Jump to content

jakober

Użytkownicy
  • Content count

    552
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by jakober

  1. Z kogutem na kościelnych wieżach rzecz jest o tyle ciekawa, że zależy w olbrzymiej mierze od regionu / kraju. W niemieckich południowych i zachodnich landach kogut występuje zdecydowanie częściej na wieżach kościołów katolickich, a powszechne przeświadczenie wśród przeciętnych mieszkańców tych landów jest takie, iż kogut zwieńcza dachy kościołów katolickich, a krzyż - protestanckich. W landach północnych natomiast krzyż - w wiekszosci na katolickich, kogut - w większości na ewangelickich, a na luterańskich - łabądź, jako symbol Marcina Lutra. Powszechnie w Niemczech w kogucie dopatruje się symbolu czujności, przestrogi piotrowego oportunizmu oraz nastania światłości (wschodu słońca, zmartwychwstania). Na ile za ową symboliką stoi teologiczna wykładnia - nie wiem. Edycja: Najwyraźniej jednak symbol koguta ma u swego źródła niewiele wspólnego z rozdziałem na świątynie katolickie i protestanckie. Papież Leon IV zwieńczył kogutem pierwotną Bazylikę Św Piotra w Rzymie, papież Grzegorz Wielki uznał koguta za "najodpowiedniejszy znak chrześcijaństwa" a papież Mikołaj I nakazał w IX wieku umieszczać koguty na każdym kościele.
  2. Najciekawsze mezalianse w historii.

    Albrecht III Dobrotliwy i Agnes Bernauer. Dla augsburskiej mieszczanki małżeństwo z bawarskim księciem skończyło się jednak tragicznie. Mezalians przetrwał jednak w pamięci miasta Straubing - miejsca tragicznej śmierci Agnes - w postaci teatralnego festiwalu. Caterina de' Medici - żona króla Francji Henryka II była owocem mezaliansu. Jego bohaterami byli pochodząca z francuskiego szlacheckiego rodu burbońska księżniczka Madeleine de la Tour d’Auvergne i Lorenzo di Piero de' Medici - potomek florenckiego rodu Kosmy Medyceusza, który to jednak ród wśród szlachty Francji uchodził mimo wszystko za ród kupiecki. Brytyjski Edward VIII musiał odpuścić sobie plan poślubienia aktorki Wallis Simpson. Podobnież i księżniczka Małgorzata Windsor, siostra Elżbiety II, pod wpływem dworu królewskiego i opinii publicznej musiał rozstać się z pilotem Peterem Townsendem. Mężem Wiktorii, szwedzkiej następczyni tronu, jest Daniel Westling - trener fitness. Mimo głosów krytyki wśród szwedzkiej opinii publicznej ojciec Wiktorii - Karol XVI Gustaw musiał zaakceptować wolę córki, której matką, a jego żoną, jest Sylwia Sommerlath - była niemiecka tłumaczka.
  3. Podbijam temat Leonarda. Jakiś czas temu dostałem w prezencie książkę Waltera Isaacsona „Leonardo da Vinci” tłumaczenia Michała Strąkowa, wydaną przez Insignis Media w 2019 roku w Krakowie. Wreszcie mogę ze spokojem do niej usiąść i, przyznam, zabrałem się do lektury z dużą ciekawością szczególnie, że recenzje przychylne, a nawet pochwalne. Jednak po lekturze pierwszego rozdziału mam już mieszane uczucia. Być może to za wcześnie na ocenę całej książki, ale jednak pewne fragmenty nurtują mnie na tyle, że uważam, że warto się tym podzielić dla innych ewentualnych czytelników, którzy po tę książkę sięgną. Te mieszane uczucia budzi z jednej strony „nastawienie” autora, z drugiej - jej polskie tłumaczenia. Pod „nastawieniem” rozumiem m.in. podejście do źródeł oraz prezentowaną pewną „płytkość” logiki, z drugiej – duża swoboda w ferowaniu wyroków. Jako przykład pierwszego niech posłuży cały podrozdział „Wspomnienia z dzieciństwa” (s. 48 i n.). Isaacson skupia się na fragmencie zapisku da Vinciego z Kodeksu Atlantyckiego: „Opisywanie kani jest chyba mym przeznaczeniem, ponieważ jednym z moich pierwszych wspomnień jest to, jak leżałem w kołysce. Zdało mi się wówczas, że sfrunęła do mnie kania i rozchyliła mi usta ogonem, a potem kilkakrotnie pacnęła nim moje wargi”. W swoim pierwszym zdaniu komentarza Isaacson pisze: „Można przypuszczać, że w opisie tej sceny puścił nieco wodze fantazji, (…) Trudno przypuszczać, by dzika ptaszyna mogła faktycznie przysiąść na kołysce i wsunąć ogon w usta leżącego dziecka. Co więcej, sam Leonardo użył sformułowania „zdało mi się”, tak jakby chciał dać do zrozumienia, że jest to raczej opis sennego marzenia, a nie zachowanego w pamięci autentycznego przeżycia.” Dalej, snując swoją opowieść, przechodzi do analizy tego opisu przez Freuda i polemizując z nią powołuje się m. in. na błąd tłumaczeniowy. Poświęca temu połowę podrodziału. Główny problem z odbiorem owej polemiki Icaacsona polega na tym, że Isaacson nie pisze swej książki w czasach Freuda i ma możliwość przede wszystkim sprawdzenia, iż współczesna nauka nie dopuszcza możliwości pamiętania przez jakiegokolwiek człowieka zdarzenia z czasu, gdy ów był dzieckiem w kołysce. Leonardo nie mógł niczego pamiętać z czasu, gdy był niemowlęciem; nie mógł też "dać do zrozumienia", że mu się to w owym czasie przyśniło. W czasach, gdy Isaacson formułuje swoje dywagacje (a więc rok 2017) w tej materii jest naukowo dowiedzione, że takie wspomnienia są niemożliwe. A więc cała polemika Isaacsona i poświęcone jej w książce wywody nie mają najmniejszego sensu. Inny przykład: podrozdział "Złoty wiek bękartów" (s.44), w którym autor pisze między innymi: "Skaza na urodzeniu okazywała się dla wielu młodych, obdarzonych twórczym i niezależnym umysłem ludzi szansą na uwolnienie kreatywnego potencjału. Sprzyjał temu duch epoki - w renesansowych Włoszech kreatywność była w cenie. Wielu ówczesnych poetów, artystów i wybitnie uzdolnionych rzemieślników wywodziło się z nieprawego łoża: Petrarka, Boccaccio, Lorenzo Ghiberti, Fra Filippo Lippi, jego syn Fiippino, Leon Battista Alberti oraz, rzecz jasna, Leonardo da Vinci." i dalej, w podrozdziale „Adept doświadczenia” kontynuuje: „Pochodzenie z nieprawego łoża miało w przypadku Leonarda jeszcze jedną zaletę: jako nieślubne dziecko nie został posłany do jednej z łacińskich szkół, (…)”. W rzeczywistości jednak mamy do czynienia z wielowątkowym zlepkiem, z którego autor próbuje ukształtować i uargumentować jakieś ogólne wnioski. Ale one będą błędne. Czasy Petrarki, Boccaccia czy Ghibertiego dzieli z czasami Leonarda ponad jeden wiek. Niewiele mniej odlegli są Fra Filippo czy Alberti. To, że w oczach współczesnej historii sztuki są zaliczani do twórców renesansu nie czyni ich rówiesnikami. Nie czyni ich nawet przedstawicielami tych samych epok i tych samych systemów społecznych. Dzielą ich obrane drogi oraz kierunki rozwoju, wykształcenie. A jednak Isaacson wrzuca ich razem do jednego worka „bękart = człowiek wyzwolony od społecznych kanonów” i buduje wrażenie uniwersalnej prawdy o źródle twórczego potencjału, talentu i możliwości renesansowego twórcy. W takim zakresie jest to twierdzenie, niestety, absurdalne. Z kolei co do pochopnego ferowania wyroków: Isaacson przytaczając historię rodu da Vinci pozwala sobie na formułowanie zdań typu „Syn Antonia, Piero, okazał się bardziej rzutki od gnuśnego ojca.” (s.38). I w tym momencie nasuwa się pytanie – co autorowi pozwala wysuwać wniosek typu: Antonio da Vinci był gnuśny? Czy jedynie fakt, iż nie kontynuował tradycji wykonywania zawodu notariusza przez pierworodnego syna w rodzie? Czy fakty historyczne przemawiają za taką oceną postaci dziadka Leonarda? Jakie fakty? Czy zapewnienie synowi (Piero) wykształcenia notariusza we Florencji, zapewnienie opieki nad wnukiem z nieprawego łoża, poświęcenie życia zarządzaniu majątkiem ziemskim rodziny świadczą o gnuśności? Czy autor zadał sobie trud, by kwestię zgłębić, czy pozwala sobie na odniesienie do przebiegu losu rodu sprzed pięciuset lat jedynie na postawie swojego osobistego, współczesnego rozumienia pojęć „sukcesu”, z którego trąci mentalność rodem z Wall Street, ale nie obiektywizm, jakiego można by oczekiwać od absolwenta historii i literatury na Uniwersytecie Harvarda. W książce brak odniesienia do źródeł co do tego wyroku. A autor ma aspiracje do przedstawiania czytelnikowi biografii opartej na analizie historycznej. Buduje wszak jakieś fragmenty obrazu dziejów. Tutej jednak – skrzywione subiektywną perspektywą, historycznie absolutnie bezpodstawne. Dalsza lektura pierwszego rozdziału skłania jednak do wątpliwości innego typu – wątpliwości co do rzetelności polskiego tłumaczenia. Nie mam dostępu do orginału, więc w takim przypadku jak wspomniany powyżej nie wiem, czy autor oryginału rzeczywiście użył słowa „gnuśny”. W tym przypadku jednak ma to jeszcze niewielkie znaczenie, jakiego słowa użył, jako że kontekst i treść kolejnych wtrętów wskazuje jednoznacznie, iż autor wyrokuje, mniejsza o to jakim słowem, fakt natomiast – że bez przytoczenia podstaw. Natomiast w trakcie czytania książki natrafia czytelnik na inne, ewidentnie tłumaczeniowe „kwiatki”, jak : „Z racji tego, że Michele [praprzodek rodu ojca Leonarda da Vinci – przypis mój] był notariuszem, przysługiwał mu honorowy tytuł „ser””. Doprawdy wprowadza to w lekkie osłupienie, jako że historia raczej nie odnotowuje włoskiego tytułu w takim brzmieniu: „ser”. Nie istniał w języku włoskim również tytuł „sir”. Owszem, istniał tytuł „messere” tudzież „messer” (patrz. Lessicografia della Crusca in Rete), wywodzący się ze starofrancuskiego „missire”, znaczącego we włoskim „mio signore”, a odpowiadający łacińskiemu „Dominus”. Zatem albo sam autor coś uprościł, albo tłumacz na język polski nie zgłębił tematu widząc dziwny być może zapis w oryginale. Na pewno tłumacz nie zgłębił również tematu przywołując tłumaczenie zapisków Leonarda z Kodeksu Arundel, które w książce przybiera w języku polskim taką oto postać: „'(...) Rzeki pozbawione będą wody (…), na polach nie będzie już falujących łanów kukurydzy;(...)'”. Isaacson posługuje się w swej książce tłumaczeniem na język angielski zawartym w J. P. Richter, „The Notebooks of Leonardo da Vinci”, dwutomowe wydanie z 1970 roku. W tłumaczeniu tym zdanie brzmi: „(...) the rivers will be deprived of their waters, (…); the fields will no more be decked with waving corn;(...)”. Tłumacz książki Isaacsona, pan Strąkow, przetłumaczył „corn” jako „kukurydzę”! Nie zastanowił go przy tym fakt, że pochodząca z Meksyku kukurydza miała zerowe szanse w czasach Leonarda (zapisek apokaliptycznej wizji pochodzi ze środkowej części jego notatnika powstałego między 1492 a 1518 rokiem) na to, by falować na toskańskich czy lombardzkich polach i napawać tego niewątpliwie genialnego twórcę nostalgią. Podsumowując: pierwszy rozdział książki Waltera Isaacsona „Leonardo da Vinci” budzi u mnie dość mieszane uczucia, a przynajmniej daleki jestem od zachwytów. Niemniej doczytam do końca próbując nie dać owładnąć się pierwszemu wrażeniu.
  4. Błędy w wiedzy historycznej

    Ale ta książka nie jest autoryzowana przez Hawkinga, który sam zatrzegał, że nie brał udziału przy jej redagowaniu i nie uznał jej za swoje autorstwo. Ponadto Hawking zmieniał swoje zdanie co do kwestii „początku”. W „Krótkiej historii czasu” z 1988 roku napisał: „…jeżeli Wszechświat (…) nie ma żadnych granic ani brzegów, to nie ma też początku ani końca, po prostu istnieje”. Z kolei w książce „Wielki Projekt” naisanej razem z Leonardem Mlodinowem i wydanej w 2010 roku stwierdził: „Ponieważ istnieją takie prawa jak grawitacja, Wszechświat – dlatego że może to zrobić – stworzy się sam z niczego. Spontaniczne stworzenie jest przyczyną, dla której istnieje raczej coś niż nic, wyjaśnia istnienie Wszechświata. Nie jest konieczne przywoływanie Boga, by zapalić lont i wprawić Wszechświat w ruch”. W związku z tym trudno mówić o przyznaniu racji Biblii. Mit początku świata nie jest obecny jedynie w Biblii i jego biblijna wersja nie jest najstarszą, więc nie można go przypisywać wyłącznie Biblii. Również nie w sensie, że „wszechświat miał swój początek”. Kosmogonię zawiera m.in. staroegipska teologia z Memfis mówiąca o stworzeniu świata przez boga Ptah, który swoim słowem (a więc zbieżność z biblijnym pierwszym opisem stworzenia świata w Księgi Rodzaju oraz późniejszym, ewangelicznym ujęciem przez św. Jana - poprzez „logos” - słowo) stworzył boga słońca Atum, a tym samym światło i życie. Podobnie o stworzeniu świata przez boga mówi „Nauka dla króla Merikara” - faraona dziesiątej dynastii, rządzącego Egiptem ok. 2075-2040 r. p. n. e. Już te staroegipskie wersje są znacznie starsze od zapisów biblijnych. Jeśli zgodzić się z datowaniem powstania bibijnego pierwszego opisu stworzenia świata, o którym tu mowa – czyli stworzenie świata w sześć dni w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju - na ok. V w. p.n.e., to starsze od zapisu wersji biblijnej będzie też „Teogonia” Hezjoda, mówiąca o wyłonieniu się prabogów, z których pierwszymi była para: Chaos, a po nim Gaja; starsze od niej będą też dociekania filozofów przedsokratejskich; a niemal równy jej wiekiem będzie obraz stworzenia świata przekazany przez Platona w „Timajosie”. Wieczność i nieskończoność w przestrzeni bytu materialnego (a więc i wszechświata) była już przedmiotem filozofii i kosmogonii Parmenidesa (VI – V w. p.n.e.) oraz jego ucznia Melissosa z Samos (V w. p.n.e.), według których wszechświat, jako byt lub jako Jedno, był wieczny, nie miał swojego początku, gdyż nie-byt nie istnieje. Filozofię tę podejmowali dalej np. filozofowie neoplatońscy czy filozofowie muzułmańscy, jak np. Awicenna. Natomiast sporem teologicznym w kościele chrześcijańskim (ale i w islamie - tu spór między aszarytami a muzułmańskimi "neoplatończykami", a następnie polemika Awerroesa z nauką Al-Ghazaliego) była konfrontacja idei "creatio ex nihilo" (tu Tertulian czy Św. Augustyn z Hippony) z ideą wieczności wszechświata. Nauka "creatio ex nihilo" (czyli "stworzenie z niczego") rozwinięta o "ceratio continua" (czyli "ciągłe stwarzanie") stanowi w katolicyzmie jeden z dogmatów wiary.
  5. Francuskie tajne służby - Travaux Ruraux

    Wiem. Wiem nawet gdzie. Tutaj: ... Ale, o ile w tym krótkim czasie zdążyłem się zorientować, Pierre Nord nie był dziennikarzem ani publicystą, za to był członkiem Travaux Ruraux. Więc jak się ma piernik do wiatraka?
  6. Francuskie tajne służby - Travaux Ruraux

    Co do tego jeszcze, czy Pierre Nord później (czyli po roku 1947, jak wynika z Twoich słów) cały czas pisał o Agence Immobiliere jako właściwej nazwie służb; przy czym się upierasz. To nieprawda i wyraźnie zaprzecza temu dalsza twórczość Pierre'a Norda. Oto przykłady: 1. Cas de conscience de l'agent secret, P. Nord, 1960 r. dostęp do tekstu tutaj 2. L'actuelle guerre secrète, J. Bergier, P. Nord, L. Pauwels z 1967 roku. Co ciekawe, w podrozdziale Une mission impossible zamieszczona jest notka w ramce zatytułowanej Nous l'avons reconté ailleurs. I jakąż to informację przekazuje sam Pierre Nord w jej treści? Nie chce mi się przypisywać całej treści, zacytuję tylko ostatnie zdanie z tekstu we wspomnianej ramce: "L'organisme secret qu'il dirigeait n'était pas "l'Agence immobilière", mais les "Travaux Ruraux""
  7. Francuskie tajne służby - Travaux Ruraux

    Nigdy nie zagłębiałem się w to wszystko, o czym tu jest dyskutowane, więc pytam z czystej ciekawości: 1. Możesz przetłumaczyć na polski taką informację: "Pendant la seconde Guerre mondiale, l'entreprise de Travaux Ruraux est le service de renseignements militaire français clandestin mis en place le 1er juillet 1940, abréviation SSMF-TR (Service de sécurité militaire français - Travaux ruraux). Une partie de son histoire et de ses actions sont racontées dans "Mes camarades sont morts" de Pierre Nord sous le nom fictif de l'Agence immobilière."? Oczywiście, biorąc pod uwagę Twoją fascynację językiem francuskim wierzę, że możesz. 2. Możesz w oparciu o twoją tezę co do nazwy agencji wyjaśnić zasób francuskiego archiwum narodowego dostępnego na tej stronie francearchives.fr? 3. Przetłumaczyć z francuskiego na polski zwrot travaux ruraux ? Tak jako ciekawostkę. Normalnie przeszedłbym obojętnie, ale poruszył mnie jednak uderzający w farmazonach brak woli przeskoczenia własnych ograniczeń i zbadania podstaw tego, co się przeczytało. Obawiam się, że gdyby Kopciuszek był tworem francuskiej literatury, zmuszeni bylibyśmy na forum historycznym za Twoją przyczyną śledzić wywody wokół tezy na jego istnienie.
  8. Kto sprowadził Krzyżaków do Polski?

    Nie do końca, secesjonisto, ponieważ sam autor w pierwszych zdaniach swego postu wprowadzającego w temat napisał: Zatem precyzuje i, w rzeczywistości, to jego uzasadniania swej wątpliwości w tym kierunku prowadzi. Według mnie istotną rolę w rozstrzyganiu kwestii sprowadzenia zakonu krzyżackiego na "ziemie polskie" ma historyczne znaczenie i skutki tego faktu. Podobnie jak z odkryciami czy wynalazkami - epizod można odnotować, ale liczy się ostatecznie wpływ na dalsze dzieje. Z historycznego punktu widzenia nadanie Łasucic zakonowi było tylko epizodem, który nie przyniósł skutków, jakie miało nadanie ziemi chełmińskiej. Więc owszem, w szkole można uczyć, że Krzyżacy zaproszeni zostali na ziemie władane przez Piastów już odrobinę wcześniej niż uczynił to Konrad, ale to jego decyzja i jej realizacja były kamieniem milowym w łańcuchu wydarzeń, które wpłynęły na historię m. in. kraju, który dziś jest Polską.
  9. Przysłuchuję się dyskusji od jakiegoś czasu i w tym momencie chciałbym tylko wtrącić, że kwestii Lwowa i Galicji nie można wiązać z dyskusją o koncepcji granicy wschodniej opartej na linii Curzona, ponieważ ta koncepcja nie dotyczyła nigdy Galicji będącej do 1919 roku i traktatu pokojowego w Saint-Germain-en-Laye częścią zaboru austriackiego. Galicja weszła w granice odrodzonej Polski trochę prawem kaduka (przynajmniej gdy rozpatrywać to w oparciu o okoliczności i treść decyzji Ententy z 21 listopada 1919 roku). Jeżeli istniała takowa decyzja państw zachodnich w 1919 roku, nawet jeśli odłożona na bok wobec dyplomatycznych realiów międzywojnia, to mogła jak najbardziej wrócić do obiegu w trakcie tworzenia zachodnich koncepcji polskiej granicy wschodniej pod koniec II wojny światowej.
  10. Dzieła Lenina

    W niegdyś (w dobie DDR) "zakazabym mieście" Wünsdorf stoi Lenin bez żadnej przerwy po wycofaniu sowieckich jednostek w1994 roku. Ja pamiętam jeszcze ten pomnik jako ukryty w krzakach, ale jeśli wierzyć niemieckiej gazecie, to w ostatnim czasie znalazł bardziej eksponowane miejsce. https://www.google.com/amp/s/m.maz-online.de/amp/news/Brandenburg/Was-von-den-Russen-in-Brandenburg-uebrig-blieb I też jakoś szumu chyba nie było. Więc Gelsenkirchen nie pierwsze...
  11. No musiała być skoro James Cook zabrał ją ze sobą w rejs. Ja zaryzykuję stwierdzenie, że raczej długo nie. Lub może inaczej: kulinarnie mogli się Hiszpanie czy Anglicy z kiszoną kapustą zetknąć (wspominał o niej już Pliniusz Starszy, a w średniowieczu była jednym z towarów na szlakach północnych miast Hanzy), ale z użyciem w dalekomorskiej żegludze jako antidotum na szkorbut nie mieli chyba długo większego z nią doświadczenia. Poza tym, ani hiszpański, ani angielski, nie mają swego własnego słowa na kiszoną kapustę, a jedynie językowe zapożyczenia Vasco da Gama nie miał jej w swoim pokładowym menu (miał za to wołowinę, suchary, sardynki, soczewicę, cebulę, czosnek, śliwki suszone, migdały, miód, wino i wodę pitną) i stracił ponad 2/3 załogi. Podobnie nie miał jej Magellan (ten stracił jeszcze więcej ludzi). Nie miał jej i Kolumb. Ten ostatni za to miał w porównaniu z pozostałymi szczęście, że jego wyprawy trwały wystarczająco krótko, by uniknąć rozprzestrzenienia się szkorbutu wśród załóg. Kilka wieków później, w XVIII wieku, marynarka brytyjska nadal eksperymetnowała z zapobieganiem szkorbutowi. Eksperymentował i Cook. Jedną ze swych wypraw zaopatrzył w 320 galonów słodu, 1000 funtów skondensowanej suszonej zupy (portable soup), ocet, musztardę, jęczmień, a do tego w „odpowiednie ilości kiszonej kapusty oraz soku z cytryny”. I teoretycznie można by w tych okolicznościach przypisać Brytyjczykom odkycie w kiszonej kapuście panaceum na szkorbut (kiszoną kapustę taszczył też ze sobą Wells), gdyby nie fakt, że sam Cook w liście do Royal Society stwierdził, iż to słód jest bez wątpienia jedny z najlepszych "marynarskich" medykamentów „przeciwszkorbutowych” jaki dotąd odkryto. O kapuście kiszonej tego nie powiedział. Chociaż był jej entuzjastą. W swej pierwszej wyprawie serwował ją załodze w ilości 2 funtów na głowę na tydzień w przedziale jednego roku. Holendrzy za to mają własną nazwę na kiszoną kapustę. Ale ci akurat w XVI i XVII wieku, w ramach wypraw VOC, stawili w walce ze szkorbutem na cytrynę i świeże warzywa i owoce. Pierwszy sukces odnieśli Van Neck i Van Warwyck w swej wyprawie w 1598 roku. Holendrzy na swych szlakach, na Mauritiusie, Św. Helenie i na Przylądku Dobrej Nadziei założyli liczne ogrody i plantacje, bogate między innymi w cytrusy, mające zapewnić prowiant ich statkom. Ba! Lepiej. Zimą 1632 roku na pokładzie holenderskiego statku „Grel” założono ogród, w którym załoga uprawiała chrzan, rzeżuchę oraz warzuchę lekarską (znaną w angielskim nota bene jako scurvy grass, czyli po naszemu brzmiałoby to: trawa szkorbutowa) – na szczęście dla swych organów mowy i zębów, nie musieli tych nazw wymawiać po polsku. Uprawy ogrodów na pokładzie stały się z czasem tak popularne, że VOC w 1677 roku zabroniło oficjalnie tego procederu, jako że korzenie krzewów niszczyły okręty. Zdaje się że Anglicy poszli też chętniej śladem Holendrów i stawiali bardziej na cytrynę i cytrusy, niż na kiszoną kapustę. Również Cook flirtował z cytrusami. Choć podkochiwał się w kiszonej kapuście. Ale ostatecznie pierwszeństwo oddał słodowi.
  12. Koronawirus

    Moment, bo zaczynam się w tych wyliczeniach gubić. Jak ma się liczba kwarantannowców do liczby ogółu odnotowanych zakażeń na województwo na oficjalnej stronie rządowej?
  13. Koronawirus

    Ja mam pytanie w przeciwną stronę. Ile spośród przypadków infekcji przypisywanych statystycznie Hubei (ca.: 187,5 tyś km2; 57 mln mieszkańców, zagęszczenie 321 M/km2) ma miejsce w Wuhan (ca.: 1560 km2, 8,1 mln mieszkańców, zagęszczenie ca. 5200 M/km2) i jakie jest (było) tempo rozprzestrzeniania się wirusa w samym Wuhan? Jak wygląda to w innych okręgów miejskich prowincji Hubei? Może ktoś z was dotarł do takich informacji? Jak mają się te statystyki oraz krzywe dla statystyk i krzywych polskich miast i województw? Czy statystyki ogólnokrajowe nie fałszują obrazu tak samo, jak miało by to teoretycznie miejsce przy rozpatrywaniu całych Chin zamiast poszczególnych ich prowincji? Czy istnieją wystarczające podstawy do "wyłączania" gospodarki całego kraju, zamiast skupienia się na ogniskach?
  14. Koronawirus

    Tego raczej nie mogę przyjąć, bo brak podstaw do stwierdzenia, jaka ilość jest wystarczająca. Według oficjalnych informacji WHO podawanych w Niemczech - obecna - nie jest. I dlatego gdy nie jest wystarczająca, i gdy nie wiemy kiedy jest już wystarczająca - według mnie jedyną możliwością porównania sytuacji w różnych krajach jest przyjęcie jednej i niezmienniej liczby ilości testów, do której każdego dnia odnoszone będą uzyskane dane. Z tego względu w moim przykładzie dla C będzie 250 infekcji / 10 tyś. testów, bo 10 tyś testów przyjąłem za stałą dla wszystkich krajów A, B i C. To tak jak porównanie samochodów różnych marek ile średnio palą na konkretnie 100 km, nawet jeśli jeden przejechał 50 km a drugi 3000 km. I oczywiście jest też od razu jasne, że jest tyle czynników, wynikających ze specyfiki systemu przyjętego w każdym z krajów, wpływających na dane zbierane z testów, że trudno zapewne o jakiekolwiek porównania. Niemniej marki samochodów trzymają się x l / 100 km, bo to jakoś łatwo trafia do ludzi i pomyślałem, że o takie porównanie chodzi Saturnowi. Chociaż, chyba sam za bardzo sobie rzecz skomplikowałem. Wystarczy policzyć procenty, i wyjdzie na to samo.
  15. Koronawirus

    Tylko jeśli dobrze rozumiem model janceta, to jego system progowania mówi o postępie epidemii w danym kraju (w oparciu o dane z danego kraju) na zasadzie krotności. Chodzi więc o porównywanie tempa, a nie wielkości rzeczywistych. Wyniki w tym modelu można zafałszować np. manipulując ilością przeprowadzanych każdego dnia w danym kraju testów. Natomiast z tego modelu nie da się oszacować możliwego procentu zainfekowanej wirusem populacji danego kraju. Jeśli ktoś chciałby pokusić się o szacowanie ilości infekcji w odniesieniu do tempa a nie o szacowanie samego tempa, to musiałby przyjąć jakąś ilość przeprowadzanych testów za wzrocową i wartości w poszczególnych krajach, w odniesieniu do znanej ilości przeprowadzanych w tych krajach testów, odpowiednio relatywizować do wartości wzorcowej. Przykładowo: wzorcowa liczba testów to 10 tys. dziennie. W dniu „a”: w kraju A liczba przeprowadzonych testów wynosi 10 tys. (czyli tego dnia akurat wzorcowa); zgłoszonych infekcji: 200 w kraju B liczba testów wynosi 500; zgłoszonych infekcji: 20 w kraju C liczba testów wynosi 12 tys.; liczba zgłoszonych infekcji: 300 Relatywne wartości szacunkowe dla tych trzech krajów w dniu „a” wynosić będą: kraj A: 200 infekcji kraj B: 400 infekcji kraj C: 250 infekcji W dniu "b": w kraju A: 9 tys. testów, zgłoszonych infekcji: 180 / relatywna wartość szacunkowa: 200 infekcji w kraju B: 600 testów, zgłoszonych infekcji 30 / relatywna wartość szacunkowa: 500 infekcji w kraju C: 15 tys. testów, zgłoszonych infekcji 330 / relatywna wartość szacunkowa: 220 infekcji itd, itd... Oczywiście, w krajach odbiegających znacznie poniżej przyjętej wzorcowej liczby testów dziennie będą to tylko uproszczone szacunkowe ilości infekcji. Ale da się przynajmniej dość szybko w porównaniu z innymi krajami stwierdzić: Huston, chyba mamy problem...
  16. Koronawirus

    Z tym Paryżem to jakaś kaczka dziennikarska. Rzecz działa się 8 marca w Landernau. To miejscowość na tym samym, wysunięty najdalej na zachód Francji cyplu, na którym leży wioska niepokonanych Gallów z Asterixa, całkiem daleko od Lutecji...
  17. Koronawirus

    Może chiński rząd pracował nad wirusem mającym wywoływać u zainfekowanych masową euforię, by wszelkie pochody i święta państwowe inicjowanie były wyłącznie oddolnie, z niepohamowanej potrzeby ludu? Niestety, sprawa wymknęła się spod kontroli i wirus zadziałał zgodnie z oczekiwaniami dopiero u Francuzów? W tym wypadku Trump powinien być wręcz zainteresowany importem francuskiej mutacji. Wraz z białymi kapturkami. Dziurki na oczy można dorobić już na miejscu... Swoją drogą, to nawet całkiem sympatyczny obrazek, te tłumy rozentuzjazmowanych niebieskich ludzików. Pod warunkiem, że na zakończenie imprezy masowo nie podgryzają sobie nawzajem szyi.
  18. Koronawirus

    Na komentowane konferencji prasowej z 11 marca , godz. 11:30 Z udziałem pani kanclerz, ministra zdrowia oraz szefa RKI, szef RKI w 17 min. 50 sek. konferencji potwierdza następująco wcześniejsze słowa pani kanclerz: "Es handelt sich um einen pandemischen Virus, mit welchem 60 bis 70 % der Bevölkerung infiziert wird." Sens tej wypowiedzi należy rozumieć w cytowanym przeze mnie wcześniej i przetłumaczonym kontekście: Mamy do czynienia z wirusem, którym zainfekowanych będzie 60 do 70 % ludności nim się na niego uodpornimy. Inaczej: Nie unikniemy infekcji wirusem 60 do 70 % populacji, nim organizm ludzki wytworzy odpowiednie przeciwciała. Owa prognoza jest zasadniczo warunkiem, po którego spełnieniu wirus przestanie się rozprzestrzeniać. Strategią rządu niemieckiego jest rozciągniecie tej sytuacji w czasie na kilka lat. Czyli, mówiąc po ludzku: oswoić wirusa. Słowo "infizieren" znaczy w j. niemieckim: mit einer Substanz oder Erregern in Kontakt bringen, die Krankheiten auslösen können, co oznacza: doprowadzić do kontaktu z jakąś substancją lub zarazkiem (czynnikiem zakaźnym), który może wywołać chorobę. Czyli praktycznie pokrywa się to z polską definicją słowa infekcja.
  19. Koronawirus

    Raczej pani kanclerz może przytoczyć prognozy naukowców, niż naukowiec potwierdzić jej prognozy. Jeśli chodzi o prognozowanie procentów zarażonych, to kontekst jest taki: "Experten gehen davon aus, dass sich etwa 60 Prozent mit dem neuartigen Coronavirus anstecken könnten. Erst dann wären genug Menschen gegen das neue Coronavirus immun. Denn wer sich einmal mit dem neuartigen Virus infiziert hat, kann sich in der Regel kein zweites Mal mit dem Virus infizieren. Die 60 Prozent beschreiben einen theoretischen Wendepunkt, an dem genügend Menschen immun sind. Das neuartige Coronavirus kann sich dann nicht mehr ausbreiten." Czyli dopiero, gdy liczba zainfekowanych sięgnie 60 %, ludzie (teoretycznie) będą wystarczająco uodpornieni na wirusa. Wg wspomnianego przez Saturna wirusologa Christiana Dorstena od zakażonego zaraża się 5% do 10% osób mających z nim kontakt. Ten sam wirusolog szacuje na dziś poziom śmiertelności wśród zakażonych wirusem na 0,7 %. To z zalinkowanej przeze mnie strony. Jest tam więcej danych i informacji.
  20. Koronawirus

    Link do paru informacji o Coronavirus na stronie SWR Wissen.
  21. Koronawirus

    Saturn, nie wiem skąd informacja, że to od "wojny hybrydowej w Ukrainie", ale Bundesamt für Bevölkerungsschutz und Katastrophenhilfe funkcjonuje od 2004 roku, a tzw. Checklistę wymieniającą ilości i rodzaj zalecanych zapasów na wypadek katastrof publikuje od 2005 roku, kiedy to niespodziewanie wielkie opady śniegu odcięły na cztery dni 250 tyś mieszkańców Północnej Nadrenii - Westfalii od dostaw prądu. Nie zetknąłem się też z rządowymi alertami dotyczącymi racji żywnościowych, a raczej powinienem, jeśli miałyby być jakieś rządowe alerty. Owszem, w 2015 roku wspomniany urząd udostępnił aplikację na smartfony (NINA), informującą o ewentualnych zagrożeniach. Ale posiadanie jej nie jest obowiązkowe, a oficjalnych alertów czy alarmów (w telewizji, radiu, prasie, ukazach, ulotkach, jeżdżących pojazdach policyjnych z megafonami, czy co by jeszcze pod tym rozumieć) - nie ma. Pisanie więc w powyższej formie stylistycznej; z przeplataniem wojen czy potencjalnych ataków Rosji; buduje, jak na rzeczywistą sytuację za oknem, zbyt duże napięcie, bliskie stanowi wyjątkowemu. A wracając do racji żywnościowych zalecanych we wspomnianej liście: Nie są to żadne wyjątkowe rodzaje ani ilości. Szczerze mówiąc, parę kilo ziemniaków, pół kilo ryżu i dwa opakowania spaghetti normalnie funkcjonujące dwuosobowe gospodarstwo ma pod ręką bez żadnych alertów. Z drugiej strony, jeśli wziąć pod uwagę, że w Niemczech rocznie 18 mln ton żywności ląduje rocznie na śmietniku, co daje ok. 4 kg na osobę na tydzień, to wystarczyłoby, gdyby zamiast kupować dodatkowe zapasy, przeciętna rodzina po prostu przez tydzień zjadła, co kupiła. A tak, ogarnięte paniką "chomiki" wyjeżdżają z trzy razy większymi zakupami, jak normalnie (czyli trzy pełne kosze zamiast jednego), co oznacza jedynie, że trzy razy więcej wyląduje w śmieciach. Może z wyjątkiem chipsów i czekolady. Oczywiście, pozwalam sobie na ironię, ale obawiam się, że nie ląduję daleko od wyników przyszłorocznych podsumowań tego roku.
  22. Koronawirus

    Mnie w całej obecnej historii zastanawia właśnie kwestia rozprzestrzeniania paniki. W Niemczech obecnie trudno jest załapać się na konsultację lekarską z czymkolwiek, bo poczekalnie zapełnione są tymi, którzy uważają/boją się/chcą sprawdzić, że załapali koronę. W sklepach i aptekach brak środków dezynfekujących i masek ochronnych. Wszędzie, gdzie pojawia się informacja o pierwszym zakażonym, Hamster-Käufer (jak potocznie Niemcy nazywają ludzi wykupujących towar na zapas) pustoszą półki sklepowe z wody, ryżu, makaronu, papieru toaletowego, konserw i wszystkiego, co ich zdaniem do przetrwania jest potrzebne; są przypadki zatrzymania pociągu i interwencji policji, bo ktoś podejrzanie za długo kaszle (mniejsza o to, że kaszlący wysiadł dwie stacje przed stacją, na ktorej wkroczyła policja); przy pierwszym ogłoszonym objawie u pracownika, firmy wysyłają pracowników do Home Office lub przerywają produkcję. Wszelkie targi, imprezy są odwoływane. Słowem: rozregulowywana jest odśrodkowo gospodarka, a całość przypomina nieco puentę dowcipu opowiadanego przez Tarantino, w którym facet sika na bar i barmana, a barman się cieszy. Nie jestem fanem teorii spiskowych, ale zastanawiam się, co bym zrobił będąc już sporym mocarstwem i chcąc rozregulować gospodarkę konkurentów, w białych rękawiczkach. Co do artykułu z 2019 roku, to parę wyjaśnień po zgrubsza przeczytaniu raportu Instytutu Roberta Kocha. Artykuł podaje 25.100 (i tylko tę liczbę) jako liczbę śmiertelnych ofiar grypy w sezonie 2017/2018. W przytaczanych w artykule raportach RKI (Robert Koch Institut) pada ona jednak jako wartość szacunkowa, tzw. excess mortality rate / exzessive Mortalität (wskaźnik ponadśmiertelności?) - czyli, jak rozumiem, różnica między przeciętną śmiertelnością a śmiertelnością podwyższoną, obserwowaną w danej populacji w jakimś przedziale czasu. Jest to jedna z danych analizowanych przez RKI w oparciu o dane z Arbeitsgemeinschaft Influenza (AGI) - opracowanego i prowadzonego przez RKI systemu monitorowania przypadków grypy. Jego dane dotyczą okresu 20 pierwszych tygodni roku. RKI analizuje jednocześnie w swoim raporcie dane z monitoringu laboratoryjnego z okresu między KW40 ( 40-ty tydzień kalendarzowy roku 2017) i KW 20 (20-ty tydzień 2018 roku), a zatem 33 tygodni, w oparciu o wytyczne IfSG (Infektionsschutzgesetz - ustawy o ochronie przed infekcjami). Z analizy wynika, że w tym okresie laboratoryjnie potwierdzone było 334.000 przypadków grypy, 60.000 laboratoryjnie potwierdzonych przypadków wymagających pobytu w szpitalu oraz 1.674 laboratoryjnie potwierdzone przypadki śmiertelne. A zatem mamy w zestawieniu dwie metody klasyfikowania przypadków. W pierwszej wskaźnik śmiertelności mówi zasadniczo o liczbie przypadków, które miały miejsce w okresie grypowym i w których grypa przewinęła się w tle, w drugiej - laboratoryjnie sprawdzone i w myśl definicji z ustawy potwierdzone przypadki. Różnice wyników między obiema metodami są duże, RKI w swym raporcie uzasadnia też owe różnice (np. laboratoryjnie sprawdzany jest nie każdy przypadek, jako powód śmierci nie zawsze zgłaszana lub powiązywana jest grypa, ale też nie każdy przypadek śmierci z grypą w tle jest wynikiem grypy, itd.) Jak widać na przykładzie artykułu, istnieje tendencja przytaczania opinii publicznej liczb najwyższych. Pytanie, czy nie taki sam mechanizm informacyjny działa w przypadku korony? I dlaczego nie było takiej paniki w 2018 roku?
  23. Koronawirus

    Niemieckie statystyki dotyczące grypy podają zupełnie inne liczby. Z corocznych raportów niemieckiego Instytutu Roberta Kocha wynika, że w sezonie grypowym 2017/2018 w samych Niemczech odnotowanych zostało ok. 9 mln. wizyt lekarskich, których powodem była grypa lub podejrzenie grypy; 5,3 mln. przypadków skutkowało zwolnieniem lekarskim pacjenta; w 45 tyś. przypadków konieczny był pobyt w szpitalu; wreszcie w skutek powikłań pogrypowych w sezonie 2017/2018 zmarło w Niemczech 25,1 tyś pacjentów. Największą część powikłań stanowiło (podobnie jak w przypadku koronawirus) zapalenie płuc. Jeżeli przyjmiemy, że statystycznie okres grypowy trwa 4 miesiące, czyli 120 dni i weźmiemy do wyliczeń zachorowań tylko 5,3 mln. osób ze zwolnieniem lekarskim, daje nam to 44,16 tyś osób dziennie. W sezonie 2018/2019 było odnotowanych 3,8 mln, czyli 31,67 tyś osób dziennie. W samych tylko Niemczech. (Link do artykułu z Deutsche Apotheken Zeitung z października 2019) Czy nie skłania to jednak do pytania o to, co czyni koronawirus tak wyjątkowym w oczach opinii publicznej?
  24. Czy można było zapobiec II Wojnie Światowej?

    I tu się zaczął cały brunatny bigos...
  25. Cytowanemu Rosenbergowi Hitler może i przyznawał rację, ale praktykował najwyraźniej coś przeciwnego. Jego gigantomania odciskała piętno w wielu miastach. Jednym z jego sczególnej planistycznej troski miast był Linz. Miasto od 1938 roku do roku 1945 rozrosło się z 120 tys. do 200 tys. mieszkańców. Jego plany Hitler kontynuował praktycznie do (swego) końca, trzymając makietę dzielnic miasta w swoim bunkrze w Berlinie. Do dziś w mieście stoją tzw. Hitlerbauten – duże osiedla mieszkaniowe stworzone na przestrzeni lat 1939 – 1945. Nie mają w swej architekturze tego, co rozumielibyśmy po pojęciem „monumentalny” czy „totalitarny”, ale zarówno monumentalne jak i totalitarne były plany całego miasta. W przypadku planów Linzu charakterystycznym jest, jak dla wielu miast będących centrami siedzib partii i administracji nazistowskiej, plan Gauforum – planowane na rzucie kwadratu ogromne kwartały mieszczące w sobie monumentalne w swej architekturze budowle administracyjne, halę ludową (tzw. Gauhaus) oraz olbrzymi plac defiladowy. Dla przykładu planowany w Bayreuth Gauhaus mógł pomieścić 10000 ludzi, w Dreźnie Gauhaus miał plan kwadratu wielkości ok. 200 m x 200 m, hala saksońsaka jakieś 150 x 200 m, a plac defiladowy 75000 m2. Swoje Gauforum miał mieć też Poznań. Innymi przykładami totalitarnego planowania przestrzennego były industrialne obiekty Reichsweke Hermann Göring – być może temat na zupełnie odrębny wątek. Bezprecedensowym założeniem totalitarnym, zachowanym częściowo do dziś, jest Reichsparteitagsgelände (Teren zjazdów NSDAP) w Norymberdze. Do dziś istnieją zachowane obiekty, jak ówczesna Kongesshalle, w której mieści się m.in. muzeum Centrum Dokumentacji Terenów Zjazdów Partyjnych III Rzeszy oraz Norymberska Orkiestra Symfoniczna (co już samo w sobie daje wyobrażenie wielkości obiektu) lub Zeppelinfeld z zachowaną trybuną główną projetu Alberta Speera. Dla poczucia wielkości całego założenia: współczesne obiekty targów w Norymberdze oraz stadion FC Nürnberg zbudowane na terenie dawnych nazistowskich Reichparteitagsgelände zajmują w sumie może jakieś 10 % z całkowitej powierzchni norymberskiego terenu zjazdów partyjnych NSDAP. Innym dającym się do dziś oglądać przykładem hiterowskiej architektury totalitarnej są budynki lotniska Tempelhof w Berlinie z budynkiem głównej hali na czele: 307 tys m2 powierzchni całkowitej pięter, długość 1,2 kilometra – największym budynkiem lotniska w owych czasach. O czym być może mało wiadomo, by zabudowania lotniska mogły powstać, musiał najpierw zostać zlikwidowany stojący na tym miejscu od 1934 roku nazistowski obóz koncentracyjny Columbia, zburzony ostatecznie w 1938 roku.
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.