Skocz do zawartości
  • Ogłoszenia

    • Jarpen Zigrin

      Zostań naszym fanem. Obserwuj nas w social mediach : )   12/11/2016

      Daj się poznać jako nasz fan oraz miej łatwy i szybki dostęp do najnowszych informacji poprzez swój ulubiony portal społecznościowy.    Obecnie można nas znaleźć m.in tutaj:   Facebook: http://www.facebook.com/pages/Historiaorgp...19230928?ref=ts Twitter: http://twitter.com/historia_org_pl Instagram: https://www.instagram.com/historia.org.pl/
    • Jarpen Zigrin

      Przewodnik użytkownika - jak pisać na forum   12/12/2016

      Przewodnik użytkownika - jak pisać na forum. Krótki przewodnik o tym, jak poprawnie pisać i cytować posty: http://forum.historia.org.pl/topic/14455-przewodnik-uzytkownika-jak-pisac-na-forum/
jancet

Robotnik - i jego status

Rekomendowane odpowiedzi

jancet   

Dziś przed południem na którymś programie TV leciała jakaś niskobudżetowa produkcja. Fabuły nie pamiętam, zresztą jako całość nie ma tu najmniejszego znaczenia.

Pewien człowiek mówił swemu synowi i swej byłej żonie, że prowadzi swój warsztat samochodowy. Przynosił synowi drogie prezenty, gdy go odwiedzał. W trakcie kolejnych odwiedzin ma problemy z oddychaniem i ląduje w szpitalu. Tam - w związku z tą chorobą - wyznaje, że nie ma warsztatu samochodowego, tylko jest robotnikiem w hucie szkła, gdzie pracuje od 10 lat. Wszyscy, którym to wyznaje - lekarze, syn, była żona, scenarzysta i reżyser - przyjmują, że to naturalne, iż ukrywał fakt, że jest robotnikiem. Bo to wstyd być robotnikiem.

Dlaczegóż to "wstyd być robotnikiem"?

Dla mnie wykwalifikowany robotnik, pracujący w specjalistycznym zakładzie produkcyjnym to KTOŚ. Ktoś, któremu należy się szacunek i za ciężką pracę, którą wykonuje, i za jej ogólnie pożytecznie skutki i za niebagatelne umiejętności, które są potrzebne do wykonywania tej pracy.

Nie wiem, jaki jest Wasz stosunek do robotników. Może się okazać, że jednak jestem komunistą :mellow: .

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach


Jak rozumiem - niewykwalifikowany i niepracujący w specjalistycznym zakładzie do kategorii: "KTOŚ" się nie zalicza.

Uprzejmie informuję, że wykwalifikowanym nie jestem i w specjalistycznym zakładzie nie pracuję, do jakiej kategorii ludzi zdaniem janceta się kwalifikuję?

Czy szacunek należy się jedynie za:

"ciężką pracę, którą wykonuje, i za jej ogólnie pożytecznie skutki i za niebagatelne umiejętności"?

A jak jest lekka i nie wymaga niebagatelnych umiejętności, a została wykonana dobrze - to na szacunek już nie zasługuje?

Uprzejmie informuję, że większość prac które wykonuję nie wymagają żadnych szczególnych umiejętności, a już na pewno nie: "niebagatelnych"; nie zasługuję zatem na szacunek?

A jaka jest opinia innych możemy się przekonać na naszym forum:

Nawet jeżeli ktoś się nadaje do takiej roboty to jeszcze nie wszystko, bo zostać młotkowym to oznacza również trafić między pijaków i buraków. To już lepiej za jakieś marne pieniądze brać udział w jakiejś rekonstrukcji historycznej, nawet jeżeli przyjdzie coś wypić to nie Royal za 16,50 PLN/litr.

/podkreślenie - moje/

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Monique   

Powiem tak: dawno, dawno temu, gdy byłam nastolatką, w moim rodzinnym mieście funkcjonowały jeszcze duże zakłady produkcyjne. Gdy o godz. 16 ogłaszano fajrant i całe towarzystwo wylegało na ulice zapychając miejskie ośrodki transportu, lepiej było, że tak się wyrażę…unikać towarzystwa, a to z powodu: alkoholu, języka i chamskich zaczepek. Wtedy faktycznie stwierdzenie "robotnik" kojarzyło się wybitnie pejoratywnie.

Nie wiem z jakiego okresu był film, o którym piszesz, ale w latach 80- tych badylarz i prywaciarz to był „ktoś”, robotnik nie umywał się. A chęć podniesienia swojego statusu jest taka ludzka.:)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
jancet   

Jak rozumiem - niewykwalifikowany i niepracujący w specjalistycznym zakładzie do kategorii: "KTOŚ" się nie zalicza.

Nie bardzo wiem, gdzie i w jaki sposób wyraziłem takie przekonanie. Ale w tym poście chodziło mi o grupę, zwaną w epoce realnego socjalizmu "wielkoprzemysłową klasą robotniczą". Nie mam nic przeciwko rozszerzeniu zakresu dyskusji, jednak niezbyt lubię, gdy usiłuje mi się przypisać poglądy, których nie wyrażałem i nie podzielam.

Więc wróćmy do tematu.

Powiem tak: dawno, dawno temu, gdy byłam nastolatką, w moim rodzinnym mieście funkcjonowały jeszcze duże zakłady produkcyjne. Gdy o godz. 16 ogłaszano fajrant i całe towarzystwo wylegało na ulice zapychając miejskie ośrodki transportu, lepiej było, że tak się wyrażę…unikać towarzystwa, a to z powodu: alkoholu, języka i chamskich zaczepek. Wtedy faktycznie stwierdzenie "robotnik" kojarzyło się wybitnie pejoratywnie.

Dla mnie to szok.

Gdy byłem dzieckiem i nastolatkiem, na przeciwko domu, w którym mieszkałem, znajdowało się wejście do Fortu Mokotowskiego, w którym to były jakieś zakłady z branży radiowo-telewizyjnej. Mówię o latach 60-ych i początku 70-ych. O siódmej rano wyła syrena, obwieszczając, że czas już być w pracy. O piętnastej obwieszczała fajrant. Dość pusta zwykle ulica zapełniała się tłumem ludzi. Ci ludzie budzili mój szacunek. Nie potrafię wskazać, dlaczego. Chyba po prostu silnie wpojony etos pracy. Skoro przychodzili do pracy w porze, gdy ja się dopiero zabierałem się do wstawania, a wychodzili z pracy, gdy ja już dawno byłem "po szkole", to znaczy, że ciężko pracowali. Więc należał im się szacunek.

Po 1980 roku sytuacja się zmieniła, ale na plus. Lato 80 roku uświadomiło, że jeśli coś w tym kraju ma się zasadniczo zmienić, to tylko dzięki sile robotników, przede wszystkim tych z wielkich zakładów pracy. Sorry - ale strajkiem nauczycieli czy inżynierów z biura projektów nikt się nie przejmie. A strajkiem górników, hutników, stoczniowców czy tramwajarzy - jak najbardziej.

W latach 80-ych wśród studentów Politechniki Warszawskiej w modzie było nosić jakieś robotnicze akcesoria. Sam, będąc na praktyce w cukrowni, skombinowałem robotniczą fufajkę i potem w niej paradowałem na uczelni. W klubie jeździeckim - środowisko, które z etosem klasy robotniczej niby nie powinno mieć wiele wspólnego - fufajka i gumofilce były świadectwem wyższego stopnia wtajemniczenia. Tak ubierali się instruktorzy.

Nie wiem z jakiego okresu był film, o którym piszesz,

Jak najbardziej współczesny

w latach 80- tych badylarz i prywaciarz to był „ktoś”, robotnik nie umywał się.

W latach 80-ych kończyłem studia. Ani wtedy, ani wcześniej, nie marzyłem, by zostać "badylarzem", a tym bardziej "prywaciarzem". Badylarz to jeszcze - w sumie nowoczesny rolnik, wytwarza żywność, coś powszechnie potrzebnego, jak najbardziej pozytywna sylwetka. Ale prywaciarz, to taki ktoś, kto tanio robi tandetę i drogo ją sprzedaje. Nie nie nie.

Nie mówię, że marzyłem o byciu robotnikiem, bez przesady. Chciałem być inżynierem, który tymi robotnikami kieruje. I przyznaję, że choć mam niezłą pracę (może nawet więcej niż niezłą), to jak parę lat temu spotkałem kolegę, który powiedział, że jest głównym technologiem w takiej a takiej fabryce, to coś mnie ukłuło, jakby odrobina zazdrości.

Zastanawiam się, czy to nie jest tak, że te 30 lat życia w epoce realnosocjalistycznej indoktrynacji wywołało w mej psychice ten szacunek dla pracy. Ale - jeśli tak - to może ten realny socjalizm nie był taki zły, przynajmniej w tym aspekcie.

A chęć podniesienia swojego statusu jest taka ludzka.:)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
fodele   

Dodam swoje trzy grosze :)

Mam ogromny szacunek dla klasy robotniczej. Mój ojciec przez całe życie zawodowe pracował jako robotnik. Był elektrykiem-brygadzistą w odlewni żeliwa. Nigdy się tego nie wstydziłam. Czasami tata zabierał mnie do swojej pracy (głownie wtedy, kiedy wczesnym rankiem miałam wyjechać na kolonie zakładowe, a autobus odjeżdżał z miejscowości, w której tata pracował). Nie zapomnę swoich wrażeń z odlewni. Mimo że zakład był duży, a odlewanie żeliwa raczej nie kojarzy się z czyściutkim procesem – zawsze panował tam ład. Warsztaty sąsiadujące z tymi, w którym pracował tata też były zadbane. Koledzy i koleżanki taty w stosunku do mnie bardzo życzliwi (bo byłam dzieckiem? Bo tata cieszył się ogólnym szacunkiem? nie wiem…). Nie miałam za co nimi gardzić, wręcz przeciwnie. Podobnie jak jancet podziwiałam ich za to, że każdego ranka wstawali o 5.00 rano żeby zdążyć na autobus zakładowy, który wiózł ich do pracy kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania. Zdarzało się, że tata zaspał. Wtedy autobus zakładowy trąbił głośno pod blokiem (też zresztą zakładowym) i tata w popłochu zbiegał po klatce schodowej łapiąc w ostatniej chwili skarpetki do kieszeni. Okna mojego pokoju wychodziły na chodnik. Słyszałam ludzi idących rano do pracy i nigdy nie przyszło mi do głowy, że to „gorsza” warstwa społeczeństwa.

W szkole średniej miałam przyjaciółkę, której rodzice byli „prywaciarzami”, mieli własną piekarnię. Finansowo wiodło im się bardzo dobrze. Byłam przekonana, że musieli być bardzo wykształceni, żeby dobrze prowadzić taki biznes. Okazało się, że wręcz przeciwnie. To byli bardzo prości ludzie, którzy nie ukończyli nawet podstawówki, ale za to piekli doskonały chleb! Sprawami urzędowymi i załatwianiem papierków w „cechu” zajmowały się ich dzieci. Żal mi było przyjaciółki wtedy, kiedy z początkiem roku musiała deklarować swoją przynależność społeczną. Nie zazdrościłam jej tego. Większość uczniów wypowiadała wtedy magiczny zwrot „ pochodzenie robotnicze” i było po wszystkim. Ona musiała tłumaczyć się za swoich rodziców „prywaciarzy”

.

Bezpośrednio po szkole średniej (zanim zdecydowałam, że warto się jednak jeszcze trochę pouczyć) zatrudniłam się w swoim miasteczku w zakładzie fiolek i ampułek. Nie było innych wolnych etatów i zaproponowano mi pracę na taśmie produkcyjnej – zgodziłam się. I tam zderzyłam się z trochę inną rzeczywistością, niż ta, która do tej pory określała moje pojęcie o robotnikach. Kobiety przy taśmie posługiwały się tak niewybrednym językiem, że – trudno w to uwierzyć – ale czasami nie wiedziałam o czym tak naprawdę mówią. W moim domu nikt nigdy nie przeklinał, toteż czułam się tam źle i nieswojo. Wkrótce wyjaśniło się, że ze względu zdrowie nie mogłam pracować przy produkcji szklanych buteleczek. Toteż odeszłam z powodów niezależnych :)

Mój pogląd na klasę robotniczą nie zmienił się. Po prostu źle trafiłam. Wszędzie, w każdym środowisku są ludzie i ludziska. O czym przekonuję się do dnia dzisiejszego i wiem, że nie odkrywam Ameryki.

Dodam jeszcze, że zawsze byłam i jestem dumna z mojego taty (jego pracy, stanowiska, osiągnięć zawodowych), a on jest dumny z tego, że ja "osiągnęłam coś więcej". Ciekawe :lol:

A szacunek… komu i za co się należy, to już zupełnie inna sprawa. I podejrzewam, że bardzo indywidualna.

:)

Edytowane przez fodele

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Prawda jest taka, że w naszych czasach robotnik to nic nie warty robol, głupek, któremu się da najniższą krajową, a jak się nie podoba to kopa w dupę. Takie mamy realia. A przecież to, że robotnik to głupek i cham to tylko głupi stereotyp. Możemy tak ględzić pół dnia, ale póki kapitalizm się trzyma póty robotnik będzie nikim.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Monique   

Fascynujące jest to, że każdy z nas ma rację, bo takie były nasze doświadczenia, a teraz takie są nasze wspomnienia, po prostu każdy z nas zetknął się z innym obliczem szeroko rozumianej klasy robotniczej. Oczywiście mówię tu o masie, nie o pojedynczych ludziach.

Sięgam pamięcią wstecz i powiem zupełnie szczerze: w latach 80-tych, w moim mieście i być może w moim prowincjonalnym środowisku licealnym zadawanie się z chłopakiem ze szkoły zawodowej to był kompletny obciach. Ja tego nie oceniam, mówię tylko jak to było postrzegane prze otoczenie. I faktem jest, że przepaść intelektualna przeważnie była naprawdę duża, więc liczba zajęć dość ograniczona. :lol:

Jedyna, która zdobyła się na taki krok musiała ze szkoły odejść z powodu ciąży, co w tamtych czasach było wydarzeniem niezwykłym i wysoce gorszącym.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
euklides   

(...)

ale póki kapitalizm się trzyma póty robotnik będzie nikim.

Jest to hasło na pewno logiczne, może nawet bardzo logiczne, ale które ma niewiele wspólnego z tym co mówi nam historia. Paradoksem jest to że robotnik o wiele lepiej się miał i był o wiele lepiej traktowany tam gdzie się kapitalizm trzymał niż w krajach sprawiedliwości społecznej i dyktatury proletariatu.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

A ja się zastanawiam jaki wpływ na postrzeganie robotników w Polsce ma ostatnia literka w akronimie PZPR? I analogicznie w innych krajach.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×