Speedy

Użytkownicy
  • Zawartość

    854
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    2

Ostatnia wygrana Speedy w Rankingu w dniu 1 Czerwiec

Speedy posiada najczęściej lubianą zawartość!

Reputacja

3 Neutral

O Speedy

  • Tytuł
    Ranga: Doktor habilitowany
  • Urodziny

Informacje o profilu

  • Lokalizacja
    WaWa
  • Zainteresowania
    militaria wszelakie

Ostatnie wizyty

1231 wyświetleń profilu
  1. Tego nie wiem; nie bardzo już nawet szczerze mówiąc pamiętam, skąd zaczerpnąłem informacje do tego co pisałem 7 lat temu :). Interesowałem się wtedy tą sprawą w związku z wojną partyzancką w Missouri. Rzeczywiście masz rację, wygląda na to że było trochę inaczej. Z braćmi Ford konspirowali gubernator Thomas T. Crittenden oraz szeryf James Timberlake i marszal Henry H. Craig, którzy wcześniej ścigali już gang Jamesów-Youngerów. Za zabicie Jesse Jamesa obiecano Fordom ułaskawienie oraz 10.000$ nagrody (wg innej wersji po 5000 za każdego z braci James). Oczywiście to śmierdząca sprawa, władza nie może sobie ot tak spiskować w celu skrytobójczego zabicia jakiegoś faceta, choćby i niebezpiecznego bandyty. Po śmierci Jamesa gubernator oficjalnie wszystkiemu zaprzeczył, Fordów owszem ułaskawił, ale jak podaje wiki wypłacono im tylko drobną część nagrody, większość otrzymali Timberlake i Craig.
  2. Ejże, pocisków HEAT to chyba do tego nie było. Tę rolę pełni u Brytyjczyków właśnie HESH. Były za to, oprócz APDS, wprowadzone później APFSDS. I był pocisk dymny z białym fosforem (WP) oraz kartacz (Canister). Ideałem byłby uniwersalny pocisk do wszystkiego, ale oczywiście tak się nie da. Niemcy w swej 120 mm armacie Rheinmetall zakładali początkowo tylko dwa rodzaje pocisków: ppanc. APFSDS (u nich zwany wtedy KE - Kinetische Energie) oraz kumulacyjny HEAT, pełniący też rolę pocisku odł.-burz. (zwany MZ - Mehrzweck - wielocelowy, wielozadaniowy, coś w tym rodzaju). Nie jestem pewien czy był już w nim ten chytry zapalnik z funkcją "graze" - zagłębiania się - czy dodali go dopiero Amerykanie w swojej wersji tego pocisku oznaczonej M830 HEDP (High Explosive Dual Purpose - burzący podwójnego przeznaczenia, a później MPAT - Multipurpose Anti Tank). Zapalnik ten rozróżnia sytuację uderzenia w twardą przeszkodę - wtedy następuje natychmiastowa detonacja dla uzyskania optymalnego efektu kumulacyjnego - oraz w przeszkodę miękką, w tym przypadku detonacja następuje z krótką zwłoką, po zagłębieniu się pocisku w przeszkodę. Ale nie podobała im się taka duża różnica w balistyce: podkalibrowy (zwany u nich później KEP - Kinetic Energy Penetrator) miał te swoje 1500-1600 m/s a HEDP 1100. No i zrobili nowy MPAT M830A1, mimo podobnego oznaczenia kompletnie inny, podkalibrowy, żeby było śmieszniej, a ponieważ był lżejszy to miał prędkość pocz. 1340 m/s i tę trajektorię już bardziej podobną. I jeszcze jeden miał bajerek, opcjonalny zapalnik zbliżeniowy na podczerwień (ta funkcja musiała być ręcznie odblokowana przez ładowniczego) wprowadzony z myślą o strzelaniu do śmigłowców w zawisie. Na jego podstawie opracowano jeszcze taki przeciwbetonowy M908 Obstacle Defeating Round, zastępując ten czołowy zapalnik zbliżeniowy stożkowatą kształtką z litej stali, pozwalającą na efektywne wbijanie się w przeszkody. No i Amerykanie zrobili jeszcze kartacz M1028 (z wolframowymi lotkami).
  3. Teraz nie pomogę, bo jeszcze w pracy siedzę a tu mam takie rzeczy poblokowane. Może jutro lub w długi weekend. Tu cię tak do końca nie zrozumiałem. Wydaje mi się, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Współcześnie stosowane automaty ładujące dają ładowniczemu możliwość wybrania dowolnego naboju z magazynu. Czyli jak ma ich kilka rodzajów no to też ma wybór. Nawet chyba stare T-64 tak miały - 3-4 rodzaje naboi i programowanie automatu przy napełnianiu magazynu, w której jego "kasecie" co jest. Na ile się orientuję, Armata ma karuzelowy automat umieszczony pod wieżą, na wzór wcześniejszych rosyjskich czołgów. Być może jest tam taka różnica ("chodziły" takie rysunki) że zarówno pociski jak ładunki miotające są w nim ułożone pionowo. Ważne jest co innego, przedział bojowy jest tam bezzałogowy. Załoga zajmuje miejsce w przodzie wozu, oddzielona od przedz. boj. pancerną ścianką, i stamtąd zdalnie steruje wieżą, uzbrojeniem itd. korzystając z obrazu transmitowanego z przyrządów obserwacyjnych i celowniczych w wieży. Co do jakichś zaawansowanych zabezpieczeń, paneli wybuchowych itp. nic niestety nie wiadomo. No ale powiedzmy przy typowo rosyjskiej sytuacji wybuchu ładunków miotających zapewne cała wieża zostanie wyrwana, jako taki swego rodzaju panel dobra, to taka złośliwość była moja tylko. Ogólnie to nie jest zły pomysł, projekty koncepcyjne takiego rozwiązania pokazywały się chyba jeszcze w l. 70., fajnie że ktoś to zrobił. Czego bym się czepnął... oczywiście rosyjskiej bylejakości (spektakularne awarie wektroniki unieruchamiające czołg na pokazach i defiladach). A z takich innych rzeczy, może jednak warto byłoby założyć z powrotem system przedmuchiwania lufy. Nie zrobiono go, bo po co, w bezzałogowym przedziale nikt się przecież nie zaczadzi. Ale na filmikach ze strzelań widać masę dymu wydobywającego się po strzale wszelkimi szczelinami, spod wieży itp. Po większym starciu czy ćwiczeniach goście będą kubłami stamtąd sadze wygarniać...
  4. Znaczy w Abramsie to chyba się samo robi. Ładowniczy naciska nogą przycisk otwierający drzwiczki, a jak go zwolni to drzwi się zamykają. W Leo 2 nie wiem szczerze mówiąc.
  5. Z czołgów które wymieniłeś jedynie rosyjski T-90 i francuski Leclerc mają mechanizm automatycznie ładujący armatę nabojami dosyłanymi z magazynu. T-90 strzela w tempie około 8-9/min, Leclerc do 12/min. Pozostałe z wymienionych czołgów mają armaty ładowane ręcznie przez ładowniczego. Tak więc trudno tu mówić o jakiejś ustalonej szybkostrzelności - zależy ona od warunków fizycznych ładowniczego, jego wyszkolenia, zmęczenia... Orientacyjnie przyjmuje się, że wyszkolony ładowniczy jest w stanie strzelać ze 120 mm armaty na scalone naboje szybciej od automatu w T-72 (a T-90 jest jego wersją), a 2 - 3 strzały oddać w tempie nawet ponad 10-12/min. Ale dotyczy to właśnie tylko kilku strzałów, potem jak się zmęczy to już działa wolniej. Z Challengerem jest jeszcze troszkę inaczej. On ma armatę rozdzielnego ładowania: oddzielnie wkłada się pocisk, oddzielnie pojemnik z ładunkiem miotającym, oddzielnie zapłonnik (ale jego można nie liczyć w zasadzie - zapłonniki podawane są automatycznie z magazynka w obsadzie zamkowej na 10 bodajże sztuk czy 15, więc tylko co te 10 czy 15 strzałów trzeba wymienić ów magazynek). Czyli niby powinno być wolniej, ale nie tak do końca. Bo jednak ładuje się lżejsze i krótsze przedmioty; i zdaje się też że Challenger ma taki podajnik wspomagający ładowanie - układa się na nim pocisk a mechanizm pakuje go do lufy. Brytyjczycy twierdzą, że da się strzelać w tempie 6-10/min. "Jakaś" osłona magazynu amunicji to zawsze jest, no nie? Przypuszczam, że bardziej chodziło ci o zabezpieczenie załogi przed wybuchem/pożarem amunicji. Najdoskonalsze pod tym względem rozwiązanie zastosowano w amerykańskim M1. Główna część zapasu amunicji przechowywana jest w magazynie (w zasadzie to są dwa oddzielne magazyny po 18 naboi) w tyle wieży, za pancerną ścianką z drzwiczkami otwieranymi przez ładowniczego tylko na kilka sekund dla wyjęcia naboju i zamykającymi się automatycznie zaraz potem. Płyty pancerne nad magazynem są celowo słabiej umocowane i stanowią tak zwane "panele wybuchowe" czy wydmuchowe (blow-out panels). W przypadku zapalenia się amunicji skok ciśnienia powoduje wyrwanie tych paneli i swobodny wypływ gazów spalinowych na zewnątrz, a nie do przedziału bojowego. I jeszcze kilka naboi (8 chyba) jest w magazynie w kadłubie, również oddzielonym pancerną ścianką, z automatycznymi drzwiami i panelami wybuchowymi. Gorzej nieco jest w Leopardzie 2. Część amunicji (15) jest w magazynie z tyłu wieży, zabezpieczonym podobnie jak w M1 (pancerna przegroda i drzwiczki, panele wybuchowe). Reszta (27) jest w magazynie z przodu kadłuba, obok kierowcy, w indywidualnych pancernych rurach. Tu już nie ma paneli wybuchowych. Leclerc ma podobnie. 22 naboje są w magazynie automatu ładującego z tyłu wieży (pancerne drzwiczki, panele wybuchowe), pozostałe 18 w przodzie kadłuba - tu nie jestem pewien jak są zabezpieczone, chyba tylko indywidualne gniazda rurowe jak w Leo 2. Challenger ma naboje w indywidualnych gniazdach w pancernych pojemnikach i zdaje się w dodatku "mokrych" (z podwójnymi ściankami wypełnionymi wodą dla zmniejszenia ryzyka pożaru). Ale niestety nie jest to tak dobra ochrona, bo one są jednak wciąż w przedziale załogi. W incydencie typu friendly fire w 2003 w Iraku jeden Challenger ostrzelał innego, trafiając go pociskiem HESH w strop wieży (być może też w otwarty właz). Odłamki pancerza (a może też gazy wybuchowe przez otwarty właz) wywołały pożar i wybuch amunicji. 2 członków załogi zginęło, 2 pozostałych odniosło ciężkie obrażenia. W automacie ładowania rosyjskiego T-72 (T-90 to kolejna jego wersja) znajdują się 22 naboje, w obrotowym magazynie - podajniku pod wieżą. Nie są one oddzielone od załogi. Pozostałe 21 porozrzucano po kątach. Najwięcej jest w magazynie z tyłu przedziału bojowego za wieżą, trochę z przodu z prawej strony i jeszcze kilka naboi z przodu z lewej. Stąd niestety te koszmarne eksplozje rosyjskich czołgów, regularnie powtarzające się przy niemal każdym trafieniu z przebiciem pancerza.
  6. Czuję się w obowiązku dopisać coś o pocisku Pomeroy. Chociaż wyjaśnienie jakie znalazłem nie przekonuje mnie specjalnie, wcale nie wiem czy taki był mechanizm całego procesu, to wypada się chyba tą informacją podzielić. Otóż było to zrobione tak, że w pocisku znajdowała się nitrogliceryna zaadsorbowana na porowatym materiale w rodzaju bibuły. Ten swoisty dynamit był tak zbilansowany że miał bardzo niską wrażliwość i nie wybuchał przy wystrzale. Ale gdy pocisk przeszedł przez gwint lufy i uzyskał ruch obrotowy, NG ulegała "odwirowaniu" z bibuły i w postaci ciekłej gromadziła się na ściankach wewnętrznych płaszcza. W momencie uderzenia w przeszkodę ta warstewka ciekłej NG była na tyle wrażliwa, że eksplodowała. Cóż, może i tak... Jeśli faktycznie Pomeroy jako tako eksplodował o te płócienne balony i sterowce no to kto wie. Bo przy porządnym uderzeniu to ja bym obstawiał, że NG/dynamit bibułowy był ściskany między ołowianym rdzeniem z tyłu a wgniatającym się czepcem z przodu i od tego wybuchał.
  7. Powiedziałbym, że coś było nie tak już na etapie projektowania Wspomniane okręty były tzw. krążownikami liniowymi (battlecruiser). Był to brytyjski pomysł z początku wieku: okręt wielkości pancernika i z podobną artylerią główną, mający większą prędkość i zasięg dzięki rozbudowanej siłowni, ale kosztem wyraźnie słabszego opancerzenia. Zasadniczo miały służyć do polowania na wszystkie słabsze i starsze krążowniki, a starcia z pancernikami raczej unikać. Ale też pełniły rolę szybkiego skrzydła floty liniowej, prowadząc rozpoznanie, pościg, tak że i tak starcia z pancernikami były nieuniknione. Te które eksplodowały w bitwie jutlandzkiej (w kolejności wylatywania w powietrze): - około 16 HMS Indefatigable oberwał trafienia w rufę 2-3 pociskami 280 mm z niemieckiego krążownika liniowego Von der Tann z odległości 11,8 km. Prawdopodobnie doszło wówczas do eksplozji w komorach amunicyjnych wieży rufowej i zniszczenia dna okrętu; Indefatigable odpadł z szyku i zaczął tonąć w przegłębieniu na rufę. W tym momencie spadła na niego jeszcze jedna salwa - trafiona została przednia nadbudówka i dziobowa wieża. Tym razem ewidentnie doszło już do eksplozji amunicji, dym, płomienie i fragmenty konstrukcji zostały wyrzucone wysoko w powietrze. Z 1019 osób załogi uratowały się 3. - o 16:26 HMS Queen Mary wymieniająca ciosy z niemieckim krążownikiem liniowym SMS Derfflinger z odległości 13,2 km została trafiona pociskiem 305 mm w dziób, co spowodowało eksplozję komór amunicyjnych wieży A (zapewne potem także pozostałych). Okręt przełamał się i szybko zatonął. Zginęło 1266 marynarzy, uratowano 18. - o 18:30 HMS Invincible został trafiony również przez Derfflingera lub przez bliźniaczy okręt Lützow. Pocisk wypatroszył wieżę Q (na śródokręciu) przebijając jej przednią część i wyrywając dach, i doprowadził do eksplozji jej magazynów, która przełamała okręt. Invincible zatonął w ciągu kilkudziesięciu sekund; Zginęło 1026 marynarzy, uratowało się 6 (w tym co ciekawe jedna osoba z personelu wieży Q!) W przeciwieństwie do brytyjskich, niemieckie krążowniki liniowe nie były aż takie ekstremalne i miały jednak w miarę sensowny pancerz. Dla porównania: - Invincible i Indefatigable miały maksymalną grubość psa burtowego 152 mm, a czoła wież i barbety - 178 mm, pokład max. 64 mm - Queen Mary, troszkę nowszy miał maksymalną grubość psa burtowego a także czoła wież i barbety równe 229 mm, pokład również 64 mm - Von der Tann, rówieśnik w przybliżeniu Indefatigable'a miał pas burtowy max. 250 mm, czoła wież 230 mm - Derfflinger miał 300 mm pas burtowy i 270 mm czoła wież (za to pokład zdaje się jakiś zupełnie symboliczny) Hood, mimo że formalnie też klasyfikowany jako battlecruiser, miał już ten pancerz w miarę przyzwoity: pas burtowy max. 305 mm, czoła wież max.381 mm, barbety max. 305 mm, pokład niestety nadal słaby (76 mm). Walczący z nim Bismarck radykalnie grubszy miał tylko pokład (100-120 mm), pas burtowy grubszy był nieznacznie (320 mm) a czoła wież miały 360 mm.
  8. He he, no a nie? Gdyby nie chińska interwencja, to byłoby po Kimie. Po kontrataku z września 1950 wojska ONZ kontrolowały w pewnym momencie 90% Korei Pn. Chińska ofensywa rozpoczęta w listopadzie zepchnęła je daleko na południe, pozbierali się jednak i kontratakowali. W lipcu 1951 front ustalił się na płn. od 38. równoleżnika i rozpoczęły się rozmowy pokojowe - co i raz zrywane i dochodziło do starć, ale już o lokalnym charakterze, mającym na celu "uporządkowanie" linii frontu (np. zajęcia jakiegoś wzgórza z którego wróg miał wgląd w pozycje przeciwnika) - generalnie wygrywanych przez oddziały ONZ. he he, no a nie? Ilekroć dochodziło do konfrontacji z amerykańskim wojskiem, to Północni zbierali bęcki. Słynna ofensywa Tet, propagandowo wygrana przez komunistów, pod względem wojskowym zakończyła się klapą, a Vietcong praktycznie przestał istnieć (potem jego rolę pełniły jednostki specjalne armii Północnego Wietnamu). Dopiero w dwa lata po wycofaniu się Amerykanów Północ zebrała dość sił, by pokonać Wietnam Południowy w błyskawicznej kampanii.
  9. W 1945 siły ZSRR na froncie wschodnim liczyły około 6 mln. Alianci zachodni byli mniej liczni (4,5 mln), co jednak w pewnym stopniu mogli nadrabiać większą ruchliwością z uwagi na nieporównanie większy stopień zmotoryzowania swoich wojsk (ciekawy przykład: 1. Dywizja Pancerna gen. Maczka, jednostka PSZ licząca etatowo ok. 15 tys. ludzi miała nieco ponad 5 tys. samochodów różnego rodzaju; całe Ludowe Wojsko Polskie mające wiosną 1945 ponad 330 tys. ludzi dysponowało ponad 12 tys. samochodów). O wiele nowocześniejsza była też artyleria Zachodu, dysponująca samobieżnymi działami i własnym lotnictwem do korygowania ognia. Ponadto w tej hipotetycznej wojnie po stronie aliantów zach. wzięłyby zapewne udział jakieś oddziały niemieckie. Trudno powiedzieć ile alianci mogliby (i chcieliby) ich sformować w sensie liczebności, ale nawet jakby ich tylko wykorzystać do zadań tyłowych to już byłoby sporo. W lotnictwie z kolei było na odwrót: Rosjanie dysponowali około 15 tys. samolotów, Alianci zachodni ok. 21 tys. w dodatku generalnie mocniejszych i nowocześniejszych niż rosyjskie. Sądzę, że nie - raczej utknęliby dość szybko w środkowych Niemczech. Wąskim gardłem zaopatrzenia rosyjskiego frontu była Polska, przez którą prowadziły wówczas w zasadzie tylko 4 linie kolejowe wschód-zachód. Większość mostów została zniszczona w toku działań wojennych, nieliczne odbudowano prowizorycznie. Niewiele wcześniej, wiosną 1945 lotnictwo aliantów zachodnich zdołało praktycznie sparaliżować niemiecką sieć kolejową, nieporównanie gęstszą i bardziej rozbudowaną, niż ta w Polsce, przez systematyczne, wielokrotnie ponawiane ataki na węzły kolejowe, mosty i same pociągi. Należy przypuszczać, że odcięcie Rosjanom zaopatrzenia nastąpiłoby w podobny sposób. Kolejny słaby punkt to przeprawy przez Odrę, których Rosjanie nie byli w stanie obronić nawet przed rachityczną Luftwaffe. Mosty saperskie i pontonowe były regularnie niszczone, a Rosjanie regularnie je odbudowywali - zaś Niemcy nie mieli już dość samolotów i paliwa by im w tej odbudowie przeszkadzać. Z aliantami zachodnimi byłoby jednak inaczej - dysponowali oni znacznie większymi zasobami i mogliby sobie na to pozwolić. Z drugiej zaś strony Rosjanie nie byliby w stanie poważnie zagrozić alianckim liniom zaopatrzenia. Nie dysponując lotnictwem strategicznym ani silną flotą nie byliby w stanie operować przeciwko atlantyckim szlakom komunikacyjnym, brytyjskim czy europejskim portom. ... Aż do momentu przebazowania do Europy jakichś jednostek B-29. Z Londynu do Moskwy jest jakieś 2500 km (z baz na kontynencie, np. w Niemczech setki km bliżej). Promień działania wspomnianego bombowca to jakieś 2600-2800 km. Faktycznie natomiast czy dałoby się na masową skalę prowadzić ataki na tak odległe cele... na pewno nie od razu, nie od samego początku.
  10. Dlatego też wątek zatytułowany jest "Stalin atakuje zachód...". On się akurat nie musiał nadmiernie przejmować tym, na co chęć ma jego społeczeństwo. He he, gdyby Stalin ocenił, że ma szanse na podbój Europy Zachodniej lub przynajmniej sporego jej kawałka - całych Niemiec, Danii, Benelux-u, Francji... to myślisz że wolałby zamiast tego Kuryle i Sachalin? Ale słusznie chyba ocenił że takich szans nie ma i na nowy konflikt się nie zdecydował.
  11. Podstawowa wada Pantery to skomplikowany układ jezdny i układ przeniesienia napędu, który miał opinię awaryjnego i wymagającego wykwalifikowanej obsługi przy serwisowaniu. To chyba cena jaką zapłacono za wysokie stosunkowo osiągi. Przy prawie 1,5x większej masie Pantera miała podobne parametry jezdne co T-34-85 o którego ktoś tu pytał. A przy tym dało się zrobić sensowny pancerz - 80 mm z przodu kadłuba i 100 mm z przodu wieży. T-34-85 pancerz kadłuba grubości 45 mm odziedziczył po swoim przodku i nie dało się z tym wiele zrobić - z uwagi na posadowienie wieży nieco z przodu kadłuba przód ten był i tak przeciążony i pogrubienie pancerza nie wchodziło w grę. A jak na rok 1944-45 to już było o wiele za słabo. Co do uzbrojenia, tu można chyba przytoczyć to co wcześniej mówiłem o IS-ie. Rosjanie przywiązywali równie wielką wagę do niszczenia umocnień polowych i obiektów fortyfikacyjnych co i wrogich czołgów. Preferowali więc działa o większym kalibrze, aby uzyskać większy pocisk odłamkowo-burzący. Niemcy przede wszystkim nastawiali się na obronę przed wrogimi czołgami, bo w tym zakresie przewaga aliantów była przytłaczająca. Zdecydowali się więc na armatę przeciwpancerną o bardzo wysokich parametrach balistycznych i nie tak dużym kalibrze, żeby mieć większą szybkostrzelność w sytuacjach pojedynku.
  12. Ja zaś przejrzałem zdjęcia ruin po nalocie, bo moją uwagę zwracał właśnie brak ulicznych latarń. Ale jednak były - tam było to zrobione tą nieco archaiczną metodą, z przewodami puszczonymi po budynkach i latarniami wiszącymi na przewodach przeciągniętych w poprzek ulic lub na budynkach właśnie. A nie na słupach, może nie było tam na nie miejsca po prostu. Te pytania to w związku z hipotezą Andreasa, że bomb zapalających nie zrzucano w ogóle, a pożary mogły być wynikiem samych bomb burzących. Jak mówię to nie jest niemożliwe, ale mniej jednak prawdopodobne. To się zdarza przede wszystkim w sytuacji, gdy bomby burzące trafiły w cel w rodzaju wielkich magazynów paliwa i właśnie rozlewające się wokoło paliwo podpaliło całą okolicę. W miastach zelektryfikowanych jeden ze schematów powstawania pożarów to iskrzenie zerwanych przewodów powodujące podpalenie gazu wyciekającego z przerwanych rur. To nie jest wbrew pozorom bardzo powszechne, bo w razie nalotu łatwo jest centralnie wyłączyć prąd po prostu i już. W miastach niezelektryfikowanych takim typowym źródłem są lampy naftowe, których nie zdążono zgasić przed ucieczką do schronów czy zapomniano o nich itd. Bliskie detonacje mogą powodować ich pękanie z wiadomym skutkiem. I jeszcze jeden nieco egzotyczny efekt to fale ciśnienia od bliskich detonacji spiętrzające się w kominach i powodujące wyrzucenie płonących węgli z pieców czy wszelkich palenisk do wnętrza pomieszczenia z owymi piecami. Ale to raczej nie w tym przypadku, bo zrzucano raczej małe bomby, które dałyby taki efekt w zasadzie przy trafieniu w dany budynek, a więc i tak byłby zniszczony niezależnie od tego co się stało z piecami.
  13. Owszem, mogło. To też się zdarza, choć nie tak znowu często. Jakiś taki "masywny" pożar raczej na bomby zapalające by wskazywał. BTW, sorry za głupie być może pytania, ale po prostu nie znam realiów panujących w miastach kraju Basków w latach 30. Czy Guernica była zelektryfikowana? To że były tam jakieś fabryki to jeszcze za mały dowód, np. w Pruszkowie przed 1914 były liczne fabryki i one miały prąd i niektóre sąsiednie osiedla robotnicze przy nich ale miasteczko jako całość nie. Czy była tam sieć gazowa?
  14. Hmm... ty? żartuję sobie oczywiście troszeczkę, ale w swoim artykule na wiki wspominasz o bombach zapalających, również w cytowanym tu niemieckim raporcie jakiejś jednostki badawczej jest mowa o Brandbomben. A w 1937 co to jeszcze mogło być innego? Oczywiście wiem, że nie zawsze jest łatwo z całą pewnością ustalić dokładnie kiedy jaka amunicja weszła na uzbrojenie. Niemniej wg mojej wiedzy w tym momencie były do dyspozycji w zasadzie tylko te termitówki B 1E (wówczas oznaczanie niekiedy EC B1). Mogły być dostępne próbne serie mniejszej termitówki B 0,2 z którą wówczas eksperymentowano, ale mam wrażenie że do 1937 wyeksperymentowano już, że jest ona w zasadzie nieskuteczna, gdyż dachów w ogóle żadnych nie przebija (ja to uważam za grubą przesadę, strzechę na pewno by dała radę, albo np. jakieś namioty, byle nie z za grubego płótna :) ) i jako źródło ognia też powiedzmy jest taka sobie, za mała po prostu.
  15. No może i tak. Ja się tak w ogóle staram bardzo wstrzemięźliwie używać takich słów jak "niemożliwe", "całkiem pewne" itd. Gdybyś napisał "mało prawdopodobne", absolutnie bym się z tobą zgodził. I dodałbym, że i mało prawdopodobne rzeczy się zdarzają, a pożary bywają nieobliczalne. O ile dobrze kojarzę, tokijska burza ogniowa z marca 1945 rozprzestrzeniała się liniowo, w łożu wiatru (tylko nie pamiętam już z wiatrem czy pod wiatr). Może i w Guernice taki układ wiatru się zdarzył? Jeśli tak, jeśli nastąpiło to długo po nalocie, to tym bardziej jest prawdopodobna moja hipoteza, że James nie widział wielu lejów po bombach, bo większość z nich już zasypano i uprzątnięto. Z kontekstu całej sytuacji wynika, że Guernica była lokalnym węzłem komunikacyjnym (po to w zasadzie był ten cały nalot, by uniemożliwić odwrót "czerwonym" oddziałom) można by się więc spodziewać, że kratery po bombach szybko i sprawnie zlikwidowano, by przywrócić przejezdność ulic. Jeszcze ta wypowiedź Jamesa w parlamencie: Z całym szacunkiem dla sir Archibalda, ale jakich by on efektów oczekiwał? Jeśli bomby zapalające przebiły dach i wywaliły wewnątrz budynku, no to przecież właśnie nastąpiło podpalenie od środka. Jednoczesne, bo przecież jeden dom zapewne został trafiony w ataku jednego samolotu więc te bomby też uderzyły jednocześnie. Niemcy w instrukcji twierdzili, że ich 1 kg bomba termitowa B 1 zrzucona z 2000 m może przebić żelbetowy strop grubości 5 cm. Niezależnie od tego czy to prawda (raczej nie) to w Guernice pewnie w ogóle takich betonowych stropów nie było więc nawet te małe bomby, trafiając nawet budynki z całymi dachami, nieuszkodzone przez bomby burzące, efektywnie wnikały w nie i podpalały od środka.