Skocz do zawartości

jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    2,795
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez jancet

  1. Efekty ostrzału i walki wręcz

    Ano - nie mam pojęcia, dlaczego miałoby być odporniejsze. Wiem tylko, że husaria hiszpańskich tercios nigdy nie atakowała, więc co by było, gdyby jednak atakowała, to raczej już historyczne fantasy. Obraz kojarzę, szyk szwedzkiej piechoty faktycznie przypomina tercios. Pomijając nawet fakt wspomnianych przez Ciebie wątpliwości, to jednak było to "prawie jak hiszpańskie tercios", a "prawie czyni wielką różnicę". Wyszkolenie, przygotowanie dowódców, tradycja, temperament - to wszystko było inne. Nota bene chyba zdarzały się w innych armiach stworzenie formacji konnych na wzór husarii, i wychodziła z tego "prawie husaria" Ps. A obiecywałem sobie, że już nie dam się podpuścić o dyskusji na temat husarii w latach 1795-1918.
  2. Nie wiem, o jakich "partiach" myślisz, ale w KPZR zasadnicze zmiany nastąpiły przed XX zjazdem, tajny referat to było "postawienie kropki nad i". W innych krajach odwilż też zaczęła się wcześniej, sam piszesz o rządzie Imre Nagy'a i zwolnieniu Gomułki. 400 tysięcy, więc skrót tp "tys." - koniecznie z kropką. Skąd Tyś wziął "ś" w tym skrócie, który to błąd konsekwentnie powtarzasz? Takie przyrównanie prześladowań na Węgrzech i późniejszych prześladowań w gomółkowskiej Polsce to jednak gruba przesada. Wprawdzie można się doszukiwać wyroków śmierci z powodu czynów, popełnionych z motywów politycznych, ale to szło w sztuki, a nie w tysiące. Do radzieckich łagrów Gomółka nikogo nie wysyłał, owszem - sporo ludzi nakłaniał do wyjazdu do pewnego kraju między Morzem Śródziemnym a Martwym, ale to już inna historia. Choć faktem jest, że rządy Kádára stopniowo się liberalizowały, a Gomółki - przeciwnie, aż po grudzień 1970.
  3. A kto pisał o głębokich reformach? Na pewno nie ja. Pisałem o ciągotach polityków do stanowienia (zwykle drogą prawną, ale nie tylko) norm moralnych. Wg mnie od norm moralnych są filozofowie i kapłani wyznań wszelakich, a nie politycy. Niezależnie do wyniku wyborczego. Jednak, jeśli już jacyś politycy usiłują narzucać obywatelom system etyczny, to tym bardziej jest to nieuzasadnione, im bardziej mikry był sukces wyborczy. Stąd moje zdziwienie i dezaprobata dla faktu, że akurat ugrupowanie, które najbardziej usilnie wymuszało akceptację pewnego systemu wartości (nie tylko poprzez akty i działania prawne, także przez tzw. "politykę historyczną"), odniosło najbardziej miałki sukces wyborczy. Kolega Gregski, pisząc, iż głęboko się myli. G.W. Bush junior, który został prezydentem, zdobywając bardzo niewielką większość wśród elektorów (a wśród obywateli uzyskał mniej głosów, niż konkurent) przez całą pierwszą kadencję borykał się z zarzutami, dotyczącymi nader nikłej wyborczej legitymacji jego administracji. To ostatnie słowo warte jest podkreślenia, ponieważ w myśl amerykańskiej doktryny prawnej prezydent i jego ekipa nie "rządzą", jedynie "administrują". Faktycznie prezydent nie ma najmniejszych możliwości wprowadzania, choćby po cichu i bocznymi drzwiami, norm moralnych. Nawet gdyby miał większość w obu izbach Kongresu - a nie miał - to i tak tego typu kwestie pozostają przeważnie w gestii władz stanowych, a nie federalnych.
  4. Efekty ostrzału i walki wręcz

    Podejrzewam, że także nie wiesz, jakby sobie husaria poradziła z "tercios", wspomnianych przez Danniła.
  5. Dziwny symbol/znak na moim domu

    Nic dodać, nic ująć. Może poza błahym spostrzeżeniem, że 100 lat temu nasi przodkowie dbali o estetykę elemantów konstrukcyjnych znacznie bardziej, niż dba się dziś.
  6. Opcja "edytuj" nie jest dostępna, więc radzę sobie, jak mogę. W moim przekonaniu politycy nigdy nie powinni stanowić o moralności, czyli decydować, co jest moralnie dobre, a co nie. Powinni decydować o tym, co jest wynagradzane, co jest dopuszczalne, a co jest karalne, kierując się względami społecznymi, a nie moralnymi. Posłużę się przykładem. Politycy mają prawo - a nawet powinni - zdecydować, czy palenie marychy jest dopuszczalne, czy karalne. W jednych krajach zdecydowano siak, a w innych owak. Jeśli jest to karalne, to człowiek przyłapany ze skrętem jest karany. Ale nie narusza to prawa do moralnej oceny, że to była jego sprawa. I że - choć palił marychę - mógł być to niesłychanie dobry człowiek. Karalność palenia marihuany powinna wynikać z osądu społecznych skutków tego działania, na zasadzie: "OK, ty palisz marychę, ale nad swym nałogiem panujesz, pracujesz, zarabiasz, płacisz podatki, jesteś cenny dla społeczeństwa. Ale paląc, dajesz przykład innym, a ci inni niekoniecznie zapanują nad nałogiem, wręcz przeciwnie - z marychy przerzucą się na twarde narkotyki, zniszczą swoje zdrowie, życie, dla społeczeństwa stając się jedynie obciążeniem". Takie uzasadnienie politycznej decyzji jest całkiem zasadne, abstrahując od tego, czy słuszne. Natomiast uzasadnienie, iż "będziemy karać za palenie marychy, ponieważ jest to niezdrowe, osłabia umysł i ciało, a nasz byt na tej ziemi pochodzi od Boga, nie mamy prawa dysponować swym życiem, w tym decydować o szkodzeniu sobie przez palenie marihuany" jest narzucaniem norm moralnych (ideologicznych, wyznaniowych). Ta sama decyzja może być podjęta z przyczyn utylitarnych i moralnych, co czyni wielką różnicę. O ile jestem w ogóle przeciwny podejmowaniu decyzji prawnych i politycznych w oparciu o przesłanki moralne (ideologiczne, religijne), to jednak jestem świadomy tego, że poszczególne partie, przynajmniej w teorii, grupują ludzi o określonym światopoglądzie. Choć trudno dziś u nas dostrzec światopoglądowe różnice między PiS i PO oraz PSL, a także SLD. Ogólnie jednak można domniemywać, że takowe istnieją, i są podstawą partyjnej identyfikacji, a także decyzji wyborczych zwykłych ludzi. Więc kwestie światopoglądowe będą wpływać na bieżącą polityką, a także na stanowione prawo. Choć dostosowywanie przepisów prawnych, w tym podatkowych, do wymogów ideologicznych uważam za niewłaściwe, to jednak jest ono tym mniej niewłaściwe, im lepszy wynik wyborczy się uzyskało, głosząc owe ideologiczne hasła. Jeśli jakieś ugrupowanie osiągnęło naprawdę duży sukces wyborczy, to może sobie uzurpować prawo do kształtowania zasad etycznych i podporządkowywania im zasad prawnych. Im większy sukces - tym większe prawo. Miary sukcesu wyborczego można chyba wymyślić aż trzy. Pierwsza - ta istotna przy podziale mandatów, to po prostu wskaźnik struktury głosów ważnych, oddanych na daną listę. Drugą jest po prostu liczba oddanych głosów. A trzecią może być stosunek głosów, oddanych na zwycięzcę, do liczby głosów, oddanych na pierwszego przegranego. No to prześledźmy, jak to było od 1997 roku: 1997 AWS 34% 4.4 mln, SLD 3.6 mln, 1.2 2001 SLD 41% 5.3 mln, PO 1.7 mln, 3.2 2005 PiS 27% 3.2 mln, PO 2.8 mln, 1.1 2007 PO 42% 6.7 mln, PiS 5.2 mln, 1.3 2011 PO 39% 5.6 mln, PiS 4.3 mln, 1.3. W pierwszej kolumnie podałem rok wyborów, w drugiej - partię, która zdobyła najwięcej głosów, w trzeciej procent głosów ważnych, oddanych na tą partię, w czwartej liczbę głosów. oddanych na zwycięską partię. W piątej określiłem główną partię opozycyjną, w szóstej liczbę głosów, na nią oddanych, a w ostatniej - stosunek głosów, oddanych na zwycięzcę, do liczby głosów, oddanych na głównego opozycjonistę. Okazuje się, że wynik PiS był wyjątkowo słabym zwycięstwem, najsłabsze zwycięstwo w okresie obowiązywania konstytucji wg wszystkich trzech wskaźników. Najlepszy wynik to zdecydowanie PO w 2007, choć wynik SLD z 2001 roku też był znakomity wobec rozproszenia opozycji. Gdyby SLD w 2001 ogłosiło "moralną rewolucję", mając ponad 40% poparcia, wyrażonego głosami ponad 5 mln wyborców, o ponad trzykrotnej przewadze nad głównym konkurentem nie wspominając, miałoby ku temu silne uzasadnienie "wolą narodu". Wolą narodu mogłoby rozwiązać IPN, sprawę lustracji załatwić przesłaniem zawiadomienia do osób z listy ewidentnych tajnych współpracowników, a następnie opublikowanie listy tych, którzy nie zaprzeczyli, i skierowanie do sądu zaprzeczających. Niestety, zwycięskie SLD niczego takiego nie zrobiło. Moi drodzy koledzy zdali się uwierzyć, że po tak ogromnym sukcesie wyborczym mają obiecaną władzę na 100 lat. Zajęli się swymi interesami, interesikami i interesiątkami. Mówili, że mają mandat społeczny. No cóż - okazał się on wielkim złudzeniem. w 2001 roku mało kto głosował na SLD. Na tle innych wyborów wynik PiS z 2005 roku był wyjątkowo słaby. Jednak mimo tak słabego zwycięstwa,, to akurat PiS ma mandat Narodu do zmieniania rzeczywistości prawnej i politycznej. Wprowadzania nader woluntarystycznych zmian. Skutek tego stał się widoczny przy następnych wyborach.
  7. To uszkodzenie z lewej strony wziąłem za odprysk odlewu gipsowego. Sądziłem, że jest pomalowany jakąś farbką o kolorze miedzi. Natomiast, Furiuszu, tak na mój rozum, to skoro jest to zdjęcie metalowego odlewu, to zdecydowanie pokryty jest on rdzą. Taki nalot o rudobrązowej barwie. Nie ma tam śladu śniedzi, czyli związków miedzi, które dają nalot koloru niebieskozielonego. Perkele, zrób próbę z magnesem, przecież jakiś w domu masz, i rozwiej wszelkie wątpliwości. No i pomyśl, czy nie jest to pomalowany odlew ołowiany lub cynowy. Jest to miękkie, łatwo to zarysować? Przyznaję, że rewers mocno mnie zaskoczył. O ile Kościuszko pozostaje Kościuszką, to pozostałe dwie postacie są zupełnie inne. Co widać choćby po tym, że ich sylwetki są zwrócone do środka, a na awersie były zwrócone na zewnątrz. Te postacie z rewersu zinterpretowałbym bym jako sylwetkę drużynnika z epoki piastowskiej oraz sylwetkę rycerza w pełnej zbroi z czasów Jagiełły. Tyle że w tym przypadku tarcza się nie zgadza z epoką. Może to jednak postać z czasów Krzywoustego. Szczerze powiedziawszy, mam nader blade pojęcie na temat, jak się przygotowywało się formy do odlewów żeliwnych, formy do odlewów ołowianych znam dość dobrze, moja babka żyła z produkcji ołowianych żołnierzyków. W każdym razie forma rewersu wydaje się być niedokończona, sylwetki są ledwie zarysowane, bez żadnych szczegółów. To znaczy, że artysta, przygotowujący formy, miał bardziej ambitny zamiar, ale ciśnienie czasu go udaremniło, w miarę przyzwoicie opracowano jedynie jedną stronę formy. Znalazłeś to w Poznaniu i, jak rozumiem, nie masz powodu przypuszczać, że to "import" z innego zaboru. Ja przyznaję się bez bicia, że niuansów poznaniackiej tożsamości nie łapię. Parę lat temu był taki plakat, poświęcony powstaniu w grudniu 1918r., nie rozumiałem symboliki znacznej części postaci. Ubolewam nad tym - mój pradziad był z Kalisza, więc choć nie Poznaniak, to jednak Wielkopolanin.
  8. Z borsukiem przez wieki

    Uparte i niesubordynowane - no pewnie, że tak. Jak ktoś chce mieć coś, co bezmyślnie wykona każde polecenie, niech JAMNIKI omija z daleka. JAMNIK zrobi to, co zechce zrobić. Jak się z nim dogadasz, to zrobi to, co chciałbyś żeby zrobił, ale jeszcze nie zdążyłeś o tym pomyśleć. Jak nie - potrafi być naprawdę wredny. Prawie, jak człowiek. Z jednym jamnikiem stoczyłem bój o pozycję w stadzie. Zacząłem gołymi rękami - krew się lała strumieniami, chyba należało zakładać szwy, ale co tam. Oczywiście krew lała się ze mnie, jamnik był cały. Pokonałem go dopiero jeździeckim palcatem - pręt z włókna szklanego, obszyty skórą. Jamnik przeżył, palcat był do wyrzucenia. JAMNIK potrzebuje fizycznej bliskości innych członków stada, jak chyba żaden inny pies. Byłby bardzo szczęśliwy, gdyby wszyscy domownicy - czym ich więcej, tym lepiej, rodzice, dzieci, dziadkowie, psy, koty, a choćby także świnka morska, a nawet żółw, spali razem, w jednym barłogu, wzajemnie do siebie przytuleni. To byłby jamniczy raj. Jak raju nie ma i jamnik nie może spać z wszystkimi na raz, to chce spać z każdym po kolei. Zaczynały mi się wtedy bóle stawów i kręgosłupa - jeśli coś mnie bolało, jamnik znakomicie rozpoznawał to miejsce jakimś swoim szóstym, jamniczym zmysłem i układał się tak, żeby dokładnie to miejsce ogrzewać. A że ma intensywną przemianę materii, to i temperaturę ma wysoką. Jak nie mogłem zasnąć i rzucałem się na swym wyrku z prawa na lewo i z lewa na prawo, układał się w takim miejscu, że nie mogłem się poruszyć. Nie dawał się odsunąć. Leżał tam tak długo, aż zasnąłem. Przyszedł mi wtedy do głowy termin JAMNIKOTERAPIA. Może należałoby to opublikować. Secesjonisto, dzięki, żeś mnie wybawił z opresji, bo ja szukałem i szukałem tego fragmentu w trzech tomach "Kultury ludowej Słowian" i nijak nie mogłem znaleźć.
  9. Polacy we wrogich mundurach

    Nie za bardzo rozumiem, Tadzimerzu, skąd ta złośliwość. Ale mniejsza o to. Obejrzałem zdjęcie. Szynel, jak szynel. W zasadzie szynele w armii rosyjskiej były wówczas takie same, tyle że przeważnie miała kryte guziki. Ignacy Kowalczyk ma guziki na wierzchu, co też można znaleźć w materiałach ikonograficznych. Na poganach żadnych dystynkcji nie dostrzegam, więc pewnie szeregowy, za to "получил медаль". Pierwszy raz widzę tak wysoką papachę mudndurową - cóż, człowiek się wciąż uczy. Bączek jakiś dziwny, ale może to problem jakości zdjęcia. Szeregowi żołnierze brali się w rosyjskiej armii z poboru, powszechnego obowiązku wojskowego. Zważywszy, że w 1913 roku był w czynnej służbie, można się założyć, że po wybuchu wojny albo w niej pozostał, albo został zmobilizowany jako rezerwista. Mus to mus, ale nie przypominam sobie, bym w tym czasie był jakiś istotny opór przed poborem do armii rosyjskiej. Ponoć Warszawa żegnała idących na front солдат kwiatami. Jakie były ich dalsze losy. No oczywiście część po prostu zginęła na froncie. Część dostała się do niemieckiej lub austro-węgierskiej niewoli. Generalnie byli to dobrzy żołnierze, wiernie służący "mateczce Rossiji", aż do rewolucji. Po rewolucji lutowej (tej od Kiereńskiego) zaczęto tworzyć w Rosji Korpusy Polskie, z jeńców niemieckich i austro-węgierskich oraz z żołnierzy rosyjskich narodowości polskiej, więc zapewne wielu z nich do tych formacji trafiło. Dowbor-Muśnicki, Józef "Mazowiecki" Haller, Michał "Rola" Żymierski (późniejszy marszałek PRL), Żeligowski, Czuma, Michalelis, Rómmel to najbardziej znani dowódcy tych formacji. Przeważnie formacje te przeszły na stronę niemiecką, gdzie ostatecznie zostały rozformowane, część żołnierzy rozpuszczono, część trafiła do obozów jenieckich. Część wróciła do Polski w zwartych szeregach, przez Kubań i Noworosyjsk, albo i przez Syberię i Władywostok. Ale śmiało zaryzykuję tezę, że część z nich po rewolucji po prostu zdezerterowało i wróciło do domu na własną rękę. Wszyscy oni mieli okazję wziąć udział w wojnie polsko-radzieckiej 1920 roku, choć niektórzy, jak np. strzelcy syberyjscy gen. Czumy przybyli z Władywostoku do Gdańska dopiero w lipcu 20 roku. Oczywiście, część z nich wstąpiła do Armii Czerwonej, jak Karol Świerczewski czy Konstanty Rokossowski i "cud nad Wisłą" oglądała ze wschodniej strony. Chyba obaj odwiedzili "archipelag Gułag". Świerczewski dowodził wojskami demokratycznej Hiszpanii w latach 30-ych, potem II Armią WP w 44 i 45 roku. Rokossowski został marszałkiem ZSRR i marszałkiem Polski. Dla odmiany Rómmel to bohater kampanii wrześniowej. Nie wiem, czy informacje o tym, że był bliskim kuzynem feldmarszałka Rommla, tego od północnej Afryki, są prawdziwe. Więc, Tadzimierzu, te losy były naprawdę bardzo różnorodne.
  10. Z borsukiem przez wieki

    JA NIE DOCENIAM JAMNIKÓW ?!? JA NIE DOCENIAM JAMNIKÓW !?! Miałem, bądź miał je ktoś z domowników, kilka psów różnych ras i nieras - wiejskie kundle, owczarek niemiecki, dalmatyńczyk, bokser, seter, potem jamnik, potem dwa jamniki naraz, teraz mam ogara. To wszystko były bardzo fajne psy, ale pod względem inteligencji i złożoności emocji (a także umiejętności ich pokazywania) wszystkie, w porównaniu z tymi jamnikami (szczególnie jednym z nich) to były przymulone przygłupy. Jamnik potrafił się obronić przed dwoma kaukazami, w szczerym polu. Kaukazy miały pokrwawione nosy, jamnik wyszedł cały. Jamnik potrafił rozplątywać druciane siatki ogrodzeniowe. Łapał zębami za drut, potem jeden drut w lewo, drugi w prawo, w lewo, w prawo i po kwadransie dziura w płocie aż za duża na jamnika. Jeszcze ciekawsze są dwa jamniki. Wprowadzałem je na smyczy własnej konstrukcji - dwie obroże, połączone linką, a na środku linki przymocowane solidne kółko. A do tego kółka przypinałem karabinek od zwykłej smyczy automatycznej, jakieś "flexi", chyba na 80 kg. Spaceruję sobie z psami, a na horyzoncie pojawia się jakieś bydlę luzem. Nie wiem, co to było, takie wielkie czarne, trochę podpalane, wyglądało na skrzyżowanie rottweilera z dobermanem. Wyglądało źle i agresywnie, a moje jamniki też nie aniołki. Ja ich przed nim nie obronię, niech se radzą same, toć biegają szybciej ode mnie. Więc odpiąłem karabinek tak, że dwa psy pozostały połączone kawałkiem linki, tak z 1,5 metra długości. Niech zwiewają. Ale nie chciały zwiewać. Ustawiły się tak z metr obok siebie i czekają na npla, szczerząc zęby. Npl zatrzymał się dość blisko i też szczerzy zęby. Raczej nie w uśmiechu. Po krótkiej wymianie uprzejmości bydle rusza na jednego z jamników. Ten robi szybki unik (a jamnik potrafi być naprawdę szybki) i oba ruszają do przodu. Z linką pomiędzy nimi, o którą potyka się szarżujący przeciwnik. Sekunda i znów stoją w szyku bojowym, tyle że z drugiej strony. Odnoszę wrażenie, że to pierwsze to był przypadek, ale teraz zdały sobie sprawę z broni, którą dysponują. W drugim starciu to już one szarżowały. Poszły do przodu z napiętą linką między nimi, wielki czarny się przewrócił. W trzecim starciu też się przewrócił, ale jamniki przeszły do konkretów, czyli zaatakowały leżącego zębami za łapy. Ten czym prędzej zerwał się i uciekł. Tym samym udowodniły mi, że potrafią posłużyć się narzędziem. Oczywiście samą istotę tego narzędzia doskonale znały, bo sytuacji, w których jeden chciał okrążyć jakiś krzaczek z lewej, a drugi z prawej, było - szczególnie początkowo - mnóstwo. Parę razy się zaplątały. Potem jakoś się nauczyły, że tak nie wolno. Więc to, jak ta linka działa, doskonale wiedziały. To normalka, tego można nauczyć każdego (no może nie każdego, ale wielu) psa. No ale żeby tą linkę wykorzystać jako oręż? Zdaję sobie sprawę, że trudno uwierzyć w opowiedzianą historię (choć dla mnie jeszcze bardziej niemożliwe było to rozplątywanie siatki). Nic na to nie poradzę, kamery nie miałem, ale nawet gdybym miał, to nawet bym nie zdołał jej wyciągnąć, bo całe to zajście trwało ze 20 sekund. Co to są te "azjaty"? Domyślam się, że to Twoja pierwsza ulubiona rasa, ale jak to wygląda? Te borsuki, które widziałem, nie były duże. Tak wielkości jamnika właśnie. A i 10 kg jamnika bywa mylące. Pamiętam taką rozmowę w sklepie zoologicznym na naszym osiedlu, ja zaczynam rozmowę z właścicielem: - Jakie Pan ma smycze, dla psów większych, niż 25 kg? - A np. taką na 40 kg, za tyle i tyle złotych. Ale przecież Pan ma jamnika? To dla jamnika polecam taka smycz na 12 kg, jest lżejsza i poręczniejsza, no i tańsza. - Dziękuję bardzo, poproszę tę na 40 kg. W zeszłym tygodniu kupiłem taką na 25 kg, ale już ją zerwał. Ciekawe, na jakiej smyczy trzeba by wyprowadzać borsuka. Ciekawe, czy znane są przypadki oswojenia borsuka? O oswojeniu rosomaka czytałem, choć tylko w powieści (ale Fiedler był znanym podróżnikiem i dokumentalistą, więc może słyszał o takich przypadkach). Postaram się zerknąć do Moszyńskiego, żeby sprawdzić, czy czegoś nie pokręciłem i podać źródła, na których się opierał.
  11. A cóż ona mogłaby przedstawiać, jak nie Kościuszkę. Znajduje się on na tym wizerunku w pozie, która chyba najczęściej była wykorzystywana do przedstawienia Naczelnika, choć zwykle ma on wzrok wzniesiony w górę. Najstarsza rycina, o której czytałem, przedstawiająca go w takiej pozie, pochodzi z 1793 roku i wykonana była w Paryżu. Większość napisów w języku francuskim, po naszemu "Pozwól mi jeszcze raz bić się za Ojczyznę". W tym przypadku mamy płytę, zapewne gipsową, z płaskorzeźbą. Sam wzór został wykonany dość niestarannie, to znaczy zmieniono bardzo charakterystyczne cechy szabli Kościuszki. Na rycinach, publikowanych w "Tadeusz Kościuszko w historii i tradycji", [opr.:] Jan Stanisław Kopczewski, PWWS, Warszawa 1968, z 1794 roku szczegóły tej szabli są z reguły zachowane. Można z tego wysnuć wniosek, że ten, kto tworzył formę do odlewów z gipsu, nie przywiązywał wagi do takich szczegółów i włożył Kościuszce do ręki taką szablę, jaką sam dobrze znał. Więc pewnie tworzył ten wizerunek wiele lat po Insurekcji. Jeszcze wyraźniej widać to po postaci w ułańskim mundurze. Sposób odwzorowania szczegółów nie pozwala mi na bardziej precyzyjną identyfikację, ale to co widać, pozwala stwierdzić, że chodzi o ubiór z lat 1806-1831. Kształt czapki jest charakterystyczny dla ubioru ułańskiego z połowy XIX wieku, więc znów mogła zaistnieć sytuacja, że dał historycznemu ułanowi taką czapkę, jaką znał. Z drugiej strony zdaje się, że czapka jest przechylona nieco do przodu, "na lewe oko", a nie "na prawe ucho", tak jak nosili ją polscy ułani do 31 roku. Stąd wniosek, że artysta naszych ułanów widział i uchwycił tą drobną, ale charakterystyczną różnicę. Oczywiście opisywane przeze mnie szczegóły mogły być wynikiem jedynie nieudolności artysty - po prostu "tak mu wyszło". Z drugiej strony mamy kosyniera w chłopskim ubiorze, co nam niewiele daje, bo tacy występowali we wszystkich powstaniach. Ponieważ takie ozdoby produkuje się w okresach wzrostu nastrojów powstańczo-patriotycznych, więc z pewnym prawdopodobieństwem można przyjąć, że powstał w latach 50-ych lub na początku lat 60-ych XIX wieku, o ile pochodzi z Kongresówki. Oczywiście nie można też wykluczyć innej proweniencji, a także tego, że to element dekoracji teatralnej z lat 70-ych XX wieku. Nic nie piszesz o okolicznościach znalezienia tego przedmiotu, a to ważne informacje.
  12. W moim przekonaniu politycy nigdy nie powinni stanowić o moralności, czyli decydować, co jest moralnie dobre, a co nie. Powinni decydować o tym, co jest wynagradzane, co jest dopuszczalne, a co jest karalne, kierując się względami społecznymi, a nie moralnymi. Posłużę się przykładem. Politycy mają prawo - a nawet powinni - zdecydować, czy palenie marychy jest dopuszczalne, czy karalne. W jednych krajach zdecydowano siak, a w innych owak. Jeśli jest to karalne, to człowiek przyłapany ze skrętem jest karany. Ale nie narusza to prawa do moralnej oceny, że to była jego sprawa. I że - choć palił marychę - mógł być to niesłychanie dobry człowiek. Karalność palenia marihuany powinna wynikać z osądu społecznych skutków tego działania, na zasadzie: "OK, ty palisz marychę, ale nad swym nałogiem panujesz, pracujesz, zarabiasz, płacisz podatki, jesteś cenny dla społeczeństwa. Ale paląc, dajesz przykład innym, a ci inni niekoniecznie zapanują nad nałogiem, wręcz przeciwnie - z marychy przerzucą się na twarde narkotyki, zniszczą swoje zdrowie, życie, dla społeczeństwa stając się jedynie obciążeniem". Takie uzasadnienie politycznej decyzji jest całkiem zasadne, abstrahując od tego, czy słuszne. Natomiast uzasadnienie, iż "będziemy karać za palenie marychy, ponieważ jest to niezdrowe, osłabia umysł i ciało, a nasz byt na tej ziemi pochodzi od Boga, nie mamy prawa dysponować swym życiem, w tym decydować o szkodzeniu sobie przez palenie marihuany" jest narzucaniem norm moralnych (ideologicznych, wyznaniowych). Ta sama decyzja może być podjęta z przyczyn utylitarnych i moralnych, co czyni wielką różnicę. O ile jestem w ogóle przeciwny podejmowaniu decyzji prawnych i politycznych w oparciu o przesłanki moralne (ideologiczne, religijne), to jednak jestem świadomy tego, że poszczególne partie, przynajmniej w teorii, grupują ludzi o określonym światopoglądzie. Choć trudno dziś u nas dostrzec światopoglądowe różnice między PiS i PO oraz PSL, a także SLD. cdn. - proszę na razie nie ustosunkowywać się do tego postu.
  13. Z borsukiem przez wieki

    Jako ciekawostkę podam, że Moszyński w swej "Kulturze ludowej Słowian" podaje, iż nasz lud rozróżniał dwie odmiany borsuków po kształcie pyska. Te o pysku psim uważano za niejadalne, zaś te o pysku świńskim z apetytem konsumowano. Podobnie było też z jeżami. Do polowań na borsuki stworzono rasę psów, zwanych u nas jamnikami. Po słowacku zaś borsuk to "jazvec", a pies do polowań na borsuki, czyli jamnik - "jazvečík". Ps.Kiedyś miałem bardzo dzielnego jamnika, który zaatakował borsuka. Dostał po pysku, zaskomlał i uciekł. Więc te dzisiejsze jamniki to już nie to. Co prawda obserwowałem też "spotkanie III stopnia" ponad 30-kilogramowego ogara z borsukiem. Finał był taki sam. Borsuk to naprawdę bardzo dzielne stworzenie.
  14. Przyjaźń polsko-rosyjska

    Musu nie ma. Ale zwykle warto to robić. Nieważne, czy starszemu, czy młodszemu bratu. W stosunku mediów i polityków do spraw wschodnich widzę pewną asymetrię. Rosji odmawia się prawa wypowiadania się o tym, co się dzieje na zachód od "Narwy i Bugu", jeśli wolno mi tak określić dzisiejszą wschodnią granicę UE i NATO. Jednocześnie przyznajemy sobie i mocarstwom zachodnim prawo do ingerowania w to, co się dzieje na wschód od tej linii, także w Rosji samej. Podam drobny, ale znamienny przykład - z naszego forum. Jeden z dyskutantów... jak to powiedzieć... odniósł się negatywne do daty, którą w Rosji ogłoszono za święto narodowe - jest to data kapitulacji Kremla, przez długi czas zajmowanego przez naszą załogę w XVII wieku. Kiedy tę decyzję w Moskwie ogłoszono, przez nasze media przetoczyła się fala artykułów, w dość zgodnym tonie oznajmiających "jak tak można?". Także fakt nakręcenia filmu "1612" był przez nasze media komentowany jako propagowanie niechęci do Polski i Polaków. Sam charakter ocen jest zresztą bez znaczenia dla tego wywodu - ważne jest to, że uznaliśmy się za uprawnionych do oceniania, kiedy w Rosji się świętuje i jakie filmy robi. No może i OK, ale jakoś pomija się fakt, że 15 sierpnia, nasze święto narodowe, dzień wojska, jest rocznicą pokonania Armii Czerwonej u wrót Warszawy. Film o tym Hoffman też nakręcił. Jednak gdyby w prasie rosyjskiej pojawiły się artykuły oceniające fakt ogłoszenia tego święta i zrobienia tego filmu, uznalibyśmy (znaczy media i politycy) to za traktowanie Polski jako kraju wasalnego, niedopuszczalną ingerencję etc. etc. Wciąż pouczamy (media i politycy) Rosjan o tym, jakie powinno czy nie powinno być ich państwo, jednocześnie alergicznie traktując wszelkie próby oceniania naszej polityki przez drugą stronę. Taka specyficzna wasalizacja Rosji. Ja tam nie mam nic przeciwko temu, żebyśmy politycznie i gospodarczo zwasalizowali Rosję, tyle że jak na razie to kompletne mrzonki. A taki paternalistyczny ton naszych wypowiedzi - obecny także w tym wątku na forum - z pewnością Rosjan irytuje. Ps. Ktoś - bodajże Secesjonista - poruszał kwestię, że znacząca część Polaków ma kłopot z odpowiedzią na pytanie, jakie miasto jest stolicą Rosji. Zupełnie tego nie rozumiem, dla mnie stolicą Rosji jest, rzecz jasna, Petersburg.
  15. Chodzi o dotarcie do informacji o zawartości zasobów IPN na temat konkretnej osoby. Tu, żeś Furiuszu, pojechał już na maxa, pisząc coś zupełnie niezgodnego ze stanem faktycznym lub prawnym . Dostęp do tych informacji nie ma najmniejszego związku z możliwościami intelektualnymi kogokolwiek. Aby mieć dostęp do tych informacji, trzeba najpierw uzyskać status pokrzywdzonego. Decyzję o przyznaniu tego statusu podejmuje IPN, na podstawie... swego "widzi mi się". Najmniejszy cień podejrzenia o "współpracę" powoduje odmowę. Można się od tej decyzji odwoływać do sądów powszechnych, tylko że w tym przypadku powód ma udowodnić, że nie współpracował. W świetle filozofii poznania udowodnienie, że czegoś nie było, jest zasadniczo niemożliwe. Jedyną - znaną mi - osobą, która, choć była podejrzana o współpracę, dostała pełny dostęp do swej teczki, był ówczesny premier (a może tylko prezes partii rządzącej), Jarosław Kaczyński. Dostał swą teczkę do ręki, wyciągnął z niej inkryminowany dokument, czyli zobowiązanie do współpracy, i wymachując nim podczas konferencji prasowej, oświadczył, że jego podpis jest sfałszowany. Podkreślam - OŚWIADCZYŁ. Nie przypominam sobie, by był powołany jakiś biegły grafolog. Zaznaczam, że nie wierzę, by Jarosław Kaczyński był aktywnym współpracownikiem SB.
  16. Wycena armaty

    Podaj kaliber, czyli średnicę otworu lufy. Oraz ile to waży. Bardzo wątpię, czy jest faktycznie z XVII wieku. Wyglądem bardzo przypomina działa XIX-wieczne. Ale mogę się mylić, poza tym niejedno działo z XIX wieku będzie mieć wartość 10-krotnie większą, niż inne, o 200 lat starsze. Wiek nie decyduje o wartości. Większe znaczenie ma materiał - spiż, czy żelazo, w przypadku dział z pierwszej połowy XIX wieku lub starszych pod określeniem "żelazo" należy przede wszystkim rozumieć żeliwo lub - wyjątkowo - żelazo (stal) kute. Działa ze spiżu (stop miedzi z dodatkiem cyny i cynku) były lżejsze i bardziej długotrwałe, niż odpowiadające im (czyli ładowane takim samym ładunkiem prochu i pociskiem) działa żelazne. Dlatego były wykorzystywane w artylerii polowej. I były bardzo, bardzo drogie. Natomiast działa żelazne były stosunkowo ciężkie i nietrwałe. Używano je głównie w artylerii wałowej, do obrony twierdz. W obronie twierdz ich wady są bez znaczenia, nikt ich nie chce transportować, a w przypadku obrony twierdzy mogą oddać jedynie kilka strzałów bitewnych - o ile dana twierdza będzie w tej epoce atakowana. Działa spiżowe były, po ich wycofaniu z uzbrojenia, przetapiane i materiał z nich uzyskany był wykorzystywany do produkcji amunicji i jako składnik stali gatunkowych. Dlatego zachowały się niezwykle nieliczne ich egzemplarze, które są bardzo, bardzo cenne i każde muzeum będzie się o nie zabijać. Działa żelazne, dla odmiany, to w zasadzie złom. Produkowano ich dużo na potrzeby twierdz, potem okazywały się być zbyteczne i do niczego nie przydatne. Dziś dość często takie lufy żelazne są wykorzystywane jako ozdoba bulwarów, miejsc zabytkowych, dawnych twierdz, udostępnionych do zwiedzania. Ich wartość jest bardzo nikła, trudno znaleźć kupca. Jeśli trafisz na kogoś, kto akurat pała żądzą umieszczenia lufy armatniej w ogródku, to możesz go naciągnąć na jakąś kasę. No ale ogólnie to wartość tego może wynosić zero przecinek zero - no bo komu potrzebna stara lufa armatnia. Jeśli nie wiesz, jak odróżnić spiż od stali, to weź kawałek magnesu, choćby taką "przyczepkę"na lodówkę. Jak przywiera do powierzchni lufy, to - niestety - żelazo. Jeśli nie przywiera, to będzie - być może - spiż, i wtedy możesz być bogaty.
  17. W sumie wywołałem dość zażartą dyskusję, co chyba dobrze. Nie chcę odnosić się do dość obszernego wstępu, który popełniłem w swym założycielskim poście. Miał na celu jedynie przypomnieć starszym, a pokazać młodszym atmosferę tego czasu. Zaznaczyłem, że celowo ograniczam się do swej pamięci. Więc jeśli pamięć mnie zawiodła - trudno. W takim razie sprostowania są nader cenne, ale nie dotyczą sedna mej wypowiedzi. Odnośnie listy Wildsztajna istotnie należało użyć czasu zaprzeszłego, ale to dość mało popularna konstrukcja. Co do sondaży, pewne były siakie i owakie, mi w pamięci utkwiły owakie. Wskazać ich nie jestem w stanie. Spróbuję dokonać takiej "reasumpcji" tego, co wg mnie było w tym istotne w postaci pytań: 1. Dlaczego lustracją objęto de facto wszystkich nauczycieli akademickich, od starszego wykładowcy i adiunkta wzwyż (starszy wykładowca nie musiał mieć stopnia doktora), skoro w innych środowiskach ograniczono lustrację do osób chcących awansować na naprawdę wysokie stanowiska? Abstrahuję tu od problemu określenia, które są to te "naprawdę wysokie stanowiska", bo - jak Secesjonista słusznie zauważył - czym innym jest kandydowanie na rektora UJ, a czym innym na rektora Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nysie (nota bene był nim poseł PO), o uczelniach niepaństwowych nie wspominając. 2. Dlaczego dokument, który należało podpisać, obejmował tak duży zakres służb, nie precyzował, że chodzi o tylko TW (nie chodziło, to przedstawiciele władz jasno deklarowali, że chodzi o różne formy współpracy, także jawne) oraz nie uwzględniał możliwości opisu form współpracy, nie było w nim choćby rubryki "inne"? Gdybym w tym dokumencie mógł opisać zdarzenia, które mogły spowodować, że w IPN jest moja teczka, choć faktycznej współpracy nigdy nie podjąłem, nie przejmował bym się tym wcale. Bardzo proszę o zaniechanie wypowiedzi, że średnio inteligentny człowiek powinien wiedzieć, o co chodzi, a ci nauczyciele akademiccy, którzy mieli w tym problem (w tym ja) widać musieli być poniżej tej średniej, skoro tego nie pojmowali. Raczej wręcz przeciwnie. To ci z inteligencją poniżej średniej podpisują ważny dokument, nie czytając go, tylko polegając na tym, co usłyszeli o nim w telewizji. A dokument brzmiał, jak brzmiał. Nawet jeśli zawierał odwołanie do ustawy, to cóż szkodziło zacytować jej fragment explicite? Osoby odpowiadające sobie na pytania, zaznaczone wytłuszczonym drukiem, mają chyba dwie opcje: 1. No cóż, niestety, ówcześni funkcjonariusze PiS nie radzili sobie z formułowaniem aktów prawnych, choć wielkim w tym zakresie zapałem się wykazywali, i stworzyli zwykły bubel prawny. Czyli PiS to zwykłe głupki były. 2. Te zapisy zostały do ustawy wprowadzone celowo i z rozmysłem i Partii bardzo zależało na tym, żeby weszły w życie.
  18. Problemy PKW - czy tylko informatyczne?

    Pozostaje pomiędzy nami różnica co do oceniania tego, czego się nie zna, ale mniejsza o to. Ponieważ brniemy w coraz większy OT, swą relację umieściłem tu: https://forum.historia.org.pl/topic/16841-lustracja-nauczycieli-akademickich-za-rzadow-pis/.
  19. Problemy PKW - czy tylko informatyczne?

    Cieszy mnie, Furiuszu, że znaleźliśmy aż tak szerokie pole zgodności. Tam jest taka knajpa z hotelem, Kuźnia Napoleońska się zwie czy jakoś tak? Organizowałem tam konferencję, będzie ze 3 lata temu. Znakomity menadżer, chyba syn właściciela, świetnie mi się z nim współpracowało, bo potrafił jasno i konkretnie powiedzieć, o co mu chodzi. Tak jak wspominałem, nic nie wiem o sędzi Milewskim. Co do diagnozy stanu naszego "stanu sędziowskiego" - i w ogóle systemu sądowniczego - to się z Tobą zgadzam. Problem w tym, że jakikolwiek program sanacji trudno pogodzić z zasadą niezawisłości sądów, zarówno od władzy wykonawczej, jak i ustawodawczej (w naszych warunkach kto ma jedną, ten zwykle ma i drugą, więc gancy-gal). W każdym razie wolę to, co jest, od systemowego uzależnienia sądów od tych władz. NIE. To nie rządzący utracili legitymację społeczną, bo w takiej sytuacji po prostu przegrywają kolejne wybory, czasem przedterminowe (jak PiS w 2007), czasem jakieś referendum, lub niszczy ich orzeczenie jakiegoś sądu. W omawianych sytuacjach to nie tylko rządzący utracili legitymację, lecz cały system instytucji demokratycznych (przynajmniej z nazwy) ją utracił. W takiej sytuacji rozwiązanie problemu środkami demokratycznymi stawało się niemożliwe, a w ruch szła właśnie rewolucja !!!Kilka lat temu mieliśmy na Ukrainie "pomarańczową rewolucję", a rok temu "rewolucję Majdanu". Gdyby rewolucjoniści z Majdanu chcieli rozwiązań demokratycznych, żądaliby przeprowadzenia referendum w kwestii stowarzyszenia z UE. Nie żądali. Bo byli rewolucjonistami. Dziś nie da się powiedzieć, czy większość obywateli Ukrainy była wtedy za stowarzyszeniem z UE, czy przeciw. Majdan wygrał - bo ludzie Majdanu byli dobrze zorganizowani, głośni i gotowi do najwyższych poświęceń, choć niekoniecznie stanowili większość obywateli Ukrainy. Ludzie, szturmujący Pałac Zimowy pod koniec 1917 roku też byli byli dobrze zorganizowani, głośni i gotowi do najwyższych poświęceń, choć nie stanowili większości mieszkańców Rosji. Niektóre rewolucje mnie - demokratę z przekonania - cieszą. Oprócz tych ukraińskich rewolucja "3 maja", rewolucja lipcowa 1830, rewolucja lutowa w Petersburgu, rewolucja "goździków" w Portugalii, nasza rewolucja "okrągłego stołu" czy "aksamitna rewolucja" w Czechosłowacji. Prowadziły one do zastąpienia systemu mniej demokratycznego przez system bardziej demokratyczny. W tych przypadkach wydaje się, że faktycznie większość społeczeństwa pragnęła tych zmian. Ale pamiętajmy też o rewolucji październikowej - w której reprezentanci mniejszości byli na tyle "dobrze zorganizowani, głośni i gotowi do najwyższych poświęceń", że narzucili swą wolę większości, a po 40 latach stworzyli globalne imperium, które za demokratyczną fasadą kryło system, opisywany dziś, jako jeden z najbardziej opresywnych, na granicy ludobójstwa, porównywalny pod tym względem w XX wieku jedynie z hitleryzmem. Dlatego jednak do wszelkich rewolucji podchodzę nieufnie. Szczególnie jeśli przedtem, przez wiele lat, świadomie i z premedytacją ktoś wykorzystuje każdą okazję aby "cały system instytucji demokratycznych utracił legitymację społeczną". A co to ma do rzeczy? To są przykłady wykorzystywania konstytucyjnych instrumentów demokracji. A ja Ciebie, ale zostawmy te ukłony - choć ukłony są ważne w przebiegu dyskusji. Przypomnę, że chodzi z grubsza o to, czy Kaczyński demokratą z przekonania jest. Otóż niektórzy politycy działają zgodnie z pewnym, jasno określonym systemem światopoglądowym, ideologicznym. Powiedzmy Bush senior i Bush junior. Ten drugi miał jasno określony system światopoglądowy, zwany neoliberalizmem, i działał zgodnie z nim. A jego ojciec z niczym takim się nie ujawniał. Podobnie jak np. Clinton. Kaczyński jasno określa system światopoglądowy, zgodnie z którym działa. Złośliwie dodam, że ten system jest u niego jak skóra kameleona - zmienny i w dostosowujący się do okoliczności, co niekoniecznie jest wadą. W każdym razie stara się być odbieranym jako polityk ideowy. I to, w połączeniu z lekceważeniem pewnych demokratycznych instytucji, prowadzi do realnego zagrożenia, że nagnie zasady demokracji, by zrealizować swe idee. Bo dla niego poparcie społeczne - ten fundament demokracji - jest jedynie środkiem do wprowadzenia ideowo uzasadnionych rozwiązań. Zdecydowana większość pozostałych premierów III RP to (wg mnie - na szczęście) twardzi, bezideowi pragmatycy. A jeżeli nawet w duszy są ideowi, to dla dobra Rzeczpospolitej gotowi są o tych ideach zapomnieć na czas sprawowania urzędu. Dwóch z nich odważyło się jasno to zadeklarować - Mazowiecki, mówiąc o "grubej kresce" i Tusk, mówiąc o ciepłej wodzie w kranie. Dla takich polityków społeczne poparcie nie jest środkiem, a celem. Dlatego nie musiałem się obawiać, że Tusk (a także Belka, Miller, Buzek, Pawlak itd.) będą naginać zasady demokracji do wdrożenia swych idei. A w przypadku Kaczyńskiego - jak najbardziej, tym bardziej, że pamiętam, co robił, gdy był u władzy, i co - gdy jest w opozycji. Widzisz, jeżeli mam opisać sytuację która mnie w istotny sposób dotknęła, chciałbym zrobić to w sposób, w którym zapis moich niegdysiejszych emocji zostanie choćby przeczytany. Nota bene - sprawa dotyczy mnie osobiście, ale także kilkudziesięciu tysięcy innych osób. Reakcje na sam fakt, że ten temat ruszyłem, były raczej zniechęcające. Poldas spytał się "Jancet: Jesteś teraz na emeryturze, czy na rencie?", a Tomasz N. raczył był się podzielić spostrzeżeniem, iż "Coś czuję Jancecie, że zasługujesz na tym forum na rangę honorową "marcowego docenta". O Romanie Różyńskim pozwolę sobie zapomnieć. A Ty oceniłeś moją wypowiedź jako "tanią demagogię" w pięć minut po tym, jak o tym w ogóle wspomniałem. 23.11.2014 22:26 i 23.11.2014 23:01. Dane są bezlitosne. Zatem pisząc - cytuję Nie, nie wiem. Stąd i czekam na Twoją wypowiedź o tym co Ci zrobiono. W zamian dostaje odpowiedź - kiedy indziej. Sam chyba widzisz, że to niezbyt przekonujące. W takim połączeniu jest to zaś tania demagogia o tym, jak to czekałeś na moją relację i się nie doczekałeś, biedaczku, i dlatego jednak w końcu uznałeś, że to musi być tania demagogia, po prostu kłamałeś !!! Moje słowa "kiedy indziej" zostały umieszczone na Forum 26 listopada o godzinie 0:32. Twoje słowa o tym, że jest to "tania demagogia" umieściłeś na forum 23 listopada o godzinie 23:01. Czyli - zgodnie z Twymi wyjaśnieniami - skutek wyprzedził przyczynę o 2 doby, 1 godzinę i 1 minutę. Poldasowi pragnę wyjaśnić, że - mimo iż jestem bardzo poważnie i nieuleczalnie chory - nie jestem na rencie. Wciąż pracuję i płacę podatki. Wielu ludzi w Polsce chciałaby zarabiać tyle, ile ja co miesiąc płacę podatków. Na pocieszenie chciałbym dodać, że ktoś mądry stwierdził, że "tak długo jesteś zdrowy, dopóki nie wiesz, na co umrzesz". Zgodnie z tą definicją wciąż jestem zdrowy, bo nie wiem, na co umrę, choć wiem, co mi wtedy będzie dolegać. O co Poldasowi chodziło - nie wiem i raczej nie jestem ciekaw. Tomaszowi N. pragnę wyjaśnić, że "marcowym docentem" zostawało się za "niebycie" Żydem. Co to ma wspólnego ze mną i co Tomasz rozumie przez to, co mu się zdarzyło napisać, to niech sobie sam Tomasz w swej głowie ułoży i niech to w tej głowie pozostanie. Zasuńmy zasłony miłosierdzia - jak pisał Twain. Natomiast Tobie - Furiuszu - chciałbym powiedzieć, że podobno istnieje pewne magiczne słowo, dzięki któremu można wyjść z niemałych opresji. I nie chodzi o "abrakadabra".
  20. Ja się zastrzegałem, że nie wiem, czy to na pewno są glony, ale tak na zdrowy rozsądek, cóż innego mogłoby to być. Podobnie chciałem podkreślić, że z moich obserwacji nie wynika, że pojawia się toto szczególnie na dębinie, wręcz przeciwnie, ale na nieimpregnowanym dębie też się pojawia. Dębina miałaby te zalety, że jest twarda i stosunkowo odporna na wilgoć. Wadą jest z pewnością cena surowca, ale jeszcze gorszą może być trudność obróbki tego drewna. Kwota, którą zaśpiewał miejscowy fachowiec za położenie kilkunastu metrów kwadratowych dębowej szalówki, nieco mnie zszokowała. Ale jak spróbowałem przyciąć kawałek dębowej deski, to już wiedziałem, dlaczego. Wspomniano też, dlaczego?
  21. Ukraińska rewolucja

    Miałem na wydziale jedną studentkę, pochodzącą z Krymu. Tak konkretnie to ona studiowała w Warszawie, tu też mieszkała jej matka, ojciec na Zadnieprzu, dziadkowie na Krymie. Na wiosnę złożyła podanie o urlop, bo - jak mówiła - chce się spotkać z rodziną. Co nie musi być proste - ona ma dwa paszporty (ukraiński i rosyjski), matka - tylko ukraiński, a ojciec - tylko rosyjski. Podobno nowe władze na Krymie zmuszają do rezygnacji z drugiego paszportu. Zapytałem, z którego zrezygnuje, odpowiedziała, że jeszcze nie wie. Mówiła, że na pewno wróci na studia, ale tak się zawsze mówi. Jeśli wróci, to będę miał okazję porozmawiać i czegoś się dowiedzieć. Jeśli Unia będzie się trzymać łagodnej polityki wizowej dla Ukrainy, to sporo wczorajszych Rosjan z Zadnieprza może się okazać ukraińskimi patriotami. Może to być bardziej skuteczne, niż sankcje. U nas na uczelni zawsze było trochę studentów z Ukrainy, ale tak parę procent, niewiele więcej, niż z Białorusi czy Rosji. W tym roku sytuacja się zmieniła diametralne, w niektórych grupach to jest już 30%. Nie wiem, czy na innych uczelniach też odnotowuje się podobne zjawisko, a to by było ciekawe. Wielu z nich rozmawia między sobą po rosyjsku, wielu też po ukraińsku, ale słyszę też takie nie-wiadomo-co. Nie ma charakterystycznej melodii rosyjskiej mowy, ale jak się wsłuchać, to słowa są przeważnie rosyjskie. Może to ten "surżyk", o którym Furiusz pisał. Ja przyznaję, że z tym określeniem się dotychczas nie spotkałem, natomiast znam określenia chachły, chachłacki, chachłaczyć. Pierwszy raz przy lekturze "Cichego Donu", ale potem także w innych tekstach, raczej literackich, niż naukowych. Może właśnie chodzi o ten dialekt.
  22. Problemy PKW - czy tylko informatyczne?

    Czemu nie? Otóż dlatego, że owi "rudzi" są z reguły nieliczni, słabi, niezorganizowani i powszechnie nielubiani. Czemu to aż reguła ? Otóż dlatego, że licznym, silnym, dobrze zorganizowanym i powszechnie lubianym żadna władza nie chce niczego zakazywać, a już na pewno nie zakaże im być. Wydanie "zakazu bycia rudym" zawsze będzie służyło uzyskaniu wzrostu poparcia dla wydającego zakaz. Będzie wydany tylko w sytuacji, gdy "ulica" bez wątpienia ten zakaz poprze. Jedyną szansą obrony dla "rudych" jest odwołanie się do ponadpolitycznych struktur władzy - RPO, sądów i trybunałów, a po części i PKW. One mają strzec zasad demokracji liberalnej, niezależnych od woli mniejszych czy większych mas. I dlatego ich decyzje w demokracji muszą być niepodważalne, albo można je podważać tylko w określonym trybie. W przypadku nieważności wyborów - wnioskiem do odpowiedniego sądu. Nie za bardzo rozumiem, jak z ideą podziału władzy pogodzić postulat, że władza ustawodawcza (sejm) ma unieważnić decyzje władzy sądowniczej (PKW), bo wyniki wyborów się sejmowi nie podobają. Ale kto powiedział, że działań PKW nie wolno krytykować, kontestować czy kontrolować? Ależ jak najbardziej wolno, a w tym konkretnym przypadku - trudno wręcz nie krytykować. Kontrolować też należy, jak ktoś coś wie o nieprawidłowościach w jakimś obwodzie czy okręgu, niech gna do sądu - to jest obywatelski obowiązek - a nie o tym gada przed kamerą. To jest problem, tylko że to prawda, ale nie do końca. Nic nie można mu zrobić bez zgody samorządu sędziowskiego. Bo ten może immunitet odebrać. Ale i tak będzie to dla mnie mniejsza patologia niż sędzia "na telefon" Milewski. Ja nie wiem, co to za Milewski i o co chodzi, ale wolę nieukaranego sędziego - sprawcę wypadku drogowego, niż sędziów posłusznych władzy wykonawczej. Nie budzi. Podobnie jak "pomarańczowa rewolucja" sprzed lat kilku, czy postanowienia "okrągłego stołu" z 1989 roku. Jednak nie są one wynikiem działania systemu demokratycznego, tylko jego przeciwieństwem - rewolucją. Rewolucje pochwalamy lub ganimy. To zależy od ich wyniku oraz od naszych ideologicznych poglądów. Ja tam rewolucji nie generalnie nie lubię. Nader często powołujesz się na wolę jakowegoś "społeczeństwa", nie pisząc, jak należy ją precyzować. Niestety, może to powodować przejęcie władzy przez licznych (choć pozostających w mniejszości), silnych, dobrze zorganizowanych. Tak jak w Rosji w 1917 czy w Niemczech w 1933. Straszny z Ciebie bolszewik, Furiuszu. Z tym się w pełni zgadzam. Nie, nieprawda. A to już nader ciekawe. Wprawdzie nie wiesz, o co chodzi, ale i tak wiesz, że to tania demagogia? A o co chodzi, napiszę jutro lub kiedy indziej.
  23. Efekty ostrzału i walki wręcz

    Czyli nie było 4 szarż, co najwyżej dwie. Dojście na 150 czy 100 kroków od npla to jeszcze nie szarża, to tylko agresywny manewr, kończący się niczym. I o to mi idzie. Bardzo proszę - ten dział dotyczy lat 1795-1918. Taktyka w XVII wieku różniła się nader znacznie od taktyki w 1831, o 1863 nie wspominając. Broń wprawdzie nieco mniej, ale też znacząco. Oczywiście, różnice między 1795 a 1918 były większe, niż pomiędzy 1648 a 1795, ale trzymajmy się ram czasowych. Skąd ten wniosek? Czy gdzieś stwierdziłem, że "straty rosyjskie w ich własnym raporcie jak zwykle zaniżone"? Ja sobie takiego stwierdzenia nie przypominam. W odniesieniu do opisywanego przez Ciebie starcia - o którym wiem tyle, co ty napisałeś - mój osobisty pogląd jest zgoła odmienny - straty rosyjskie są w porządku, to nasze relacje o zażartości boju są grubo przesadzone. W odniesieniu do wojny z 1831 roku Puzyrewskiego traktuję jako opracowanie bardziej obiektywne, niż Tokarza. A za najbardziej wiarygodne uważam zestawienia stanu obecnych do boju, zarówno dla naszej, jak i dla rosyjskiej strony. Co więcej, w raportach pobitewnych straty własne mogą być często zawyżane, a nie zaniżane. Te raporty są przeznaczone dla przełożonego. Jeśli dowódca, wbrew poleceniom, opuścił bronioną pozycję albo odstąpił od zdobycia pozycji npla, to wyjaśnia to wielkimi stratami i często je zawyża. Jest to o tyle łatwe, że nawet nie musi kłamać - wystarczy, że zliczy stan jednostki bezpośrednio po walce. Wiadomo, że podczas bitwy wielu żołnierzy zostanie odciętych od swego batalionu, dołączy do innego albo po prostu odejdzie na tyły. Za dwa dni dołączą, ale na razie można ich podać jako zaginionych, albo wziętych do niewoli. Potem się odnajdą albo uwolnią. Nigdy Cię nie dziwiła ta zadziwiająco duża liczba zaginionych w wielu raportach pobitewnych? Pozdrawiam JC
  24. Przyjaźń polsko-rosyjska

    Nie, no stanowczy sprzeciw. Oczywiście, że jest naród rosyjski. Wprawdzie oni sami określają się po prostu jako русские, ale nie trzeba być wybitnym znawcą, żeby wiedzieć, że ci znad Wołgi, zwani niegdyś Wielkorusami lub Wielkorusinami, różnią się od Małorusinów, czyli Ukraińców i od Białorusinów. Profesora z Petersburga (nazwisk wolałbym nie wymieniać) rozumiem doskonale, profesora z Rostowa nad Donem - tak już z dużym trudem, bo mówi jakoś po chachłacku i w dodatku grasejuje (to znaczy mówi "h" zamiast "g", co Bułhakow tak fajnie opisał). Ale moja znajomość rosyjskiego na niewiele się przydaje w rozmowie z profesorem z Lwowa czy Równego, mówiącym po ukraińsku. Ponoć ukraiński bardziej podobny do polskiego, niż rosyjski, ale sorry - ja tego języka nie rozumiem i wcale mi rosyjskiego nie przypomina. Nie dadzą się wpakować do jednego wora. Gregski, w tym skrócie myślowym szło mi o to, że lubimy ludzi i ich kulturę - także "bieriozki" [...] i Newskij Prospekt, a nie lubimy państwa. A tak dla ciekawości, to co konkretnie miałeś na myśli, pisząc "bieriozki"?
  25. Efekty ostrzału i walki wręcz

    Niewątpliwie. I co do tego nie mam wątpliwości. W moim przekonaniu relacje te są sprzeczne z informacją rosyjską o wysokości strat. Czyli albo jedne, albo drugie są przesadzone. Mam Ci wypisać wszystkie szarże, o których wiem, że poniesione straty są większe, niż jeden ranny na szwadron? No to może jeszcze dorzucimy Hannibala i jego szarżujące słonie. Tak, tylko w tym "bliskim czasowo raporcie pobitewnym" można podać dość dowolne liczby, a potem się z jakiejś tam różnicy wytłumaczyć. Natomiast "stan obecnych do boju" jest zarazem dokumentem finansowym, zatem znacznie uważniej weryfikowanym ze stanem faktycznym. Co więcej - za podanie fałszywych informacji mogą czekać bardzo niemiłe konsekwencje. Dlatego wolę 'listy płac', choć rzeczywiści nie ma tam informacji o powodach ubytku. Tak, oczywiste. W odróżnieniu od tego, że o ile można sobie wyobrazić jeden szwadron, szarżujący 4 razy na 100 pieszych (choć to dość dziwne jednak), to 3-4 szwadrony atakujące 8 batalionów jednocześnie, to już mam kolejny problem. Półszwadronami i plutonami ta szarża robiona była? Raczej liczy się dywizjon (2 szwadrony) na batalion, niż pół czy ćwierć. Chyba że piechota będzie zupełnie nieprzygotowana na atak, lub... tak jak w opisanym przez Ciebie starciu pod Kałuszynem będzie kompletnie zdemoralizowana. Tego dnia, jeśli chodzi o 24 i 25 DP, to na ogół wystarczało, żeby w pobliżu pojawiło się kilkunastu kawalerzystów, a nawet oficerów sztabowych, by kompanie i bataliony litewskie szły w rozsypkę lub niewolę. Te bataliony udało się jakoś uszykować do walki pod Kałuszynem, ale skutek był mizerny, cud, że w ogóle się broniły. Warto wiedzieć, że bardzo wielu, chyba większość jeńców wziętych tego dnia do niewoli, będąc narodowości białoruskiej, litewskiej lub polskiej, wkrótce walczyć będzie w szeregach armii polskiej. Oni po prostu jak najszybciej chcieli dostać się do niewoli. Mimo to atakujące szwadrony jednak straciły średnio po 6-7 ludzi, w tym także 1-2 zabitych. Tym bardziej nie mogę pojąć, jak szwadron dragonów, atakując czterokrotnie naszą bohaterską piechotę, uzbrojoną w znakomite długie gwintowane sztucery belgijskie, wyróżniające się celnością i skutecznością ognia, za każdym razem odpierany ogniem, poniósł tak znacząco mniejsze straty.
×

Powiadomienie o plikach cookie

Przed wyrażeniem zgody na Warunki użytkowania forum koniecznie zapoznaj się z naszą Polityka prywatności. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.