Jump to content

jancet

Użytkownicy
  • Content count

    2,690
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by jancet

  1. Znaczy błędna jest hipoteza, że to na Bliskim Wschodzie udomowiono "coś", czego potomkowie dziś zwani są psami, czy też błędem jest twierdzenie, że to "coś" można uznać za tożsame z dzisiejszymi wilkami? Tak na mój rozum, to to drugie. Ale ja tam tępy inżynier jestem. Przy czym ma to nader ograniczone znaczenie z punktu widzenia przytaczanej przeze mnie tezy. Na Bliskim Wschodzie dziś dzikich wilków mało. Dzikich (nie zdziczałych) psów też brak. Tezy o tym, że psy/wilki udomowiono w północnej części Eurazji, gdzie wilków mamy pod dostatkiem, też nie dostrzegam. Ergo: w regionie, w którym pojawiły się udomowione psy, ich dziki przodek wyginął lub jest bliski wyginięcia. Cnd. Powstaje pytanie: czy w odniesieniu do wilków nikt tego nie próbował robić, czy też nikomu się nie udało? To mnie trochę szokuje. Czyli jeśli samiec ogar pokryłby moją ogrzycę, to miałyby pewną pulę genetyczną, nazwijmy ją X. Gdyby samiec bernardyn sąsiada pokrył bernardynicę, to też miałyby pulę genetyczną X. Jednak gdyby bernardyn sąsiada pokrył moją sukę rasy ogar, to byłby z tego kundel, który miałyby pulę genetyczną Y ??? Ma to sens?
  2. Ale to tylko taka wzmianka, bo ja chciałbym nie o tym. Lecz o zwierzętach udomowionych. Nie jestem - i chyba nikt z nas nie jest - specjalistą z zakresu "zoologii historycznej" czy jak to coś się zwie, ani w ogóle z biologii. Moja wiedza jest powierzchowna, a chcąc ją uporządkować, w znacznej mierze opierałem się na wiki, raczej na tej en niż pl. Z góry uprzedzam. Jeśli jakieś zwierze zostało udomowione, to raczej w owym czasie musiało być popularne i mieszkać blisko siedzib ludzkich. No to po kolei: 1. Pies Ponoć to pierwsze zwierze - przyjaciel człowieka. Udomowiono go 17-12 tys. lat temu, albo i wcześniej. Kto był jego przodkiem - przed laty toczono o tym zajadłe dyskusje. Może wilk, może szakal, może likaon, a może hiena. A za oceanem pojawiał się kojot. Badania genetyczne dają dziś nowy pogląd i jednoznaczne dowodzą, że pies jest blisko spokrewniony ze współczesnym wilkiem, a z innymi wymienionymi gatunkami słabo lub wcale. I do powszechnego obiegu przeszła informacja, że pies jest udomowionym wilkiem. Tymczasem wystarczy uważnie przeczytać wiki, nawet tą pl, żeby zobaczyć, że naukowcy wcale nie są co do tego zgodni, a nawet - w nauce jest to pogląd raczej odosobniony, o ile w ogóle istnieje. Dominuje pogląd, że psy jako podgatunek lub gatunek wyodrębniły się od wilka (a może od jakiegoś gatunku prawilka, który się rozdzielił na psy i wilki współczesne) wiele (może nawet ponad 100 tysięcy, może tylko kilka tysięcy) lat wcześniej, niż nastąpiło jego udomowienie. I ten prapies już dziś dziko nie żyje. Często się podejmowano próby udomowienia wilka w czasach historycznych, także spontaniczne. Raczej nic z tego nie wychodzi. Nawet z literatury pięknej nie znam opisu sytuacji, w której ktoś oswoił wilka i wilczycę, następnie doczekał się tej pary potomków, które pilnowały jego obejścia. 2. Koza i owca Zwierzęta na pierwszy rzut oka zupełnie inne, ale archeolodzy mają często trudności z identyfikacją szkieletu. Są bardzo blisko spokrewnione, więc opisuję je razem. Owca to kudłata koza, a koza to łysawa owca. W wiki można znaleźć informację o kilu gatunkach, z których mogą się wywodzić. Wszystkie charakteryzują się wspólną cechą - są to gatunki endemiczne, czyli występujące tylko na niewielkim obszarze, w dodatku zwykle jest to obszar trudno dostępny. Chyba wszystkie są chronione, a niektóre uznawane za zagrożone wymarciem. 3. Krowa (bydło domowe) Na anglojęzycznej wiki podano, że prawdopodobnie ją udomowiono około 10,500 lat temu. Super - z dokładnością do 3 cyfr znaczących !!! No dobra, powiedzmy że między 11 a 10 tysięcy lat temu. I raczej nikt nie ma wątpliwości, że to udomowiony tur. Tur - jak powszechnie wiadomo - ostatecznie wyginął w XVII wieku. 4. Świnia Niewątpliwie pochodzi od dzika, miał być udomowiony ok. 7 tys. lat temu na terenie Europy. W środkowej i wschodniej części tego kontynentu populacja dzika ma się świetnie, ale na zachodzie ten gatunek został niemal wytępiony. Niektórzy twierdzą, że został udomowiony znacznie wcześniej na Bliskim Wschodzie, gdzie dziś albo nie występuje, albo jest bardzo rzadki. 5. Koń Wg wiki został udomowiony jakieś 5-6 tysięcy lat temu. Jako przodek są podawane takie gatunki historyczne, jak tarpan i koń Przewalskiego - oba już wyginęły - oraz gatunki, które wyginęły już w prehistorii. 6. Kura Ponoć udomowiony ok. 4-5 tysięcy lat temu (a może 4 tys. lat przed naszą erą?) ptak, który do dziś żyje endemicznie w Indochinach i trochę w okolicznych państwach. Na zdjęciach kogut wygląda jak kogut, tylko chudy jakoś. Nie znalazłem żadnych informacji, żeby był zagrożonym, a nawet chronionym gatunkiem. Chciałbym dostrzec, że chów kur wyszedł daleko poza obszar ich naturalnego występowania. 6. Gęś Udomowiona ok. 4 tys. lat temu, zwykle uważana za udomowioną gęś gęgawą. Ten gatunek jest obecnie w Polsce objęty pewną ochroną, choć dalej na północ raczej nie. Ochrona polega na tym, że można ją strzelać od września do grudnia. W tym czasie dominują u nas ptaki przelotne, wędrujące ze Skandynawii do Monte Carlo. 7. Kaczka Wg wiki en udomowiona 4 tysiące lat temu, a wg wiki pl wcześniej: 4,5 - 5,5 tysiąca lat temu. Wiki twierdzi, że jest to udomowiona forma popularnej kaczki krzyżówki. Trochę to dziwne, bo krzyżówka ma wręcz skrajny dymorfizm płciowy (znaczy, że samiec jest zupełnie inny od samiczki), a kaczka domowa w ogóle go nie przejawia. Co wynika z tego zestawienia? Otóż to, że udomowione gatunki zwierząt (ograniczyłem się do ptaków i ssaków, czyli stałocieplnych) dość szybko giną na swym pierwotnym obszarze występowania. Nie ma dziś dzikich psów, kóz, owiec i koni. Protoplasta świni jest, choć na dużej części pierwotnego obszaru występowania dziś nie żyje. Wychodzi na to, że gatunki udomowione wcześniej, niż 5 tysięcy lat temu, w środowisku naturalnym wyginęły bądź są ekstremalnie rzadkie. Te, udomowione 5 tysięcy lat temu lub później, nadal wstępują. Wydaje się, że trwałości dzikiej populacji sprzyja geograficzne rozdzielenie pierwotnego miejsca bytowania, w szczególności lęgów, z miejscem chowu osobników udomowionych. Dlaczego udomowienie gatunku ma powodować jego zanik w środowisku naturalnym. Ja nie wiem, i zdaje mi się, że także naukowcy, prowadzący badania w zakresie ekologii (tej prawdziwej) nie potrafią udzielić prostej odpowiedzi. Pozdrawiam wszystkich, którzy dobrnęli do końca.
  3. Nie za bardzo mam ochotę wdawać się w dyskusje o definicji władzy, jednak odnosiłem się do Twego tekstu, w którym jednoznacznie odnosiłeś się do takiej władzy, która dysponuje środkami nacisku i przemocy. Milicja, partia etc. Samoorganizowanie się społeczeństwa raczej owej władzy było nie w smak, ale komitetom kolejkowym nie przeszkadzała. Nie wiem, jak rozumiesz pojęcie "nomenklatura", ale ja za przedstawicieli nomenklatury biorę ludzi na wszystkich stanowiskach, których zajmowanie było uwarunkowane zgodą odpowiedniej komórki PZPR. Tak w Warszawie to chyba z połowa mieszkańców. I zapewniam Cię, że większość z nich stała w kolejkach. Ja tam żadnego "sklepu za żółtymi firankami" nie pamiętam. A że były inne sposoby pozyskiwania dóbr deficytowych, to fakt. Oficjalne i nieoficjalne.
  4. Tomaszu, nie jestem ani z tych, ani z Tychów :-), nie wiem, jak tam było. Ja z Mokotowa. W czasach licealnych imprezowałem głównie na Stegnach, to było w znacznej mierze osiedle osób, albo związanych z "resortami siłowymi", albo mających do nich dobre dojścia. Oczywiście ormowca tam nie spotkałeś, za wysokie progi. Ale wielu z moich kolegów miało rodziców na etatach, powiązanych ze służbami czy sądownictwem. Powiązanie nie musiało być ideowe, tak mi się przypomniał lekarz medycyny sądowej, ojciec mych serdecznych przyjaciół.
  5. Ja jednak pozostaję przy swoim zdaniu. Nie za bardzo mogę dostrzec wpływ charakteru władzy na zachowania w sytuacjach, w których żadnego reprezentanta owej władzy nie ma. Choć czasem wydaje mi się, że o bezpieczeństwo własnego biznesu dziś dba się przesadnie. Ponieważ może zdarzyć się kradzież w supermarkecie, to zatrudnimy ochronę i zamontujemy kamery, żeby temu zapobiec. Pomimo że złodziejem jest pewnie jedna osoba na 100 tysięcy klientów i cała ta ochrona kosztuje 10 razy więcej, niż wartość ewentualnie ukradzionych towarów. Natomiast owe 40 lat temu w zasadzie każdy mógł pojechać do innej dzielnicy, przeskoczyć przez ladę, zastraszyć ekspedientkę i zabrać z półki 10 flaszek wódki, także w czasie, gdy była na kartki. Zupełnie bezkarnie, bo przecież żadnego monitoringu nie było, a w obcej dzielnicy nikt by go nie rozpoznał. Mimo to nie słyszałem o takich zdarzeniach. A słynne "komitety kolejkowe"? Przecież żadna władza za nimi nie stała, ani żaden prawny przepis. A ludzie się podporządkowywali. 40 lat temu, jak prywatka stała się bardzo głośna i przeciągnęła się do wczesnych godzin porannych, to sąsiedzi raczej stukali w ściany, albo do drzwi. Nie wzywali milicji, to była jakaś absolutna ostateczność. A kolega czy koleżanka, w których mieszkaniu się to działo, obiecywali że teraz będzie ciszej (choć pewnie nie było), a nazajutrz sąsiadów przepraszali, jakiś kwiatek wręczali i obiecywali, że się to nie powtórzy, choć oczywiście się powtarzało. A dziś staję twarzą w twarz z takim młodym "człowiekiem" który wprost mi mówi, że niczego nie ściszy, bo doskonale wie, że na policję to ja sobie mogę dzwonić, i tak nie przyjadą, o straży parku krajobrazowego nie wspominając.
  6. Bo początki takie miłe nie były. Zaproszenie obcego mocarstwa do rozstrzygnięcia wojny domowej...
  7. Podobnie jak Komar mogę podzielić się tylko swoimi wspomnieniami z końca lat 70-ych i pierwszej połowie lat 80-ych, kiedy w miarę często bywałem w klubach studenckich "Stodoła", "Remont", ze dwa razy także w SGPiS-owkim "Parku". Częściej na koncertach, niż dyskotekach. Bramkarze stali na bramce i albo asystowali przy sprzedaży/sprawdzaniu biletów lub wejściówek, albo sami to robili (to drugie rzadziej). Stawiam 10:1, że nie byli na etacie klubów. Zlecenia, bardzo możliwe, że przez studenckie spółdzielnie pracy. Nie sądzę, by wywodzili się z klubów sportów walki, które wówczas na PW były bardzo prężne, jakieś kiukoszinkaj czy coś podobnego. Z bardzo prostego powodu - ci sportowcy do zwykle były chłopaki o drobnej budowie ciała, a chodziło o postawienie mięśniaków, którzy swym wyglądem budzili respekt. Raczej z kulturystów. Natomiast były to zdecydowanie młode osoby, żadni emeryci ze służb. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek miał okazję obserwować ich interwencję podczas bójki, no może raz, ale to raczej było zapobieżenie. Z czego oczywiście nie wynika, że takowych nie było, ja żem był student (a potem młody pracownik) PW spokojny z raczej opuszczałem te kluby trochę po północy. Częściej widywałem wyciąganie "zwłok" z kibla, wertykalizację owych i wyprowadzenie na Batorego lub Polną. W zwykłych sklepach żadnej ochrony nigdy nie widziałem, ale trzeba pamiętać, że dominowała sprzedaż "zza lady". Może kiedyś usłyszałem od sprzedawczyni "jak się Państwo nie uspokoicie, to ja nie będę sprzedawać", co absolutnie wystarczało. Będę popierać tych dyskutantów, którzy twierdzą, że kiedyś było inaczej. 40 lat temu poczucie przyzwoitości było nader ważne. "Nie zrobię tego, bo tego robić nie należy". Nawet po pijaku to nieźle działało, choć nie bez wyjątków. A także "skoro rozrabiałem, to mnie wywalili" - i nikt nie wnikał, na jakiej podstawie prawnej. Z drugiej strony pamiętam, że wracając nad ranem po imprezie, brało się butelkę mleka z kontenerów, które już stały pod blokami i piło. Nikt się nie przejmował tym, że to przecież czyjaś własność. Podobnie jak z chodzeniem "na zupkę" do studenckich stołówek. Ale to już inna bajka.
  8. 21 10 1805 r. - Trafalgar

    Wiesz, wychodzi mi, że jestem wystarczająco inteligentny, by pojąć, o jaki pakt rodzinny Ci chodzi. Musiał być zawarty w czasie, gdy we Francji i Hiszpanii panowała ta sama "rodzina" - Burbonowie. To raczej oczywiste. Natomiast jakoś moja pamięć dostrzega taki fakt, że w 1789 roku Burbonowie we Francji zostali pozbawieni władzy, a wkrótce potem także głów. I raczej trudno mi sobie wyobrazić, że w takiej sytuacji Burbonowie hiszpańscy nadal respektują "pakt rodzinny", no bo nie ma z kim, skoro głowy zostały oddzielone od reszty ciała. Zaś mówimy o roku 1805, kiedy wprawdzie żyli jacyś potomkowie Burbonów francuskich, ale nie we Francji. Zaś władzę we Francji sprawował jakiś Napoleon z rodziny Bonaparte. Chyba nie był rodziną hiszpańskich Burbonów. Opisywanie zdarzeń z 1808 roku jako przyczyny tego, co się wydarzyło w 1805 roku pozostawię bez komentarza.
  9. 21 10 1805 r. - Trafalgar

    Coś mi tu zgrzyta... Nie wdając się w szczegóły panowania Burbonów w Hiszpanii, to we Francji już chyba nie panowali od lat kilkunastu przed omawianą bitwą. No chyba, że się mylę
  10. Jeśli chodzi o mnie, to nie wierzę. Co nie zmienia faktu, że o kształt naszych wschodnich granic w latach 1918-1920 nikt też mieszkańców tych ziem nie pytał.
  11. No ale tak konkretnie - jakie mieliśmy dywizje na froncie w lutym 1945? Ja kojarzę dwie w korpusie Andersa (+ artyleria i służby korpuśne), dywizję pancerną Maczka, brygadę Sosabowskiego, 3 dywizje i samodzielną brygadę (+ artyleria i służby armijne) w I Armii WP na froncie wschodnim. Oczywiście też lotnictwo i marynarka wojenna. W trakcie Bitwy o Anglię każdy lotnik był na wagę złota, a w kluczowym momencie Bitwy o Atlantyk - każdy okręt. Ale w lutym 45 roku to już była historia. Dywizjon w te, dywizjon we wte - co za różnica.
  12. Powiedziałbym "credo" , ale to byłoby zbyt optymistyczne. W sytuacji geograficzno-militarnej, jaka istniała podczas konferencji w Jałcie, koncepcja 4. zapewne, a koncepcja 5. z pewnością nie wchodziłaby w rachubę. Tu dyskutujemy o ustaleniach jałtańskich. Koncepcje te byłyby realne, gdyby wojska amerykańsko-brytyjskie i ich pomniejszych sojuszników spotkały się w końcu z armią radziecką gdzieś pomiędzy Dnieprem a Bugiem. Gdyby się spotkały nad Wisłą, to realna byłaby chyba już tylko koncepcja 4. No ale naprawdę to się spotkały nad Łabą, i to już podczas obrad jałtańskich wynikało z sytuacji militarnej. Armia Czerwona już wtedy była nad Odrą. Chętnie podyskutuję w ramach historii alternatywnej o ty, co by było. gdyby radzieccy przegrali pod Kurskiem; czy tez gdyby alianci lądowali na Bałkanach.
  13. No cóż, Brunonie, nie uważam, że dyskusja nad historią alternatywną musi być "czystym bajdurzeniem". Można całkiem rozsądnie i poważnie dyskutować na różne tematy alternatywne, typu co by było, gdyby pod koniec lata 1812 wojska napoleońskie rozłożyły się na leża zimowe nad Dnieprem i Dźwiną, miast atakować Moskwę. Co by było, gdyby W. Ks. Konstanty użył swych sił do stłumienia listopadowej rewolucji. Co by było, gdyby alianci zrobili desant na Bałkany wiosną 44 roku. W wyżej wymienionych przypadkach decyzja należała wręcz do jednego człowieka lub małej grupy osób, mogli zdecydować "tak" albo "nie" i trudno uciec od rozważań, co by było, gdyby zdecydowano inaczej. Chciałbym przypomnieć, że to nie ja byłem autorem zasady stosowania pewnego pryncypium, którego ponoć należy bronić. Któż to był? Niech szuka, kto ciekawy. Ja w swym wywodzie usiłowałem odgadnąć, jakie to pryncypium przedmówcom przyświecało, i wykazać, że jakie by ono nie było, to nijak z niego nie wynikało utrzymanie wschodnich granic Polski, z Lwowem, Tarnopolem, Nowogródkiem i Wilnem, przy jednoczesnej ekspansji na zachód i północ, poprzez zajęcie Olsztyna, Gdańska, Gliwic i Wrocławia. Moim zamiarem było coś podobnego do sprowadzenia zasad, stosowanych przez adwersarza ad absurdum. Choć w tym przypadku nie chodziło o to, że były one niemożliwe do zastosowania, ale o to, że ich zastosowanie byłoby dla Polski gorsze, niż rzeczywiste ustalenia jałtańskie. Nie, Brunonie. W rzeczywistych rozstrzygnięciach jałtańskich argument siły wcale nie był rozstrzygający. Podstawą był argument prawny - czyli że państwo polskie ma nadal istnieć. Co więcej - zgodnie z duchem Jałty miało być to państwo wielopartyjnej demokracji - w końcu powstał rząd jedności narodowej z Mikołajczykiem jako wicepremierem i odbyły się wybory z udziałem wielu partii. Że w praktyce okazało się to fikcją - fakt, ale ustalenia w lutym 1945 były inne. Bardzo poważnie - choć wybiórczo - brano pod uwagę argument woli mieszkańców, dlatego wrócono do linii Curzona, a nie do granicy radziecko-niemieckiej z 39 roku. Oczywiście wysiedlenie Niemców z "ziem odzyskanych" było z tą zasada sprzeczne, ale już stworzenie możliwości osiedlania się na tych ziemiach (i nie tylko) ludności polskiej z Wileńszczyzny, Lwowskiego czy Wołynia było pewnym ukłonem w stronę tej zasady. Zasada siły była pewnym parasolem nad szczegółowymi ustaleniami. Bo realnie to jednak Armia Czerwona panowała na tych ziemiach i zgodnie z wolą Stalina korzystne dla niego ustalenia zostały zrealizowane, a niekorzystne - storpedowane lub przeinaczone. Zachodni alianci w lutym 45 uznali, że to co zostało ustalone, będzie zrealizowane. Stało się inaczej.
  14. Ja będę jednak bronił dotychczasowego przebiegu tej dyskusji. Jeśli dyskusja o historii alternatywnej nie ma być czystym bajdurzeniem, musimy określić pewne warunki, które musiałyby zaistnieć, żeby się stało co innego, niż się stało. W tym przypadku rozmawiamy o tym, co by musiało się wydarzyć, żeby ustalenia konferencji jałtańskiej były diametralnie inne. Jeżeli nie będziemy brnąć w zmienianie tego, co się przedtem wydarzyło, pozostaje nam zmienianie owych pryncypiów, zasad, które "wielka trójka" przyjęła za obowiązujące w urządzaniu powojennego ładu. No bo wynik wojny już był trzem przywódcom znany. Ja dostrzegam trzy możliwe do przyjęcia zasady: 1) zasadę siły, czyli kto panuje na jakimś terytorium, ten decyduje o jego przyszłości, 2) zasadę prawa, czyli litery traktatów, 3) zasadę samostanowienia mieszkańców danego terytorium, dość nieszczęśliwie wcześniej określoną jako "samostanowienie narodów". Oraz oczywiście wszystkie możliwe mieszane kombinacje tych zasad. W Jałcie zastosowano kombinację zasady siły z zasadą prawa. Gdyby zastosować wyłącznie pryncypium siły, to w lutym 45 roku Polska miała do kupy na frontach chyba 6 dywizji i 2 samodzielne brygady, i to pod różnym dowództwem. Czyli nic. Zgodnie z tą zasadą nie byłoby żadnego państwa polskiego, tylko Polska Socjalistyczna Republika Radziecka. Gdyby jednak zastosować kryterium prawa, to oczywiście byłoby państwo Polskie w granicach określonych traktatami - zakładam, że traktat Ribbentrop - Mołotow byłby unieważniony. Zatem wschodnia granica państwa polskiego powróciłaby do ustaleń traktatu ryskiego, a zachodnia - wersalskiego. Niestety z jednym wyjątkiem - Wilno i okolice. Zgodnie z tym pryncypium Polska musiałaby oddać Wilno, bo o ile wiadomo państwo litewskie nigdy nie uznało status quo, ustanowione siłą poprzez "bunt" oddziałów Żeligowskiego. Czy oddalibyśmy Wilno niepodległej Litwie, czy Litewskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej - nie chcę wnikać. Pewnie też musielibyśmy zwrócić Zaolzie i Jaworzynę Czechosłowacji. Na zachodzie (i północy) nasze granice nie mogłyby się zmienić ani o piędź. Przyjmując, że zachodnia granica radzieckiej strefy okupacyjnej by się nie zmieniła, przyszłe NRD byłoby o wiele potężniejszym państwem, ze Szczecinem, Koszalinem, Olsztynem, Wrocławiem i Gliwicami. Natomiast jak mogłoby wyglądać realizacja zasady samostanowienia ludności, trudno sobie to nawet wyobrazić. Referenda? Wśród aktualnej ludności, czyli np. po wysiedleniach Polaków z Wielkopolski? Po wywózkach do Kazachstanu i na Syberię z Lwowskiego i Wileńszczyzny? Po rzezi wołyńskiej? O jej odwecie nie wspominając. Zastosowanie tej zasady zapewne prowadziłoby do zaliczenia Polski do obozu Aliantów, ale w granicach z grubsza Generalnego Gubernatorstwa. Pewnie z Poznaniem zamiast Lwowa. Zwolennikom tezy, że nam się w Jałcie wielka krzywda stała, pozostaje zmienianie zaprzeszłości, czyli rozważanie co by było, gdyby Sowieci walczyli nad Dnieprem w czasie, gdy zachodni Alianci zdobywali Berlin. Też ciekawa koncepcja do dyskusji, tylko trzeba sobie zdawać sprawę, że to już nie jest science fiction tylko czyste fantasy.
  15. Oczywiście, stan prawny można uznać za pewne "pryncypium". Tyle że przytoczone przez Ciebie zdarzenia prawne raczej są wątpliwej jakości. No bo ja tam nie wiem, ale raczej wątpię, czy Rada Komisarzy Ludowych mogła - w sensie prawnym - anulować wielostronne traktaty międzynarodowe, ratyfikowane przez sejm Rzplitej, nie będąc prawnym spadkobiercą żadnej z umawiających się stron. Zdaje się, że raczej Denikin czy Wrangel się takim spadkobiercą carskiej Rosji mienili, ale oni anulować rozbiorów nie myśleli. Nawet jednak jeśli uznać, że Rada Komisarzy Ludowych była prawnym kontynuatorem carskiej Rosji, to jednak nie mogła anulować rozbiorów w części, dotyczącej Austrii. Zatem decyzja Lenina może i powinna oznaczać powrót do Polski Łucka, Żytomierza czy Białej Cerkwi, ale nie Lwowa czy Tarnopola. Zarazem zwracała Wilno, Nowogródek, Suwałki i Białą Podlaską państwu litewskiemu, a nie polskiemu. Pryncypium prawne zwykle prowadzi do takich wątpliwości, a nawet do nonsensów, bo prawnie to należałoby Szwecję przyłączyć do Polski, choć Szwedzi pewnie znaleźliby prawne argumenty, że to Polskę należy przyłączyć do Szwecji. Niektórzy Ukraińcy twierdzą, że Przemyśl, Sanok, Chełm i Hrubieszów należy przyłączyć do Ukrainy. I mają na to argumenty prawne. Kryterium siły, rozumianej jako wynik walki zbrojnej, jest przynajmniej wymierne - w odniesieniu do przeszłości. Wolałbym jednak kryterium samostanowienia mieszkańców.
  16. Moglibyśmy poznać owe "pryncypia i zasady"? Bo o ile mnie pamięć nie myli, to w latach 1918-1920 zajęliśmy owe "Kresy" w wyniku działań wojennych, czyli zastosowaliśmy metody "bandyckie" - wg Secesjonisty. Ja osobiście uważam, że zwycięska wojna w owej epoce była całkiem dobrym uzasadnieniem panowania nad pewnym terytorium. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, by Polska Piłsudskiego pytała się mieszkańców powiedzmy powiatu jaworowskiego, czy chcą mieszkać w Polsce, na/w niepodległej Ukrainie czy też ZSRR. Nie wiem więc, dlaczego mielibyśmy formułować żądanie, by w 25 lat później Stalin miałby zadawać to pytanie mieszkańcom rzeczonego powiatu? Oraz na jakiej podstawie miałbym żywić przekonanie, że większość jego mieszkańców opowiedziałaby by się za przynależnością do Polski? Bo ja odnoszę wrażenie, że owe szczytne "pryncypia" dają się streścić do stwierdzenia "Co twoje to i moje, a co mego, to ci nic do tego". Mają owych pryncypiów przestrzegać nasi przeciwnicy, ale my - no nie, my mamy rację zawsze.
  17. Zaiste - to historia na gorąco, i to co dziś jest prawdą, za trzy dni może okazać się fałszem. Gorzej, jeśli różni "mędrcy" mówią rzeczy, które już wtedy są fałszem. Jeśli ktoś spodziewa się po mnie anty-PiSowskiego zacietrzewienia, to nie w tym wątku. Uważam, że Szumowski i Pinkas wypadają bardzo dobrze, wypowiadają się niezwykle rozsądnie - nota bene Pinkasa znam, pracował na moim wydziale, zanim przeszedł na stanowisko rządowe. Mam nadzieję, że wkrótce wróci :). Czy faktycznie jesteśmy dobrze przygotowani na przyjęcie wirusa? Oczywiście, że nie, ale chyba nikt nie jest w stanie być dobrze przygotowanym. Nie należy tego bagatelizować. Przedwczoraj na TVN Morozowski gościł jakiegoś specjalistę - niestety, nie poznałem nazwiska, był przedstawiany jako wirusolog (specjalista od wirusowego odkleszczowego zapalenia opon mózgowych) i chyba jako profesor. Nie wiem, dlaczego zgodził się na udział w tym programie, bo popisywał się kompletną bezwiedzą na temat rozprzestrzeniania się koronawirusa. Przeciętny oglądacz telewizji powinien wiedzieć więcej. Zagadnięty przez Morozowskiego, że w Polsce mamy tylko 600 wolnych łóżek szpitalnych na oddziałach zakaźnych i czy nie widzi w tym problemu, śmiał się, że istotnie problemem jest umieszczenie jednego chorego na 600 łóżkach. Gdy mu zwrócono uwagę na sytuację we Włoszech, twierdził, że to przecież nie ten rząd wielkości, to kilkadziesiąt osób, a nie kilkaset. Gdy Morozowski przekazał mu informację, że aktualnie jest to ponad 2700 zarażonych, bredził, że przecież nie wszyscy muszą być w szpitalu, a poza tym jedni się zarażają, a drudzy zdrowieją i zwalniają miejsca, więc łóżek w szpitalach wystarczy. Tak dla ścisłości. 4 marca w południe we Włoszech było 2546 zarażonych, z tego 79 zmarło, 160 wyzdrowiało, a chorych było 2307 osób. I było to 10 dni po wybuchu epidemii. Za wybuch epidemii uznaję dzień, w którym liczba zarażonych przekracza 4 na milion mieszkańców. Dość arbitralnie, ale od tego poziomu mamy dane dla chińskiej prowincji Hubei, w której stolicy się to wszystko zaczęło. Liczbę 600 we Włoszech chorych przekroczono 5 dnia od tej daty, w Hubei - 4 dnia, przy czym liczba mieszkańców prowincji Hubei jest bardzo podobna. Chciałbym być złym prorokiem, ale spodziewam się, że u nas to nastąpi 15-17 marca. Na pierwszy post wystarczy. Nie ukrywam, że biorę się za pisanie kolejnego.
  18. Koronawirus

    Ależ oczywiście wskaźnik ten zależy od wielu czynników i bezpośrednio władz nie obciąża. Natomiast obciąża władzę powtarzane namiętnie propagandowe twierdzenie, że to dzięki jej wysiłkom sytuacja epidemiczna w Polsce jest lepsza, niż gdzie indziej. Po pierwsze - nie jest lepsza, jest znacznie gorsza, niż w wielu krajach tzw. Europy Środkowo-Wschodniej. Po drugie - jak słusznie zauważyłeś sama wysokość wskaźnika o winie nie świadczy, więc o zasłudze też nie.
  19. Koronawirus

    Tak. Znaczy 20 kwietnia. I niby jest świetnie, z państw UE (tych z ludnością ponad 1 mln) niżej od nas są tylko Bułgaria, Grecja, Słowacja i Węgry. Trochę szkoda, że u nas rośnie z grubsza liniowo, a w pozostałych państwach raczej coraz wolniej. Jednak martwi mnie inny wskaźnik, mianowicie liczba aktywnych przypadków (z grubsza - chorych) na milion. W tej klasyfikacji znaleźliśmy się na II miejscu w naszej grupie, czyli w państwach UE położonych na wschód od 15 południka. Dlaczego ten 15 południk stał się tak ważny w ekspansji wirusa - nie mam pojęcia i pewnie tęgie epidemiologiczne głowy będą się nad tym biedzić przez jakiś czas, aby nic nie ustalić. Ale fakt, że na wschód od niego epidemia się rozwija inaczej, niż na zachód, pozostaje faktem, choć jednak z wyjątkiem Szwecji, która wyraźnie ciąży ku zachodowi. Ale Grecja nie, więc to nie prosta kwestia korzeni kapitalizmu. Siak czy owak jeśli chodzi o liczbę chorych na milion mieszkańców, to u nas wczoraj wynosiła ona 288, a w Rumunii - 300. Problem też w tym, że w Rumunii ta liczba od ponad tygodnia maleje, a u nas rośnie. Więc pewnie za 2-3 dni zajmiemy pierwsze, słusznie nam się należące miejsce. U naszych sąsiadów wygląda to tak, że w Czechach jest to 231 osób pm, na Litwie - 158, zaś na Słowacji - 40. Ale na zachód od owego południka też leżą takie państwa UE, jak Dania, Niemcy i Austria, gdzie liczba chorych ppm jest już znacznie niższa niż u nas - odpowiednio 156, 148 i 88, i w dodatku maleje. Jeżeli chodzi o liczbę zrealizowanych testów, wykrywających gen wirusa, to zrealizowaliśmy ich 19 tys. na mln mieszkańców. I jest to niższy wskaźnik, niż u naszych sąsiadów - na Słowacji 28 tysięcy, w Czechach 36 tysięcy, Niemcy - 43 tysiące, Białoruś - 44 tysiące, Rosja - 56 tysięcy. Jedynie na Ukrainie zrealizowano tylko 6 tysięcy testów na milion mieszkańców. Więc wypowiedzi ministrów, premiera i prezydenta, jakoby to Polska świetnie radziła sobie z koronawirusem, to już są ewidentne kłamstwa. Radzimy sobie znacznie gorzej niż średnio, w porównaniu do innych krajów Europy Środkowej. A za 2-3 dni trzeba będzie powiedzieć twardo - najgorzej.
  20. Koronawirus

    A gdzie w przytoczonej mojej wypowiedzi jest mowa o zamknięciu granicy? Bo to, że pisałem o kontroli sanitarnej, to akurat wiem. Podobnie jak wiem, że nie pisałem o zamknięciu granicy. Najwyraźniej Secesjonista ma problem z rozróżnieniem tych pojęć. Gdybym chciał stworzyć listę zaniedbań naszego rządu i manipulacji informacyjnych, służących do ukrycia tych zaniedbań przed opinią publiczną, to byłaby to długa lista. Więc wspomnę tylko o dwóch. MASECZKI. W pierwszej połowie marca słuchałem dziesiątki razy różnych autorytetów na TVPiS, włącznie z samym Szumowskim w towarzystwie Morawieckiego, że noszenie maseczek jest kompletnie bez sensu i dureń ten, który takową zakłada. A kupować ich to zupełnie nie warto. I jeżeliby miały w czymkolwiek pomóc, to musiałyby mieć jakiś tajemniczy filtr. W tym czasie maseczki można było kupić na Allegro bez żadnego problemu, z owym filtrem, albo zwyczajne, tzw. chirurgiczne. Szpitale i przychodnie też mogły kupić. Ja kupiłem. W tym samym czasie na nierządowych kanałach informacyjnych można było dowiedzieć się, że zapasy maseczek w szpitalach i przychodniach są na dramatycznie niskim poziomie, starczy ich na dwa-trzy dni. Jednocześnie rząd zakazał sprzedaży detalicznej tych zupełnie nikomu niepotrzebnych maseczek oraz ich eksportu, bo wszystkie mają iść do służby zdrowia. Jednego dnia wszystkie oferty maseczek z Allegro znikły. Czy to ułatwiło zaopatrywanie szpitali w maseczki, czy też utrudniło - nie wiem. Wiem, że powstał czarny rynek maseczek, które były sprzedawane jako np. sprzęt ogrodniczy. A w kwietniu dowiedziałem się, że teraz każdy, kto chce wyjść na ulicę, ma mieć maseczkę lub coś na jej kształt. Może to być tkanina, zwykle stosowana na firanki, z otworami na milimetr, byleby by była. Najpierw nas okłamywano, że maseczki nikomu nie potrzebne, a te bez specjalnego filtru to w ogóle są psu na budę. A teraz nas okłamują, że dowolny kawałek tkaniny nas - i innych - przed czymś tam chroni. ZAPASY. I znów w pierwszej połowie marca słyszałem na TVPiS zapewnienia, że zapasów żadnych nie należy robić, że sklepy będą mieć zapewnione dostawy żywności, a jak nie chcę wychodzić z domu, to zawsze mogę kupić przez Internet. W trochę później dowiedziałem się z tegoż TVPiS, że osoby starsze i te z chorobami, jak cukrzyca czy choroby układu immunologicznego (czyli ja), powinny pozostać w domu i nie wychodzić nawet do sklepu (jeśli już, to bez maseczki, bo maseczka w niczym nie pomaga ). Czyli jak miałem żyć, skoro nie miałem ani mieć zapasów, ani chodzić do sklepu? Czekać na Niewidzialną Rękę? Ale jako ciężko pracujący (także zdalnie) i nieźle zarabiający człowiek nie chcę obciążać pomocy społecznej. No to mogłem zamówić żywność przez Internet z dostawą pod drzwi. Taaak ??? Już w połowie marca Auchan Direct zatkał się kompletnie. Nie wiem, jak może im brakować wolnych terminów, skoro w ogóle nie pojawia się możliwość złożenia zamówienia. Ludzie zamawiają o 4. nad ranem? We Fresco na przełomie marca i kwietnia udało mi się zarezerwować termin dostawy na 20 maja. Super. Na szczęście w mniejszych firmach było trochę lepiej. "Polski Koszyk" pod koniec marca przyjął zamówienie na 20 kwietnia i je terminowo dostarczył. "KM Delikatesy" realizował zamówienia za trzy tygodnie. Gdybym nie miał zapasów na te trzy tygodnie, byłoby źle, choć warzywa ("Zielony Koszyk") i alkohol dostaję prawie na bieżąco. W przypadku alkoholu zamówienie musi mieć wartość min. 250 zł, ale przy piwie w cenie 8 zł za flaszkę to nie problem. Mniejsza o to. Każdemu zdarzy się mylić. Rządowi też. I tylko było dość wkurzające słuchać pana premiera Pinokia Morawieckiego, jak mówił, że u nas to jest świetnie i że inne kraje UE dopiero kopiują nasze rozwiązania. Choć Słowenia, Czechy i Słowacja wprowadziły te rozwiązania o dobę-dwie wcześniej, a na tle krajów wschodnioeuropejskich wyglądamy raczej średnio pod względem liczby potwierdzonych i aktywnych przypadków oraz liczby zmarłych. Znaczy tradycyjnie - jest u nas lepiej, niż w Rumunii. Choć - dla odmiany - gorzej, niż w Bułgarii.
  21. Koronawirus

    W którym poście? Miałoby znaczenie, gdyby decyzję taką podjęto przed 28 lutego. Potem już niewielkie. Tyle że przed 28 lutego brakowało przesłanek do podjęcia takiej decyzji. Natomiast 29 lutego decyzję o kontroli sanitarnej (epidemicznej) powinny podjąć wszystkie państwa Schengen. Terytorium ma znaczenie w przypadkach, gdy średnia liczba potwierdzonych przypadków na milion jest niska, ale występują wyraźne ogniska epidemii. Mówiąc najprościej - ma sens odgradzanie się od sąsiadów, jeśli u nich jest więcej wirusa, niż u nas. Jeśli jest tyle samo, to takie decyzje są bez większego wpływu na rozwój epidemii. Co najwyżej powodują, że każdy się leczy tam, gdzie płaci podatki. Wówczas było przejawem odpowiedzialności UE za resztę świata. A z Chin - jak najbardziej. Tam już - poza Hubei - zachorowań prawie nie było. W Hubei wciąż paręset dziennie - wkrótce państwa europejskie marzyły o takiej liczbie. Potem była fala zachorowań od przybyszy z Europy - na szczęście niewielka i szybko stłumiona. Ależ, jak ktoś chce, niech porównuje. Ja tego nie robiłem.
  22. Koronawirus

    Nie, no na szczęście dopiero X. To znaczy, że jesteśmy na tym samym poziomie, co Chorwacja, Litwa, Łotwa, Rumunia, zaś gorszym niż u Bułgaria, Grecja, Słowacja, Węgry. No i lepszym niż pozostałe państwa UE.
  23. Koronawirus

    Odnoszę wrażenie, że imć Secesjonista nie musi czytać moich postów, bo z góry wie, że będą anty-PiSowskie. To, że niczego takiego nie napisałem, w niczym nie przeszkadza mu zarzucać mi stronniczości. A ja, jak dotąd, jeśli chodzi o podstawowe zasady walki z wirusem, polski rząd raczej chwaliłem. Co nie oznacza, że nie można było czegoś zrobić lepiej. Tak, należało wprowadzić kontrolę epidemiczną wcześniej (to zupełnie co innego, niż zamknięcie granic). Jak dotąd niewiele wypowiadałem się na temat decyzji Niemiec, a Austrii, Francji i Szwajcarii oraz Słowenii wcale, ale uważam, że to właśnie ich brak spowodował łatwość rozpowszechnienia się wirusa w Europie. Kontrolę epidemiczną na granicy włoskiej powinni wprowadzić 23 lutego. Nigdzie nie napisałem, że postępowanie Polski w sprawie epidemii jest gorsze, niż Niemiec. Nic nie pisałem o tym, że w Polsce wykonuje się za mało testów, ani o tym, że ukrywa się liczbę chorych i zmarłych. Najwyraźniej Secesjonista ma jakieś informacje na ten temat - to może je ujawni na forum. Bo ja podkreślałem, że żeby analiza czasowa miała jakikolwiek sens, przynajmniej liczbę potwierdzonych przypadków muszę uznać za wiarygodną. Listę zarzutów wobec rządów PiS mogę oczywiście stworzyć, ale to akurat nie te, które Secesjonista wymienił. Zatem jeśli Don Secesjonista szuka swoich wiatraków, by z nimi walczyć o dobre imię rządzącej nami Partii, to niech szuka, ale tym razem połamał kopię zupełnie bez sensu, nawet wiatraka nie znalazłszy.
  24. Koronawirus

    Trudno mi powiedzieć, dlaczego pani redaktor Aleksandra Lipiec publikuje te wyliczenia, powołując się na Tab. 2 z pracy van der Sande et al. (2007) https://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0002618 gdyż w owej tabeli takich informacji nie ma. W ogóle nie ma w tej tabeli żadnej informacji o transferze aerozoli na zewnątrz. Wydawało mi się dość oczywiste, że ECB to nie bank komercyjny, więc nie zarabia, a jak nie zarabia, to swej kasy nie ma, więc i rozdać jej nie może. Ta kwota dotyczy otwartych możliwości kredytowych dla państw strefy euro. A długoterminowe skutki ujemnej stopy procentowej to po prostu fakt, że musisz zwrócić mniej, niż pożyczyłeś. Nota bene kwotę ponad 4 mln podawała także TVPiS, tyle że z komentarzem, jak to swoim dają, a nam nie. Postaram się wyjaśnić. Pierwszy wzrost zachorowań we Włoszech nastąpił 22 lutego, jednak do 28-29 lutego mogło się wydawać, że izolacja wybranych gmin będzie skuteczna. Np. 24 lutego było 151 zachorowań, a dwa dni później - tylko 51. Przekonawszy się, że epidemia we Włoszech ogarnia cały kraj, Austria mogła zamknąć granicę, czy wprowadzić przynajmniej kontrolę sanitarną 1 marca. Jednak nie uchroniłoby to jej przed epidemią, bo w tym czasie już było na jej terenie zapewne ponad 10 zarażonych osób na milion. To samo dotyczy Niemiec i pozostałych wymienionych państw. Co nie oznacza, że decyzja o zamknięciu granic nic by nie zmieniła, może spowolniłaby rozprzestrzenianie się epidemii. Natomiast Polska (i inne kraje wschodniej części UE) wiedziały o rozwoju epidemii we Włoszech i mogły zamknąć granice 1 marca, gdy w Polsce zapewne nie było żadnego zarażonego, na Słowacji czy w Rumunii podobnie. Czy uchronilibyśmy się przed epidemią - nie wiem. Szansa była i nie została wykorzystana. To chyba ogólnie znane fakty. Z punktu widzenia tak dużego kraju, jak Niemcy, decyzja o ograniczeniach w ruchu granicznym ma małe znaczenie, o ile nie towarzyszą jej decyzje o ograniczeniach w ruchu wewnętrznym. A w tym czasie było w Niemczech już 30-40 tysięcy zarażonych, więc to kiwanie palcem w bucie, tym bardziej że w sąsiednich krajach liczba zachorowań na milion była zbliżona, lub niższa, jedynie w Danii znacząco wyższa. Raczej niczego nie zmieniła w przebiegu epidemii. A nasza pewnie spowolniła postępy epidemii, choć ciągle nie mogę zrozumieć słów ministra Kamińskiego, gdy mówił, że najpierw pełną kontrolą obejmujemy granice wschodnie, a dopiero potem - zachodnie. Tymczasem właśnie zamknięcie granicy zachodniej (a przynajmniej wprowadzenie kontroli sanitarno-epidemiologicznej) było spóźnione o tydzień minimum.
  25. Koronawirus

    Jak już słusznie Secesjonista zauważył, nie tylko on zmienił zdanie. Problem tylko w tym, że jeszcze 2 tygodnie temu z ust oficjalnych autorytetów powtarzano zapewnienie, że nie warto kupować maseczek, bo one nic nie dają. Ja temu rządowi z założenia nie wierzę, więc maseczki kupiłem gdzieś na przełomie lutego i marca. Wtedy najprostsze maseczki jednorazowe kosztowały 3 złote. Dziś 9 złotych. Jeśli ktoś musi jeździć do pracy, zużywa 2-3 maseczki dziennie. Czyli wydaje 18-27 złotych na same maseczki. Daje to cca 378-567 zł miesięcznie, czyli całkiem sporą kwotę. Oczywiście nie musi nosić takiej maseczki, może se uszyć coś innego. Albo zużyte maseczki dezynfekować. Tyle że: To trochę tak, jakbyś spytał, czy samochody są takie same, czy też są lepsze i gorsze. Tak dla jasności - zgodne z przepisami jest zasłonięcie ust i nosa np. kominiarką czy jakimś szalikiem, typu tuba, o splocie, w którym otwory są rzędu milimetrów, a nie mikrometrów. Oczywiście, ani to nie uchroni nas przed cudzym aerozolem, ani innych przed naszym. To w ogóle nie jest samochód, chyba nawet nie furmanka. Tu trochę się zdziwię, bo dotychczas słuchałem raczej autorytetów, które twierdziły, że jest dokładnie na odwrót. Secesjonista sam cytuje WHO: Trzymając się tego, co WHO twierdzi, istotnie można znaleźć uzasadnienie tezy, że maseczki mają sens dopiero na jakimś etapie rozwoju epidemii, co Szumowski powiedział z tydzień temu. Skoro mają zapobiegać głównie temu, że osoby zarażone albo przed wystąpieniem objawów, albo z lekkimi objawami bądź przechodzące infekcję bezobjawowo, nie zarażały innych, to nie ma sensu wprowadzać tego na początku epidemii, kiedy jest ich mało. Należałoby wprowadzić taki obowiązek na początku fazy intensywnego wzrostu liczby infekcji. Tyle że u nas tego intensywnego wzrostu ponoć nie ma. Czyżby rząd sam nie wierzył w podawane przez siebie liczby? No widzisz, nie mogę i sam na stronie tego banku znaleźć tych informacji nie mogę. Może za głupi jestem, może za leniwy. A może po prostu ECB nie porozumiewa się z rządami i ministrami finansów państw UE za pomocą strony internetowej? Może wypracował inne kanały przesyłania informacji? Opierałem się na artykułach publicystów gospodarczych, głównie na https://wiadomosci.onet.pl/politico/polska-nie-skorzysta-z-miliardow-jakie-strefa-euro-oferuje-swoim-czlonkom-na-walke-ze/ge09t0b A Secesjonista znalazł na stronie ECB inne dane, czy też nie znalazł i tak sobie się czepia?
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.