około 80% chińskiej populacji w USA. Ponieważ gros Chińczyków przebywała w Kalifornii znaleziono rozwiązanie, jeśli nie salomonowe to przynajmniej sprytne i pozwalające zachować władzom federalnym twarz. Wprowadzono McCreary Amendment (w 1893 r.) o pół roku przedłużający czas rejestracji certyfikatów, a choć sąd federalny Kalifornii wydał nakazy deportacji to po prostu Kongres nie desygnował na ten cel żadnych funduszy. Przy okazji poprawki Jamesa Bennetta McCreary'ego znów przemycono jednak kolejne obostrzenia, m.in o prawo do imigracji nie mogli się ubiegać górnicy czy... właściciele pralni. W 1898 r. restrykcjami z Chinese Exclusion Act objęto przyłączone Hawaje a w 1902 r. na wszystkie wyspy w posiadaniu Ameryki, w tym na Filipiny, a w 1904 r. ustalono, że rygory tej ustawy mają obowiązywać bezterminowo. Wreszcie mamy Immigration Act z 1917 r. była to już ustawa, która nie dotyczyła jedynie tylko Chińczyków. /za: M. Paliszewska-Mojsiuk "Historia imigracji Chińczyków do Stanów Zjednoczonych - druga fala", "Gdańskie Studia Azji Wschodniej", 2018, z. 14/ Skąd ta szczególna obawa przed chińskimi emigrantami? I dlaczego akurat pralnie?
  7. Last week
  8. Pod Ulm ...

    Dość interesujące przeniesienie sensu owej rymowanki, gdyż w środowisku, o którym pisałem, nie mieliśmy wątpliwości, że chodzi o Polaków, a nie Austriaków (kimkolwiek by oni mieliby być). Ciekawiła mnie i wówczas pewna niespójność, gdyż pod Ulm i Austerlitz oddziałów polskich, o ile wiem, nie było, a żołnierzy narodowości polskiej zdecydowanie więcej było w wojskach austriackich, niż francuskich. Pod Wagram było zgoła inaczej - wprawdzie pułk lekkokonnych był polski z nazwy, ale nie z żołdu, ale wojska polskie w tamtej wojnie miały swój znaczący udział. Wagram pewnie był pewnym ukłonem dla historii przy adaptacji tekstu do nowego znaczenia, ale Ulm i Austerlitz pozostały dla rymu. Najwyraźniej nie tylko my lekceważyliśmy prawdę historyczną, gdyż z kolei pod Jeną nie było wojsk austriackich. Zaiste wątpię w istnienie tegoż kręgosłupa ideologicznego, choć może istniał ideowy, oparty na przekonaniu, że skoro w systemie socjalistycznym przyszło nam się urodzić, żyć i przyjdzie - w naszym przekonaniu - nam umrzeć, to trzeba go czynić jak najbardziej znośnym, jak się da. No cóż - diagnoza okazała się być błędna, a o skutkach terapii można dyskutować, ale już raczej nie w tym wątku. Ps. Wersja z dupą się też pojawiała, ale raczej pod koniec imprezy.
  9. II WŚ - ciekawostki

    Owszem, ale w swoim tekście zaznaczyłem wyraźnie że Morozow był (prawdopodobnie) najstarszym kombatantem regularnej armii. Wasyli Tałasz był zaś członkiem oddziału partyzanckiego.
  10. Czy można było zapobiec II Wojnie Światowej?

    Regionalizmy, odrębności (także językowe), niesnaski (nawet w obrębie jednego landu - vide "szorstka przyjaźń" Bawarii i Frankonii) były i są czymś oczywistym, o czym zresztą pisałem: Natomiast - w mojej ocenie - niemiecki wariant zastosowania maksymy "E pluribus unum", podlany sosem XIX-wiecznego ogólnoniemieckiego nacjonalizmu, był na tyle silny, że wszelkie (teoretyczne) poprzedniczki planu Morgenthaua z lat po I-ej wojnie światowej nie miały szans na długotrwałość.
  11. Pod Ulm ...

    Tu akurat Bruno nic nie rozjaśni, gdyż autor tej pięknej (w każdej wersji) pieśni jest mu nieznany. Nie spotkałem się z nią także przy okazji czytania dzieł Haszka, czy też różnych wykazów tego, co w jego dziełach śpiewano. Np.: https://www.svejkmuseum.cz/Pisnicky/zpevnik.htm. A przynajmniej - nie pamiętam takiego spotkania. Jest jednak oczywiste, że mogłem coś przeoczyć, a znając tryb życia i pracy Haszka - niczego przecież wykluczyć nie można.
  12. II WŚ - ciekawostki

    Starszy o 10 lat był Дзед Талаш, ale akurat w jego przypadku dosyć trudno odróżnić prawdę od fikcji (i propagandy). Zob. https://ru.wikipedia.org/wiki/Талаш,_Василий_Исаакович
  13. Polemizowanie z anonimowym autorem wydaje się być cokolwiek trudne, zatem pozostańmy przy konstatacji, że wedle euklidesa ze wstępu pióra XYZ wynika iż rzeczony Quincey wygłaszał prelekcje przed tym stowarzyszeniem, w tym prelekcję o morderstwie jako sztuce. A jednak pośród setki rożnych badaczy jego twórczości nie znajdziemy takiego, który by tak twierdził. Radzę jednak przeczytać euklidesowi i wstęp i przypisy dokładniej wtedy może zrozumie swój błąd. Nie wiem w jakim świecie żyje euklides, ale w tym innym jak ktoś się pyta z jakiego wydania korzystał to nie chodzi o jedynie o nazwę wydawnictwa i jego adres, tylko o: tytuł, rok wydania, wydawnictwo i ewentualnie o tłumacza czy redaktora. No to mógłby nam euklides zacytować ten fragment. No to proponuję się dowiedzieć by nie tkwić w błędnym przekonaniu jak to było w przypadku znaczenia terminu nihilizm czy zakresu badań w fenomenologii. Można jaśniej? To do tej pory nie stworzono w pracach z zakresu teorii literatury reguły jak powinien zaczynać się esej, bez wątpienia świat literaturoznawców z utęsknieniem czeka na propozycje euklidesa. To na jakiej podstawie euklides napisał: "autorzy z niższych półek (do jakich ja niestety muszę się ograniczyć), nawet francuscy, powołują się w tym przypadku jednak na Quincey". Wie euklides że się powołują, wie że to byli autorzy z niższych półek, wie że powoływali się w konkretnym kontekście... ale nie wie co takiego napisali. Zaiste godna polecenia metoda potwierdzania własnych słów. Czyli jak wielki filozof; przynajmniej według euklidesa; i przypadkiem Francuz, uzasadnia że morderstwo można rozpatrywać jako kategorię estetyczną to euklides nie jest się w stanie wypowiadać, ale jak robi to Quincey; przypadkiem Brytyjczyk; to euklides popada w szok i jak najbardziej może się o tym wypowiadać.
  14. Nouvel Office d'Edition 4 rue Guisarde, Paris 6 Jednak autor przedmowy do książki Quincey pisze że Stowarzyszenie Znawców Morderstwa istniało i zbierało się za każdym razem jak tylko w jakiejś europejskiej gazecie pojawiła się informacja o morderstwie by je omówić. Jednak to nie w tym Stowarzyszeniu, Quincey wygłaszał prelekcje. O Stowarzyszeniu Znawców Morderstwa autor przedmowy (podpisał się jako XYZ) nie miał najlepszej opinii, twierdził że są to dyletanci i amatorzy w tej materii. Natomiast Quincey wygłaszał prelekcje w Stowarzyszeniu Dżentelmenów Amatorów. No i ja nie widzę niczego humorystycznego w tym. No nie wiem. Pierwszy rozdział tej książki zatytułowany jest Konferencja po czym pierwszym słowem tego rozdziału jest nagłówek "Panowie" a pod nim: Mam honor być mianowanym przez wasz komitet by wypełnić to trudne zadanie: wygłosić... itd. To tak się zaczyna esej? Zresztą i konstrukcja tej książki pozostawia wiele do życzenia bo zagadnienia są trochę pomieszane. Później już w dalszym ciągu autor mówi np. "celem naszego stowarzyszenia...". Tyle że trudno coś złego o tej książce powiedzieć, autor wie co pisze, zna temat i jest w niej sporo cytatów. Znowu Szanowny Secesjonista zabłysnął 12 cytatami, ja natomiast nie jestem w stanie przedstawić żadnego. zatem 12:0. Przygnębiające. Ale to dilettante in murder to nie odnosi się przypadkiem do owego Stowarzyszenia Znawców Morderstwa? (patrz wyżej) Translator potrafi wywijać numery. Ale ja na temat J.P. Sartre nie jestem w stanie się wypowiadać bo, już pisałem, jest to wielki filozof, niewątpliwie z górnej półki, zatem poza moim zasięgiem, czego bardzo żałuję. Nie jestem w stanie dokładnie na to odpowiedzieć i nie znam żadnych opracowań. Wiem że czasem wspominał o Quincey na przykład Apolinaire w bliższych nam czasach na przykład Pierre Nord. No nie wiem. Jest to pojęcie ze statystyki, czy z rachunku prawdopodobieństwa, chodzi współzależność 2 zmiennych. W tym przypadku należałoby policzyć ile osób tę książkę przeczytało (pierwsza zmienna) i liczbę popełnionych morderstw (druga zmienna). Otrzymalibyśmy wówczas wynik między -1 a +1 i wtedy można byłoby o czymś wyrokować.
  15. Skoro w tym jesteśmy zgodni, to może euklides poinformuje nas z jakiego to konkretnie wydania Quincey'a korzystał. Jakby to ująć... Society of Connoisseurs in Murder nigdy nie istniało, a Quincey nigdy nie wygłosił takiego "zbioru prelekcji" przed tym stowarzyszeniem ani żadnym podobnym. Pomylił euklides fikcję literacką z rzeczywistością, to nawet humorystyczne ale i nieco żenujące. Tekst miał pierwotnie (za życia Quincey'a) trzy różne odsłony. Pierwszy raz pojawił się na łamach lutowego wydania pisma "Blackwood Edinburgh Magazine" (z 1827 r.), w tymże samym piśmie w listopadzie 1839 r. ukazała się uzupełniona kontynuacja "A Second Paper on Murder Considered as One of the Fine Arts" (w formie listu skierowanego do redakcji pisma). Ostatnia wersja, najbardziej rozbudowana objętościowo ale i znacząco odbiegająca w treści od dwóch poprzednich tekstów pojawiła się jako "Postscript" (z 1854 r.). Bez wątpienia będziemy świadkami kolejnej rewolucji w wykonaniu euklidesa, który ze swadą uzasadni dlaczego do tej pory większość badaczy tak mocno się myliło określając ten tekst mianem: esej. Pozostańmy zatem przy konstatacji, iż tylko według niego nie jest on nim. Sam Quincey nie miał wątpliwości, że napisał esej: "A good many years ago, the reader may remember that I came forward in the character of a dilettante in murder. (...) Well, would you believe it? all my neighbors came to hear of that little aesthetic essay which I had published". /tegoż "On Murder Considered as One of the Fine Arts", Second Papers, 1839; tekst udostępniony na stronie wwnorton.com w ramach The Online Archive The Norton Anthology of English Literature/ Nie miało też takich wielu badaczy: "Mowa o eseju de Quinceya 'On Murder Considered as one of the Fine Arts' („O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych”) z roku 1827". /A. Gwarecka "Tajemnica obrazu. Czescy pisarze prowadzą śledztwo w świecie sztuki", "Forum Poetyki", nr 13, lato 2018, s. 16, przyp. 28/ "Thomas de Quincey, angielski autor doby romantyzmu, w jednym ze swych esejów zastanawia się nad pewnym zagadnieniem, którego kontrowersyjność ujawnia się już w samym tytule owych przemyśleń: 'On Murder Considered as One of the Fine Arts'". /M. Rozmysł "Zbrodnia jako dzieło sztuki? NA marginesie 'African Psycho' Alaina Mabanckou", "Zagadnienia Rodzajów Literackich", Vol. LXI, z. 3, 2018, s. 107/ "In 1854, in an essay entitled, 'On Murder Considered as One of the Fine Arts", Thomas de Quincey provided a graphic account of a crime that captured the imagination of London during the winter of 1812". /J. Malkan "Agressive Text: Murder and Fine Arts Revisited", "Mosaic. An Interdisciplinary Critical Journal", Vol. 23, No . 1, Winter 1990, s. 101/ "'On Murder Considered as One of the Fine Arts' (1827), the first essay in the collection, consists of De Quincey’s thoughts on two different approaches towards murder". /E. Ziomek "Aestheticization of Serial Killers in Contemporary Crime Literature and Film", "New Horizons in English Studies", 2018, s. 124/ "1827’s “On Murder Considered as One of the Fine Arts,” an essay which, I would argue, is just as important as the 'Confessions' in understanding De Quincey’s reception in France and his reputation among the Decadents". /R. Covelo "Thomas De Quincey’s 'On Murder Considered as One of the Fine Arts': Black Humour and the French Decadents", Tese apresentada ao Programa de Pós-Graduação em Literaturas de língua inglesa, da Faculdade de Letras da Universidade Federal de Minas Gerais, como requisito parcial à obtenção do título de Doutora, orien. prof. L.F. Ferreira Sá, UFMG - Janeiro 2019, s. 9/ "'Murder Considered as One of the Fine Arts" was not just a piece of morbid whimsy that Thomas De Quincey had spun out for readers of 'Blackwood's Edinbourgh Magazine' in 1827, it was a crucial document in his aesthetic theory. Critics such as Joel Black are right in observing that the essay elaborates the grim jest that even the most heinous of crimes can be appreciated as a work of art ('The Aesthetics of Murder, [1991], p. 15)". /F. Burwick "De Quincey and the Aesthetics of Violence" "The Wordsworth Circle", "The Wordsworth Summer Conference, 1995: A Selection Papers", Vol. 27, No 2, spring 1996, s. 78/ "Die genannten philosophischen Vorgaben wirkten denn auch machtvoll in die Kunst des 19. Jahr hunderts heinein, sie kulminieren in veritablen Um-Schreibungen des Grausigen zum Reizvollen, etwa bei Baudelaire, be Poe, aber auch bei Thomas de Quincey, der in einem berühmt-berüchtigten Buch den 'Mord als schöne Kunst' betrachtete (...) So in seinem berühmten Essay 'On Murder considered as One of the Fine Arts' von 1827". /S. Ring "'das hat mir echt mein kleines herz zerrissen'. Ammerkungen zur Rolle von Emotionen beim moralischen Urteilen im Spiel Grand Teft Auto IV", w: "Emotional Gaming. Gefühlsdimensionen des Computerspielens", " Hg. J. von Brincken, H. Konietzny, München 2012, s. 224 i przyp. 5/'. "... wie in Quinceys ironisch-satirischem Essay 'On Murder Considered as One of the Fine Arts'". /L. Vieweger "Die Inszenierung von Monstrosität im 19. Jahrhundert", Magisterarbeit Universität Leipzig 2009, München, GRIN Verlag; tekst dostępny na stronie: www.grin.com/document/160927/ "... romantische Schriftsteller de Quincey in seinem Essay 'On Murder Considered as One of the Fine Arts' empfiehlt, sondern das Töten erscheint von vornherein als künstlerische Performanz. Zeremonienmeister ist eine Figur, die sich selbst beständig inszeniert und ironisch kommentiert". /G.J. Lüdeker "Grundlagen für eine ethische Filmanalyse Figurenmoral und Rezeption am Beispiel von TROPA DE ELITE und DEXTER", "RabbitEye" Zeitschrift für Filmforschung, 1, 2010, s. 50/ "Wer auf diesem Sektor arbeitet, tut gut daran, sich Thoma s de Quinceys zu erinnern, der in seinem Essay „Murder Concidered as One of the Fine Arts" (182 7 - 1854) das Grauen durch ästhetische und ökonomische Kategorien zu meistern wußte". /R. Berger "Destruktion des Weiblichen. Zum Verhältnis von künstlerischer Freiheit und sexueller Integrität Eine Stellungnahme", "Kritische berichte", 2, 1982, s. 24/ W czym się powołują, bo niezbyt zrozumiałem o czym euklidesa napisał. Z chęcią poznam tak z nazwiska, tytułu opracowania czy książki, tych autorów i co takiego interesującego napisali. A uwagi względem tekstu Sartre'a to chyba nie zrozumiał euklides, skoro Quincey zszokował go swym tytułem to i francuski autor powinien go zszokować jako że podtytuł swego eseju zaczerpnął właśnie od Quincey'a i nawet go uzasadniał... chyba że euklides ma dwie miary: jedną dla Francuzów drugą dla innych. Rozumie jednak euklides, że korelacja to nie jest związek przyczynowo-skutkowy?
  16. Pierwsze zapałki

    Problem z wynalazkiem Pascha był stopień skomplikowania produkcji, powszechniejsze pojawienie się "prawdziwie bezpiecznych" zapałek możemy raczej datować dopiero od czasu badań Antona Schrötteara von Kristelli'ego (z 1847 r.) nad wydzieleniem czerwonego fosforu. Wcześniej zapałki mogły się zapalić przez pocieranie o jakąkolwiek chropowatą powierzchnię, co ja bym uznał za cechę raczej niezbyt bezpieczną. Po odkryciu austriackiego badacza bracia Lundström zastosowali w produkcji jego pomysł, a umieszczając fosfor w drasce sprawili, że zapałki nie mogły zostać przypadkowo zapalone. "Schrötter separated red phosphorus and measured many of its properties. The most important result was that it could be kept in contact with air without alteration. It was insoluble in carbon disulphide, alcohol, ether, PCl3, turpentine, and naphtha. Heating it under a liquid caused the colour to change from red to strong violet. It reacted with chlorine to produce PCl3 and PCl5 at room temperature, an exothermic reaction but without light effects. It was attacked by aqueous chlorine forming HCl and phosphoric acid, sulphuric acid, diluted or concentrated, did not react at room temperature but did at its boiling temperature, releasing SO2 . The amorphous phosphorus was easily attacked by nitric acid with release of gases. Mixed with potassium chlorate it detonated violently, producing light. Schrötter concluded that the chemical reactivity of amorphous phosphorus was weaker that that of ordinary phosphorus; it combined with release of light, but less energetically than ordinary phosphorus. It combined with oxygen, by friction or heat, to produce a large number of oxygenated derivatives, with release of light. All these characteristics, including low its hygroscopicity and lesser flammability suggested its possible use in the manufacture of matches and percussion weapons. The only disadvantage was the difficulty in preparing it in a large-scale. In due time his prediction became true: In Sweden the Lundström brothers, developed and sold a safety match in which white phosphorus was replaced by red phosphorus, the phosphorus being confined to a strip on the box and the oxidizer was used to tip the matches. Such safety matches could only be ignited by striking on the box, while earlier matches could be struck anywhere on a rough surface". /J. Wisniak "Phosphorus-From Discovery to Commodity", "Indian Journal of Chemical Technology", Vol. 12, January 2005, s. 114/ Szerzej o badaniach Schrötteara: M. Kohn "The discovery of red phosphorus (1847) by Anton von Schrötter (1802-1875)", "Journal of Chemical Education", Vol. 21, Iss. 21, November 1944.
  17. Właśnie o to chodzi. Co do czytelników to należałoby znaleźć jakieś korelacje między wydaniami jego książki a liczbą popełnianych morderstw ale nie to jest tu najważniejsze bowiem książka ta napisana została na podstawie prelekcji wygłoszonej na konferencji „Stowarzyszenia Gentlemenów Amatorów”. Jednak nie należy dać się wprowadzić w błąd tą niewinną nazwą bo owo Stowarzyszenie powstało, tak jak inne analogiczne, po to by wspierać prawdę i rozpowszechniać nowe idee, czyli bardziej siłą rzeczy niż z czyjejś inicjatywy. Stawiało sobie za cel by ludzie zaczynali dostrzegać w udanym morderstwie coś więcej niż dwóch idiotów, czyli tego który zabija i tego który ma być zabity, oraz jakieś dodatki takie jak nóż, sakiewka, ciemna uliczka. By dostrzegali jeszcze: plan, zbieranie danych, światło i cień, poezję i uczucia, a zatem to do czego idioci nie są zdolni. Zatem mamy tu do czynienia nie z czytelnikami ale z aktywistami którym zapewne nie zależało na jawności zatem skutek ich działalności katastrofalnym mógł/może być. Można powiedzieć że początkiem rozumowania autora jest teza że powszechną jest skłonność by morderstwa oceniać pod kątem nie tylko krytycznym ale również estetycznym. Posługuje się tutaj analogią z pożarem który można na pewno traktować jako temat obrazu, choćby w scenach batalistycznych, zatem niewątpliwie jako dzieło sztuki. No bo jeżeli na przykład zostaniecie przywołani by zobaczyć pożar to pierwszym waszym odruchem będzie niewątpliwie niesienie pomocy w jego gaszeniu. Jednak pole działania jest w tym przypadku ograniczone a poza tym wkrótce zostanie zajęte przez specjalistów należycie do tego wyposażonych i wyszkolonych. Co prawda gdy mamy do czynienia z ogniem pochłaniającym własność prywatną to odczuwana dla sąsiada litość nie pozwala na początku by rozkoszować się tym widowiskiem. I tu już pierwsze zastrzeżenie, że przecież pożar artystyczny może ograniczyć się tylko do budynków publicznych (ale nie musi). W każdym razie jak tylko spłaciliśmy daninę wyrażenia żalu z powodu takiego nieszczęścia to stajemy się wrażliwi na stronę widowiskową pożaru i wówczas w pogrążonym w ekstazie tłumie dają się słyszeć okrzyki typu „To wspaniałe” „To cudowne” na co są przykłady. Dokładnie tak ma się sprawa z morderstwami bo i w tym przypadku po tym jak spłacimy daninę wyrażenia żalu za tych co zginęli i kiedy wreszcie czas weźmie górę nad osobistymi interesami to nieuchronnie zaczynamy zwracać uwagę na sceniczne szczegóły i je oceniać. Porównuje się jedno morderstwo z drugim, szuka się oznak wyższości jednego nad drugim na przykład pod kątem efektu zaskoczenia, pod kątem utrzymania tajemnicy itp. Na poparcie swoich tez autor posługuje się przykładem empirycznym, opisuje ogromny kataklizm do jakiego doszło w Liverpoolu kiedy to spłonęło tam Goree, ogromne magazyny liczące 7-8 pięter wypełnione niezwykle palnymi towarami (bele bawełny, korce zboża, smoła, terpentyna, rum, proch strzelniczy itp.) a do tego jeszcze wiał wiatr wzmagający ogień. Wydawało się że płomienie strzelają do niebios. Pożar trwał przez dużą część nocy i wszystko spłonęło tam do fundamentów a wiatr rozniósł jego ślady na 18 mil po okolicy. Nazajutrz można było w tej strefie znaleźć np. nasączone rumem płatki bawełny. Całe bydło będące na polach w promieniu 18 mil drżało z trwogi i niepokoju. Oczywiście świadkowie tego widowiska interpretowali ten widok jako gigantyczne nieszczęście które spadło na Liverpool i wszędzie lamentowano. Jednak te lamenty w niczym nie przeszkadzały wybuchom zachwytu gdy następowały nagłe eksplozje i w niebo strzelały różnokolorowe race to je oświetlające, to pogrążające je w ciemnościach. Tak jest z morderstwami . Gdy widzowie spłacą swój trybut wyrażania żalu, zgrozy i współczucia dla tych których ten kataklizm dotknął to wtedy następuje zachwyt nad efektami scenograficznymi, porównuje się jedno morderstwo z drugim, na tej podstawie ocenia się które stało na wyższym poziomie na przykład pod względem zaskoczenia itp. Oczywiście w czasie dokonywania morderstwa dochodzi do różnych incydentów i zakłóceń których żaden artysta nie jest w stanie przewidzieć i które powodują że nie może on do końca przeprowadzić swojego planu. Ludzie nie godzą się żeby im spokojnie poderżnięto gardło: uciekają, rzucają się, gryzą… Jeżeli malarz portrecista skarży się na zbytnią inercję swego obiektu to artysta będący przedmiotem naszych rozważań (morderca) na zbytnie jego ożywienie. Jednak ta charakterystyczna dla morderstwa cecha polegająca na drażnieniu i pobudzaniu jego obiektu, chociaż bardzo krępuje artystę, ma również pewne dobre strony bo, ogólnie rzecz biorąc, przyciąga powszechną uwagę, czego nie można lekceważyć, a także dlatego że pozwala ujawnić pewne ukryte zdolności zarówno po jednej jak i po drugiej stronie. No właśnie, inteligentny czytelnik chciałby się dowiedzieć bliżej o co w takim tytule chodzi i poprosiłby kilka słów wyjaśnienia. To się nazywa refleksja. To nie jest esej. To jest zbiór prelekcji wygłoszonych na zebraniu mocno podejrzanego Stowarzyszenia. Zresztą książka nie zawiera chyba ich wszystkich bo na przykład w pewnym momencie autor poruszył mordy polityczne ale też zaznaczył że powie o nich więcej gdzie indziej a w tej książce jest o tym niewiele. No zdaje mi się że, Szanowny Secesjonista, wymienił tu autorów z bardzo wysokiej półki (J.P. Sartre). Ja tak wysoko nie aspiruję ale autorzy z niższych półek (do jakich ja niestety muszę się ograniczyć), nawet francuscy, powołują się w tym przypadku jednak na Quincey. Poza tym nie należy w żadnym wypadku tej książki zaliczać do czarnego humoru. Prawda że autor czasami posługuje się humorystycznym językiem ale przecież nie on jeden pisze z odrobiną humoru o rzeczach wręcz dramatycznych. No bo co na przykład może mieć wspólnego z jakimkolwiek humorem opis zamordowanego w kołysce 8-miesięcznego niewiniątka.
  18. Pod Ulm ...

    Zaiste bardzo ugrzecznione i bogoojczyźniane było to towarzystwo, większość ludzi pamięta ten kuplet w wersji mniej cenzuralnej. A wersja zapamiętana przez janceta nieco wypacza sens tej piosenki. Wersji; jak to z piosenkami zaadaptowanymi przez studentów, harcerzy, żołnierzy, uczestników rajdów; było wiele,: "Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz...", "Pod Jeną, pod Ulm, pod Austerlitz...", większość podanych wersji zamiast frazy: "krwi laliśmy"/"krew przelewamy" miało: "braliśmy w dupę"/"w dupę bierzemy". W miejsce : "braliśmy" pojawiało się też: "Austriacy brali". Sens tej piosenki o tyle jest wypaczony, że w podanej tu wersji mamy w zasadzie dumne wyznanie o daninie krwi, gdy tymczasem miała być piosenka/rymowanka wykpiwająca armię austriacką. Skąd się wzięła? W sieci niektórzy podają, że wersja oryginalna ma być pióra samego Jarosława Haszka; ja bym powiedział, że raczej: przezeń przekazana; ale bez wskazania źródła gdzie miałby to uczynić. Tu może Bruno coś rozjaśni. Pomijając wiele mniej lub bardziej anonimowych internetowych przekazów głównie o charakterze wspomnieniowym dotyczących tego kupletu, nieco wiarygodniejsze źródła informacji wskazują, że tekst ten znany był w dawnej Galicji. PWN podaje przykład użycia z KJP, zaczerpnięty z pisma "Świat i Podróże" (nr 12, 1995): "... nieduże miasteczko, w pobliżu którego na wzgórzu Prace /Pratzen/ 73-tysięczna armia napoleońska zwyciężyła 99-tysięczną armię rosyjsko-austriacką. "Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz, braliśmy w d... nie mówiliśmy nic, bo taką naturę od Boga już mamy, że w d... bierzemy i nic nie gadamy" - krążył w Galicji ośmieszający Austriaków wierszyk". Potwierdza to Leszek Mazan, nazywany szwejkologiem i krakauerologiem, który w tekście "Zeszyt do hemii" napisał: "Bo cóż np. lepiej nauczy historii XIX-wiecznych wojen niż powtarzany do dziś wierszyk prapradziadków: „Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz/ Brała Austria pod [sic!] dupie, nie gadała nic/Bo my, Austriacy, taki zwyczaj mamy/Że w dupę bierzemy i nic nie gadamy”?". /tekst dostępny na stronie: dziennikpolski24.pl/ "JENA, ULM, AUSTERLITZ, miejscowości znane ze zwycięstw napoleońskich, upowszechnione w popularnym w Galicji, osobliwie w kręgach niższych oficerów, dwuwierszu: 'Pod Jeną, pod Ulm, pod Austerlitz / Brała Austria po dupie...". /M. Czuma, L. Mazan "Austriackie gadanie czyli encyklopedia galicyjska", Kraków 1998, b.p., ed. elektron./ Podobnie podaje Stanisław Grodziski: "Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz, braliśmy w dupę, nie mówiąc nic, bo my Austriacy taki zwyczaj mamy, że w dupę bierzemy i nic nie gadamy (z popularnej lwowskiej piosenki ulicznej)". /tegoż "W królestwie Galicji i Lodomerii", Kraków 1976, b.p., ed. elektron./ Juliusz Dankowski w swej powieści historyczno-sensacyjnej, której fabuła toczy się w dobie wojny rosyjsko-tureckiej (w 1877 r.): "... pojawiał się maszerujący oddział, grupy wyrostków skandowały szyderczo w rytm jego kroków: pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz Braliśmy w dupę, nie gadając nic. Bo my, Austriacy, taki zwyczaj mamy". /tegoż "Odprawa posłów tureckich", Warszawa 1992, b.p., ed. elektron./ Wątek galicyjski pośrednio potwierdza pośrednio pojawienie się tej rymowanki u Romana Iwanyczuka, ukraińskiego autora powieści historycznych. W powieści "Вода з каменю. Саксаул у пісках" główny bohater kontynuuje dzieło Markijana Szaszkewycza, ukraińskiego poety który bronił język ruski przed polonizacją i starał się budzić ukraińską samoświadomość. Fragment ten pojawia się w rozdziale pierwszym, który rozpoczyna się wydarzeniami roku 1830: "Вмент вишикувались у маршову колону, яку очолює щасливо усміхненений Ясьо Сакрамент; він, затиснувши під ахвою скрипку і міняючи крок, раз у раз підстрибував, щоб увійти у маршовий ритм жовнірів (...) Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz! Bierzemy w dupę nie mówiąc nic, Bo my, Austriacy, taki zwyczaj mamy Że w dupę bierzemy i nic nie gadamy". /tamże, Xаркив 2008, b.p., ed. elektron./ Co do tego dlaczego akurat ta rymowanka towarzyszyła tym rytuałom - to już trudno powiedzieć nie znając bliżej miejsca i uczestników. Samo "walenie" to nic innego jak powtarzanie obyczajów burszowskich korporacji akademickich z czasów II RP (i wcześniejszych). Skoro były to spotkania członków SZSP to nieco wątpliwym wydaje się kręgosłup ideologiczny tychże członków, zważywszy na propagowany w PRL obraz dawnych korporacji studenckich.
  19. Pod Ulm ...

    Tak jakoś mnie wspomnienia naszły... W moich studenckich latach, generalnie - początek lat osiemdziesiątych, w środowisku Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, do którego należałem, co z dumą oświadczam, dość popularny był wiersz, czy może tylko rymowanka: Pod Ulm, Wagram, pod Austerlitz, krwi laliśmy dużo, nie mówiliśmy nic. Bo taką naturę od Boga już mamy, że krew przelewamy i nic nie gadamy! Towarzyszył temu pewien rytuał. Oczywiście, działo się to mocno po pijaku, a rytuał polegał na tym, że w rytm recytacji walono pięściami w stół, mocno, bardzo mocno. Do bólu. Przy czym rytuał miał jakiś sens wspólnotowy, tego się nie robiło z byle kim, to oznaczało jakiś wyższy stopień wtajemniczenia. Wujek google nie dal żadnych sensowych wyników, ale może ktoś z Was wie, co to za tekst i jaka może być geneza tego rytuału
  20. Czy można było zapobiec II Wojnie Światowej?

    Nie chciałbym tu udawać jakiegoś germanologa, po niemiecku nie mówię, ale separatyzmy są do dziś widoczne. Choćby podział na Niemcy "gutentagowskie" i "grisgotowskie".
  21. Zdjęcia były kręcone nie w muzeum a na farmie w Essex gdzie istnieje sieć okopów zrekonstruowanych przez "Khaki Chums" (Association for Military Remembrance). Przy filmie współpracował David "Taff" Gillingham - współzałożyciel wspomnianego stowarzyszenia (honorowy powiernik Suffolk Regiment Museum, członek m.in.: Suffolk Branch of The Western Front Association, The Friends of The Suffolk Regiment), współautor książki "The Old Dozen - A Century of Photographs". I jak się wydaje, jest to osoba kładąca duży nacisk na odtwarzanie prawdziwych realiów, Gillingham powiedział, że William Boyd (reżyser wspomnianego filmu) w 95% zastosował się do sugerowanych wskazówek, jak dodał: co jest niezwykłe. /za: "Taff Gillingham - Khaki Chum and history man", "East Anglian Daily Times", wyd. internetowe; tekst dostępny na stronie: eadt.co.uk/ Co do tych szczegółów to krytycy chyba nie mieli większych zastrzeżeń, ja przynajmniej z takimi się nie spotkałem, pomijając wpisy anonimowych internetowych "specjalistów". Z większych zarzutów na jakie natrafiłem to kwestia akcentu w wymowie aktorów, podłoga w okopie i nastrój panujący pośród żołnierzy tuż przed atakiem: "Firstly, the actors cast had a wide range of accents - Southern English, Northern Englisch, Scottish, Irish and Liverpudlian - which is not an accurate reflection the majority of 'Pals Battalions' in the first half of 1916. Secondly, the film set appeared to consist of a very well-built trench with a concrete floor which the Germans would have approved. Thirdly, the attitude of the platoon 'in the last few days before they go to almost certain death' is depicted as being cynical and downhearted, while the reality of the week before the attack was one of high expectancy and jubilation". /E. Hanna "The Great War on the Small Screen. Representing the First World War in Contemporary Britain", Edinburgh 2009, s. 143/ Faktycznie "I Vow..." kojarzona jest z różnymi upamiętniającymi uroczystościami, choć warto pamiętać, że podczas wojny utwór poetycki Cecila Spring Rice'a nie był znany szerszemu ogółowi, jego kariera (już jako pieśń) datuje się gdzieś od 1921 roku, jeśli nie - od 1926 roku. I nieco szczegółów z naszego podwórka... Polska literatura poświęcona pierwszej wojnie światowej, z racji pewnej tradycji jak i innej perspektywy związanej z nadziejami na niepodległość, z rzadka opowiadała o traumie wojennej, o jej szarej okopowej rzeczywistości. Jej główny nurt zawierał się pomiędzy ujęciem patriotyczno-niepodległościowym (można by rzec: w duchu tyrtejsko-romantycznym) a tą spod znaku "westernu ułańskiego", według określenia Marii Janion (w tejże "Płacz generała. Eseje o wojnie") czy literaturą określoną przez zestaw: "ułan, konik, szabelka, dziewucha", jak ujmowała to Zofia Nałkowska ("Tajemnice krwi"). Nie sprawdziły się raczej nadzieje na nową jakość w literaturze wyrażone przez Karola Irzykowskiego na koniec jego artykułu "Wpływ Wojny na Literaturę", gdzie napisał: "Literatura nasza (...) wtedy radykalnie przestanie być li tylko literaturą- trębaczy i rębaczy..." (w rubryce"Horoskopy i Zadania", "Myśl Polska", R. II, MCMXVI, z. 3, s. 220). Na przełomie 1938/1939 r. w "Tygodniu Literackim Polski Zbrojnej" przez trzy miesiące publikowano wyniki ankiety: "Literatura a żołnierz", w której wzięło udział w sumie 29 poetów, prozaików i krytyków literackich. Ankietę rozpoczęto wywiadami z: Zofią Kossak-Szczucką, Ferdynandem Goetlem i Julianem Wołoszynowskim zamieszczonymi w nr. 42 z 1938 r. a zakończono podsumowaniem pióra Jerzego Pietrkiewicza (który przeprowadził większość wywiadów do tej ankiety) opublikowanym w nr. 2 z 1939 roku. Zważywszy na to gdzie opublikowaną tę ankietę i kto dokonywał wywiadów, nie może dziwić że w odpowiedziach natkniemy się na tendencję do militaryzacji literatury i krytyki (jeśli nie: ataków) literatury pacyfistycznej. Pietrkiewicz, którego zawierucha drugowojenna ostatecznie zawiodła przez Francję, ostatecznie na angielską ziemię, gdzie stał się cenionym pisarzem (szczególnie zza jego powieść "Isolation. A Novel in Five Act", zaś "Inner Circle" uznano za najlepszą książkę roku 1966 m.in. przez krytyków z "The Guardian") i wykładowcą literatury polskiej (m.in. w londyńskiej School of Slavonic and East European Languages; w tej roli pozostawił po sobie zbiór esejów krytycznoliterackich "Literatura polska w perspektywie europejskiej. Studia i rozprawy"). W latach trzydziestych był on jednak niezbyt znanym autorem dwóch niewielkich zbiorów poetyckich i bardziej znanym publicystą z zacięciem antysemickim atakującym zwłaszcza postawy pacyfistyczne (choć dopiero później rozszyfrowano, że to on najpewniej ukrywał się pod pseudonimem Eugenia Zdebska, pod którym pisywać miał ostre paszkwile antyżydowskie, posuwając się do sugestii, że niektórzy autorzy żydowscy zasługują na szubienicę a ich książki na spalenie)*. Respondenci nie wypowiadali się co prawda stricte o samej wielkiej wojnie, ale warto zapoznać się z ich głosami. Bądź co bądź wzięły w niej osoby, które mniej lub bardziej osobiście doświadczyły realiów tego konfliktu. Ogólny ton wypowiedzi można opisać jako podniosło-patriotyczny z popadaniem w tromtadrację. Choć wielu respondentów wyrażało myśl, iż ostatni konflikt tak różny od poprzednich wymagał nowego podejścia w literaturze, to ostatecznie to co mieli do zaproponowania ograniczało się do dawnego ethosu rycerskiego i Sienkiewicza. Pietrkiewicz podsumowując, stwierdził że "polska literatura specjalnie ukochała tematy wojskowe", co prawda względem tej tradycji odnotował pewne głosy krytyczne: "Irzykowski poddaje wprawdzie w wątpliwość ich pełną wartość literacką, zarzucając utworom batalistycznym zbytnią dekoracyjność, optyczność, supremację instynktu kamrackiego nad tragizmem śmierci i kalectwa, Wołoszynowski i zdecydowany w swej wypowiedzi Goetel zauważają przewagę wątków awanturniczych, naiwny kult przygody w opowieściach wojennych, Jalu Kurek, autor powieści o żołnierzu podczas pokoju pod tytułem 'Woda wyżej' zwalcza powierzchowny stosunek do wojska - chorągiewkowy i rewiowy...” (tamże), jednakże główny ton ankietowych wypowiedzi był zupełnie inny, nierzadko trącący kiepską propagandą. Głos Juliana Wołoszynowskiego: "Idea żołnierska w Polsce wyprowadza się z idei rycerskiej. Idea rycerska przewija się przez nasze dzieje, jest leitmotiwem, osią, krystalizującą nasze procesy historyczne. Ten motyw odwieczny historii polskiej odróżnia ja od innych narodów. Nasz stosunek do wojska w okresie niewoli, obładowany symbolami, stał się obrazkiem z przysłowiowymi: ułanem, koniem i dziewczyną. To był stosunek niejako 'cywilny'. 'Stoi ułan na widecie' - piosenka sielska. Rok 1914 odarł wojnę z obrazkowości. Rzeczywistość wojny zbudowała nową legendę literacką. Zaczęliśmy nawet przeszłość rozumieć inaczej. Na przykład Sienkiewicz. Kmicic-partyzant, to był ideał żołnierski 'powstańczy'; Polski 1905 r. Dziś Kmicic stracił na uroku. Na plan pierwszy wysuwa się Skrzetuski, żołnierz szeregu, żołnierz w mundurze. Partyzanctwo graniczyło z kultem przygody. Skrzetuski - to świadomość walki, to śmiałe spojrzenie obywatelskie". /nr 42 (80), z 23 października 1938 r./ A Zygmunt Nowakowski postulował: "Jeśli zaś idzie o lekturę prostych żołnierzy, którzy wyszli z chałupy - a takich jest przecież najwięcej - powinno się karmić ich książkami wyborowymi, w naj, naj, najlepszym gatunku (...) Więc oczywiście, na pierwszy ogień Trylogia (...) każdy żołnierz, awansując o jeden szczebel, powinien razem ze srebrnym paskiem starszego żołnierza dostawać którąś część Trylogii, szczególnie 'Potop' (...) Nic lepszego nad Trylogię nie wymyślimy z pewnością!". /nr 49 (87), z 11 grudnia 1938 r./ W wywiadzie z Zofią Kossak-Szczucką Pietrkiewicz zadaje pytanie, w którym sugeruje brak odpowiednio mocnego oddania doświadczeń ostatniej wojny w naszej sztuce: "Podsuwam zagadnienie, dlaczego wielkie przeżycia Polaków w okresie lat 1914-1920 nie znalazły potężnego odbicia w sztuce? - Tak eposu nie ma. Takiego eposu na miarę Żeromskiego. 'Popioły' wielkiej wojny. Przewaga pamiętników, wspomnień i luźnych przyczynków. Niektóre z nich są doskonałe. Ale to jeszcze nie to... Nie epos. Nawet Strug. 'Mogiła nieznanego żołnierza' - w niej można znaleźć dużo pięknych rzeczy. 'Żółty krzyż', mimo zakroju na epopeę, jest mi obcy (...) Wojciech Kossak twierdzi, że wielu z nas nie może odczuwać piękna wojny dzisiejszej, szarej, mechanicznej, wojny czołgów i samolotów, bo wychowało się w wizjach chorągiewek ułańskich, w kolorowej sielance, w romantycznym geście. Ale przyjdą nowi pisarze, którzy na pewno zrozumieją piękno nowej wojny, którzy ujrzą nowe barwy w szarzyźnie życia koszarowego (...) Żołnierkość jest w Polsce cechą plemienną. Jeden młody oficer powiedział do mnie: - Ach, żeby była wojna! Mniejsza o to, czy będzie krzyż drewniany, czy na piersi - ale krzyż! Te dwa krzyże to symbol stosunku Polaka do wojska". Kossak-Szczucka kończy słowami: "Obowiązkiem literatury współczesnej jest zająć zdecydowane stanowisko wobec idei Polski żołnierskiej. Literatura musi przywrócić kult cnót heroicznych". /nr 42 (80), z 23 października 1938 r./ Stanisław Rembek był autorem (jak najbardziej słusznie) cenionym za nowe ujęcie batalistyki, idąc za wzorem Stendhala a odcinającym się od naszej tradycji romantycznej. Nie bez kozery Tomasz Burek omawiał wojenną literaturę tego pisarza w podrozdziale zatytułowanym: "Rewizja stereotypów" (stawiając go obok Andrzeja Struga czy Kazimierza Wierzyńskiego), gdzie o jego twórczości napisał: "Obraz wojny, to obraz zamętu, obraz rozpadania się świadomości ludzkiej. Dzięki przeniesieniu do powieści wojennej techniki 'punktu widzenia', udało się Rembekowi przełamać heroizującą manierę narracji o przeżyciach wojennych na rzecz surowego i psychologicznie prawdopodobnego studium swych przeżyć. W unowocześnionym obrazie wojny zmienił się też całkowicie typ bohatera. Zamiast 'morowców' i trzymających fason zawadiaków, w jakich świeża tradycja literacka nakazywała widzieć żołnierzy niepodległości, Rembek wprowadził w centrum akcji wojennej człowieka, który, wśród koszmaru, co 'huczy, wyje, dymi i błyska, nie bardzo wie, dlaczego i o co walczy, którego zżera ;stary ból życia' i ogarnia, właściwe nowoczesnym bohaterom - kombatantom wojny, 'nękające pytanie, czy człowiek przypadkiem nie oszalał'. Wyraźny sens polemiczny miała śmierć głównego bohatera, porucznika Konrada (sic!) w 'Naganie'. Nie ginął on bowiem ofiarnie, licząc na pamięć potomności, ale ogarnięty nieprzemożonym zniechęceniem, rozczarowaniem do świata, nudą egzystencji, malaise, chorobą frontu, jakimś schopenhaueryzmem wojennym - popełniał samobójstwo. A ostatnie zdanie powieści brzmiało: 'Nikt w tej huczącej od wielu lat wojną okolicy nie zwrócił uwagi na samotny, głuchy wystrzał...'". /tegoż "Problemy wojny, rewolucji i niepodległości w zwierciadle prozy narracyjnej", w: "Literatura polska 1918-1975", T. I: 1918-1932, red. A. Brodzka, H. Zaworska, S. Żółkiewski, Warszawa 1975, s. 475-476/ Maria Janion odwołując się głównie do powieści Henriego Barbusse'a "Ogień: historia oddziału w okopach" wspomniała przy okazji i o Rembeku: "Przebicie się przez kłamliwość literatury staje się jednym z głównych problemów poznania wojny u tych pisarzy - demaskatorów. Niewielu mamy podobnych - to znaczy usiłujących stworzyć własny, krytyczny obraz wojny - utworów w Polsce. Kilka powieści wojennych Andrzeja Struga, 'W polu' Stanisława Rembeka', 'Sól ziemi' Józefa Wittlina". /tejże "Płacz generała. Eseje o wojnie", Warszawa 1998, s. 30/ I tenże sam Rembek 'wypełniając' ankietę zaprezentował tekst niczym z koszmarnie zredagowanego podręcznika politruka, w stylu książkowego pułkownika Aleksandra Gacewicza, który zażądał od kaprala Łomiszewskiego (w cywilu literata) napisania dlań przemówienia, w myśl instrukcji: "- Pan mi tu znowu włazisz ze swoją literaturą, gdzie pana nikt nie prosił! Co ja panu kazał? Ja kazał, żeby było po żołniersku, a pan mi znowu miamlisz swoje gorzkie żale o poległych, o cmentarzach... (...) A teraz marsz! I na godzinę osiemnastą żeby mi było gotowe, rozumiesz pan? Po naszemu, po sołdacku, prosto i jasno. Mocno a krótko. Patrjotycznie i morowo". /A. Strug "Uczta zwycięstwa", "Powieść i Nowela" (dodatek do pisma "Świat", R. XXII, nr 39), R. XIX, nr 39, 2 września 1927 r., s. 1/ Głos Rembeka: "Jesteśmy społeczeństwem żołnierskim w najlepszym tego słowa znaczeniu. Każdy Polak czuje się w pierwszym rzędzie żołnierzem, a mimo to nie ma w naszym kraju atmosfery koszarowej (...) Nasi oficerowie są skromni, dobrze wychowani, pełni taktu i wiedzy. Nasi podoficerowie są cisi, karni, doskonale wykształceni i obowiązkowi. Nasi żołnierze są pełni zapału do służby, pojętni i skłonni do poświęceń. Nasi rezerwiści są przywiązani do swych oddziałów i ochoczo zgłaszają się na wszelkie wezwanie (...) Zawdzięczamy to w pierwszym rzędzie literaturze, która zakonserwowała w nas cechy rycerskie, powołała pośrednio o życia rzeczywistego typ żołnierza - bojownika świętej sprawy i dźwignęła zawód żołnierki na wspaniały piedestał (...) Wystarczy wziąć za przykład stosunek bojowców z 1905 r. i legionistów Piłsudskiego do trylogii Sienkiewicza. Nasza literatura dała nam tę zbroję duchową, w jakiej przetrwaliśmy wojnę światową (...) Z wojny tej wyszliśmy dzięki niej w najlepszej formie ze wszystkich narodów europejskich". /nr 45 (83), z 13 listopada 1938 r./ Z tej dość jednogłośnej narracji ułańsko-tyrtejskiej wyłamywało się niewielu, bodajże najbardziej znanymi byli Andrzej Strug ze swą trylogią "Żółty Krzyż" (także za sprawą powieści "Klucz otchłani") i Józef Wittlin z "Solą ziemi" (również: "Hymny", "Wojna, pokój i dusza poety"), obaj; może nazbyt pochopnie; łączeni z literaturą pacyfistyczną. Choć rzadko się pamięta np. o Struga "Odznace za wierną służbę" (z 1921 r.) mieszczącej się w typowej literaturze tworzącej legendę legionową, która mogłaby stanąć na półce, jeśli nie obok to niedaleko literackich płodów Juliusza Kadena-Bandrowskiego, typu "Mogiły", "Rubikon" czy "Bitwa pod Konarami". Wittlin, pomimo młodzieńczych deklaracji o pacyfizmie zaciągnął się do wojska wraz ze swym przyjacielem Josephem Rothem (razem odbyli szkolenie w 21. Batalionie Feldjegrów). Dziesięć lat po wojnie Wittlin tak podsumował naszą wojenną literaturę: "Każdy naród, który czynnie przeżył wojnę światową, posiada w swoim dorobku tzw. literaturę wojenną. Przeważnie są to pamiętnikarskie wrażenia i opisy osobistych doznań, podlane tzw. sosem patriotycznym lub pacyfistycznym. (…) W literaturze polskiej, z przyczyn dość zrozumiałych, mamy do czynienia na ogół z samym tylko sosem, który w większej ilości jest nie do spożycia". /tegoż "Dwie powieści wojenne", w: "Orfeusz w piekle XX wieku", Kraków 2000, s. 468/ Jakim zatem jeszcze polskim literatom udało się skutecznie nie utonąć w tym sosie? * - I znów sobie ponarzekam... Artykuł przypisywany Pietrkiewiczowi - "Pacyfistyczna mafia" jest przykładem karuzeli bezkrytycznego przepisywania przez twórców różnorakich opracowań literackich, jak i przypisywania sobie znajomości oryginalnego tekstu, którego się nie przeczytało. Ewa Wielgosz podaje: "Wkrótce ukazał się kolejny pamflet J. Pietrkiewicza, 'Pacyfistyczna mafia', ogłoszony pod pseudonimem Eugenia Zdebska w „Polsce Zbrojnej” (1939, nr 30) i przedrukowany w tygodniku „Prosto z Mostu”...". /tejże "'Raptus Europae. Dziennik' Józefa Wittlina", "Pamiętnik Literacki", 2017, T. 108, nr 1, s. 152, przyp. 15/ Joanna Kuciel-Frydryszak podaje a nawet cytuje: "Stefania Zdebska w "Polsce Zbrojnej" (najprawdopodobniej pod tym pseudonimem ukrywa się Jerzy Pietrkiewicz) pisze o 'pacyfistycznej mafii': Słonimskim, Wittlinie i Tuwimie, przypomina ich wiersze z poprzednich lat i grzmi: 'Czy czynniki miarodajne i władze wojskowe wiedzą, że książki z cytowanymi wierszykami bezkarnie widnieją za witrynami księgarń?'..." i opatruje to przypisem: "Polska Zbrojna", 4 lutego 1939". /tejże "Słonimski. Heretyk na ambonie", Warszawa 2012, b.p. ed. elektron., przyp. 50/ W ramach projektu "Skamandrycka triada na emigracji. Edycja listów Jana Lechonia, Kazimierza Wierzyńskiego i Mieczysława Grydzewskiego", tworzonego przez Pracownię Dokumentacji Literatury Współczesnej IBL PAN i Nową Panoramę Literatury Polskiej IBL PAN, na stronie tei.nplp.pl można zapoznać się z oświadczeniem jakie Wierzyński przesłał Grydzewskiemu, jako redaktorowi "Wiadomości Literackich", które opublikowano w numerze 24 (z 4 czerwca 1939 r.) pod tytułem "W sprawie napaści na poetów". Czytamy w nim: "... Utwory te cytowane w artykule są mi ideowo obce, co uważam za stosowne tu zaznaczyć. Tym silniej jednak protestuję przeciw wystąpieniu p. Pietrkiewicza. Poezje, o których mowa, pochodzą sprzed dziesięciu, piętnastu i dwudziestu latZ tym stwierdzeniem Wierzyńskiego koresponduje fragment Kroniki tygodniowej Antoniego Słonimskiego („Wiadomości Literackie” 1939 nr 9 (801) z 26 lutego), w którym komentował tę samą metodę zastosowaną przez Pietrkiewicza w innym jego artykule, Pacyfistyczna mafia (podp. pseud.: Eugenia Zdebska, „Polska Zbrojna: 1939 nr 30): „Zacytowano tam trzy moje wiersze, przemilczając perfidnie, że były one pisane kilkanaście lat temu (...) Czy wystąpienie p. Pietrkiewicza przyczyni się do wzmożenia tej siły, pozostawiam do rozstrzygnięcia jego obywatelskiemu sumieniu. Kazimierz Wierzyński" /tamże "[przed 4 czerwca 1939], Wierzyński Kazimierz", dokument 485/ W IPSB, w biogramie Antoniego Słonimskiego stworzonym przez Romana Lotha, uznanego edytora, m.in. szefa Centrum Informacji Literaturoznawczej IBL PAN, przeczytamy: "Przedmiotem wielu napaści prasowych były pacyfistyczne poglądy S-ego, odczytywane jako program zmierzający do osłabienia państwowości. Wśród wielu ataków wyróżniły się publikacje Marii Jehanne Wielopolskiej 'Silni, zwarci, gotowi, ale... i czujni. Rzecz o wczorajszych dywersantach' (W. 1939) i Eugenii Zdebskiej (pseud.) - 'Pacyfistyczna mafia' ('Polska Zbrojna' 1939 nr 30)". Dorota Macieja: "... Słonimski, Tuwim, Wittlin opowiedzieli się za pacyfizmem. Według Grydzewskiego kampanię wszczęła Eugenia Zdebska w 1938 roku artykułem 'Pacyfistyczna mafia' zamieszczonym w 'Polsce Zbrojnej'". /tejże "Tygodnie Słonimskiego", Warszawa 2000, b.p., edyc. elektron./ Janina Kumaniecka: "Eugenia Zdebska (pseudonim) w „Polsce Zbrojnej" z lutego 1938 roku ogłosiła swój artykuł „Pacyfistyczna mafia", w którym atakowała przede wszystkim Słonimskiego, Tuwima i Wittlina". /tejże "Saga rodu Słonimskich", Warszawa 2003, b.p., edyc. elektron./ Paweł Maurycy Sobczak wskazując w zestawieniu bibliograficznym z jakich materiałów korzystał w swym opracowaniu, podaje: "Zdebska E. [wł. J. Pietrkiewicz], 'Pacyfistyczna mafia', "Polska Zbrojna' 1939, nr 30". /tegoż "Polscy pisarze wobec faszyzmu", Łódź 2015, s. 408/ Nina Taylor-Terlecka: "Na walnym zebraniu Związku Literatów Polskich w Warszawie w styczniu 1939 roku poeta Tadeusz Demczyk złożył wniosek o wycofanie z księgarń „pacyfistycznych” utworów wspomnianej trójki. O pacyfistycznej mafii rozpisała się w „Polsce Zbrojnej” niejaka Zdębska: „Czy czynniki miarodajne i władze wojskowe wiedzą, że książki z cytowanymi wierszykami bezkarnie widnieją za witrynami księgarń? Może znajdzie się jakiś poseł, który w tej sprawie wniesie interpelację w Sejmie?”20". I stosowny do tego przypis: "20 Eugenia Zdębska, Pacyfistyczna mafia, „Polska Zbrojna” z 4 lutego 1939. Podaję za: A. Kowalczykowa, 'Liryki Słonimskiego 1918–1935', Warszawa 1967, s. 121". /tejże "'Ja, Józef Wittlin, z pokolenia Judy' - Józef Wittlin i świat kultury żydowskiej", w: "Żydzi Wschodniej Polski", Ser. II "W blasku i w cieniu historii" red. J. Ławski, B. Olech, Białystok 2014, s. 369/ I podobnie wielu, wielu innych autorów... Pal licho, że wszyscy piszą o artykule w "Polsce Zbrojnej" gdy ten ukazał się w dodatku do tej gazety - "Tydzień Literacki Polski Zbrojnej". Pal licho, że ostatnia z wymienionych autorek błędnie przepisuje, gdyż w studium Aliny Kowalczykowej jest: "Zdebska" (jak najbardziej prawidłowo). Pal licho, że ktoś cytował fragmenty z tego artykułu bądź jedynie powoływał się na ten artykuł z drugiej ręki, zawierzając autorowi innego opracowania i w ten sposób powielał błąd. Oczywiście - pal licho jeśli zaznaczył w przypisie z kogo czerpał. Jeśli np. pani Kuciel-Frydryszak (podobnie p. Sobczak) podaje cytat z tego artykułu i w przypisie odwołuje się jedynie do tegoż artykułu to oznacza, że przeczytała go a nie, że przeczytała o nim u kogoś. Tyle że artykułu nie czytała, na co wskazuje podanie błędnego tytułu czasopisma jak i niewłaściwej daty. Można by powiedzieć: pomyliła się w dacie dziennej, tylko jakoś trudno mi w to uwierzyć gdyż zbyt często w starszych pracach pada właśnie błędna data "4 lutego 1939". Zatem: ani nr 30, ani 4 lutego 1939 r., ani 2 lutego 1939 r. (jak podał jeden z autorów na łamach "Twórczości" z 1977 r.), ani luty 1938 r., tylko: "Tydzień Literacki..." nr 6 (95) z 5 lutego 1939 roku. I przez takie podejście straciłem dwa dni na szukanie artykułu w miejscu w którym nie mogłem go znaleźć.
  22. Jakoś nie zauważyłem takiego popisywania się, chyba że za takowe uznaje euklides podanie cytatu z anglojęzycznej pozycji w brzmieniu oryginalnym; zważywszy iż on sam często posiłkuje się tekstami napisanymi w języku francuskim, tylko na prośbę o cytat ma z tym duże problemy - to mogę zrozumieć jego frustrację. Z grzeczności nie powiem jednak, że pewnie to go przerasta... Cóż, refleksję to może wzbudzić tekst i zawarte w nim stwierdzenia, trudno oczekiwać byśmy dyskutowali nad samym tytułem. Tytuł może być mylącym, przekornym, świadomie tak skonstruowanym by czytelnika sprowokować czy właśnie zszokować. Wreszcie sięgając np. po książkę Andrzeja Turowskiego "Parowóz dziejów" nie oczekujemy wykładu o wkładzie kolejnictwa w rozwój dziejowy a dwa podobnie brzmiące tytuły: "Eating People is Wrong" i "Is Eating People Wrong?" (odpowiednio: Malcolma Bradbury'ego i Allana Hutchinsona) ni traktują o pożytkach kulinarnych z kanibalizmu. Tak z ciekawości - czytał euklides ten esej czy jedynie zatrzymał się zszokowany samym tytułem? O ile wiem, to żaden z czytelników Quincey'a, którzy życzliwie i z zaciekawieniem przyjęli jego tekst, nie podjął działań mogących mieć zgubne konsekwencje demograficzne. Ograniczając się, do tak bliskiej sercu euklidesa kultury francuskiej: ani Charles-Marie-Georges Huysmans, ani Charles Baudelaire, Théophile Gautier czy Paul Bourget. Ani wreszcie André Breton, który; nie podzielając chyba w pełni obiekcji euklidesa; umieścił inkryminowany esej w zbiorze: "Anthologie de l’humour noir". Skoro tytuł ten tak zszokował euklidesa, to nieco dziwi, że nie podał jako kandydata na tę listę Jean-Paula Sartre'a, jako autora eseju "Saint Genet, comédien et martyr", jakoś to niekonsekwentne.
  23. Choć Hunter rzeczywiście stał się ojcem chrzestnym tego terminu to termin; w dobie wojny koreańskiej; pojawiał się wcześniej u innych, choćby w raporcie Paula Linebargera "Possible Operations Research in FEC Psychological Warfare" pojawia się termin: "brain washing", czy u znanego francuskiego korespondenta Agence Havas/Agence France-Presse - Roberta Guillaina, który metodę chińskich komunistów na łamach "The Guardian" (ze 3 stycznia 1950 r.) określił jako: "washing one's brains” czy: “laying one's heart on the table". Hunter po raz pierwszy szerszej publiczności termin ten zaprezentował dopiero 24 września 1950 r., w swym artykule "Brain Washing Tactics Force Chinese into Ranks of the Communist Party" opublikowanym w "Miami News". /za: M. Holmes "Edward Hunter and the origins of 'brainwashing'", tekst dostępny na stronie: bbk.ac.uk/ Słownik Merriam-Webster podaje przykłady użycia tego terminu w gazetach z lat trzydziestych XX wieku (przy okazji podaje też użycie tego terminu w indyjskiej gazecie "The Times of India" z 23 stycznia 1950 r., zatem wcześniej niż w publikacji Huntera). Używano go głównie jako terminu medycznego dla określenia skuteczności efektów terapii wobec osób uzależnionych bądź chorych psychicznie. Dodać można, że zwrot: "brain wash" czy "brainwashing" (pisane łącznie bądź rozdzielnie) był obecny w angielszczyźnie gdzieś tak od 1850 roku, i jeśli chodzi o częstość użycia miał swe piki w okresach: 1851-1856, 1916-1923, 1928-1931 i w 1941 roku.
  24. Czy można było zapobiec II Wojnie Światowej?

    To oczywiście - w wymiarze temporalnym - święta racja. Gdy będziemy datować powstanie Republiki Weimarskiej od konstytucji, a nie od zebrania Weimarer Nationalversammlung - to możemy nawet bronić opinii, że jej jeszcze wówczas nie było. W mojej ocenie, nie zmienia to jednak zasadności i sensu moich uwag. Chciano "jeszcze bardziej na lewo lub na prawo" od tego co w bólach powstawało, a potem próbowało istnieć. Separatyzm nie był tu zasadniczym problemem.
  25. Czy można było zapobiec II Wojnie Światowej?

    No, gdy "Republika Bawarska" wystrzelila to republika Weimarska chyba jeszcze nie specjalnie okrzepla, w kazdym razie chyba nie na tyle by ja mozna bylo zaczac nielubic. To zas moze swiadczyc, ze te sentymenty odsrodkowe jeszcze nie oslably tak mocno.
  26. II WŚ - ciekawostki

    Ostatnio natrafiłem przypadkiem na informację o bardzo ciekawej postaci. Rosyjski uczony Nikołaj Aleksandrowicz Morozow, człowiek o niezwykle bogatym życiorysie, był prawdopodobnie najstarszym udokumentowanym kombatantem regularnej armii II wojny światowej, a może i w ogóle (biorąc pod uwagę czasy nazwijmy to nowoczesne, gdy prowadzono wiarygodną ewidencję dat urodzenia). N.A.Morozow urodził się w 1854 r. Jeszcze jako gimnazjalista związał się z rewolucyjnym ruchem "narodników" dążących w skrócie do "przebudzenia" rosyjskiego ludu i wzniecenia w nim idei rewolucyjnych. Był jednym z założycieli organizacji terrorystycznej Narodnaja Wola. Za udział w przygotowywaniu zamachu na cara był ścigany i musiał uciekać za granicę. Przy próbie nielegalnego powrotu do Rosji w 1881 został aresztowany. Skazano go na dożywotnie więzienie. Wyrok odbywał w Twierdzy Pietropawłowskiej, potem w Szlisselburgu. W więzieniu poświęcił się samokształceniu i pracy naukowej. Sprowadzał sobie książki i czasopisma. Nauczył się 11 obcych języków. Napisał szereg prac z dziedziny fizyki, chemii, matematyki, biologii, aeronautyki, ekonomii, historii i in., a także wspomnienia, wiersze, opowiadania fantastyczne... łącznie 26 tomów rękopisów (!!) W ramach amnestii 1905 został zwolniony z więzienia (był jeszcze potem kilka razy skazywany na krótsze już wyroki, łącznie spędził w "tiurmie" ok. 30 lat). Został członkiem rosyjskiego towarzystwa naukowego ROLM, a także loży masońskiej . W latach rewolucji cieszył się szacunkiem wszystkich ugrupowań, jako jeden z ostatnich żyjących "narodowolców". Działalność polityczną jednak zarzucił na rzecz naukowej. Od 1918 do końca życia był dyrektorem Instytutu Nauk Ścisłych im. P.F.Lesgrafta (Естественно-научный институт имени П. Ф. Лесгафта). zajmował się tam m in. zagadnieniami aeronautyki, opracował prototypy skafandrów ciśnieniowych do lotów na dużych wysokościach. W 1932 został członkiem Akademii Nauk ZSRR. W 1939 zorganizował stację badań geofizycznych w miejscowości Borok, skąd pochodził. Pod koniec lat 30. a więc dobrze już po 80-ce Morozow zapisał się na kursy organizowane przez paramilitarną organizację OSOWIACHIM. Ukończył z wyróżnieniem kurs strzelca wyborowego. Gdy wybuchła wojna z Niemcami Morozow znajdował się w Leningradzie. Od początku oblężenia "bombardował" komendanturę miast apetycjami i prośbami o skierowanie go na front, którym konsekwentnie odmawiano. W końcu wziął się na sposób i napisał, że właśnie opracował nowy model celownika optycznego do karabinu i prosi o możliwość przetestowania go w warunkach polowych. Dostał zgodę na 30 dni ochotniczej służby i skierowano go do batalionu walczącego na froncie wołchowskim, gdzie zgłoszono zapotrzebowanie na snajpera. Dowódca batalionu był nieco zszokowany, że dostał 87-letniego dziadka Morozow jednak spokojnie wyjaśnił że nie domaga się żadnego specjalnego traktowania i że zna się na swojej robocie. Znalazł sobie zamaskowane stanowisko i po kilku godzinach wypatrzył i zastrzelił niemieckiego oficera. Dziadek okazał się dość efektywny i w trakcie swojej 30-dniowej "delegacji" zlikwidował około 10 hitlerowców. Potem jednak mimo wszelkich protestów odesłano go na tyły i na front już nie wrócił. W 1944 odznaczono go medalem za obronę Leningradu oraz orderem Lenina. Morozow doczekał końca wojny, zmarł latem 1946 r. Link: Nkołaj Aleksandrowicz Morozow
  27. Earlier
  28. Czy można było zapobiec II Wojnie Światowej?

    Powyższe (oraz inne) pomysły i działania są dla mnie raczej dowodem na dosyć silną skrajnie prawicową i skrajnie lewicową kontestację Republiki Weimarskiej (na którą to kontestację oczywiście nakładała się specyfika federalnego przecież - aż do 1933 roku - charakteru państwa), a nie na jakąś eksplozję tendencji separatystycznych.
  29. Czy można było zapobiec II Wojnie Światowej?

    I tu się zaczął cały brunatny bigos...
  1. Load more activity
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.