Jump to content

jakober

Użytkownicy
  • Content count

    552
  • Joined

  • Last visited

About jakober

  • Rank
    Ranga: Doktor

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    Inna

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna

Recent Profile Visitors

1,793 profile views
  1. Z kogutem na kościelnych wieżach rzecz jest o tyle ciekawa, że zależy w olbrzymiej mierze od regionu / kraju. W niemieckich południowych i zachodnich landach kogut występuje zdecydowanie częściej na wieżach kościołów katolickich, a powszechne przeświadczenie wśród przeciętnych mieszkańców tych landów jest takie, iż kogut zwieńcza dachy kościołów katolickich, a krzyż - protestanckich. W landach północnych natomiast krzyż - w wiekszosci na katolickich, kogut - w większości na ewangelickich, a na luterańskich - łabądź, jako symbol Marcina Lutra. Powszechnie w Niemczech w kogucie dopatruje się symbolu czujności, przestrogi piotrowego oportunizmu oraz nastania światłości (wschodu słońca, zmartwychwstania). Na ile za ową symboliką stoi teologiczna wykładnia - nie wiem. Edycja: Najwyraźniej jednak symbol koguta ma u swego źródła niewiele wspólnego z rozdziałem na świątynie katolickie i protestanckie. Papież Leon IV zwieńczył kogutem pierwotną Bazylikę Św Piotra w Rzymie, papież Grzegorz Wielki uznał koguta za "najodpowiedniejszy znak chrześcijaństwa" a papież Mikołaj I nakazał w IX wieku umieszczać koguty na każdym kościele.
  2. Najciekawsze mezalianse w historii.

    Albrecht III Dobrotliwy i Agnes Bernauer. Dla augsburskiej mieszczanki małżeństwo z bawarskim księciem skończyło się jednak tragicznie. Mezalians przetrwał jednak w pamięci miasta Straubing - miejsca tragicznej śmierci Agnes - w postaci teatralnego festiwalu. Caterina de' Medici - żona króla Francji Henryka II była owocem mezaliansu. Jego bohaterami byli pochodząca z francuskiego szlacheckiego rodu burbońska księżniczka Madeleine de la Tour d’Auvergne i Lorenzo di Piero de' Medici - potomek florenckiego rodu Kosmy Medyceusza, który to jednak ród wśród szlachty Francji uchodził mimo wszystko za ród kupiecki. Brytyjski Edward VIII musiał odpuścić sobie plan poślubienia aktorki Wallis Simpson. Podobnież i księżniczka Małgorzata Windsor, siostra Elżbiety II, pod wpływem dworu królewskiego i opinii publicznej musiał rozstać się z pilotem Peterem Townsendem. Mężem Wiktorii, szwedzkiej następczyni tronu, jest Daniel Westling - trener fitness. Mimo głosów krytyki wśród szwedzkiej opinii publicznej ojciec Wiktorii - Karol XVI Gustaw musiał zaakceptować wolę córki, której matką, a jego żoną, jest Sylwia Sommerlath - była niemiecka tłumaczka.
  3. Podbijam temat Leonarda. Jakiś czas temu dostałem w prezencie książkę Waltera Isaacsona „Leonardo da Vinci” tłumaczenia Michała Strąkowa, wydaną przez Insignis Media w 2019 roku w Krakowie. Wreszcie mogę ze spokojem do niej usiąść i, przyznam, zabrałem się do lektury z dużą ciekawością szczególnie, że recenzje przychylne, a nawet pochwalne. Jednak po lekturze pierwszego rozdziału mam już mieszane uczucia. Być może to za wcześnie na ocenę całej książki, ale jednak pewne fragmenty nurtują mnie na tyle, że uważam, że warto się tym podzielić dla innych ewentualnych czytelników, którzy po tę książkę sięgną. Te mieszane uczucia budzi z jednej strony „nastawienie” autora, z drugiej - jej polskie tłumaczenia. Pod „nastawieniem” rozumiem m.in. podejście do źródeł oraz prezentowaną pewną „płytkość” logiki, z drugiej – duża swoboda w ferowaniu wyroków. Jako przykład pierwszego niech posłuży cały podrozdział „Wspomnienia z dzieciństwa” (s. 48 i n.). Isaacson skupia się na fragmencie zapisku da Vinciego z Kodeksu Atlantyckiego: „Opisywanie kani jest chyba mym przeznaczeniem, ponieważ jednym z moich pierwszych wspomnień jest to, jak leżałem w kołysce. Zdało mi się wówczas, że sfrunęła do mnie kania i rozchyliła mi usta ogonem, a potem kilkakrotnie pacnęła nim moje wargi”. W swoim pierwszym zdaniu komentarza Isaacson pisze: „Można przypuszczać, że w opisie tej sceny puścił nieco wodze fantazji, (…) Trudno przypuszczać, by dzika ptaszyna mogła faktycznie przysiąść na kołysce i wsunąć ogon w usta leżącego dziecka. Co więcej, sam Leonardo użył sformułowania „zdało mi się”, tak jakby chciał dać do zrozumienia, że jest to raczej opis sennego marzenia, a nie zachowanego w pamięci autentycznego przeżycia.” Dalej, snując swoją opowieść, przechodzi do analizy tego opisu przez Freuda i polemizując z nią powołuje się m. in. na błąd tłumaczeniowy. Poświęca temu połowę podrodziału. Główny problem z odbiorem owej polemiki Icaacsona polega na tym, że Isaacson nie pisze swej książki w czasach Freuda i ma możliwość przede wszystkim sprawdzenia, iż współczesna nauka nie dopuszcza możliwości pamiętania przez jakiegokolwiek człowieka zdarzenia z czasu, gdy ów był dzieckiem w kołysce. Leonardo nie mógł niczego pamiętać z czasu, gdy był niemowlęciem; nie mógł też "dać do zrozumienia", że mu się to w owym czasie przyśniło. W czasach, gdy Isaacson formułuje swoje dywagacje (a więc rok 2017) w tej materii jest naukowo dowiedzione, że takie wspomnienia są niemożliwe. A więc cała polemika Isaacsona i poświęcone jej w książce wywody nie mają najmniejszego sensu. Inny przykład: podrozdział "Złoty wiek bękartów" (s.44), w którym autor pisze między innymi: "Skaza na urodzeniu okazywała się dla wielu młodych, obdarzonych twórczym i niezależnym umysłem ludzi szansą na uwolnienie kreatywnego potencjału. Sprzyjał temu duch epoki - w renesansowych Włoszech kreatywność była w cenie. Wielu ówczesnych poetów, artystów i wybitnie uzdolnionych rzemieślników wywodziło się z nieprawego łoża: Petrarka, Boccaccio, Lorenzo Ghiberti, Fra Filippo Lippi, jego syn Fiippino, Leon Battista Alberti oraz, rzecz jasna, Leonardo da Vinci." i dalej, w podrozdziale „Adept doświadczenia” kontynuuje: „Pochodzenie z nieprawego łoża miało w przypadku Leonarda jeszcze jedną zaletę: jako nieślubne dziecko nie został posłany do jednej z łacińskich szkół, (…)”. W rzeczywistości jednak mamy do czynienia z wielowątkowym zlepkiem, z którego autor próbuje ukształtować i uargumentować jakieś ogólne wnioski. Ale one będą błędne. Czasy Petrarki, Boccaccia czy Ghibertiego dzieli z czasami Leonarda ponad jeden wiek. Niewiele mniej odlegli są Fra Filippo czy Alberti. To, że w oczach współczesnej historii sztuki są zaliczani do twórców renesansu nie czyni ich rówiesnikami. Nie czyni ich nawet przedstawicielami tych samych epok i tych samych systemów społecznych. Dzielą ich obrane drogi oraz kierunki rozwoju, wykształcenie. A jednak Isaacson wrzuca ich razem do jednego worka „bękart = człowiek wyzwolony od społecznych kanonów” i buduje wrażenie uniwersalnej prawdy o źródle twórczego potencjału, talentu i możliwości renesansowego twórcy. W takim zakresie jest to twierdzenie, niestety, absurdalne. Z kolei co do pochopnego ferowania wyroków: Isaacson przytaczając historię rodu da Vinci pozwala sobie na formułowanie zdań typu „Syn Antonia, Piero, okazał się bardziej rzutki od gnuśnego ojca.” (s.38). I w tym momencie nasuwa się pytanie – co autorowi pozwala wysuwać wniosek typu: Antonio da Vinci był gnuśny? Czy jedynie fakt, iż nie kontynuował tradycji wykonywania zawodu notariusza przez pierworodnego syna w rodzie? Czy fakty historyczne przemawiają za taką oceną postaci dziadka Leonarda? Jakie fakty? Czy zapewnienie synowi (Piero) wykształcenia notariusza we Florencji, zapewnienie opieki nad wnukiem z nieprawego łoża, poświęcenie życia zarządzaniu majątkiem ziemskim rodziny świadczą o gnuśności? Czy autor zadał sobie trud, by kwestię zgłębić, czy pozwala sobie na odniesienie do przebiegu losu rodu sprzed pięciuset lat jedynie na postawie swojego osobistego, współczesnego rozumienia pojęć „sukcesu”, z którego trąci mentalność rodem z Wall Street, ale nie obiektywizm, jakiego można by oczekiwać od absolwenta historii i literatury na Uniwersytecie Harvarda. W książce brak odniesienia do źródeł co do tego wyroku. A autor ma aspiracje do przedstawiania czytelnikowi biografii opartej na analizie historycznej. Buduje wszak jakieś fragmenty obrazu dziejów. Tutej jednak – skrzywione subiektywną perspektywą, historycznie absolutnie bezpodstawne. Dalsza lektura pierwszego rozdziału skłania jednak do wątpliwości innego typu – wątpliwości co do rzetelności polskiego tłumaczenia. Nie mam dostępu do orginału, więc w takim przypadku jak wspomniany powyżej nie wiem, czy autor oryginału rzeczywiście użył słowa „gnuśny”. W tym przypadku jednak ma to jeszcze niewielkie znaczenie, jakiego słowa użył, jako że kontekst i treść kolejnych wtrętów wskazuje jednoznacznie, iż autor wyrokuje, mniejsza o to jakim słowem, fakt natomiast – że bez przytoczenia podstaw. Natomiast w trakcie czytania książki natrafia czytelnik na inne, ewidentnie tłumaczeniowe „kwiatki”, jak : „Z racji tego, że Michele [praprzodek rodu ojca Leonarda da Vinci – przypis mój] był notariuszem, przysługiwał mu honorowy tytuł „ser””. Doprawdy wprowadza to w lekkie osłupienie, jako że historia raczej nie odnotowuje włoskiego tytułu w takim brzmieniu: „ser”. Nie istniał w języku włoskim również tytuł „sir”. Owszem, istniał tytuł „messere” tudzież „messer” (patrz. Lessicografia della Crusca in Rete), wywodzący się ze starofrancuskiego „missire”, znaczącego we włoskim „mio signore”, a odpowiadający łacińskiemu „Dominus”. Zatem albo sam autor coś uprościł, albo tłumacz na język polski nie zgłębił tematu widząc dziwny być może zapis w oryginale. Na pewno tłumacz nie zgłębił również tematu przywołując tłumaczenie zapisków Leonarda z Kodeksu Arundel, które w książce przybiera w języku polskim taką oto postać: „'(...) Rzeki pozbawione będą wody (…), na polach nie będzie już falujących łanów kukurydzy;(...)'”. Isaacson posługuje się w swej książce tłumaczeniem na język angielski zawartym w J. P. Richter, „The Notebooks of Leonardo da Vinci”, dwutomowe wydanie z 1970 roku. W tłumaczeniu tym zdanie brzmi: „(...) the rivers will be deprived of their waters, (…); the fields will no more be decked with waving corn;(...)”. Tłumacz książki Isaacsona, pan Strąkow, przetłumaczył „corn” jako „kukurydzę”! Nie zastanowił go przy tym fakt, że pochodząca z Meksyku kukurydza miała zerowe szanse w czasach Leonarda (zapisek apokaliptycznej wizji pochodzi ze środkowej części jego notatnika powstałego między 1492 a 1518 rokiem) na to, by falować na toskańskich czy lombardzkich polach i napawać tego niewątpliwie genialnego twórcę nostalgią. Podsumowując: pierwszy rozdział książki Waltera Isaacsona „Leonardo da Vinci” budzi u mnie dość mieszane uczucia, a przynajmniej daleki jestem od zachwytów. Niemniej doczytam do końca próbując nie dać owładnąć się pierwszemu wrażeniu.
  4. Błędy w wiedzy historycznej

    Ale ta książka nie jest autoryzowana przez Hawkinga, który sam zatrzegał, że nie brał udziału przy jej redagowaniu i nie uznał jej za swoje autorstwo. Ponadto Hawking zmieniał swoje zdanie co do kwestii „początku”. W „Krótkiej historii czasu” z 1988 roku napisał: „…jeżeli Wszechświat (…) nie ma żadnych granic ani brzegów, to nie ma też początku ani końca, po prostu istnieje”. Z kolei w książce „Wielki Projekt” naisanej razem z Leonardem Mlodinowem i wydanej w 2010 roku stwierdził: „Ponieważ istnieją takie prawa jak grawitacja, Wszechświat – dlatego że może to zrobić – stworzy się sam z niczego. Spontaniczne stworzenie jest przyczyną, dla której istnieje raczej coś niż nic, wyjaśnia istnienie Wszechświata. Nie jest konieczne przywoływanie Boga, by zapalić lont i wprawić Wszechświat w ruch”. W związku z tym trudno mówić o przyznaniu racji Biblii. Mit początku świata nie jest obecny jedynie w Biblii i jego biblijna wersja nie jest najstarszą, więc nie można go przypisywać wyłącznie Biblii. Również nie w sensie, że „wszechświat miał swój początek”. Kosmogonię zawiera m.in. staroegipska teologia z Memfis mówiąca o stworzeniu świata przez boga Ptah, który swoim słowem (a więc zbieżność z biblijnym pierwszym opisem stworzenia świata w Księgi Rodzaju oraz późniejszym, ewangelicznym ujęciem przez św. Jana - poprzez „logos” - słowo) stworzył boga słońca Atum, a tym samym światło i życie. Podobnie o stworzeniu świata przez boga mówi „Nauka dla króla Merikara” - faraona dziesiątej dynastii, rządzącego Egiptem ok. 2075-2040 r. p. n. e. Już te staroegipskie wersje są znacznie starsze od zapisów biblijnych. Jeśli zgodzić się z datowaniem powstania bibijnego pierwszego opisu stworzenia świata, o którym tu mowa – czyli stworzenie świata w sześć dni w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju - na ok. V w. p.n.e., to starsze od zapisu wersji biblijnej będzie też „Teogonia” Hezjoda, mówiąca o wyłonieniu się prabogów, z których pierwszymi była para: Chaos, a po nim Gaja; starsze od niej będą też dociekania filozofów przedsokratejskich; a niemal równy jej wiekiem będzie obraz stworzenia świata przekazany przez Platona w „Timajosie”. Wieczność i nieskończoność w przestrzeni bytu materialnego (a więc i wszechświata) była już przedmiotem filozofii i kosmogonii Parmenidesa (VI – V w. p.n.e.) oraz jego ucznia Melissosa z Samos (V w. p.n.e.), według których wszechświat, jako byt lub jako Jedno, był wieczny, nie miał swojego początku, gdyż nie-byt nie istnieje. Filozofię tę podejmowali dalej np. filozofowie neoplatońscy czy filozofowie muzułmańscy, jak np. Awicenna. Natomiast sporem teologicznym w kościele chrześcijańskim (ale i w islamie - tu spór między aszarytami a muzułmańskimi "neoplatończykami", a następnie polemika Awerroesa z nauką Al-Ghazaliego) była konfrontacja idei "creatio ex nihilo" (tu Tertulian czy Św. Augustyn z Hippony) z ideą wieczności wszechświata. Nauka "creatio ex nihilo" (czyli "stworzenie z niczego") rozwinięta o "ceratio continua" (czyli "ciągłe stwarzanie") stanowi w katolicyzmie jeden z dogmatów wiary.
  5. Francuskie tajne służby - Travaux Ruraux

    Wiem. Wiem nawet gdzie. Tutaj: ... Ale, o ile w tym krótkim czasie zdążyłem się zorientować, Pierre Nord nie był dziennikarzem ani publicystą, za to był członkiem Travaux Ruraux. Więc jak się ma piernik do wiatraka?
  6. Francuskie tajne służby - Travaux Ruraux

    Co do tego jeszcze, czy Pierre Nord później (czyli po roku 1947, jak wynika z Twoich słów) cały czas pisał o Agence Immobiliere jako właściwej nazwie służb; przy czym się upierasz. To nieprawda i wyraźnie zaprzecza temu dalsza twórczość Pierre'a Norda. Oto przykłady: 1. Cas de conscience de l'agent secret, P. Nord, 1960 r. dostęp do tekstu tutaj 2. L'actuelle guerre secrète, J. Bergier, P. Nord, L. Pauwels z 1967 roku. Co ciekawe, w podrozdziale Une mission impossible zamieszczona jest notka w ramce zatytułowanej Nous l'avons reconté ailleurs. I jakąż to informację przekazuje sam Pierre Nord w jej treści? Nie chce mi się przypisywać całej treści, zacytuję tylko ostatnie zdanie z tekstu we wspomnianej ramce: "L'organisme secret qu'il dirigeait n'était pas "l'Agence immobilière", mais les "Travaux Ruraux""
  7. Francuskie tajne służby - Travaux Ruraux

    Nigdy nie zagłębiałem się w to wszystko, o czym tu jest dyskutowane, więc pytam z czystej ciekawości: 1. Możesz przetłumaczyć na polski taką informację: "Pendant la seconde Guerre mondiale, l'entreprise de Travaux Ruraux est le service de renseignements militaire français clandestin mis en place le 1er juillet 1940, abréviation SSMF-TR (Service de sécurité militaire français - Travaux ruraux). Une partie de son histoire et de ses actions sont racontées dans "Mes camarades sont morts" de Pierre Nord sous le nom fictif de l'Agence immobilière."? Oczywiście, biorąc pod uwagę Twoją fascynację językiem francuskim wierzę, że możesz. 2. Możesz w oparciu o twoją tezę co do nazwy agencji wyjaśnić zasób francuskiego archiwum narodowego dostępnego na tej stronie francearchives.fr? 3. Przetłumaczyć z francuskiego na polski zwrot travaux ruraux ? Tak jako ciekawostkę. Normalnie przeszedłbym obojętnie, ale poruszył mnie jednak uderzający w farmazonach brak woli przeskoczenia własnych ograniczeń i zbadania podstaw tego, co się przeczytało. Obawiam się, że gdyby Kopciuszek był tworem francuskiej literatury, zmuszeni bylibyśmy na forum historycznym za Twoją przyczyną śledzić wywody wokół tezy na jego istnienie.
  8. Kto sprowadził Krzyżaków do Polski?

    Nie do końca, secesjonisto, ponieważ sam autor w pierwszych zdaniach swego postu wprowadzającego w temat napisał: Zatem precyzuje i, w rzeczywistości, to jego uzasadniania swej wątpliwości w tym kierunku prowadzi. Według mnie istotną rolę w rozstrzyganiu kwestii sprowadzenia zakonu krzyżackiego na "ziemie polskie" ma historyczne znaczenie i skutki tego faktu. Podobnie jak z odkryciami czy wynalazkami - epizod można odnotować, ale liczy się ostatecznie wpływ na dalsze dzieje. Z historycznego punktu widzenia nadanie Łasucic zakonowi było tylko epizodem, który nie przyniósł skutków, jakie miało nadanie ziemi chełmińskiej. Więc owszem, w szkole można uczyć, że Krzyżacy zaproszeni zostali na ziemie władane przez Piastów już odrobinę wcześniej niż uczynił to Konrad, ale to jego decyzja i jej realizacja były kamieniem milowym w łańcuchu wydarzeń, które wpłynęły na historię m. in. kraju, który dziś jest Polską.
  9. Przysłuchuję się dyskusji od jakiegoś czasu i w tym momencie chciałbym tylko wtrącić, że kwestii Lwowa i Galicji nie można wiązać z dyskusją o koncepcji granicy wschodniej opartej na linii Curzona, ponieważ ta koncepcja nie dotyczyła nigdy Galicji będącej do 1919 roku i traktatu pokojowego w Saint-Germain-en-Laye częścią zaboru austriackiego. Galicja weszła w granice odrodzonej Polski trochę prawem kaduka (przynajmniej gdy rozpatrywać to w oparciu o okoliczności i treść decyzji Ententy z 21 listopada 1919 roku). Jeżeli istniała takowa decyzja państw zachodnich w 1919 roku, nawet jeśli odłożona na bok wobec dyplomatycznych realiów międzywojnia, to mogła jak najbardziej wrócić do obiegu w trakcie tworzenia zachodnich koncepcji polskiej granicy wschodniej pod koniec II wojny światowej.
  10. Dzieła Lenina

    W niegdyś (w dobie DDR) "zakazabym mieście" Wünsdorf stoi Lenin bez żadnej przerwy po wycofaniu sowieckich jednostek w1994 roku. Ja pamiętam jeszcze ten pomnik jako ukryty w krzakach, ale jeśli wierzyć niemieckiej gazecie, to w ostatnim czasie znalazł bardziej eksponowane miejsce. https://www.google.com/amp/s/m.maz-online.de/amp/news/Brandenburg/Was-von-den-Russen-in-Brandenburg-uebrig-blieb I też jakoś szumu chyba nie było. Więc Gelsenkirchen nie pierwsze...
  11. No musiała być skoro James Cook zabrał ją ze sobą w rejs. Ja zaryzykuję stwierdzenie, że raczej długo nie. Lub może inaczej: kulinarnie mogli się Hiszpanie czy Anglicy z kiszoną kapustą zetknąć (wspominał o niej już Pliniusz Starszy, a w średniowieczu była jednym z towarów na szlakach północnych miast Hanzy), ale z użyciem w dalekomorskiej żegludze jako antidotum na szkorbut nie mieli chyba długo większego z nią doświadczenia. Poza tym, ani hiszpański, ani angielski, nie mają swego własnego słowa na kiszoną kapustę, a jedynie językowe zapożyczenia Vasco da Gama nie miał jej w swoim pokładowym menu (miał za to wołowinę, suchary, sardynki, soczewicę, cebulę, czosnek, śliwki suszone, migdały, miód, wino i wodę pitną) i stracił ponad 2/3 załogi. Podobnie nie miał jej Magellan (ten stracił jeszcze więcej ludzi). Nie miał jej i Kolumb. Ten ostatni za to miał w porównaniu z pozostałymi szczęście, że jego wyprawy trwały wystarczająco krótko, by uniknąć rozprzestrzenienia się szkorbutu wśród załóg. Kilka wieków później, w XVIII wieku, marynarka brytyjska nadal eksperymetnowała z zapobieganiem szkorbutowi. Eksperymentował i Cook. Jedną ze swych wypraw zaopatrzył w 320 galonów słodu, 1000 funtów skondensowanej suszonej zupy (portable soup), ocet, musztardę, jęczmień, a do tego w „odpowiednie ilości kiszonej kapusty oraz soku z cytryny”. I teoretycznie można by w tych okolicznościach przypisać Brytyjczykom odkycie w kiszonej kapuście panaceum na szkorbut (kiszoną kapustę taszczył też ze sobą Wells), gdyby nie fakt, że sam Cook w liście do Royal Society stwierdził, iż to słód jest bez wątpienia jedny z najlepszych "marynarskich" medykamentów „przeciwszkorbutowych” jaki dotąd odkryto. O kapuście kiszonej tego nie powiedział. Chociaż był jej entuzjastą. W swej pierwszej wyprawie serwował ją załodze w ilości 2 funtów na głowę na tydzień w przedziale jednego roku. Holendrzy za to mają własną nazwę na kiszoną kapustę. Ale ci akurat w XVI i XVII wieku, w ramach wypraw VOC, stawili w walce ze szkorbutem na cytrynę i świeże warzywa i owoce. Pierwszy sukces odnieśli Van Neck i Van Warwyck w swej wyprawie w 1598 roku. Holendrzy na swych szlakach, na Mauritiusie, Św. Helenie i na Przylądku Dobrej Nadziei założyli liczne ogrody i plantacje, bogate między innymi w cytrusy, mające zapewnić prowiant ich statkom. Ba! Lepiej. Zimą 1632 roku na pokładzie holenderskiego statku „Grel” założono ogród, w którym załoga uprawiała chrzan, rzeżuchę oraz warzuchę lekarską (znaną w angielskim nota bene jako scurvy grass, czyli po naszemu brzmiałoby to: trawa szkorbutowa) – na szczęście dla swych organów mowy i zębów, nie musieli tych nazw wymawiać po polsku. Uprawy ogrodów na pokładzie stały się z czasem tak popularne, że VOC w 1677 roku zabroniło oficjalnie tego procederu, jako że korzenie krzewów niszczyły okręty. Zdaje się że Anglicy poszli też chętniej śladem Holendrów i stawiali bardziej na cytrynę i cytrusy, niż na kiszoną kapustę. Również Cook flirtował z cytrusami. Choć podkochiwał się w kiszonej kapuście. Ale ostatecznie pierwszeństwo oddał słodowi.
  12. Koronawirus

    Moment, bo zaczynam się w tych wyliczeniach gubić. Jak ma się liczba kwarantannowców do liczby ogółu odnotowanych zakażeń na województwo na oficjalnej stronie rządowej?
  13. Koronawirus

    Ja mam pytanie w przeciwną stronę. Ile spośród przypadków infekcji przypisywanych statystycznie Hubei (ca.: 187,5 tyś km2; 57 mln mieszkańców, zagęszczenie 321 M/km2) ma miejsce w Wuhan (ca.: 1560 km2, 8,1 mln mieszkańców, zagęszczenie ca. 5200 M/km2) i jakie jest (było) tempo rozprzestrzeniania się wirusa w samym Wuhan? Jak wygląda to w innych okręgów miejskich prowincji Hubei? Może ktoś z was dotarł do takich informacji? Jak mają się te statystyki oraz krzywe dla statystyk i krzywych polskich miast i województw? Czy statystyki ogólnokrajowe nie fałszują obrazu tak samo, jak miało by to teoretycznie miejsce przy rozpatrywaniu całych Chin zamiast poszczególnych ich prowincji? Czy istnieją wystarczające podstawy do "wyłączania" gospodarki całego kraju, zamiast skupienia się na ogniskach?
  14. Koronawirus

    Tego raczej nie mogę przyjąć, bo brak podstaw do stwierdzenia, jaka ilość jest wystarczająca. Według oficjalnych informacji WHO podawanych w Niemczech - obecna - nie jest. I dlatego gdy nie jest wystarczająca, i gdy nie wiemy kiedy jest już wystarczająca - według mnie jedyną możliwością porównania sytuacji w różnych krajach jest przyjęcie jednej i niezmienniej liczby ilości testów, do której każdego dnia odnoszone będą uzyskane dane. Z tego względu w moim przykładzie dla C będzie 250 infekcji / 10 tyś. testów, bo 10 tyś testów przyjąłem za stałą dla wszystkich krajów A, B i C. To tak jak porównanie samochodów różnych marek ile średnio palą na konkretnie 100 km, nawet jeśli jeden przejechał 50 km a drugi 3000 km. I oczywiście jest też od razu jasne, że jest tyle czynników, wynikających ze specyfiki systemu przyjętego w każdym z krajów, wpływających na dane zbierane z testów, że trudno zapewne o jakiekolwiek porównania. Niemniej marki samochodów trzymają się x l / 100 km, bo to jakoś łatwo trafia do ludzi i pomyślałem, że o takie porównanie chodzi Saturnowi. Chociaż, chyba sam za bardzo sobie rzecz skomplikowałem. Wystarczy policzyć procenty, i wyjdzie na to samo.
  15. Koronawirus

    Tylko jeśli dobrze rozumiem model janceta, to jego system progowania mówi o postępie epidemii w danym kraju (w oparciu o dane z danego kraju) na zasadzie krotności. Chodzi więc o porównywanie tempa, a nie wielkości rzeczywistych. Wyniki w tym modelu można zafałszować np. manipulując ilością przeprowadzanych każdego dnia w danym kraju testów. Natomiast z tego modelu nie da się oszacować możliwego procentu zainfekowanej wirusem populacji danego kraju. Jeśli ktoś chciałby pokusić się o szacowanie ilości infekcji w odniesieniu do tempa a nie o szacowanie samego tempa, to musiałby przyjąć jakąś ilość przeprowadzanych testów za wzrocową i wartości w poszczególnych krajach, w odniesieniu do znanej ilości przeprowadzanych w tych krajach testów, odpowiednio relatywizować do wartości wzorcowej. Przykładowo: wzorcowa liczba testów to 10 tys. dziennie. W dniu „a”: w kraju A liczba przeprowadzonych testów wynosi 10 tys. (czyli tego dnia akurat wzorcowa); zgłoszonych infekcji: 200 w kraju B liczba testów wynosi 500; zgłoszonych infekcji: 20 w kraju C liczba testów wynosi 12 tys.; liczba zgłoszonych infekcji: 300 Relatywne wartości szacunkowe dla tych trzech krajów w dniu „a” wynosić będą: kraj A: 200 infekcji kraj B: 400 infekcji kraj C: 250 infekcji W dniu "b": w kraju A: 9 tys. testów, zgłoszonych infekcji: 180 / relatywna wartość szacunkowa: 200 infekcji w kraju B: 600 testów, zgłoszonych infekcji 30 / relatywna wartość szacunkowa: 500 infekcji w kraju C: 15 tys. testów, zgłoszonych infekcji 330 / relatywna wartość szacunkowa: 220 infekcji itd, itd... Oczywiście, w krajach odbiegających znacznie poniżej przyjętej wzorcowej liczby testów dziennie będą to tylko uproszczone szacunkowe ilości infekcji. Ale da się przynajmniej dość szybko w porównaniu z innymi krajami stwierdzić: Huston, chyba mamy problem...
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.