Jump to content

jakober

Użytkownicy
  • Content count

    566
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by jakober

  1. Koronawirus

    Euklidesie, no proszę Cię: nie rozkręcaj teorii spiskowej. Wspomniana przez Ciebie lekarka napisała w swoim artykule tak: "Postać płucna dżumy jest jedną z najbardziej zaraźliwych i najcięższych chorób, jaką może zarazić się człowiek. Drogą kropelkową zarazki dostają się do dróg oddechowych i powodują stan zapalny. Pierwszymi objawami jest gorączka i kaszel - typowo kaszel suchy i męczący, potem chory zaczyna odkasływać płyn, następnie krew - pojawia się krwioplucie. Wkrótce pojawiają się objawy niewydolności oddechowej oraz niewydolności krążenia i w rezultacie chory - nie leczony - umiera w ciągu 2-5 dni." Gdzie w przeciętnym przebiegu corony masz te objawy i w tak krótkim czasie? Na 2,5 mln dotychczas w Polsce odnotowanych zarażonych (nie mówiąc już o bezobjawowcach nieodnotowanych) zmarło 55 tysięcy (nie ważne, na czy z coroną), czyli 2,2% objawowców. Jeśli miałaby to być dżuma, to żaden z 2,5 mln objawowców nie był leczony na dżumę (nie byłoby przy tym żadnych bezobjawowców, tylko dodatkowych parę milionów objawowców też nie leczonych), więc powinni umrzeć wszyscy, każdy w ciągu 2 do 5 dni. Corona to nie dżuma płucna czy jakakolwiek inna. Corona to wirus, dżuma to bakteria. Proszę, nie brnij w takie teorie. Korzystaj ze słońca i ciesz się zdrowiem oraz faktem, że to nie pandemia dżumy.
  2. Koronawirus

    Dokładnie Euklidesie to miałem na myśli, co napisał Speedy. Na infekcje bakteryjne mamy antybiotyki, na wirusy - nie mamy nic, lub prawie nic. Tego nie da się porównać. Porównywalna byłaby tu pewnie "hiszpanka". Zdecydowanie nieporównywalna jest też śmiertelność czarnej dżumy i covid. Ale masz w jakimś sensie rację, przywołując porównanie rozwoju epidemii. Dość porównywalna jest bezradność w pierwszym etapie covid oraz środki, którymi zatrzymujemy rozprzestrzenianie przypominają średniowiecze... Ja nie miałem dżumy. Cholerstwo złapałem na Ukrainie i przeszedłem bezobjawowo. I przez to, niestety nie leczone wywołało chorobę autoimmunologiczną.
  3. Koronawirus

    Yersinia to nie wirus, tylko bakteria. Przeżyłem infekcję yersinią ponad ćwierć wieku temu. Do dziś mam przeciwciała i skutki. Yersinia ma się do covid jak pięść do nosa. Nie wypisuj pierdół.
  4. Koronawirus

    Z tego samego powodu, dla którego w Nowej Zelandii jest jeden przypadek na kilka dni? Bo wiosną zeszłego roku zeszli do 0? Bo może kontrolują ruch graniczny na potęgę i bez skrupułów? Może ich testy odbytnicze są lepsze od nosowo-gardłowych? Przynajmniej w odstraszaniu zagranicznych przyjezdnych... A może po prostu uznali, że co ich nie zabiło to ich wzmocniło, i przeszli nad wirusem do porządku dziennego, dbając jedynie, by nie przyłaził z zewnątrz? Ten naród swego czasu postawił mur na granicy z Mongołami. To i teraz granic upilnują, a swoje brudy piorą u siebie. Europa za to nie jest konsekwentna, jest w swych celach schizofreniczna, a społeczeństwa każdego kraju podzielone, więc mamy co mamy.
  5. Koronawirus

    Saturn, jedno sprostowanie: to, że w Nowej Zelandii nawrót był/jest szczątkowy, to efekt podjętych przez Ten kraj radykalnych kroków w pierwszej fali i trzymania przez cały rok ręki na pulsie. Te 6 tygodni walki z pierwszą falą to wynik działań, jakie w Europie, w tym i w Polsce, by nie przeszły - a jedynie ważne pytanie w tej sytuacji to "dlaczego?". W momencie wprowadzenia lockdownu w Nowej Zelandii każdy mieszkaniec otrzymał w jednym tym samym momencie, minutę przed północą 25 marca 2020 roku wiadomość na telefon: "NATIONAL EMERGENCY MANAGEMENT AGENCY ALERT: From 11:59pm tonight, the whole of New Zealand moves to COVID-19 Alert Level 4. This message is for all of New Zealand. We are depending on you. Follow the rules and STAY HOME. Act as if you have COVID-19. This will save lives. Remember: Where you stay tonight is where YOU MUST stay from now on. You must only be in physical contact with those you are living with. It is likely Level 4 measures will stay in place for a number of weeks. Lets all do our bit to unite against COVID-19. Kia kaha." U nas nie do wyobrażenia. Ze względu na dane osobowe, technologię, o determinacji rządów i społeczeństw już nie mówiąc. "Od tej chwili masz [przez następne tygodnie] pozostać w miejscu, gdzie teraz w nocy się znajdujesz. Kontakt fizyczny tylko z tymi, z którymi w tej chwili mieszkasz." Tak zareagował rząd Nowej Zelandii w sytuacji, gdy liczba zakażeń osiągnęła w tym kraju 100 przypadków. Żadnego wychodzenia do szkoły czy pracy. Wszystko stanęło oprócz spożywczaków i aptek. Policja kontrolowała każdy samochód, kto i czy rzeczywiście tylko zakupy żywności lub leków. Absolutnie żadnej analogii w Europie. Prawie pięciomilionowy kraj uporał się z pandemią w 6 tygodni do kompletnego 0, przy około 2 tyś łącznej liczby zachorowań. Dla porównania wyspiarska Islandia przy niecałych 400 tyś mieszkańców i pięciokrotnie niższym zaludnieniu na kilometr kwadratowy kraju ma łącznie 3 razy więcej przypadków zachorowań jak Nowa Zelandia i walczy z covid jak cała Europa przez cały już rok. O wyspiarskiej Wielkiej Brytanii nie ma nawet co wspominać. I jeszcze jedna kwestia: marzec u nas jest początkiem wiosny - w Nowej Zelandii to początek jesieni. Nowa Zelandia uporała się z epidemią w 6 tygodni jesieni, tuż przed zimą! (Nawet jeśli klimat na dużym obszarze tych wysp jest umiarkowany.) Żadnego porównania w Europie. Natomiast co do Chin, to naprawdę nie należy zapominać o skali. Powierzchnia takiej aglomeracji jak Wuhan to połowa powierzchni całej Małopolski! Odciąć całe miasto od reszty kraju to jak odciąć u nas jedno województwo. Odległość do Pekinu to ponad tyś. km czy niecałe tyś. do Szanghaju. To tak, jakby polskie województwa dzieliły od siebie kilkusetkilometrowe pasy ziemi. Dla Chin nie ma skali porównawczej do Polski. A środki i kroki podejmowane w Chinach przy odcięciu jednego miasta można zakładać jako co najmniej równie konsekwentne jak te w Nowej Zelandii. Więc odcięcie jednego eliminuje w olbrzymim stopniu zagrożenie dla innych. A i wielkość samych aglomeracji daje sama w sobie olbrzymi bufor. Taka aglomeracja jak Pekin ma ludność połowy Polski a powierzchnię większą, niż cała Małopolska, przy rozpiętości w dwóch osiach ok. 100 km na 200 km. Nim w takiej aglomeracji epidemia dotrze do jej centrum (które samo w sobie jest i tak większe niż Wielki Londyn) lub się z niego rozprzestrzeni, w chińskich realiach palety środków i scenariuszy opanowanie epidemii i odcięcie całego miasta lub części jest możliwe, co już udowodniły. W Europie nie wygrywamy tego, co wygrywają takie Chiny czy Nowa Zelandia: nie wykorzystujemy czynnika czasu, nie stawiamy na szybkość, efektywność i konsekwencję w działaniu, lecz rozmywamy wszystko debatami i różnicami zdań. Będziemy się z coroną bujać wyłącznie na własne życzenie i przez własną europejską megalomanię. Nie patrzymy na przykłady ze świata by wyciągać szybko wnioski i wdrażać sprawdzone rozwiązania, bo jesteśmy zbyt dumni, a widząc efekty u innych skupiamy się wyłącznie na różnicach i szukamy "niesprawiedliwości" oraz winy, bynajmniej nie u siebie. Edit: Natomiast co do tłumaczenia przeciętnemu Kowalskiemu czy Schmidtowi, to nie da się wytłumaczyć w sytuacji, gdy np. wszyscy zakładają lockdown, ale wystarczy, że w Szwajcarii stoki otwarte, to w środku lockdownu media społecznościowe zalewają fotki i pozdro ze Schwiizer Pisten od Kowalskich i Schmidtów, którzy w d... mają lockdown. A reszta to toleruje, uważa za normalne i co najwyżej zazdrości kasy i "klasy". W przeciwieństwie do Nowej Zelandii w krajach Europy "normalnym" jest, że społeczeństwo i rządy to dwa obozy, z których każdy patrzy jak ten drugi w rogi walić. Żadnej gry zespołowej, żadnego zrozumienia, kompletna prywata, a wina jest zawsze tych drugich.
  6. Koronawirus

    Po prostu dla rządów i mieszkańców Europy Chiny to ustrojowo nieosiągalny wyznacznik tego, jak działać wobec wirusa. Pod tym czysto politycznym względem powinniśmy się raczej przyjrzeć jak z covid radzi sobie Nowa Zelandia. I wnioski powinny wyciągnąć dla siebie tak rządy, jak i przeciętni mieszkańcy. W Nowej Zelandii nie ma ustroju autorytarnego, ale rządowi już w pierwszej fali udało się przeprowadzić naród skutecznie przez pandemię zdecydowanymi krokami, konsekwencją, jasnością przekazu. To co ów rząd osiągnął, to zrozumienie sytuacji przez społeczeństwo, budując naród w zdyscyplinowaną i zmotywowaną drużynę. Nowa Zelandia pokonała covid rok temu, w pierwszej fali, w przeciągu 6 tygodni sprowadzając liczbę infekcji do 0, a od miesięcy nękająca Europę druga fala w Nowej Zelandii ma skalę, przy której w Polsce czy Niemczech wszyscy by się oburzali, że w ogóle się o jakiejś fali mówi i z nią walczy. Nowa Zelandia sięga dziś po działania prewencyjne w sytuacji jednego przypadku zachorowania na przestrzeni kilku dni! Rzecz w żadnym z krajów Europy niewyobrażalna.
  7. Koronawirus

    To chyba kwestia skali i decyzyjnosci w walce z pandemią. Chiny to Chiny, a Europa to Europa. W Chinach o wszystkim decyduje Pekin, podczas gdy Europę stanowią kraje o odmiennych rządach i interesach. Wiele z tych krajów Europy jest mniejszych od przeciętnej prowincji chińskiej; wiele z tych krajów nie ma nawet wewnętrznie jedolitej strategii; europejska demokracja dopuszcza dyskutowanie każdego kroku; europejska gospodarka kierowana indywidualnymi interesami każdego kraju nie ma szans na "lokalny" lockdown typu "zamykamy przemysł całej Francji" na dwa tygodnie dla dobra całej Europy, podczas gdy w Chinach na poziomie prowincji czy prefektury jest to możliwe; jeżeli w Shijiazhuang przetestowano w tydzień całą populację, to pokazuje to możliwości tego kraju oraz karność społeczeństwa; jeżeli 50-milionowe Hubei można było zamknąć w domu, odciąć od reszty Chin, założyć każdemu maskę na twarz oraz kontrolę przemieszczania, a w 40-milionowej Polsce nie dasz rady tego przeprowadzić, to masz odpowiedź. Co to jest Zakopane czy Podhale w skali Chin? To trochę tak, jakby rozpatrywać zamknięcie lub nie jednej z dzielnic Wuhan.
  8. Transliteracja

    A zrobiła się filologiczna dysputa Zawsze to lepsze, niż corona/korona/covid/kowid... Taka odmiana w tych pop.... czasach. Człowiek czuje, że żyje
  9. Transliteracja

    Jeśli w oryginale po "л" jest znak miękki, to raczej "l". W rosyjskim nie ma przecież osobnej litery do zapisu głoski "l", jak najbardziej wymawianej, różnej od "ł".
  10. Wysłuchałem i obejrzałem. Po uwzględnieniu inflacji miało by to być "20 mld współczesnych dolarów, czyli dwukrotność aktualnej gospodarki Albanii" czy jakoś tak. Więc nawet jeśli liczy z inflacją 20 mld, to pisze 200 mld. Od owego 1,25$ / tonę dla ZSRR wychodzi natomiast autorowi 1,25$ × 100 mln ton x 10 (inflacja) = 2 mld. Też matematycznie genialne. Pomijając już skąd wziął owe 100 mln ton do ZSRR. Ogólnie, według "Dzieje górnictwa węgla kamiennego" Polska straciła na eksporcie węgla do ZSRR 500 mln ówczesnych, a 5 mld dzisiejszych dolarów; jeśli przyjąć inflację x10 jak u autora filmiku; a jemu wychodzi słownie 20 mld, a pisemnie 200 mld. Według wskazanego opracowania różnica miedzy ceną rynkową i tą dla ZSRR była 10-krotna, według autora filmiku natomiast 18-krotna, przy czym dokładnie przy tych słowach zestawia graficznie 2 mld do 200 mld. Jak na moje oko, to z jego grafiki wyskakuje nagle 100-krotna różnica. W dodatku dalsze filmikowe "Pokusił bym się nawet o stwierdzenie, że wartość tą [według autora "stratę nawet kilkudziesięciu miliardów dolarów" - skąd nagle te kilkadziesiąt miliardów, skoro przy stosunku 1,25 mld do 20 mld to zaledwie kilkanascie, a nie kilkadziesiąt, w dodatku po uwzględnieniu inflacji] Polska mogłaby wyprodukować dopiero do 2000 roku" to tylko jeden z dalszych przykładów pozbawionej podstaw najprostszej matematyki i jakiejkolwiek logiki bzdury. Autor żongluje liczbami, które mu w swej istocie w ogóle nie przeszkadzają. Byle żonglować. Dobrze, że filmik krótki.
  11. Co do filmiku: zaskakująca matematyka. Autor twierdzi, że w latach 1945 - 1950 Polska wyeksportowała do ZSRR i państw bloku wschodniego 100 mln ton węgla. Cena rynkowa węgla osiagała według niego 20$/t. Stąd twierdzi, że Polska powinna zarobić 2mld $. Dalej twierdzi, że do ZSRR Polska eksportowała węgiel za 1,25$/t. Po czym przedstawia zestawienie, wg którego wartość potencjalna przy cenie 20$/t przy 100 mln ton to 200 mld $(????), w porównaniu 1,25$/t przy 100 mln ton do ZSRR to 2 mld $ (????)!!!!! Na jakim poziomie jest matematyka autora polecanego filmiku!? Pierwszego semestru klasy zerowej podstawówki?? A co z logiką? 100 mln ton eksportowane było wg autora do ZSRR i krajów bloku wschodniego, a po cenie zaniżonej tylko do ZSRR. Więc jaka podstawa do liczenia 100 mln ton po cenie 1,25$???? Wiem, że historia to ponoć nie nauka ścisła, ale są jakieś granice... Pomijając olbrzymie rozbieżności z faktycznymi danymi z opracowań naukowych. Według umowy z 1945 roku cena węgla do ZSRR wynosiła 10 % ceny rynkowej (a nie ok. 6% jak wynika z informacji autora filmiku), eksport do ZSRR wyniósł łącznie w latach 1945 do 1953 58 mln ton, a straciła na tym Polska łącznie ok. 500 mln ówczesnych $. Z drugiej strony ZSRR dostarczył do pracy w kopalniach 55 tyś. jeńców niemieckich; dodatkowo do kopalń zatrudniono reemigrantow z Holandii, Francji, Belgii, Wielkiej Brytanii oraz przesiedleńców ze wschodu. Całej tej taniej siły roboczej nie byłoby w kopalniach, gdyby Polska trafiła pod wpływ zachodnich aliantów. A z innej beczki: co to za akcent u lektora? Słucha się tego naprawdę ciężko.
  12. Koronawirus

    Nie chodzi o to, czy ozdrowieńcy są odporni, tylko o to, by nie przenosili dalej. Uodporniony może przenosić, samemu nie odczuwając skutków. Tak jak bezobjawowiec.
  13. Muszę posypać głowę popiołem i skorygować mój powyższy przedwczesny protest, szczególnie z myślą o tych, którzy za jakiś czas czegoś w temacie szukając do tego wątku trafią. Rzeczywiście, w literaturze włoskiej (przynajmniej w tej dotarłem do informacji szukając odpowiedzi skąd ów "ser") potwierdzone jest używanie w średniowieczu honorowego (czy może lepszym określeniem byłoby "zwyczajowgo") tytułu "ser" wobec i przez notariuszy. Tytuł ten ponoć miałby pochodzić jeszcze z tradycji starożytnej - tu jednak nie udało mi się jeszcze dotrzeć do dalszych informacji mogących potwierdzić lub zaprzeczyć tej informacji. Na usprawiedliwienie swojej reakcji mogę jedynie doprecyzować, iż w tekście z książki Isaacsona temat owego "ser" rozwinięty jest w takimże kierunku: "Kolejny potomek rodu, Antonio [dziadek Leonarda - przypis mój], wyłamał się z rodzinnej tradycji. Co prawda on również posługiwał się szlacheckim tytułem (...)". I to ten kontekst wywołał moje zdziwienie, gdyż, mimo wszystko - "ser", jak i (jak rozumiem późniejsze) "messere" były tytułami zwyczajowymi przysługującymi pewnym zawodom a z czasem też (i tu już bardziej zdecydowanie chodzi o "messere") podkreślającymi pozycję w hierarchii społecznej osoby, wobec której się nimi posługiwano - ale nie były one tytułami szlacheckimi. Dla zainteresowanych: link do Italian Titels of Nobility.
  14. Koronawirus

    Cisza być może w polskich mediach. W niemieckich np. niekoniecznie: Z 20 listopada: Chiny zaszczepiły już milion ludzi przeciw koronie Lub wiadomość z początku listopada: Chiny testują szczepionkę przeciw koronie na ludności Albo taka ciekawa wiadomość sprzed dwóch dni: Turcja zamawia szczepionkę z Chin (rozpoczęcie szczepień ogłoszone na 11 grudnia tego roku)
  15. Z kogutem na kościelnych wieżach rzecz jest o tyle ciekawa, że zależy w olbrzymiej mierze od regionu / kraju. W niemieckich południowych i zachodnich landach kogut występuje zdecydowanie częściej na wieżach kościołów katolickich, a powszechne przeświadczenie wśród przeciętnych mieszkańców tych landów jest takie, iż kogut zwieńcza dachy kościołów katolickich, a krzyż - protestanckich. W landach północnych natomiast krzyż - w wiekszosci na katolickich, kogut - w większości na ewangelickich, a na luterańskich - łabądź, jako symbol Marcina Lutra. Powszechnie w Niemczech w kogucie dopatruje się symbolu czujności, przestrogi piotrowego oportunizmu oraz nastania światłości (wschodu słońca, zmartwychwstania). Na ile za ową symboliką stoi teologiczna wykładnia - nie wiem. Edycja: Najwyraźniej jednak symbol koguta ma u swego źródła niewiele wspólnego z rozdziałem na świątynie katolickie i protestanckie. Papież Leon IV zwieńczył kogutem pierwotną Bazylikę Św Piotra w Rzymie, papież Grzegorz Wielki uznał koguta za "najodpowiedniejszy znak chrześcijaństwa" a papież Mikołaj I nakazał w IX wieku umieszczać koguty na każdym kościele.
  16. Najciekawsze mezalianse w historii.

    Albrecht III Dobrotliwy i Agnes Bernauer. Dla augsburskiej mieszczanki małżeństwo z bawarskim księciem skończyło się jednak tragicznie. Mezalians przetrwał jednak w pamięci miasta Straubing - miejsca tragicznej śmierci Agnes - w postaci teatralnego festiwalu. Caterina de' Medici - żona króla Francji Henryka II była owocem mezaliansu. Jego bohaterami byli pochodząca z francuskiego szlacheckiego rodu burbońska księżniczka Madeleine de la Tour d’Auvergne i Lorenzo di Piero de' Medici - potomek florenckiego rodu Kosmy Medyceusza, który to jednak ród wśród szlachty Francji uchodził mimo wszystko za ród kupiecki. Brytyjski Edward VIII musiał odpuścić sobie plan poślubienia aktorki Wallis Simpson. Podobnież i księżniczka Małgorzata Windsor, siostra Elżbiety II, pod wpływem dworu królewskiego i opinii publicznej musiał rozstać się z pilotem Peterem Townsendem. Mężem Wiktorii, szwedzkiej następczyni tronu, jest Daniel Westling - trener fitness. Mimo głosów krytyki wśród szwedzkiej opinii publicznej ojciec Wiktorii - Karol XVI Gustaw musiał zaakceptować wolę córki, której matką, a jego żoną, jest Sylwia Sommerlath - była niemiecka tłumaczka.
  17. Podbijam temat Leonarda. Jakiś czas temu dostałem w prezencie książkę Waltera Isaacsona „Leonardo da Vinci” tłumaczenia Michała Strąkowa, wydaną przez Insignis Media w 2019 roku w Krakowie. Wreszcie mogę ze spokojem do niej usiąść i, przyznam, zabrałem się do lektury z dużą ciekawością szczególnie, że recenzje przychylne, a nawet pochwalne. Jednak po lekturze pierwszego rozdziału mam już mieszane uczucia. Być może to za wcześnie na ocenę całej książki, ale jednak pewne fragmenty nurtują mnie na tyle, że uważam, że warto się tym podzielić dla innych ewentualnych czytelników, którzy po tę książkę sięgną. Te mieszane uczucia budzi z jednej strony „nastawienie” autora, z drugiej - jej polskie tłumaczenia. Pod „nastawieniem” rozumiem m.in. podejście do źródeł oraz prezentowaną pewną „płytkość” logiki, z drugiej – duża swoboda w ferowaniu wyroków. Jako przykład pierwszego niech posłuży cały podrozdział „Wspomnienia z dzieciństwa” (s. 48 i n.). Isaacson skupia się na fragmencie zapisku da Vinciego z Kodeksu Atlantyckiego: „Opisywanie kani jest chyba mym przeznaczeniem, ponieważ jednym z moich pierwszych wspomnień jest to, jak leżałem w kołysce. Zdało mi się wówczas, że sfrunęła do mnie kania i rozchyliła mi usta ogonem, a potem kilkakrotnie pacnęła nim moje wargi”. W swoim pierwszym zdaniu komentarza Isaacson pisze: „Można przypuszczać, że w opisie tej sceny puścił nieco wodze fantazji, (…) Trudno przypuszczać, by dzika ptaszyna mogła faktycznie przysiąść na kołysce i wsunąć ogon w usta leżącego dziecka. Co więcej, sam Leonardo użył sformułowania „zdało mi się”, tak jakby chciał dać do zrozumienia, że jest to raczej opis sennego marzenia, a nie zachowanego w pamięci autentycznego przeżycia.” Dalej, snując swoją opowieść, przechodzi do analizy tego opisu przez Freuda i polemizując z nią powołuje się m. in. na błąd tłumaczeniowy. Poświęca temu połowę podrodziału. Główny problem z odbiorem owej polemiki Icaacsona polega na tym, że Isaacson nie pisze swej książki w czasach Freuda i ma możliwość przede wszystkim sprawdzenia, iż współczesna nauka nie dopuszcza możliwości pamiętania przez jakiegokolwiek człowieka zdarzenia z czasu, gdy ów był dzieckiem w kołysce. Leonardo nie mógł niczego pamiętać z czasu, gdy był niemowlęciem; nie mógł też "dać do zrozumienia", że mu się to w owym czasie przyśniło. W czasach, gdy Isaacson formułuje swoje dywagacje (a więc rok 2017) w tej materii jest naukowo dowiedzione, że takie wspomnienia są niemożliwe. A więc cała polemika Isaacsona i poświęcone jej w książce wywody nie mają najmniejszego sensu. Inny przykład: podrozdział "Złoty wiek bękartów" (s.44), w którym autor pisze między innymi: "Skaza na urodzeniu okazywała się dla wielu młodych, obdarzonych twórczym i niezależnym umysłem ludzi szansą na uwolnienie kreatywnego potencjału. Sprzyjał temu duch epoki - w renesansowych Włoszech kreatywność była w cenie. Wielu ówczesnych poetów, artystów i wybitnie uzdolnionych rzemieślników wywodziło się z nieprawego łoża: Petrarka, Boccaccio, Lorenzo Ghiberti, Fra Filippo Lippi, jego syn Fiippino, Leon Battista Alberti oraz, rzecz jasna, Leonardo da Vinci." i dalej, w podrozdziale „Adept doświadczenia” kontynuuje: „Pochodzenie z nieprawego łoża miało w przypadku Leonarda jeszcze jedną zaletę: jako nieślubne dziecko nie został posłany do jednej z łacińskich szkół, (…)”. W rzeczywistości jednak mamy do czynienia z wielowątkowym zlepkiem, z którego autor próbuje ukształtować i uargumentować jakieś ogólne wnioski. Ale one będą błędne. Czasy Petrarki, Boccaccia czy Ghibertiego dzieli z czasami Leonarda ponad jeden wiek. Niewiele mniej odlegli są Fra Filippo czy Alberti. To, że w oczach współczesnej historii sztuki są zaliczani do twórców renesansu nie czyni ich rówiesnikami. Nie czyni ich nawet przedstawicielami tych samych epok i tych samych systemów społecznych. Dzielą ich obrane drogi oraz kierunki rozwoju, wykształcenie. A jednak Isaacson wrzuca ich razem do jednego worka „bękart = człowiek wyzwolony od społecznych kanonów” i buduje wrażenie uniwersalnej prawdy o źródle twórczego potencjału, talentu i możliwości renesansowego twórcy. W takim zakresie jest to twierdzenie, niestety, absurdalne. Z kolei co do pochopnego ferowania wyroków: Isaacson przytaczając historię rodu da Vinci pozwala sobie na formułowanie zdań typu „Syn Antonia, Piero, okazał się bardziej rzutki od gnuśnego ojca.” (s.38). I w tym momencie nasuwa się pytanie – co autorowi pozwala wysuwać wniosek typu: Antonio da Vinci był gnuśny? Czy jedynie fakt, iż nie kontynuował tradycji wykonywania zawodu notariusza przez pierworodnego syna w rodzie? Czy fakty historyczne przemawiają za taką oceną postaci dziadka Leonarda? Jakie fakty? Czy zapewnienie synowi (Piero) wykształcenia notariusza we Florencji, zapewnienie opieki nad wnukiem z nieprawego łoża, poświęcenie życia zarządzaniu majątkiem ziemskim rodziny świadczą o gnuśności? Czy autor zadał sobie trud, by kwestię zgłębić, czy pozwala sobie na odniesienie do przebiegu losu rodu sprzed pięciuset lat jedynie na postawie swojego osobistego, współczesnego rozumienia pojęć „sukcesu”, z którego trąci mentalność rodem z Wall Street, ale nie obiektywizm, jakiego można by oczekiwać od absolwenta historii i literatury na Uniwersytecie Harvarda. W książce brak odniesienia do źródeł co do tego wyroku. A autor ma aspiracje do przedstawiania czytelnikowi biografii opartej na analizie historycznej. Buduje wszak jakieś fragmenty obrazu dziejów. Tutej jednak – skrzywione subiektywną perspektywą, historycznie absolutnie bezpodstawne. Dalsza lektura pierwszego rozdziału skłania jednak do wątpliwości innego typu – wątpliwości co do rzetelności polskiego tłumaczenia. Nie mam dostępu do orginału, więc w takim przypadku jak wspomniany powyżej nie wiem, czy autor oryginału rzeczywiście użył słowa „gnuśny”. W tym przypadku jednak ma to jeszcze niewielkie znaczenie, jakiego słowa użył, jako że kontekst i treść kolejnych wtrętów wskazuje jednoznacznie, iż autor wyrokuje, mniejsza o to jakim słowem, fakt natomiast – że bez przytoczenia podstaw. Natomiast w trakcie czytania książki natrafia czytelnik na inne, ewidentnie tłumaczeniowe „kwiatki”, jak : „Z racji tego, że Michele [praprzodek rodu ojca Leonarda da Vinci – przypis mój] był notariuszem, przysługiwał mu honorowy tytuł „ser””. Doprawdy wprowadza to w lekkie osłupienie, jako że historia raczej nie odnotowuje włoskiego tytułu w takim brzmieniu: „ser”. Nie istniał w języku włoskim również tytuł „sir”. Owszem, istniał tytuł „messere” tudzież „messer” (patrz. Lessicografia della Crusca in Rete), wywodzący się ze starofrancuskiego „missire”, znaczącego we włoskim „mio signore”, a odpowiadający łacińskiemu „Dominus”. Zatem albo sam autor coś uprościł, albo tłumacz na język polski nie zgłębił tematu widząc dziwny być może zapis w oryginale. Na pewno tłumacz nie zgłębił również tematu przywołując tłumaczenie zapisków Leonarda z Kodeksu Arundel, które w książce przybiera w języku polskim taką oto postać: „'(...) Rzeki pozbawione będą wody (…), na polach nie będzie już falujących łanów kukurydzy;(...)'”. Isaacson posługuje się w swej książce tłumaczeniem na język angielski zawartym w J. P. Richter, „The Notebooks of Leonardo da Vinci”, dwutomowe wydanie z 1970 roku. W tłumaczeniu tym zdanie brzmi: „(...) the rivers will be deprived of their waters, (…); the fields will no more be decked with waving corn;(...)”. Tłumacz książki Isaacsona, pan Strąkow, przetłumaczył „corn” jako „kukurydzę”! Nie zastanowił go przy tym fakt, że pochodząca z Meksyku kukurydza miała zerowe szanse w czasach Leonarda (zapisek apokaliptycznej wizji pochodzi ze środkowej części jego notatnika powstałego między 1492 a 1518 rokiem) na to, by falować na toskańskich czy lombardzkich polach i napawać tego niewątpliwie genialnego twórcę nostalgią. Podsumowując: pierwszy rozdział książki Waltera Isaacsona „Leonardo da Vinci” budzi u mnie dość mieszane uczucia, a przynajmniej daleki jestem od zachwytów. Niemniej doczytam do końca próbując nie dać owładnąć się pierwszemu wrażeniu.
  18. Błędy w wiedzy historycznej

    Ale ta książka nie jest autoryzowana przez Hawkinga, który sam zatrzegał, że nie brał udziału przy jej redagowaniu i nie uznał jej za swoje autorstwo. Ponadto Hawking zmieniał swoje zdanie co do kwestii „początku”. W „Krótkiej historii czasu” z 1988 roku napisał: „…jeżeli Wszechświat (…) nie ma żadnych granic ani brzegów, to nie ma też początku ani końca, po prostu istnieje”. Z kolei w książce „Wielki Projekt” naisanej razem z Leonardem Mlodinowem i wydanej w 2010 roku stwierdził: „Ponieważ istnieją takie prawa jak grawitacja, Wszechświat – dlatego że może to zrobić – stworzy się sam z niczego. Spontaniczne stworzenie jest przyczyną, dla której istnieje raczej coś niż nic, wyjaśnia istnienie Wszechświata. Nie jest konieczne przywoływanie Boga, by zapalić lont i wprawić Wszechświat w ruch”. W związku z tym trudno mówić o przyznaniu racji Biblii. Mit początku świata nie jest obecny jedynie w Biblii i jego biblijna wersja nie jest najstarszą, więc nie można go przypisywać wyłącznie Biblii. Również nie w sensie, że „wszechświat miał swój początek”. Kosmogonię zawiera m.in. staroegipska teologia z Memfis mówiąca o stworzeniu świata przez boga Ptah, który swoim słowem (a więc zbieżność z biblijnym pierwszym opisem stworzenia świata w Księgi Rodzaju oraz późniejszym, ewangelicznym ujęciem przez św. Jana - poprzez „logos” - słowo) stworzył boga słońca Atum, a tym samym światło i życie. Podobnie o stworzeniu świata przez boga mówi „Nauka dla króla Merikara” - faraona dziesiątej dynastii, rządzącego Egiptem ok. 2075-2040 r. p. n. e. Już te staroegipskie wersje są znacznie starsze od zapisów biblijnych. Jeśli zgodzić się z datowaniem powstania bibijnego pierwszego opisu stworzenia świata, o którym tu mowa – czyli stworzenie świata w sześć dni w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju - na ok. V w. p.n.e., to starsze od zapisu wersji biblijnej będzie też „Teogonia” Hezjoda, mówiąca o wyłonieniu się prabogów, z których pierwszymi była para: Chaos, a po nim Gaja; starsze od niej będą też dociekania filozofów przedsokratejskich; a niemal równy jej wiekiem będzie obraz stworzenia świata przekazany przez Platona w „Timajosie”. Wieczność i nieskończoność w przestrzeni bytu materialnego (a więc i wszechświata) była już przedmiotem filozofii i kosmogonii Parmenidesa (VI – V w. p.n.e.) oraz jego ucznia Melissosa z Samos (V w. p.n.e.), według których wszechświat, jako byt lub jako Jedno, był wieczny, nie miał swojego początku, gdyż nie-byt nie istnieje. Filozofię tę podejmowali dalej np. filozofowie neoplatońscy czy filozofowie muzułmańscy, jak np. Awicenna. Natomiast sporem teologicznym w kościele chrześcijańskim (ale i w islamie - tu spór między aszarytami a muzułmańskimi "neoplatończykami", a następnie polemika Awerroesa z nauką Al-Ghazaliego) była konfrontacja idei "creatio ex nihilo" (tu Tertulian czy Św. Augustyn z Hippony) z ideą wieczności wszechświata. Nauka "creatio ex nihilo" (czyli "stworzenie z niczego") rozwinięta o "ceratio continua" (czyli "ciągłe stwarzanie") stanowi w katolicyzmie jeden z dogmatów wiary.
  19. Francuskie tajne służby - Travaux Ruraux

    Wiem. Wiem nawet gdzie. Tutaj: ... Ale, o ile w tym krótkim czasie zdążyłem się zorientować, Pierre Nord nie był dziennikarzem ani publicystą, za to był członkiem Travaux Ruraux. Więc jak się ma piernik do wiatraka?
  20. Francuskie tajne służby - Travaux Ruraux

    Co do tego jeszcze, czy Pierre Nord później (czyli po roku 1947, jak wynika z Twoich słów) cały czas pisał o Agence Immobiliere jako właściwej nazwie służb; przy czym się upierasz. To nieprawda i wyraźnie zaprzecza temu dalsza twórczość Pierre'a Norda. Oto przykłady: 1. Cas de conscience de l'agent secret, P. Nord, 1960 r. dostęp do tekstu tutaj 2. L'actuelle guerre secrète, J. Bergier, P. Nord, L. Pauwels z 1967 roku. Co ciekawe, w podrozdziale Une mission impossible zamieszczona jest notka w ramce zatytułowanej Nous l'avons reconté ailleurs. I jakąż to informację przekazuje sam Pierre Nord w jej treści? Nie chce mi się przypisywać całej treści, zacytuję tylko ostatnie zdanie z tekstu we wspomnianej ramce: "L'organisme secret qu'il dirigeait n'était pas "l'Agence immobilière", mais les "Travaux Ruraux""
  21. Francuskie tajne służby - Travaux Ruraux

    Nigdy nie zagłębiałem się w to wszystko, o czym tu jest dyskutowane, więc pytam z czystej ciekawości: 1. Możesz przetłumaczyć na polski taką informację: "Pendant la seconde Guerre mondiale, l'entreprise de Travaux Ruraux est le service de renseignements militaire français clandestin mis en place le 1er juillet 1940, abréviation SSMF-TR (Service de sécurité militaire français - Travaux ruraux). Une partie de son histoire et de ses actions sont racontées dans "Mes camarades sont morts" de Pierre Nord sous le nom fictif de l'Agence immobilière."? Oczywiście, biorąc pod uwagę Twoją fascynację językiem francuskim wierzę, że możesz. 2. Możesz w oparciu o twoją tezę co do nazwy agencji wyjaśnić zasób francuskiego archiwum narodowego dostępnego na tej stronie francearchives.fr? 3. Przetłumaczyć z francuskiego na polski zwrot travaux ruraux ? Tak jako ciekawostkę. Normalnie przeszedłbym obojętnie, ale poruszył mnie jednak uderzający w farmazonach brak woli przeskoczenia własnych ograniczeń i zbadania podstaw tego, co się przeczytało. Obawiam się, że gdyby Kopciuszek był tworem francuskiej literatury, zmuszeni bylibyśmy na forum historycznym za Twoją przyczyną śledzić wywody wokół tezy na jego istnienie.
  22. Kto sprowadził Krzyżaków do Polski?

    Nie do końca, secesjonisto, ponieważ sam autor w pierwszych zdaniach swego postu wprowadzającego w temat napisał: Zatem precyzuje i, w rzeczywistości, to jego uzasadniania swej wątpliwości w tym kierunku prowadzi. Według mnie istotną rolę w rozstrzyganiu kwestii sprowadzenia zakonu krzyżackiego na "ziemie polskie" ma historyczne znaczenie i skutki tego faktu. Podobnie jak z odkryciami czy wynalazkami - epizod można odnotować, ale liczy się ostatecznie wpływ na dalsze dzieje. Z historycznego punktu widzenia nadanie Łasucic zakonowi było tylko epizodem, który nie przyniósł skutków, jakie miało nadanie ziemi chełmińskiej. Więc owszem, w szkole można uczyć, że Krzyżacy zaproszeni zostali na ziemie władane przez Piastów już odrobinę wcześniej niż uczynił to Konrad, ale to jego decyzja i jej realizacja były kamieniem milowym w łańcuchu wydarzeń, które wpłynęły na historię m. in. kraju, który dziś jest Polską.
  23. Przysłuchuję się dyskusji od jakiegoś czasu i w tym momencie chciałbym tylko wtrącić, że kwestii Lwowa i Galicji nie można wiązać z dyskusją o koncepcji granicy wschodniej opartej na linii Curzona, ponieważ ta koncepcja nie dotyczyła nigdy Galicji będącej do 1919 roku i traktatu pokojowego w Saint-Germain-en-Laye częścią zaboru austriackiego. Galicja weszła w granice odrodzonej Polski trochę prawem kaduka (przynajmniej gdy rozpatrywać to w oparciu o okoliczności i treść decyzji Ententy z 21 listopada 1919 roku). Jeżeli istniała takowa decyzja państw zachodnich w 1919 roku, nawet jeśli odłożona na bok wobec dyplomatycznych realiów międzywojnia, to mogła jak najbardziej wrócić do obiegu w trakcie tworzenia zachodnich koncepcji polskiej granicy wschodniej pod koniec II wojny światowej.
  24. Dzieła Lenina

    W niegdyś (w dobie DDR) "zakazabym mieście" Wünsdorf stoi Lenin bez żadnej przerwy po wycofaniu sowieckich jednostek w1994 roku. Ja pamiętam jeszcze ten pomnik jako ukryty w krzakach, ale jeśli wierzyć niemieckiej gazecie, to w ostatnim czasie znalazł bardziej eksponowane miejsce. https://www.google.com/amp/s/m.maz-online.de/amp/news/Brandenburg/Was-von-den-Russen-in-Brandenburg-uebrig-blieb I też jakoś szumu chyba nie było. Więc Gelsenkirchen nie pierwsze...
  25. No musiała być skoro James Cook zabrał ją ze sobą w rejs. Ja zaryzykuję stwierdzenie, że raczej długo nie. Lub może inaczej: kulinarnie mogli się Hiszpanie czy Anglicy z kiszoną kapustą zetknąć (wspominał o niej już Pliniusz Starszy, a w średniowieczu była jednym z towarów na szlakach północnych miast Hanzy), ale z użyciem w dalekomorskiej żegludze jako antidotum na szkorbut nie mieli chyba długo większego z nią doświadczenia. Poza tym, ani hiszpański, ani angielski, nie mają swego własnego słowa na kiszoną kapustę, a jedynie językowe zapożyczenia Vasco da Gama nie miał jej w swoim pokładowym menu (miał za to wołowinę, suchary, sardynki, soczewicę, cebulę, czosnek, śliwki suszone, migdały, miód, wino i wodę pitną) i stracił ponad 2/3 załogi. Podobnie nie miał jej Magellan (ten stracił jeszcze więcej ludzi). Nie miał jej i Kolumb. Ten ostatni za to miał w porównaniu z pozostałymi szczęście, że jego wyprawy trwały wystarczająco krótko, by uniknąć rozprzestrzenienia się szkorbutu wśród załóg. Kilka wieków później, w XVIII wieku, marynarka brytyjska nadal eksperymetnowała z zapobieganiem szkorbutowi. Eksperymentował i Cook. Jedną ze swych wypraw zaopatrzył w 320 galonów słodu, 1000 funtów skondensowanej suszonej zupy (portable soup), ocet, musztardę, jęczmień, a do tego w „odpowiednie ilości kiszonej kapusty oraz soku z cytryny”. I teoretycznie można by w tych okolicznościach przypisać Brytyjczykom odkycie w kiszonej kapuście panaceum na szkorbut (kiszoną kapustę taszczył też ze sobą Wells), gdyby nie fakt, że sam Cook w liście do Royal Society stwierdził, iż to słód jest bez wątpienia jedny z najlepszych "marynarskich" medykamentów „przeciwszkorbutowych” jaki dotąd odkryto. O kapuście kiszonej tego nie powiedział. Chociaż był jej entuzjastą. W swej pierwszej wyprawie serwował ją załodze w ilości 2 funtów na głowę na tydzień w przedziale jednego roku. Holendrzy za to mają własną nazwę na kiszoną kapustę. Ale ci akurat w XVI i XVII wieku, w ramach wypraw VOC, stawili w walce ze szkorbutem na cytrynę i świeże warzywa i owoce. Pierwszy sukces odnieśli Van Neck i Van Warwyck w swej wyprawie w 1598 roku. Holendrzy na swych szlakach, na Mauritiusie, Św. Helenie i na Przylądku Dobrej Nadziei założyli liczne ogrody i plantacje, bogate między innymi w cytrusy, mające zapewnić prowiant ich statkom. Ba! Lepiej. Zimą 1632 roku na pokładzie holenderskiego statku „Grel” założono ogród, w którym załoga uprawiała chrzan, rzeżuchę oraz warzuchę lekarską (znaną w angielskim nota bene jako scurvy grass, czyli po naszemu brzmiałoby to: trawa szkorbutowa) – na szczęście dla swych organów mowy i zębów, nie musieli tych nazw wymawiać po polsku. Uprawy ogrodów na pokładzie stały się z czasem tak popularne, że VOC w 1677 roku zabroniło oficjalnie tego procederu, jako że korzenie krzewów niszczyły okręty. Zdaje się że Anglicy poszli też chętniej śladem Holendrów i stawiali bardziej na cytrynę i cytrusy, niż na kiszoną kapustę. Również Cook flirtował z cytrusami. Choć podkochiwał się w kiszonej kapuście. Ale ostatecznie pierwszeństwo oddał słodowi.
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.