Skocz do zawartości

jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    2,090
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez jancet

  1. Waldemar Łysiak - ocena literatury

    Nie lubię wnikać w życie osobiste artystów, ale to, co piszesz, chronologicznie mi się zgadza. Za czasów realnego socjalizmu Łysiak był WIELKI. Nie dlatego, żeby był w jakiejkolwiek formie przeciw ówczesnej władzy, raczej był jej pupilem, jako "wentyl bezpieczeństwa", ale jednak widział świat z innej strony. No a potem zaczął być "anty". "Anty" temu, co się u nas dzieje. A ja oceniam, że to, co się u nas dzieje od 1988 roku, to największe osiągnięcie Polski od czasów co najmniej Batorego. Więc z poglądami Łysiaka mi dziś nie po drodze. Nie potrafię się zdobyć na obiektywizm Bruna i stwierdzić, że nadal "to pióro wybitne", choćby z tego powodu, że od kilkunastu lat Łysiaka nie czytam. Ale że miał talent i sporo wiedzy, to do 1989 roku dowiódł.
  2. Sport a Wy?

    Nie myślałem, że taki wątek istnieje. No cóż, jeśli chodzi o sport w moim wykonaniu to sama idea rywalizacji w sprawności fizycznej mnie mierzi. Dlaczego silniejszy ma być lepszy? Natomiast wręcz namiętnie uprawiałem turystykę kwalifikowaną - pieszą, górską, rowerową, trochę żeglarską. Jeździłem też konno. Brydż jest fajny. Chętnie zgrałbym sportowo, czyli eliminując przypadek, ale do tego potrzeba ośmiu osób. Baz szans, nigdy nie udało mi się tak grać. Robrowo - i owszem, zdarzyło się i grać przez 17 godzin bez przerwy (poza tymi, gdy byłem "dziadkiem"). No ale obecnie mam chroniczne zapalenie stawów, więc jak dwie godziny poszukam grzybów w lesie, to i tak to odchorowuję.
  3. Niby to się mieści w stwierdzeniu "przymus nie zawsze powoduje nieważność aktów prawa międzynarodowego", ale raczej bym stwierdził, że "przymus rzadko powoduje nieważność aktów prawa międzynarodowego". Ja nie pamiętam takiego przypadku. A odwrotnych - setki. Kapitulacje, traktaty pokojowe, uznanie kontrybucji wojennych to akty prawa międzynarodowego, które są spowodowane bezpośrednim przymusem militarnym, ale są powszechnie uznawane za ważnie akty prawa międzynarodowego od dnia powstania tego aktu, bez względu na ich późniejsze akceptowanie przez państwo w wojnie pokonane, czy jego brak. W naszym przypadku, gdyby Polska usiłowała unieważnić zrzeczenie się odszkodowań z powodu, że nastąpiło to pod przymusem ZSRR, to Niemcy mogliby zażądać unieważnienia samego przyznania odszkodowań, które też nastąpiło pod przymusem ZSRR i jego sojuszników.
  4. Nie wydaje mi się, żebym coś takiego explicite stwierdził, ale istotnie: uważam, że wszelkie działania obywateli Polski i ich organizacji, mogące prowadzić do zakwestionowania ustaleń z 1945 roku (i następnych), 1970 i 1990 roku, dotyczących przebiegu zachodniej granicy Polski, uważam za zdradę państwa polskiego, gdyż jest to dla Polski skrajnie niekorzystne. Natomiast nie czuję się w mocy wypowiadać się, czy działania obywateli Niemiec i ich organizacji, mogące prowadzić do zakwestionowania tych ustaleń, są czy nie są zdradą państwa niemieckiego. Zmiana tych granic może być uważana za korzystną dla Niemiec, bo powiększa ich terytorium. Z drugiej strony może być uważana za niekorzystną, bo zapewne spowodowałaby, że ich wschodnia granica będzie granicą z wrogiem. A teraz mają komfortową sytuację graniczenia wyłącznie z sojusznikami formalnymi lub nieformalnymi (Szwajcaria). Dyskusję o tym raczej bym pozostawił Niemcom, mając błogą nadzieję, że wybiorą tą drugą opcję.
  5. Tyberiuszu, nie obrażaj prawicowców. Prawicowa to jest PO. Ja czuję się konserwatystą. PiS to neokomuniści. Coraz bardziej czuję się pod ich rządami jak w młodości. Tylko szkoda, że w góry już nie pójdę. Wyręczę trochę Tyberiusza. Oczywiście nie wiem, co on miał na myśli, więc opiszę swoje poglądy. Tym bardziej, że już odniosłem się do PiS-owskiej propagandy, którą zacytowałeś. Kwestia "bycia" w obozach śmierci - no cóż, tam Żyd raczej był tylko raz. Potem sprostowanie - w cytowanym przez Ciebie artykule było napisane, że Żydzi dostają 100 mln euro rocznie, a nie mieszkańcy Izraela. To bardzo duża różnica, bowiem większość Żydów żyje poza Izraelem, a wśród mieszkańców Izraela znaczna część to Arabowie. Podejrzewam, że zdecydowana większość tej kwoty (o ile to w ogóle prawda) trafia nie do Izraela, tylko do USA. Że wywalczają te kwoty cwani amerykańscy prawnicy, zapewne w znacznej części żydowskiego pochodzenia. Że Niemcy zgadzają się na te odszkodowania, bo sojusz z USA jest dla nich ważniejszy, niż jakieś tam głupie 100 mln euro rocznie. A państwo amerykańskie zawsze wspiera swych obywateli. Izrael pewnie też wspiera takie roszczenia, bo czemu nie. Niemcy z Izraelem nie graniczą, nie grają aktywnie na Bliskim Wschodzie, więc niczym to nie grozi ewentualne pogorszenie stosunków z Niemcami. O tym, że władze Polski powinny popierać większość roszczeń naszych obywateli, ale nie wszystkie, i dlaczego - o tym już pisałem. Ale żądanie jakowyś odszkodowań, wypłacanych nie obywatelom RP, tylko państwu, to już zupełnie inna śpiewka. I tu zupełnie różnię się od Razorblade'a. Uważam domaganie się tych pieniędzy nie za głupie, bo nierealne. To znaczy - tak, to jest głupie i nierealne, ale to nie jest ich najgorsza cecha. W mojej z nim dyskusji marzę o tym, żeby to on miał rację, a nie ja. Marzę o tym, żeby wszelkie pieniądze, wydane na cele wojskowe, były po prostu wyrzucone w błoto. Żeby te "kraby" czy jak to się tam zwie, trafiły na złom, nie oddawszy ani jednego strzału do nieprzyjaciela. Mimo to nie będę postulować - i Razor chyba też nie - totalnego rozbrojenia Polski. Bo "na pochyłe drzewo to i koza skacze". No i nasze plany operacyjne powinny się opierać na założeniu, że to Rosja nas atakuje, a nie nasi sojusznicy z NATO i UE. I w tej konfiguracji Niemcy są naszym najważniejszym militarnym sojusznikiem. Jeśli nie chcemy powtórzyć września '39, musimy mieć potężnych sojuszników wśród sąsiadów. Gdybyśmy wystąpili i zmusili Niemcy do akceptacji wypłaty odszkodowań rzędu setek miliardów euro, mogłoby to mieć dla Polski skrajnie negatywne skutki. Kilkaset miliardów euro nie uczyni z nas potęgi ani militarnej, ani gospodarczej. Nadal będziemy słabsi i od Rosji, i od Niemiec. Natomiast konieczność wypłacenia takiej kwoty dla obywatela Niemiec będzie dotkliwym obciążeniem. Każda partia niemiecka, której rząd zaakceptuje to odszkodowanie, przegra następne wybory. A wygrają je niemieccy nacjonaliści. Ci raczej nie będą Polsce przyjaźni. Zapewne także nie będą euroentuzjastami. I znów powtórzy się sytuacja z września '39, że Polska znajduje się między dwoma, znacznie potężniejszymi wrogami, zaś sojusznicy są niepewni i daleko. Dlatego uważam dopominanie się odszkodowań dla państwa polskiego od Niemiec nie tylko za głupie i nierealne (choć takie też są), ale przede wszystkim szkodliwe dla naszego państwa i narodu. Czyli za ZDRADĘ.
  6. No cóż, Kszyrztoffie, jeśli uważasz tak, jak autor tego tekstu, to trudno nam rozmawiać. Bo uważasz mnie - oraz Razorblade'a, Secesjonistę, Tyberiusza (kolejność alfabetyczna) za pożytecznych idiotów, którzy w dodatku pobrali Schweigegeld. Pomijając już, że to oksymoron - albo jesteśmy idiotami, albo robimy to za kasę. Nie wiem, czy się zorientowałeś, ale propaganda PiS posługuje się kłamstwem systematycznie. Zaczęło się od "dziadka w Wehrmachcie", co do którego Kurski się przyznał, że kłamał. No i słynny cytat tegoż funkcjonariusza, zajmującego najwyższe stanowisko w propagandowej machinie partyjno-rządowej o tym, że "ciemny lud to kupi". Zwróć uwagę, że autor wyraża zdumienie, iż Niemcy wypłacają odszkodowania dla tych Żydów, którzy nie byli nawet w niemieckich obozach zamkniętych. No cóż, Żydom którzy byli w niemieckich obozach zamkniętych, raczej trudno wypłacać odszkodowanie, bo raczej nie przeżyli. Z drugiej strony przypomniałem sobie, że w latach 90-ych wypłacano jakieś odszkodowania za pracę przymusową w Niemczech. No i trafiłem na informacje o działalności jakiegoś stowarzyszenia „pojednania” polsko-niemieckiego. Nigdy się tym jakoś szczególnie nie interesowałem, więc posłużę się informacją z wiki o działalności Fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie” https://pl.wikipedia.org/wiki/Fundacja_„Polsko-Niemieckie_Pojednanie” . Wynika z tej informacji, że fundacja ta, zasilana m.in. przez Niemcy, Austrię i Szwajcarię, wypłaciła w latach 90-ych Polakom 4,7 mld zł odszkodowań i nadal wspiera, także finansowo, ofiary systemu hitlerowskiego. W 1991, gdy ta fundacja rozpoczęła działalność i wypłacanie odszkodowań, to nie Kaczyński był u władzy. Premierem był Bielecki (dziś w PO), prezydentem Wałęsa. Oni załatwili Polakom grubo ponad MILIARD dolarów. Autor cytowanego przez Ciebie artykułu zda się o tym nie wiedzieć. Pożyteczny idiota czy kłamca? Ad rem. Uważam za absolutnie słuszne popieranie przez władze Polski roszczeń naszych obywateli wobec okupanta za poczynione krzywdy "na osobie". Choć uważam, że należy negować roszczenia za straty majątkowe. Bo jak na zasadzie vice versa się miliony spadkobierców właścicieli nieruchomości na "ziemiach odzyskanych" do nas z roszczeniami zgłoszą, to puszczą nas nawet bez skarpetek. 100 tysięcy km kw. to 10 milionów hektarów. Licząc bardzo tanio po 10 000 zł za ha, dostaniemy... muszę przejść do notacji naukowej +1E+07*1E+04= 1E+11, czyli 100 miliardów złotych wartość samego gruntu. A infrastruktura, budynki, mienie? Tylko że myślałem, iż wątek ten nie o tym jest. Nie o indywidualnych roszczeniach poszczególnych osób, tylko o roszczeniach państwa wobec państwa. I nie o głupich milionach euro, tylko o setkach miliardów.
  7. W tej kwestii całkowicie się zgadzam. Przy czym antypolska retoryka putinowskich władz ma to samo zadanie, co antyniemiecka retoryka PiSowskich władz.
  8. Sorry, ale nie mogę pojąć, o co Ci chodzi. W Hadze zawarto sporo umów, nie wiem, czy jakakolwiek z nich dziś obowiązuje. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, który można uznać za wciąż istniejący rezultat konwencji, zawartej w Hadze gdzieś na koniec XIX wieku, ale ma on rozsądzać spory prawne między państwami, a nie zbrodnie. Odszkodowanie za co? Za wymordowanie kilku milionów obywateli Polski, z których z grubsza połowa była Polakami? Nadmieniłem to, ponieważ w komentarzach internetowych spotykam się z poglądem, iż to, że Hitler wymordował Żydów, to w sumie OK, tylko szkoda, że nie wszystkich. Z drugiej strony spotykam się z argumentacją, że przecież hitlerowcy mordowali głównie Żydów, a Polacy byli dla nich OK. Mam nadzieję, że nikomu z Forumowiczów nie muszę wyjaśniać mego stosunku do tych tez. Nie, ja się nie zgadzam na jakiekolwiek frymarczenie życiem swych rodaków sprzed kilkudziesięciu lat. Nie, nie ma takie terytorium, nie ma takiej kwoty która uwolniłaby Niemców od pamięci o zbrodniach ich ojców, dziadów czy pradziadów. Niemcy - przynajmniej ci, którzy głosują na partie typu SPD, CDU-CSU czy FDP lub "zielonych" - mają tego świadomość. Zbrodnie hitlerowskiego reżimu nie wynikają z jakiegoś szczególnego charakteru Niemców. Niemcy tworzyli przepiękną muzykę i poezję romantyczną. Przyczyną tego, że Niemcy popełnili te zbrodnie był totalitaryzm, który zaakceptowali. I za tą akceptację hańba spada na nich do n-tego pokolenia. Dlatego rozumiem wrażliwość - może wręcz przewrażliwienie - Niemców, pozostających w zakresie politycznego "mainstreamu" , na wszelkie przejawy autorytaryzmu, szczególnie w państwach Unii Europejskiej. Odpowiedzią PiSowskiego rządu na tą wrażliwość jest wznowienie tematu reparacji wojennych. No cóż - "nie ma w słowniku ludzi cywilizowanych słowa, należycie określającego ich postępowanie".
  9. Na marginesie chciałbym zaznaczyć, iż nie posiadam tytułu naukowego. Jedynie stopień i stanowisko.
  10. Niestety, HorusieX, kłamiesz. Dość wyraźnie odnosiłem się do jednego Twego stwierdzenia, że pewne słowa we wszystkich językach słowiańskich znaczą to samo. W czasie teraźniejszym. Co jest bzdurą. W wykazaniu bzdurności tego stwierdzenie nie odwołałem się do źródeł, a to z tej przyczyny, że język słowacki (który jest chyba jednym z języków słowiańskich) znam na poziomie zbliżonym do "native speaker", a niektórzy Słowacy twierdzili, że nawet lepiej. Przy czym popełniłem dwie publikacje punktowane w systemie oceny parametrycznej jednostek naukowych na temat ochrony przyrody na Słowacji, więc terminologia "ekologiczna" w tym języku jest mi szczególnie bliska. Czeski znam słabiej, to znaczy nie posługuję się nim czynnie, ale biernie nie stanowi dla mnie problemu. Choć nazwy miesięcy są trudne . Co nie zmienia faktu, że także po polsku dziś "ług" i "łęg" to co innego, więc i w zakresie tego języka HorusX się myli. Ponieważ błędy, które HorusX popełnił, są absolutnie oczywiste, powinien przeprosić uczestników tego forum za przejęzyczenie i załatwić sprawę. Woli jednak atakować ad personam tego, który mu te oczywiste błędy wytknął. Jego wybór. Do znajomości etymologii tych wyrazów nie roszczę sobie żadnej pretensji. Co nie pozbawia mnie możliwości refleksji nad ich wywodami językoznawców. Tym bardziej, że często są sprzeczne. Problem z bezkrytycznym traktowaniem informacji, zawartych w słownikach polega na tym, że ich autorzy są językoznawcami, a nie fachowcami w dyscyplinach naukowych, których objaśniane lub tłumaczone wyrazy dotyczą. Przyznaję, że tak z grubsza do czterdziestki określenia łęg, mokradło, bagno zdawały mi się synonimami - nie odróżniałem tego. Bo do niczego mi to rozróżnienie nie było potrzebne. Dopiero po czterdziestce życie zmusiło mnie do współpracy z ekologami (mam na myśli naukowców z dyscypliny biologia o specjalności ekologia) dzięki którym uświadomiłem sobie, jak kolosalna jest różnica między łęgiem a bagnem. Np. Brückner - przy całym szacunku dla jego dorobku - mógł nie odróżniać łęgu od bagna, tak jak i ja nie rozróżniałem przez większość swego życia. Bo nigdy nie uprawiał roli, ani on, ani jego rodzice. Życie spędził we Lwowie, Wiedniu i Berlinie. Natomiast nie mam żadnej, ale to absolutnie żadnej wątpliwości, że zarówno XIX wieczny, jak i wczesnośredniowieczny chłop (starożytny zresztą też) odróżniał ług od bagna bardzo wyraźnie. Dlaczego? No bo jak wygonisz latem krowę na łęgi, to się nażre i mleka da. A jak wygonisz krowę na bagna, to się utopi.
  11. Tu jednak zacytowałem. Ano związek z tematem jest taki, że jeśli uważamy dziś, że naszym potencjalnym przeciwnikiem jest Rosja, to musimy pielęgnować nasz sojusz z Niemcami, nawet wychodząc poza ramy UE i NATO. Więc w takiej sytuacji dopominanie się odszkodowań od Niemiec jest zdradą naszego narodu. Zaś jeśli ktoś uważa, że głównym naszym wrogiem dziś są Niemcy i Unia Europejska, to na odwrót. Ale to już jego problem. ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Przejdę do kwestii za co można się dopominać odszkodowania czy reparacji wojennych. Nie będę pierwszy, ani jedyny który w tym wątku to stwierdził - nie za zbrodnie wojenne. Za zbrodnie realnie odpowiada zbrodniarz. Wydaje mi się, że zbrodnie wojenne jednak się przedawniają, nie przedawniają się jedynie zbrodnie przeciw ludzkości i ludobójstwo, ale to nie jest najważniejsze. Żadnych zbrodni się nie dziedziczy. Syn zbrodniarza nie jest zbrodniarzem. Za swe zbrodnie niemieccy zbrodniarze płacili w procesach norymberskich i w tundrze Kołymy. Czy należało karać i srożej lub ukarać ich więcej? Może i tak. Zaś pomimo braku osobistej odpowiedzialności zbrodnie te ciążą na sumieniu narodowym Niemców i ciążyć będą jeszcze długo. Koncepcja sprzedania tej odpowiedzialności za jakiekolwiek pieniądze wydaje mi się ohydną.
  12. Krzysztoffie, zapewniam Cię, że bardzo duża część, rzekłbym że do 1989 roku zdecydowana większość umów międzynarodowych (liczona wg ich wagi, nie na sztuki) była zawierana pod wpływem przymusu. Te najważniejsze były zawierane po prostu w wyniku militarnej przemocy. Niemcy nie oddały Polsce Pomorza, Wielkopolski i części Śląska dlatego, że przekonaliśmy je, że tak będzie fajnie, tylko dlatego, że przegrały I wojnę światową, powstanie wielkopolskie, a częściowo to i powstania śląskie. Rosja Radziecka nie dlatego zawarła pokój w Rydze, że przekonaliśmy ją, iż pokojowe sąsiedztwo jest cacy, tylko dlatego, że przegrała wojnę. O Niemcach, które były zmuszone zaakceptować. Zamierzasz uznać te umowy za nieważne? Oczywiście w świetle prawa cywilnego byłyby nieważne, ale w stosunkach międzynarodowych to nie obowiązuje. I nie mów „być może” – po podważanie ustaleń Konferencji Poczdamskiej to już jest naprawdę zdrada. Pomijam już takie drobiazgi, że jeśli naszą deklarację o rezygnacji z odszkodowań wydaliśmy w wyniki szantażu, to nie Niemcy nas szantażowały, więc co to je obchodzi. Aczkolwiek szantażem bym tego nie nazwał - Moskwa była raczej dość szarmancka, oferując "coś za coś" - wy zrezygnujecie z odszkodowań, my zrezygnujemy z kwot węglowych.
  13. Piszę bez cytowań, bo temat nadto gorący. Razorblade, podobnie jak Ty uważam atak Rosji na Polskę za coś niewyobrażalnego, absurdalnego, co się nie wydarzy. Tylko że 10 lat temu uważałem, że jest zupełnie niemożliwe, aby Rosja zaatakowała jakiś państwo poradzieckie i po prostu przyłączyła jego kawałek do siebie. Aneksja Krymu była dla mnie niewyobrażalna. Myliłem się. Mam nadzieję, że nie mylimy się w kwestii ataku rosyjskiego na Polskę - bo pogląd mamy prawie taki sam. Niestety znów żyjemy w ciekawych czasach. Niestety w zakresie zdarzeń, które stały się wyobrażalne, wszedł rozpad Unii Europejskiej, całkowite wycofanie się wojsk USA z Europy i basenu Morza Śródziemnego czy nawet rozpad NATO. I zwycięstwo wyborcze nacjonalistów w Niemczech. A wtedy?
  14. Obawiam się, że aż nadto gorący. Zwykle w takich wątkach (śmiem twierdzić, że to tylko wątek, nie temat) po kilku dniach ideologia zwycięża, forumowicze, wyrażający odmienny pogląd, stają się wrogami, a nie uczestnikami dyskusji, następnie Miłościwie Nam Panujący Admin wątek zamyka. I słusznie. Ocenić kwestii w sensie prawa międzynarodowego nie jestem w stanie. Nie wiem, czy zrzeczenie się roszczeń Polski z 1953 roku jest prawnie skuteczne wobec zjednoczenia Niemiec. Natomiast jestem w stanie dokonać pewnej oceny zysków i strat. W wyniku II wojny światowej Polska uzyskała od Niemiec terytoria, stanowiące znaczącą część terytorium dzisiejszego państwa polskiego. To w całości lub niemal w całości tereny województw: - warmińsko-mazurskiego, - zachodniopomorskiego, - lubuskiego, - dolnośląskiego, - opolskiego. A ponadto większe lub mniejsze części województw: - śląskiego, - pomorskiego, - wielkopolskiego. Przyznaję, że mam kłopot w znalezieniu informacji, jaką część terytorium dzisiejszej Polski zajmują tzw. "ziemie odzyskane", ale tak z grubsza to jest 1/3. Na większości tych terenów ludność polska była mniejszością, a na ogół nie było jej wcale. Argumentacja historycznej przynależności do Polski Piastów jakoś się tam trzyma w przypadku Wrocławia, ale już zupełnie nie dla Szczecina. Państwo polskie przejęło te tereny wraz z ludnością i inwentarzem, w tym nowoczesnymi fabrykami. Że ludność przepędziliśmy, a fabryki wywieźli Sowieci na wschód - to już niekoniecznie problem stosunków polsko-niemieckich. Gdybym był niemieckim patriotą, powiedziałbym: "Tak, jesteśmy winni agresji na Polskę w 1939 roku. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tej agresji. Ponieśliśmy za nią surową,, lecz sprawiedliwą karę - straciliśmy na Waszą rzecz ogromne terytoria - Prusy Wschodnie, Gdańsk, Pomorze, Nową Marchię, Śląsk i część Łużyc. To cca 10% naszego przedwojennego terytorium. I 1/3 Waszego terytorium. To chyba wystarczająca kara. Ponadto wspieraliśmy Was w procesie wchodzenia do Unii Europejskiej i jesteśmy głównym płatnikiem funduszy, które dzięki temu dostaliście. Nie wystarczy?" Gdybym zaś był niemieckim nacjonalistą, powiedziałbym: "Myśmy chcieli tylko przyłączyć Gdańsk do naszego państwa (gdzie Polaków niemal nie było) i móc łączyć się z Prusami Wschodnimi bez polskich ceł. To wy wywołaliście całą tą awanturę, która stała się II wojną światową. Wojnę przegraliśmy i zabraliście nam cca 10% naszego terytorium. Przeżeracie nasze pieniądze, wpłacane do Unii Europejskiej, a mimo to przywołujecie jakieś żądania finansowe? Można wrócić do dyskusji na temat reparacji wojennych, ale to oznacza powrót do dyskusji na temat granic". Zaś jako polski patriota powiem tak: Jedynym państwem nam zagrażającym jest Rosja. To, co się wydarzyło na Ukrainie, dowodzi, iż Rosja może dokonać agresji na państwo ościenne, choć wcześniej wydawało się to niewyobrażalne. Polska jest słabsza od Rosji. Samotnie tej wojny nie wygramy. Cała nadzieja w sojusznikach z NATO. Przy tym Amerykanie są raczej naszym sojusznikiem strategicznym, taki jak Wielka Brytania i Francja w 1939. Może będą mieć u nas batalion, czy brygadę, ale żeby powstrzymać atak rosyjski, trzeba mieć dziesiątki dywizji. My ich nie mamy, a jedyną armią, która w ciągu kilku dni jest w stanie rzucić na front wschodni kilkanaście dywizji, jest niemiecka Bundeswehra. Obecnie Niemcy są naszym najważniejszym sojusznikiem, zarówno w sferze militarnej, jak i gospodarczej. Dla mnie, jako polskiego patrioty, wyciąganie kwestii odszkodowań niemieckich jest po prostu zdradą naszego państwa i narodu. Ci, którzy się tego domagają, zwyczajnie szykują grunt dla Putina, by dokonać agresji na Polskę.
  15. Łowiectwo za Jagiellonów

    Przyznaję, że ta Transylwania między Anglią, Walią, Belgią i południową Francją trochę mnie zaskoczyła. Czy jest możliwe, by pod tą nazwą kryło się coś innego, niż Siedmiogród?
  16. Oczywiście - ale HorusX napisał to, co napisał, w czasie teraźniejszym. Nie znajduję tu najmniejszego pola do uwzględniania etymologii i rozwoju znaczeniowego wyrazów. Napisał bzdurę i tyle. Niestety - jeśli raz napisał bzdurę, to bardzo obniża wiarygodność pozostałych przez niego podanych informacji. I zapewne znajdziesz na to jakiegoś uczonego (czy uczonych), którzy gdzieś coś takiego napisali, no może nie dokładnie to, ale jakoś się ten pogląd da skompilować. I zgodnie z nim mam zrozumieć, że nasi słowiańscy przodkowie powiedzmy półtora tysiąca lat temu nie odróżniali takich pojęć jak łęg (las wzdłuż rzeki na terenie zalewowym), łąka (teren naturalnie pozbawiony drzew), ług (silnie zasadowy roztwór, otrzymywany przez ługowanie popiołu, używany do garbowania skór), łuk (taki do strzelania) i łuk (zakole rzeki), a także łęk (przedni i tylni w siodle). A przy tym nie odróżniali ługu i łęgu od bagna i mokradła. W tym zakresie można dość bezpiecznie snuć dowolne teorie, bowiem żaden zapis języka naszych słowiańskich przodków sprzed 1500 lat nie istnieje - i zapewne nigdy nie istniał - a to z tego powodu, że oni pisać nie umieli, ani nawet nie odczuwali takiej potrzeby. Natomiast z całą pewnością odczuwali potrzebę odróżniania łęgu, łąki, ługu, łuku - a trochę później i łęku. To były dla nich słowa "żywotne", czyli takie, od których właściwego używania zależało, czy przeżyjesz, czy zginiesz.
  17. Anegdoty Historyczne

    Otóż - na ile pamięć mnie nie zawodzi, w szkole mnie tak właśnie uczono - "z wielkiej litery". Ale jakiś czas temu - stosunkowo niedawno, góra 10 lat temu - dowiedziałem się, że to błąd, wredny rusycyzm, a my Polacy zaczynamy zdania "wielką literą". Dla mnie to jakiś nonsens, dzielenie włosa na czworo, bo co za różnica, czy zdania piszemy wielką literą, czy z wielkiej litery, byleby takaż wielka litera znalazła się na zdania początku. Bardzo proszę potraktować ten wpis wyłącznie jako następną anegdotkę historyczną.
  18. oraz późniejsze, tegoż autora" "Słowo ług, łęg, lug, luh, louh we wszystkich językach słowiańskich oznacza to samo czyli ług, łęg lub łąkę". Otóż słowa te w znanych mi językach słowiańskich nie oznaczają tego samego. Po polsku "łęg", to las rosnący na terenie z wysokim poziomem wód tzw. "podskórnych" płynących. Niemal z reguły takie tereny są położone wzdłuż rzek. Najczęściej na terenach zalewowych. Temu pojęciu odpowiada czeski i słowacki "luh". Przymiotnik, od tego wyrazu pochodzący, to po polsku "łegowy", po czesku "lužní", a po słowacku "lužný". Do Łużyc trochę daleko. Natomiast po polsku "ług" to silnie zasadowa substancja chemiczna. Niegdyś ług otrzymywano z popiołu drzew. Temu pojęciu odpowiada czeski "louh" i słowacki "lúh". Dlžeň nad "u" ma swoje znaczenie. Natomiast polska "łąka", czeska "louka" i słowacka "lúka" to zupełnie inna bajka - obszar bez drzew. Przymiotniki to odpowiednio "łąkowy", "luční", "lúčný". Tego z Łużycami nijak powiązać się nie da. Po polsku spotkałem się z określeniem "łąka łęgowa" - czyli na terenach zalewowych. Byłabyż to łąka łąkowa czy też łęg łęgowy? Natomiast stwierdzenie, że "ług, łęg" to "bagno, mokradło", to już zupełnie strzał kulą w płot. Łęgi (luhy) to lasy (ewentualnie inne zbiorowiska roślinne), rosnące na terenach zalewowych. Przez kilka, czasem kilkanaście tygodni w roku stoją pod wodą, ale przez resztę roku są "suche". Najbardziej charakterystyczną rośliną dla nich są wierzby, przede wszystkim łozy. Natomiast bagna i mokradła (czeski: rašelinišťě, blata, slatě; słowacki: rašelinisko, mokraď) to tereny podmokłe trwale. Woda tam nie płynie, lecz stoi. Charakterystycznym drzewem dla nich jest olcha czarna, choć raczej rośnie tylko na obrzeżu. A głębiej mech torfowiec i turzyce. To ekologiczne (w podstawowym tego słowa znaczeniu) czy fitosocjologiczne rozróżnienie ma kapitalne znaczenia dla średniowiecznego osadnictwa. Dość rozpowszechnionym jest pogląd (na temat jego wartości naukowej się nie wypowiadam), że dawni Słowianie często zasiedlali grądy, położone wśród mokradeł i bagien. Taka lokalizacja siedliska, pomimo oczywistych wad, ma swoje zalety. Przede wszystkim jest niedostępna dla obcych. Nawet jeśli wiedzie do niej jakaś moszczona ścieżka, to w obliczu zagrożenia łatwo ją rozrzucić. Torfowiska są jak gąbka, więc nie grożą powodzie. Ziemia na grądach jest żyzna. Osiedlanie się na wywyższeniach wśród bagien i mokradeł ma swój sens. Natomiast osiedlanie się na łęgach - czy to będą lasy, czy łąki łęgowe - jest raczej bez sensu. Co roku woda ci chałupę zmyje wraz z całym dobytkiem. Nawet jeśli znajdziesz jakąś wyniosłość, otoczoną łęgami, to i tak nie wiesz, czy następna powódź nie będzie o sążeń wyższa. A jeżeli nawet znajdziesz takie miejsce, gdzie woda nigdy nie dociera, to co z tego? Przez kilka - kilkanaście tygodni w roku woda odcina cię od świata. A przez pozostałe ponad czterdzieści nie daje ci żadnej ochrony. Żeby zasiedlić rozległe nadbużańskie tereny zalewowe ściągano mennonitów z Żuław w XVIII i XIX wieku. A i tak pozostają one do dziś przeważnie niezasiedlone. Mogę uwierzyć w związek: "luh - łęg" => "łużyce", czyli kraj, gdzie jest dużo łęgów => "Łużyczanie", czyli lud, zamieszkujący kraj, gdzie jest dużo łęgów. Związku: "luh - łęg" => "Lugiowie", czyli lud, zamieszkujący łęgi nie łapię. Głównie dlatego, że łęgi nie nadają się do zamieszkania.
  19. The Crystal Palace

    Czuję się poniekąd wywołany do tablicy, choć w pełni zgadzam się z tym, co powiedział Tomasz. Szkło jest dość wytrzymałym materiałem. Potoczne wrażenie jego kruchości bierze się stąd, że szyby czy naczynia stołowe są bardzo cienkie. Nikomu nie przyjdzie do głowy używać dachówki o grubości 2 mm. Jakiś mój prawuj przeszklił kiedyś przed wojną kawał dachu budynku zwykłymi, cienkimi szybami. Ja ten budynek widziałem w latach 70-ych - wszystkie szyby były całe. W owych latach 70-ych niezwykle popularne były w Polsce szklarnie. Trochę tzw. "badylarzy" znałem. Jakoś nikt nie narzekał, że grad tłucze szyby. Bo normalny grad szyb nie tłucze. Oczywiście zdarzają się opady gradu o wielkości włoskiego orzecha (jako dziecko taki grad przeżyłem), a nawet kurzego jaja, który tłucze nawet samochodowe szyby.Tylko jak często coś takiego się zdarza? Słyszymy o takich kuriozach dość często, niemal co roku. Tylko że za każdym razem taki grad występuje na obszarze kilkuset km kwadratowych. Czyli częstotliwość wystąpienia takiego gradu w określonym punkcie Polski jest rzędu 1 raz na tysiąc lat. Szklany dach nad Wielką Aulą w Gmachu Głównym Politechniki Warszawskiej został zbudowany na początku ubiegłego stulecia. Prawie płaski. Duże szyby na stalowej konstrukcji. Wprawdzie uległ zniszczeniu podczas II wojny światowej, ale nie na skutek gradu ni wichury. Odbudowany po wojnie, przetrwał do lat 90-ych, po czym go przebudowano, ale ze względu na korozję konstrukcji stalowej, a nie z powodu powybijanych szyb.
  20. Protest Lekarzy Rezydentów

    Skoro jednak mieszkam w Warszawie, to podaję dane o Warszawie, bo piszę to, co wiem. Nie szukałem pomocy domowej w Ełku, więc o tym nie piszę. Zarobki młodych lekarzy pewnie też są wyższe w Warszawie, niż w Ełku. Ja miałem więcej , niż te 4919, po studiach "na dzień dobry" dostałem 9500 PLZ. Jako student, zesłany na praktykę na stanowisku robotniczym wyciągałem ponad 17 tysięcy. To też pewna patologia była. No właśnie: "raczej" i "przynajmniej". Mi chodziło o pomoc domową. W tej sprawie się dość dobrze orientuję. A jak chcesz sprawdzić, to odsyłam na www.pomocedomowe.pl. Jak to policzono? Że absolwent Wydziału I Lekarskiego WUM zarabia w pierwszym roku po studiach 2400 ? Szczegóły można poznać na www.ela.nauka.gov.pl. Ale tak ogólnie, to dane nie pochodzą z kwestionariusza, tylko z ZUS. Obejmują wszystkie przychody "ozusowane", więc drugi etat i nadgodziny też. Nie wiem, jak ze zleceniami. Jeśli absolwent WUM dorabia jako pomoc domowa, to tego zapewne ta kwota nie obejmuje. Tylko nie bardzo wiem, o czym my tu gadamy? Kiedy, komu było ciężej? Kto zarabia gorzej od tych młodych lekarzy? Łatwo podam - np. młodzi historycy po UW. Po co mi wiedzieć, czy pensje młodych lekarzy są sprawiedliwe? Sprawa jest o wiele bardziej prosta. Przed emigracją absolwentów możemy się bronić jakimiś nakazami pracy. Ale jeśli młodzi lekarze będą zarabiać połowę tego, co młodzi magistrzy inżynierowie po mechanice, to nic to nie pomoże. Po prostu ci abiturienci, którzy są wystarczająco zdolni i pracowici, by skończyć bądź studia lekarskie, bądź mechanikę i budowę maszyn, pójdą na te drugie. Dziś brakuje i lekarzy, i mechaników po studiach. Dzięki dobrym zarobkom tych drugich, być może ich niedobór za 5 czy 10 lat się zmniejszy. Ale niedobór lekarzy się w tym czasie pogłębi. Będzie komu reperować samochody, ale nie będzie miał kto nas leczyć.
  21. Ot Capricornus zagwozdkę zadał. No ale skoro historia, to te przeszłe wydarzenia, które są opisane, zaś chyba nie istnieje opis wynalezienia pisma, to jednak ostatni wynalazek prehistorii .
  22. Protest Lekarzy Rezydentów

    Ja też, ale co z tego. W Warszawie trudno znaleźć sprzątaczkę, która zgodzi się na stawkę 14 zł za godzinę. Poza tym ten rezydent, który pokazał pasek, ma się nieźle w stosunku do kolegów. Wg danych zusowsko-ministerialnych http://ela.nauka.gov.pl/ przeciętne zarobki absolwenta kierunku lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego to 2549 zł brutto. Tymczasem magister inżynier po mechanice i budowie maszyn po Wydziale Inżynierii Produkcji ma 4919 zł (dzienny, bo zaoczny aż 5371 zł). Sam jestem inżynierem po PW, więc tylko bić brawo. No ale kto nas ma leczyć? Ps. Podkreślenie się włączyło po wklejeniu linka i wyłączyć się nie daje.
  23. "prehistoria 1. «okres dziejów ludzkości od pojawienia się człowieka do powstania pierwszych źródeł pisanych»". Słownik Języka Polskiego PWN, https://sjp.pwn.pl/szukaj/prehistoria.html
  24. Faktycznie, pozostaję w tym względzie wierny tradycji, która twierdzi, iż przyczyna poprzedza skutek. Więc sytuacja z okresu 1831-1863 jest istotna dla wydarzeń z roku 1864, zaś opis sytuacji z lat 1865-1896 już nie. O "latach przedwojennych" nie wspominając (mam świadomość, o którą wojnę chodzi). Jestem przekonany, że Secesjonista wie, iż w latach 1863-1864 zaszła pewna zmiana w stosunkach wiejskich na ziemiach polskich. Byłoby super, gdyby Secesjonista znalazł jakieś rzetelne dane na temat gospodarki rolnej z okresu sprzed powstania. Bo informacje z lat 90-ych, a nawet, gdyby takie były, z drugiej połowy lat 60-ych są zupełnie bez sensu dla rozważań z zakresu powstania styczniowego. Toć to chyba wiedza z podstawówki, że w "międzyczasie" zniesiono pańszczyznę. Jednak - jak dotąd - nie znalazł. Zapewne dlatego, że nie ma ich w cyfrowych zasobach, w których Secesjonista bryluje - i bardzo go za to szanuję. Jednak w tym przypadku stara książka na półce okazała się lepsza. Trochę mi przykro, że Secesjonista nie potrafi tego napisać wprost - "nie udało mi się znaleźć danych na temat rolnictwa sprzed 1863 roku". Tylko brnie w jakieś durne dyskusje z jancetem, który z góry deklaruje, że nic o tym nie wie, a może przekazać jedynie to, co jest napisane w pewnej książce, która akurat stoi u janceta na półce.
×