Skocz do zawartości

jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    2,795
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez jancet

  1. Mniejszość etniczna - Ślązacy

    Taaak. Nareszcie coś ożywczo rozsądnego. Znałem tylko kilka, może kilkanaście osób, uważających się za Ślązaków. Dla jednych śląskość była częścią polskości, dla innych - czymś odrębnym. Niektórzy czuli się emocjonalnie trochę związani z niemieckością - to raczej ci z Opolszczyzny. Jednak nie spotkałem żadnego, który by twierdził, że śląskość jest odmianą niemieckości. Co rzecz jasna nie dowodzi, że głoszących taki pogląd w ogóle nie ma. Tyle że pogląd ten trudno uzasadnić, a co więcej - nie ma sensu utylitarnego. Trudno uzasadnić, bo ślōnskŏ gŏdka - bez względu na to, czy jest gwarą, dialektem czy odrębnym językiem, jest wyraźnie słowiańska. A nie ma sensu utylitarnego, bo jeśli jakiś mieszkaniec Śląska (czy Ślůnska) czuje się bardziej Niemcem niż Słowianinem (niekoniecznie Polakiem), to może bardzo łatwo uzyskać przywileje, należne mniejszościom, deklarując się jako Niemiec. Generalnie - z mazurska, czy z warszawska (sam nie wiem) - synsu to ni ma. Natomiast, niektórzy użytkownicy (tu kłaniam się głównie Tyberiuszowi Klaudiuszowi), sorry - nie potrafię kulturalniej pieprzą takie głupoty, że sam zaczynam się zastanawiać, czy może powinienem się uznać za Ślązaka czy Niemca, bo mi normalnie wstyd za poziom niewiedzy mych rodaków. Nie ma takiej zasady, że odrębny naród ma posługiwać się odrębnym językiem. To są dwie różne rzeczy. Nie ma języka szwajcarskiego. Nie ma języka belgijskiego. Nie ma języka czarnogórskiego. Mimo to są Szwajcarzy, Belgowie, Czarnogórcy. W Belgii wprawdzie słychać o ruchach separatystycznych, ale jak na razie większość woli być razem. Najbardziej jaskrawym przykładem są chyba Irlandczycy, którzy - choć na początku XX wieku niemal wyłącznie posługiwali się językiem angielskim - krwawo walczyli z Brytyjczykami o niepodległość. Popularyzowanie języka irlandzkiego nabrało znaczących rozmiarów dopiero po odzyskaniu niepodległości, ale i dziś w powszechnym użyciu jest angielski. Ale raczej nie należy utożsamiać Irlandczyków z Anglikami. Nie ma jasno określonej i międzynarodowo uznanej definicji, dzięki której moglibyśmy jednoznacznie określić, co jest odrębnym językiem, a co tylko gwarą lub dialektem. Kiedyś twierdzono, że kataloński jest tylko gwarą hiszpańskiego, dziś raczej mówi się, że są to odrębne języki - kastylijski i kataloński, choć w Polsce można się uczyć jedynie hiszpańskiego. Śląsk ma bardzo złożoną historię i stwierdzenie, że jest i był polski, jest żenująco żałosne. Zapewne podlegał Wielkomorawskiej Rzeszy, potem i państwu czeskiemu, i polskiemu, a także austriackiemu, pruskiemu i niemieckiemu. Od biedy można się doszukać i niepodległości Śląska w dziejach.
  2. Mniejszość etniczna - Ślązacy

    Taaak. Nareszcie coś ożywczo rozsądnego. Znałem tylko kilka, może kilkanaście osób, uważających się za Ślązaków. Dla jednych śląskość była częścią polskości, dla innych - czymś odrębnym. Niektórzy czuli się emocjonalnie trochę związani z niemieckością - to raczej ci z Opolszyzny. Jednak nie spotkałem żadnego, który by twierdził, że śląskość jest odmianą niemieckości. Co rzecz jasna nie dowodzi, że głoszących taki pogląd w ogóle nie ma. Tyle że pogląd ten trudno uzasadnić, a co więcej - nie ma sensu utylitarnego. lōnskŏ gŏdka
  3. Brunonie, odnoszę wrażenie, że różnica tkwi nie tyle w naszych poglądach, co w perspektywie ich wyrażania. Podobnie jak Ty, uważam że Księstwo Warszawskie i Królestwo Polskie "kongresowe" to był bardzo istotny postęp. Wprawdzie z Piemontu wyszło niewiele, ale nazwa Polski znów na mapie Europy się pojawiła, choćby jej wschodnia granica była rysowana cienką kreską. No i niewiele 100 lat później powstała Polska prawdziwie niepodległa. Ale ówcześni Polacy nie wiedzieli, że szans na Polskę w granicach z 1772 roku, choćby i wasalną, wówczas nie było (czy naprawdę nie było?), ani tego, że ta coraz bardziej pusta nazwa "Królestwo Polskie" na mapie jednak sprzyja niepodległości, która się zbliża, choć doczekają jej dopiero prawnuki uczestników ówczesnych wydarzeń. Ówcześni liczyli na to, że Napoleon rozgromiwszy Austrię w 1805 i Prusy w 1806 stworzy państwo polskie (wasalne, rzecz jasna) z obszarów zajętych przez Prusy w wyniku rozbiorów. Dlatego z entuzjazmem zorganizowali powstanie, tworzyli dość liczną armię,która już w 1807 roku wzięła udział w walkach, choć nie pod Iławą i Frydlandem. Jednak Napoleon większość Pomorza i Warmię pozostawił Prusakom, Białystok oddał Rosjanom, Gdańsk uczynił jedynie wolnym miastem. Dla współczesnych było to duże rozczarowanie. Kolejne nadzieje wzbudziła II wojna polska w 1812 roku - wprawdzie nie było szans na korektę północnej i południowej granicy, bo Prusy i Austria były w niej sojusznikami Napoleona, ale wierzono, że Napoleon da nam Polskę od... Połągi nad Bałtykiem po Czehryń nad Dnieprem. No cóż, Napoleon II wojnę polską przegrał. Pałeczkę nadziei przejął cesarz Aleksander, obiecując że obejmie swym władztwem całe Księstwo Warszawskie, połączy z prowincjami zabranymi i tak powstanie Polska - wasalna, ale od Poznania i Połągi po Witebsk i Czehryń. Powstała, ale taka od Kalisza po Włodawę. Poznań, Toruń, Bydgoszcz oddał Aleksander Prusakom, nawet Tarnopol oddał Austriakom, ustąpił z Krakowa, na do Królestwa Polskiego nie raczył włączyć nawet Białegostoku (!), o prowincjach zabranych nie mówiąc. Fiaska tej nadziei Kościuszko nie dożył. W każdym razie trzeba jasno stwierdzić, że nasze patriotyczne elity 1. ćwierci XIX wieku nie snuły mrzonek o niepodległej Polsce od Gdańska po dnieprzańskie porohy. Liczyły na Polskę odrębną i rozległą, choć wasalną. Ziszczało się tylko to ostatnie. Nie łapię, co masz na myśli.
  4. Ulfie, robisz z dość sensownie zadanego pytania jakiś nonsens. Jeśli dobrze rozumiem Twoją "definicję" prawdziwego Germanina, to jest nim ktoś, którego przodkowie w linii męskiej byli Germanami (piszesz chyba "należeli do plemion germańskich", czy coś takiego). Można i tak. Jej zaletą jest to, że nasz przodek w linii męskiej był zawsze jeden, i 100 lat temu, i 100 tysięcy lat temu. Tyle że od definicji oczekujemy precyzji, a tu tej precyzji brak. Dlaczego? Bo to określenie pomija dwie kwestie: 1) ile pokoleń wstecz mamy brać pod uwagę? 2) czy bierzemy tylko udokumentowanych przodków? Oczywiście kwestia druga nabiera sensu dopiero po rozstrzygnięciu kwestii pierwszej. Co do tej pierwszej, to ustalenie tej liczby jest niezbędne, by w ogóle sensownie rozmawiać. Sięgając nieograniczenie daleko wszyscy okazalibyśmy się potomkami praojca Adama, jak chcą jedni (nie śmiem sugerować, że w takim razie wszyscy są Żydami), lub też, jak chcą drudzy, wszyscy pochodzimy od jakiegoś małpiszona, samca alfa, który zszedł był z drzewa (w takim razie wszyscy jesteśmy Murzynami). Istotność kwestii drugiej zależy od rozstrzygnięcia kwestii pierwszej. Nawet jeśli tradycję rodzinną uznamy za "udokumentowanie" pochodzenia przodków, to pamięć tej tradycji u zwykłych ludzi chyba rzadko sięga 4 pokoleń wstecz. Ja przyznam, że znam życiorys swego ojca, ale o dziadku (w linii męskiej) wiem tyle, że urodził się w Warszawie, porzucił rodzinę podczas pierwszej wś., a zmarł we Lwowie przed wybuchem drugiej. O pradziadku wiem tyle, że urodził się w Kaliszu, część życia spędził w Warszawie, był snycerzem i wykonał drewniane elementy wystroju jakiegoś kościoła w Pruszkowie (nie wiem jednak którego) i zmarł w Tworkach. Na pradziadka mam jeszcze jakieś kwity i relacje świadków (znaczy ojca), ale dalej już papierów brak. Już tylko tradycja rodzinna, której można zaufać albo nie. Ze strony matki pamiętam dziadka i babcię. Dziadek urodził się i wychowywał w Warszawie na Nalewkach, w dzielnicy żydowskiej. Choć był Polakiem (to znaczy uważał się za Polaka), biegle mówił w jidisz i był bardzo podobny do Gandhiego. O babce nie wiem właściwie nic. O poprzednim pokoleniu przodków ze strony matki nie wiem idealnie nic. Skąd zatem zwykły człowiek miałby wiedzieć, czy - zgodnie z Twą definicją - jest Germaninem, Słowianinem czy Romaninem (tak to chyba powinno wyglądać, choć w słowniku nie ma) albo Ugrofinem, jeśli ważne byłyby 4 czy 5 pokoleń wstecz. O rzesz, ale jaja !!! No tak, co tam jakiś Widikund, toć w relacjach o bitwie w lesie teutoburskim nazwisko Grocholski się wielokrotnie przewija. :thumbup: :thumbup: :thumbup: Ponoć coś pisałeś o linii męskiej. Tak jakoś mi się zdaje, że w linii męskiej nazwisko się dziedziczy. Grocholski to naprawdę typowe germańskie nazwisko? Oczywiście nazwisko można zmienić. No ale jak zmieniam nazwisko z typowo germańskiego na typowo słowiańskie, to chyba się wyrzekam swego germańskiego pochodzenia. Tu okazuje się, że jedna osoba może być Germanem - jeśli to wygodne, ale za rok może być Słowianinem - jeśli to okaże się bardziej wygodne. No i trochę dziwi mnie, że uznanie za Germana uważasz za jakiś zaszczyt. W związku z tym informuję Cię, że zgodnie z wiedzą historyczną, moi przodkowie byli Niemcami ze Śląska, którzy w przybyli do Polski w XV wieku, zaś w 1598 roku uzyskali indygenat. Najjaśniejsza Rzeczpospolita udzieliła im tej łaski, że zostali POLSKĄ szlachtą, a nie jakimiś niemieckimi rycerzami. Choć zapewne spełniam określone przez Ciebie kryteria uznania za Germana, stanowczo zaprzeczam, abym w jakimkolwiek stopniu nim był. Jestem Polakiem, tylko Polakiem i aż Polakiem, i nie przestanę nim być, nawet jeśli ktoś udowodni mi, że wśród mych przodków w linii męskiej znajduje się jakiś Ludolf czy nawet Widukind. Jestem Polakiem, jestem Słowianinem. Nie jest to żaden powód do dumy, bo nie jest to żadną moją zasługą. Ale gdybyś mi w realu usiłował wmówić, że mam się czuć Germanem, to nie ręczę za siebie. Wprawdzie chodzę o lasce, ale ma ona dość masywną rączkę. No i jakieś drobiazgi... Znaczy - nikt przede mną, potem jednak się okazało, że to o to właśnie chodzi. No i jeszcze parę drobiazgów na marginesie: A jak go nazywają niemieccy historycy? Normalnie - po niemiecku. My po polsku, zapewne Włosi po włosku, zaś Madziarzy po węgiersku. Przywołałem język angielski, ponieważ w tym przypadku jest pewna ciekawostka - w języku germańskim germańskiego władcę określa się (przeważnie) romańskim imieniem. Ależ nawet bym nie pomyślał o tym, żeby wywierać choćby najmniejszy nacisk na "Najjaśniejsze Ciało". podejmujące w tej sprawie decyzję. Skoro "Najjaśniejsze Ciało" uważa, że właściwym miejscem na ten wątek jest dział "Pomoc", to chylę głowę przed jego światłością, bo sam swym miałkim rozumkiem pojąć tego nie potrafię.
  5. Co możesz powiedzieć o Hitlerze?

    Masz trochę racji. Ale tylko trochę. Faktycznie osoba nie miała na początku lat 30-ych większego znaczenia. Mógłby to być każdy - ale pod warunkiem, że porywałby tłumy i miał jakieś szanse - choćby w dalszej przyszłości - przejąć władzę. Tego warunku nie spełniał "jakiś Schulz, czy inny Niemiec", ale spełniał Hitler. Bieg tamtych zdarzeń nie wynika z jakiegoś spisku, tylko z rozsądnej kalkulacji przedsiębiorstw. Nie jest rozsądnym zawieranie przyjaźni tylko z jednym kandydatem, licząc na jego zwycięstwo. Trzeba zawierać przyjaźń, czyli dać kasę na kampanię, wszystkim, którzy się liczą, a także tym, którzy dziś się nie liczą, ale za rok, dwa, czy pięć mogą okazać się ważni. A dziś można ich kupić za grosze. Normalka. Oczywiście pozostaje kwestia, co polityk, który objął określone stanowisko, zrealizuje wobec przedsiębiorstw, które sfinansowały jego kampanię. Nie wiem, czy niestety, czy na szczęćie, ale pamięć polityka w takich sytuacjach bywa nader krótka.
  6. Secesjonista, z właściwym sobie wdziękiem, zwraca Ci uwagę, że trudno oczekiwać stosunku Tadeusza Kościuszki "do planów związanych z Księstwem Polski Kongresowym Aleksandra I Romanowa", ponieważ takie plany nigdy nie istniały. Jeśli już, to Królestwo Polskie Aleksandra II Romanowa. Tak, w Warszawie był on Aleksandrem II, a nie I, bo już mieliśmy króla Aleksandra w XVI w. z dynastii jagiellońskiej. I tej nomenklatury wówczas przestrzegano. Ad rem. Kościuszko mógł mieć swój stosunek jedynie do koncepcji restytucji Królestwa Polski pod berłem Romanowych, gdyż z realiami nie miał zbytnio do czynienia, zważywszy na chorobę i śmierć w 1817 roku. O ile dobrze pamiętam, stosunek Kościuszki do KP był raczej pozytywny. Raczej - bo Kościuszko w tej części życia - gdy pielgrzymowano doń z prośbą o radę - zachowywał się trochę jak zrzędliwa Pytia, zwykle głosząc, że "róbta co chceta, a i tak nic się nie uda". Dotyczyło to także koncepcji odbudowy państwa polskiego w oparciu o sojusz z Napoleonem. Trzeba podkreślić, że ocena Kościuszki róbta co chceta, a i tak nic się nie uda okazała się nader trafna zarówno w odniesieniu do wasalnego w stosunku do Napoleona Księstwa Warszawskiego, jak i wasalnego w stosunku do Królestwa Polskiego Romanowych.
  7. Pytanie o minę

    No cóż - zapewne Dybciu wykazał się zdrowym rozsądkiem i rzecz podniósł. No bo raczej nic nie wskazywało na minę. I - przekazując to, z czego mnie w SPR szkolono - gdyby była to sprawna (czyli z działającym zapalnikiem) mina przeciwpiechotna z okresu II wś., to by wybuchła przy pierwszym szturchnięciu łopatą. Gdyby zaś była to sprawna mina przeciwczołgowa, to takimi minami można wybrukować ścieżki w ogródku - i tak człowiek nie wywoła wybuchu. Jak na razie w Polsce nie mamy takiej sytuacji, jak we wschodniej Chorwacji, Bośni i Hercegowinie czy Syrii, gdzie miną może być wszystko, minę wkłada się do starego garnka albo udaje ona długopis. Gdybyśmy znajdując długopis albo stary garnek za każdym razem dzwonili na 112 i wzywali ekipę saperów, to byśmy idealnie sparaliżowali funkcjonowanie służb, mających dbać o nasze bezpieczeństwo, i szeroko otworzyli wrota ewentualnym zamachom terrorystycznym. Podobnie, gdy "coś mnie złapie", źle się poczuję i dostanę gorączki, zaczynam od apapa, a nie wzywam karetkę i każę się wieźć na zakaźny, chociaż pierwsze objawy eboli są właśnie takie. Oczywiście - o ile nie wróciłem z wycieczki nad Zatokę Gwinejską i nic mi nie wiadomo, by ktokolwiek, z kim się kontaktowałem, tam przebywał. Tak jak garnek jednak mógł okazać się miną, tak i ból głowy oraz gorączka mogą być objawami zakażenia ebolą od nieznajomego pasażera tramwaju. Ale znów - gdyby z każdym bólem głowy i gorączką walić na ostry dyżur na oddział epidemiologiczny, to po prostu sparaliżowalibyśmy służy medyczne i faktyczne zarażenie ebolą mogłoby w natłoku fałszywych alarmów zostać niezauważone.
  8. Bytom czy Piekary Śl.?

    Chciałbym wesprzeć Secesjonistę w jego gościnności i jakoś Ci, Klaksonie pomóc, ale niestety muszę poprzestać na pustej deklaracji, że gdybym coś o Bytomie i Piekarach Śląskich wiedział, to bym Ci coś doradził. Jakbyś się zastanawiał na Mińskiem, Siedlcami, Wesołą i Otwockiem, to miałbym coś do powiedzenia. Natomiast mam opracowaną taką metodę środowiskowej oceny jakości życia, z której żyję jako "naukawiec", więc jeśli taka ocena, na podstawie danych GUS Cię interesuje, to napisz. Niestety "zieleń, przyjazne osiedla, komunikacja miejska" nie są zmiennymi tego modelu, raczej ścieki, odpady, ale też lasy i zróżnicowanie form użytkowania gruntu oraz stężenie SO2 itp. - jak najbardziej. Zastosowanie tej metody to z pół godziny pracy, dlatego się pytam, czy to Cię interesuje.
  9. Wcale nie głupie, ani trochę. To niedoprecyzowanie kwestii przynależności do narodu czy grupy narodów dokucza nam w bardzo wielu wątkach. Szczególnie złożoną sprawa ta jest w przypadku Karola Wielkiego i innych władców frankijskich/francuskich. Bo państwo (czy państwa), położone powiedzmy... między Atlantykiem i Pirenejami, a Alpami i Renem w VII wieku były uważane za germańskie, ale w XII już za romańskie. Historycy brytyjscy nazywają go "Charlemagne", co raczej wskazuje na romańskiego Francuza, niż germańskiego Franka. Którzy władcy tego kraju są jeszcze Frankami, a którzy już Francuzami. Ta przemiana odbywała się przecież stopniowo, to był proces i dał bym konia z rzędem (gdybym miał, bo niestety nie mam) temu, kto by precyzyjnie określił moment przemiany i jeszcze rozsądnie uzasadnił, dlaczego. Natomiast mimo wszystko trzymałbym się kultury, języka, świadomości, a nie genów. Weźmy takiego Władysława IV Wazę. Nikt raczej nie wątpi, że czuł się Polakiem, mówił po polsku, i to nader "rzęsistą" polszczyzną, a nie jakimś szkolnym językiem. Ale z rodziców ojciec był z urodzenia Szwedem, a matka - Niemką. Dopiero wśród pokolenia dziadków mamy Polkę, Katarzynę Jagiellonkę. No ale z krwi (i genów) była ona półkrwi Włoszką, po Bonie. I tak dalej wśród 16 przedków w pokoleniu prapradziadków znaleźlibyśmy: 4 Niemców, 3 Szwedów, 3 Hiszpanów, 2 Polaków, 1 Włocha, 1 Francuza i 1 Czecha oraz Dunkę. Oczywiście - przy założeniu, że głębiej już nie wnikamy i tak przyjmujemy że Felipe I de Castilla Habsburg był Hiszpanem, a Vladislav II Jagellonský - Czechem, choć równie dobrze można by przyjąć, że jako II. Ulászló Jagellók házban był Węgrem. Wnikanie w strukturę genów (jak się dziś mówi), czy krwi (jak się mówiło niegdyś) absolutnie do niczego nie prowadzi. Ps. Ponieważ nie prosisz - o ile dobrze rozumiem - o pomoc w pracy domowej, to może by to przenieść do lepszego działu.
  10. Łucznik u Słowian

    Nie. A powinienem, skoro Oczywiście - zapomniałem uściślić, że pisząc "zapiski" mam na myśli rzeczy napisane o owej epoce.
  11. Mity słowiańskie. Opowieść o Edypie

    I znów mamy zabawy z programem google tłumacz. Istotnie, jak się tam da słowo "jok" do tłumaczenia, to - wg tego programu - z języków bośniackiego, chorwackiego, serbskiego i słoweńskiego należy to na polski tłumaczyć jako "płacz". Ja tam zawsze lubię zweryfikować tłumaczenie tym samym programem, czyli sprawdzić, jak ten program przetłumaczy polski "płacz" na owe języki. Dostałem odpowiednio: plakanje, plakanje, плач, jok. Zdaje się, że z "całego szeregu" zrobił się jeden język - słoweński. Z tych języków chyba tylko z chorwackiego coś tam razumijem, więc poszukałem znaczenia słowa "jok" na chorwackim portalu językowym. I znalazłem tu: http://hjp.novi-liber.hr/index.php?show=search Na ile rozumiem, co tam napisano, to wyraz "jok" oznacza przeczenie, "nie", "nie ma". Podane tam są przykłady zastosowań: "ma jok" znaczy "nie ma mowy", "ali jok" - "nic z tego", zaś "jok vala" - bardzo ostre "nie chcę". Zatem "Jok a šta" znaczyłaby raczej "ta, która nie chce". O oziębłości płciowej Jokasty nic z mitów nie wiadomo, wręcz przeciwnie, miała dzieci i z Lajosem, i z Edypem. Przy okazji zauważę, tu również Irek18 się muli, gdyż wg tego samego chorwackiego portalu językowego "šta" to kolokwializm, oznaczający coś niewidomego, niezidentyfikowanego, takie "nie wiadomo co". Natomiast dziwi mnie, że Irek18, przy swej ogromnej wnikliwości, przeoczył podobieństwo słowa "jok" to polskiego słowa "jęk". Zostawiając "google tłumacz", jako źródło nader często wprowadzające w błąd, a sięgając raczej do słownika angielsko-chorwackiego http://www.englesko.hrvatski-rjecnik.com/default.asp?action=search〈=en, łatwo znaleźć, że angielskie "howl" i polskie "jęk" to po chorwacku "jauk" - wymawia się bardzo podobnie. Oczywiście uznaję za fakt dowiedziony przez Irka18, że legendę o Edypie Grecy zapożyczyli od Słowian, tylko w konkretnych tłumaczeniach Irek się trochę błąka. Bo imię "Joukašta" to proste przestawienie zwrotu "A šta jouka?", czyli "Ki..." (a przepraszam, nie wolno używać wulgaryzmów), więc dajmu "A coż tam jęczy?". Zupełnie nie wiem, czemu wdaje się Irek18 w jakieś zawiłości w wyjaśnianie imienia Edyp. Toć po grecku to było "Οἰδίπους", "Oidipous" i naprawdę trudno nie zauważyć, że bierze się to z ogólnosłowiańskiego, do dziś żywego zwrotu "Oj dupek" (tu na wulgaryzm nic nie poradzę, toć nie mogę napisać "Oj walet").
  12. Pytanie o minę

    Niezbyt mi to przypomina znane mi miny, ale ja to tylko plutonowy podchorąży byłem, i to nie od saperów, na temat min był jeden dzień na poligonie, więc autorytet ze mnie żaden. Tak na oko to wydaje mi się, że ten przedmiot jest z betonu, pomalowanego na zielono. Tak jest?
  13. Bardzo dziękuję za ten wysiłek. Do niektórych stwierdzeń się odniosę. USA ma bazy lotnicze w Polsce? Z głębokim żalem stwierdzam, że jednak nie ma. Korzysta z naszych. Kliknąwszy na podany przez Ciebie link stwierdziłem bez większej trudności, że to nieprawda. Największym emitentem CO2 są Chiny. USA wprawdzie przodują w emisji na łebka, ale łebków mają znacząco mniej. Fakt. Drugi fakt, to to, że akurat w USA emisja CO2 znacząco spada, ponoć nawet silniej, niż w UE - znów dowiedziałem się o tym z linkowanego przez Ciebie materiału. Nie chcę wdać się w dyskusję o stosunku Polski do realizacji ustaleń protokołu z Kioto i klimatycznej polityki UE, bo to się skończy polityczną pyskówką. Tu jest mowa o powłokach, typu alufolia. Nic nie ma o pyłach. Ponoć. Ale likowałaś wiki, gdzie jest napisane, że nie wykazuje cech toksycznych i można go jadać. Kiedyś przez lata dokuczała mi zgaga, więc stosowałem rennie, a to są związki glinu. Zapewne odłożyły mi się w mózgu i dlatego teraz nie mogę dostrzec sensu rozpylania gliny przez samoloty USA. Bardzo prosiłem, by do tego nie wracać, ponieważ - choć dość starannie obserwuję niebo, niczego takiego nie dostrzegłem. To pewnie przez te złogi aluminium w mózgu. Ale - jeśli patrząc na z grubsza to samo niebo - Ty coś widzisz, a ja nie, to dalej dyskutować na ten temat się nie da. Sporządziliśmy protokół rozbieżności i koniec. Jaki wpływ miałyby pyły aluminium na efekt cieplarniany - nie wiem, nie wydaje mi się to oczywiste. Mniej energii dotrze do ziemi, ale też mniej energii z ziemi ucieknie. Natomiast faktem jest, że ocieplanie się klimatu jest zjawiskiem globalnym, a nie lokalnym. Czyli jeśli np. UE i USA zredukują emisję gazów cieplarnianych, a Chiny i Indie ją wzmogą, tak że bilansowo nastąpi jej wzrost, to będzie miało wpływ ma ocieplenie klimatu i w Europie, i w Azji, i w Ameryce, a także w Australii i na Antarktydzie. Średnia prędkość wiatru na granicy troposfery i stratosfery (a chyba tam należałoby tem glin rozpylać) wynosi cca 90 km/h. Znaczy, że pył glinu, rozpylony nad Polską, za kilka dni opadnie na terenie USA.
  14. Mam nadzieję, że JWP Secesjonista i Euklides wyczerpali chwilowo swój zapas wzajemnych uprzejmości i, mając nadzieję, że im w niczym nie przeszkadzam, pozwolę sobie powrócić do tematu. Euklidesie, chodziło mi raczej o przykłady, a nie o formułowanie zasady. Dzięki przykładom łatwiej można zidentyfikować podobieństwa i różnice poglądów, a tak, to ja sam nie wiem, czy się zgadzamy ze sobą, czy też spór toczymy. Jeśli chodzi o moją prywatną ocenę wiarygodności teorii spiskowych, to jeśli jej autor jasno i jednoznacznie określi: 1) spiskowców, 2) tych, przeciwko którym spisek jest prowadzony, 3) korzyści, które spiskowcy osiągnęliby w wyniku spisku, 4) narzędzia, metody i działania, które zostały przez spiskowców zastosowane, wraz z wiarygodnym potwierdzeniem tych faktów; oraz 5) czy spisek się udał, czy też nie? to jestem gotów brać taką teorię pod uwagę. Jeśli ona lepiej, niż inne, niespiskowe teorie, wyjaśnia bieg zdarzeń, to w nią uwierzę. Dlatego też, Fraszko, pozwolę sobie zadać Ci kilka pytań odnośnie owego "aluminiowego nieba". 1. Kto rozpyla aluminium w atmosferze? 2. Przeciwko, czy choćby wbrew komu to robi? 3. Jakie korzyści chce osiągnąć w wyniku rozpylania aluminium w atmosferze? 4. Ten pominiemy, bo narzędziem jest "rozpylanie aluminium w atmosferze", wprawdzie co do wiarygodności tego faktu toczy się dyskusja, ale mniejsza o to. Chyba że możesz podać inne przykłady działań, podjętych w ramach tego spisku. 5. Czy - wg Ciebie - rozpylanie aluminium daje zamierzony efekt, czy jednak pozostaje nieskuteczne.
  15. Bronie drzewcowe

    Szczerze powiedziawszy, ja byłbym bardziej nieufny w doborze źródeł. Historia husarii obrosła w szereg nie do końca udokumentowanych poglądów, nader twórczych rozwinięć danych źródłowych, by nie rzec - konfabulacji, a nawet wręcz legend i jawnych przeinaczeń. Mógłbym zadać kilka konkretnych pytań: - skąd wiadomo, że było to drewno osikowe? - skąd wiadomo, że drzewce było obwiązane rzemieniem? - skąd wiadomo, że grot był zaopatrzony w wąs czy nawet wąsy? - przyjmując, że prawdą jest, że grot był zaopatrzony w wąs, to skąd pogląd, że miał on zapobiegać "odrąbaniu grota"? Szczerze mówiąc taki wąs byłby wręcz przeciwskuteczny. Żebym mógł dosięgnąć szabla, mieczem czy toporem drzewca kopii husarskiej, musiałbym je mieć w odległości cca 0,75 m od siebie. Przyjmując, że grot miał 0,5 m, oznaczałoby to, że mam go w tym momencie w odległości 25 cm od swej twarzy czy piersi. Pomijając już drobną kwestię, jaki człowiek myślałby wtedy o odrąbywaniu drzewca, a nie o szybkim uniknięciu ciosu, to nawet odrąbawszy drzewce zostałbym trafiony drewnianym kołkiem, co przy prędkości galopującego konia rzędu 6 m/s skończy się śmiercią owego śmiałka, czyli "mnie". Teoretycznie wąs mógłby spowodować, że wprawdzie nie odetnę grotu, ale skieruję kopię w bok i sam nie zostanę trafiony. Podkreślam jednak, że te wszystkie rozważania o odcinaniu grota jakąś bronią sieczną, czy nawet kierowaniu kopii w bok, są ściśle teoretyczne, ponieważ ewentualny śmiałek miałby na to 5 milisekund. Bez względu na to, czy by mu się sztuczka udała, czy nie, po kolejnych kilkunastu milisekundach zostałby obalony na ziemię impetem konia i na tym by się jego bitewna kariera skończyła. Sorry, Capricornusie, ale przytoczone przez Ciebie teksty zdają mi się być klasycznym przykładem upubliczniania konfabulacji i legend na temat husarii. No cóż, o ile mi wiadomo, to nawet obroniono pracę doktorską, opierającą się w pewnej mierze na takich konfabulacjach. Przyznam, że nie rozumiem...
  16. Bronie drzewcowe

    Zachowało się (jeśli wierzyć Zdzisławowi Żygulskiemu jun., Broń w dawnej Polsce, PWN, Warszawa 1982) jedynie 6 egzemplarzy kopii husarskich, i to uszkodzonych lub złamanych. Autor przypuszcza, że były to kopie wykonane w latach 30-ych lub 40-ych XVIII wieku i służyły tylko na pogrzebach, wojny nie widziały. Trudno powiedzieć, czy kopie bojowe były wykonane tak samo. Ale masz rację, szczegółowo opisywany egzemplarze miały przednią część sklejaną z dwóch połówek. Natomiast kula (gałka) i ogon kopii były z litego drewna. To logiczne, powinny być dość ciężkie, by stanowić przeciwwagę dla przedniej części. Niestety nie ma bardzo ciekawej informacji, jak przednia część była połączona z tylną - zapewne w latach 70-ych jej uzyskanie wymagałoby rozkrojenia zabytku, może dziś jakaś tomografia by pomogła. Nie ma także informacji o gatunku drewna. Wydaje mi się dość prawdopodobne, że trzy części drzewca mogły być wykonywane z drewna różnych gatunków. Te egzemplarze znajdują się: trzy w Kórniku, jeden na Wawelu i dwa w Tarnowie. Może te muzea coś na ten temat opublikowały. Co do tokarki to trudno mi sobie wyobrazić, że jej nie używano do produkcji takich kopii. Nie jest to obrabiarka zbyt wyszukana i w XVII wieku potrafiono "wiercić" lufy armatnie i muszkietowe. Nota bene dzięki zastosowaniu tokarki kopia husarska mogła być względnie tania. Jednakże obróbka części, mającej prawie 4 m długości, wymaga profesjonalnego sprzętu. U Żygulskiego znajdziemy, że produkcję kopii husarskich powierzano wyspecjalizowanym zakładom, a nie dworskim cieślom. I często zamawiano długie serie. Więc była to produkcja niemal przemysłowa, podczas gdy kanelowana kopia rycerska, taka jak np. tu: http://katalog.muzeum.krakow.pl/pl/work/MNK-IX-3750-Kopia-rycerska, wymagała dużo ręcznej roboty.
  17. Nie do końca rozumiem, czego od nas oczekujesz. Jeśli o mnie chodzi, z wieloma tezami, zawartymi w Twoim tekście, nie do końca się zgadam, a przynajmniej nie są dla mnie oczywiste. No ale ogólnie to tekst rozsądny, wyważony i porządnie zredagowany.
  18. Bronie drzewcowe

    Możesz do tego dorzucić jeszcze dzidę, oszczep i lancę. Jest spory galimatias w nazewnictwie w różnych językach, określenia te są właściwie nieprzetłumaczalne. Pozostaję więc w zakresie polskiej literatury o historii uzbrojenia. To zdecydowanie było co innego. Różniło się długością, ciężarem, położeniem środka ciężkości, kształtem grota i przeznaczeniem oraz epoką, w której występowała. Najbardziej prymitywną bronią była dzida. W zasadzie to zaostrzony kij, służący do zadawania ran przeciwnikowi w walce lub zwierzęciu podczas polowania. Jego ostry koniec wzmacniano przez opalanie, smołowanie, a w końcu przez okuwanie metalem. Można było nią uderzać, trzymając w ręku lub rzucać. Ze względu na różne sposoby użycia z dzidy ukształtowały się dwie odmienne bronie: oszczepy i włócznie. Oszczepem przede wszystkim rzucano, zaś włócznie przede wszystkim trzymano w ręku (lub oburącz). Oczywiście, oszczepem też można było walczyć, trzymając go w ręku, podobnie jak włócznią można było celnie rzucić, ale podstawowe przeznaczenie było odmienne. Oszczepy na ogół były krótsze i lżejsze od włóczni, z lekkim, wąskim grotem. Żołnierz czy myśliwy często miał przy sobie kilka oszczepów, natomiast tylko jedną włócznię. Oszczep zostawimy, bo choć później zmieniał swój kształt, pozostawał oszczepem. W Europie chyba najdłużej używało go wojsko tatarskie (z naciskiem na "chyba"). Włócznia była typową bronią piechoty starożytnej, natomiast na przełomie Starożytności i Średniowiecza zaczęła jej używać również jazda. Włócznia do walki z konia była dłuższa, trochę ponad 2 m (bo musiała wystawać poza koński łeb), lżejsza (bo trzeba było ją trzymać w jednym ręku) i miała bardziej smukły grot. W zasadzie była to broń jednorazowego użytku - jeśli zadaję cios przeciwnikowi, jadąc na koniu, to i tak nie mam szans, żeby włócznię wyciągnąć z ciała pokonanego przeciwnika, stąd smukłe groty - niech wlezie jak najgłębiej. Zadawano nią ciosy z ręki lub spod pachy, a także rzucano. Włócznie do walki pieszo były krótsze, poniżej 2 m, bardziej masywne, bo można je było trzymać oburącz i miały szerokie groty, żeby nie zagłębiały się w ciało przeciwnika zbyt głęboko i dawały się łatwo wyciągnąć i użyć ponownie. Mogły mieć też, stosowane w tym samym celu, poprzeczki przy wąskim grocie. Włócznię o bardzo długim i smukłym grocie z drewnianą, kolistą poprzeczką nazywano szydłem, które było charakterystyczną bronią husytów. Zadawano nią ciosy z jednej ręki lub oburącz, rzadziej rzucano. Piechurzy często nie mieli miecza, więc włócznia była ich bronią podstawową, stąd niechętnie się jej pozbywali. Włócznia jeździecka ewoluowała dalej - równolegle do uzbrojenia ochronnego rycerstwa. Drzewce musiało być bardziej wytrzymałe, by przebić dobrą kolczugę, a potem zbroję płytową przeciwnika, więc zarazem stawało się cięższe. Starano się zmniejszać ciężar, np. poprzez stosowanie kanelowania, ale i tak wzrost masy był nieuchronny. Starano się też zwiększyć długość drzewca - ten, kto uderzy pierwszy, zwiększa swe szanse na sukces. Taką bronią nie da się zadawać ciosów, trzymając ją w uniesionej dłoni, jedynym sposobem walki jest trzymanie jej "pod pachą" i kierowanie całym przedramieniem. W ten sposób włócznia przekształciła się w kopię rycerską. W tak długiej i ciężkiej broni powstawał problem środka ciężkości. O ile włócznie to w zasadzie walcowate tyczki z grotem na czubku, to kopie zaczęły przyjmować znacznie bardziej złożone kształty. Chodziło o to, by środek ciężkości wypadał trochę przed trzymającą tę broń dłonią, dlatego przednia część drzewca kopii była bardzo smukła przy grocie, potem stopniowo się rozszerzała, tuż przed chwytem bardzo znacznie (kształt ten był paraboloidą obrotową, tak na oko 4. stopnia, ale wtedy o tym nie wiedziano), potem następował odcinek walcowaty, na dłoń i przedramię, a za łokciem - znów znacznie większa średnica, powoli zmniejszająca się ku tyłowi. Długość kopii podaje się na 2,8 - 5,0 m. Taka kopia była bardzo trudna do wykonania i, co zatem idzie, bardzo droga. Tylko zamożni rycerze mogli sobie na nią pozwolić, tym bardziej, że była ... jednorazowego użytku. W pierwszym starciu pękała. Jej użycie datuje się na XIII - XV wiek, nawet jeszcze początki XVI. Mniej więcej w czasie, gdy włócznia zaczęła się przekształcać w kopię, powstał zwyczaj ozdabiania rycerskiej broni drzewcowej proporcami. Nasza kopia husarska jest podobna, tyle że swą świetność przeżywała później, bo w XVI i XVII wieku i miała bardziej prostą, a zarazem bardziej doskonałą konstrukcję (dla inżyniera każde rozwiązanie prostsze jest zarazem doskonalsze) - zamiast paraboloidy - zwykła kula, i to zrobiona z innego kawałka drewna, zamiast kanelowania - wydrążenie wnętrza. Po inżyniersku genialne, ale niezłą trzeba było mieć tokarkę, żeby to wykonać. No i w końcu pika, jedna z podstawowych broni piechoty zachodnioeuropejskiej od połowy XV do połowy XVII wieku. Powstała jako chłopska broń przeciw rycerskiej jeździe, więc chodziło o zapewnienie, by chłopska pika dosięgła jaśniepana (ostatecznie - jego konia), zanim ten uderzy go swoją kopią. Były więc piki długie na 5 metrów, a że chłopów nie było stać na kanelowane czy wydrążane drzewca - był to zwykły długi walec z grotem na czubku, horrendalnie ciężki. Tak ciężki, że nawet oburącz posługiwać się nim trudno, więc podstawową techniką walki było wbicie tylca piki mocno w ziemię trochę z tyłu i manewrowanie nią przy stałym punkcie podparcia. Oczywiście jeden pikinier nie miałby najmniejszych szans w walce z jeźdźcem, ale pikinierzy walczyli w głębokich ugrupowaniach, minimum 10 szeregów, więc atakujący rycerz, nawet jeśli odparował cios pierwszej, drugiej, trzeciej, czy nawet dziewiątej piki, to dziesiąta go już zrzucała z siodła. Została nam lanca. To taki trochę wyjątek, potwierdzający regułę. Pod koniec XVII wieku rola broni drzewcowej na polu walki zanikła. W piechocie zastąpił ją bagnet, w jeździe stała się nieprzydatna ze względu na wzrost zasięgu, szybkostrzelności i celności broni palnej piechoty. W ogóle jeździe przeznaczono wówczas rolę zwiadu i ubezpieczeń, bitwy rozstrzygała piechota, artyleria i inżynieria. O ile w piechocie żołnierze pochodzili przeważnie z poboru, to w jeździe chętniej szukano ochotników. A że był sobie taki kraj, który własnej armii nie posiadał, a chętnych do wojaczki w nim nie brakło, to w armii austriackiej, pruskiej i rosyjskiej pojawiły się ochotnicze pułki ułanów, zbrojnych w lance. Samo słowo "ułan" jest niemal na pewno pochodzenia tatarskiego, podobnie jak zapewne na tatarskich wzorcach oparta była taktyka XVIII-wiecznych ułanów i ich broń, będąca de facto repliką włóczni jeźdźca z XII wieku, tyle że przyczepiono do niej proporczyk. Nazwa "lanca" jest jednak wyraźnie zachodniej proweniencji. Jednak narodowościowo XVIII-wieczne pułki ułańskie składały się z Polaków - paradoksalnie to właśnie polska armia w tym czasie ułanów nie miała. W wieku XIX lanca się rozpowszechniła, bo okazało się, że powrót broni drzewcowej zaskoczył przeciwników i ułani z lancami okazali się być bardzo skuteczni w walce zarówno przeciw jeździe, jak i piechocie. To nie tylko lancom zawdzięczali, co naśladowaniu husarskiej taktyki szarży galopem w zwartym szyku, "strzemię do strzemienia". Pułki kozackie na służbie rosyjskiej miały bardzo podobną broń - spisy (jedyna różnica w braku proporczyka), ale inną taktykę i do szarż się nie nadawali. Potem to już chyba wszystkie armie Europy i nie tylko miały swoich ułanów czy lansjerów, aż do I wojny światowej. Potem lance przydały się jeszcze do czegoś w latach 1919-1920 - znaczy podobno tak było, bo ja jakiegoś znaczniejszego starcia, rozstrzygniętego lancami, sobie nie przypominam. Mimo to aż do 39 roku dzielnie trzymaliśmy się lancy - z wiadomym skutkiem. Jeszcze chyba w LWP w latach 1944-47 lanca się pojawiła. Podobno do dziś posługuje się nią jakiś pododdział ułanów armii Republiki Indii, oczywiście jedynie do celów reprezentacyjnych.
  19. Kolonizacja Ameryki Płn.

    Wracając do pytania założyciela wątku, nie za bardzo rozumiem sugestię, że kolonizatorzy popełnili jakoweś błędy. Niby jakie? Rozparcelowali na działki rolne i pastwiska tereny zamieszkane przedtem przez inne ludy przy minimalnych stratach własnych, za to jednocześnie spowodowano bardzo znaczny spadek liczebności owych innych ludów. W wielu przypadkach - do zera. W niektórych przypadkach wyznaczono wciąż uparcie żywym Indianom (bo przecież już dawno powinni wymrzeć z głodu, ewentualnie zachlać się na śmierć, a tych, którzy zachlać się nie chcą, tylko walczą, należało było wystrzelać) jakieś rezerwaty, których obszar był tak określony, że z góry było wiadomo, że się ci Indianie na nim nie wyżywią. Żadnego błędu nie było. Wytępiono Indian bezbłędnie. No chyba że za błąd uznamy utworzenie rezerwatów. Przy okazji wytępiono bizony. Też bezbłędnie.
  20. Praca o Piastach

    Zaciekawił mnie ten wątek kobieco-królewski. Ile Piastówień (edytor mi podkreśla czerwonym zygzakiem, ale to chyba jednak właściwa forma, chodzi mi o córki zrodzone w dynastii Piastów) wyszło za władców innych państw? I jakie to były państwa? To mnie bardzo zaciekawiło. Nie wiem, Fraszko, czy liczba "14" tego dotyczy, czy akurat odwrotnie - liczby panien obcych rodów, które wyszły z piastowskich królów, ale siak czy owak - chapeau bas, i pył sprzed Twych stóp zamiatam. Blaur, pamiętaj, że takie prace pisze się "pod nauczyciela". Pod jego poglądy i - niestety - także pod jego poziom. Ja nie znam tej osoby, więc tak naprawdę nic doradzić nie mogę. Jeśli jest to taki sobie nauczyciel historii, typu "nauczcie się odtąd - dotąd", to zapewne mówiąc "dynastia Piastów" miał na myśli ciąg władców Polski o Mieszka po Kazimierza Wielkiego i tyle. Palce mi drętwieją, gdy to piszę, ale uczciwość mi każe sformułować myśl, że czasem nader wnikliwy i mądry uczeń czy student może swemu nauczycielowi podpaść tym, że wie za wiele.
  21. Łucznik u Słowian

    Prosić można, ale raczej bezskutecznie. I bynajmniej nie z powodu złej woli interlokutorów, ale takie są realia po prostu. Podejrzewam, że gdyby zebrać razem wszystkie zapiski o sztuce wojennej Słowian w IX-XI wieku, to zmieściłoby się to na jednej kartce papieru czcionką "12". O łucznikach pewnie jest tam tyle, że byli. Dochodzą źródła archeologiczne, ale one dotyczą raczej grobów, niż pól bitewnych. Niewiele z nich wynika, poza faktem, że łuki stosowano - no i że Awarowie mieli bardziej zaawansowane technologicznie łuki, niż późniejsi Słowianie, o czym już pisałem. Jeśli ktoś - czego nie wykluczam - napisał monografię o taktyce i organizacji łuczników u Słowian w tym okresie, to raczej na zasadzie: nic nie wskazuje, aby u Słowian było inaczej, niż u Franków. A u Franków było ... . Lepiej więc poszukać literatury o łucznikach u Franków.
  22. Stan wojenny

    A możesz wyjaśnić, czemu tę pozycję polecasz, co tam jest ciekawego, kto to wydał no i w ogóle choć parę zdań.
  23. Pickelhaube

    Tak, tak, z całym naciskiem potwierdzam, iż "czako" jest walcowate lub stożkowate, a jeśli jest to nakrycie głowy czterograniaste z góry, a walcowate jedynie u dołu, to nie jest to "czako", lecz "czapka" - bez względu na to, jak fonetycznie w konkretnym języku zostanie zapisana. Faktycznie - nakrycie głowy niemieckich ułanów w 1914 roku przypominało raczej pikielhaubę z czworokątnym czubkiem, niż ułańską czapkę, ale i tak w najmniejszym stopniu nie było czakiem. Co do kwestii, że noszenie stroju, który obecnie nie jest mundurem - choć był nim kiedyś - jest dozwolone i przypadek mundurów nazistowskich i faszystowskich jest tylko godnym zapamiętania wyjątkiem, mogę powiedzieć tyle, że są to raczej rzeczy oczywiste.
  24. Jakoś tak się złożyło, że wątek - choć założony w dziale "historia powszechna" zdryfował na nasze polskie poletko. Pozostaję w tym dryfie, a w dodatku trochę go pogłębię, ekstrapolując zagadnienie polskiej wiejskiej gospodyni domowej aż do lat swego dzieciństwa, gdyż dość dobrze pamiętam sytuację z pewnej wsi. Masz, Fraszko, rację, że udogodnienia dla gospodyń domowych, które stały się znane w mieście już w latach 20-ych, długo jeszcze nie były znane gospodyniom wiejskim. Konkretnie - nie były znane jeszcze w połowie lat 70-ych, ten okres pamiętam już dość dokładnie, z końca lat 60-ych tylko niektóre zdarzenia. Wieś, którą chcę opisać, powstała w wyniku parcelacji gruntów folwarcznych, przeprowadzonej na początku XX wieku. O ile mnie pamięć nie myli, to właścicielami folwarku byli pp. Michałowscy, których idylliczny, murowany, z gankiem wspartym na dwóch białych kolumienkach, choć malutki, niewiele większy od chłopskiej chaty, znajdował się w centrum wsi na resztówce. Folwark znajdował się bardzo blisko stolicy, trochę za Piasecznem, a nowo powstającej wsi właściciele nadali nazwę Siedliska. Zapewne mieli nadzieję na powstanie licznych letniskowych rezydencji, jednak w sumie większość działek wykupili rolnicy. Faktycznie, na wschodnim i zachodnim skraju wsi powstały dwie wielkie wille, w rozległych ogrodach. O życiu w tych willach nie wiem idealnie nic, absolutnie inny świat. Trzecia parcela, której zabudowa miała charakter willowy, to właśnie parcela mojej ciotki. Tyle że była to willa znacznie bardziej skromna, na 5-omorgowej (cca 2,5 ha) parceli. Właściwie 2/3 willi, bo projekt przewidywał korpus i dwa skrzydła, lecz drugie skrzydło nie było wtedy wybudowane. Dom był jednak murowany, piętrowy i z dwoma balkonami. Pomimo iż mieszkali tam "miastowi", udogodnień dla gospodyni nie było wiele. Oczywiście dom obsługiwała wynajęta "dziewczyna" - za mojej pamięci już mająca 50 czy 60 latek, a nie właściciele. W tym czasie obsługiwała całe, mocno podupadłe, gospodarstwo, ale wcześniej ponoć było inaczej i "ogród" był domeną właścicieli. Wodę czerpano - nowocześnie - ze studni. Studnia była z betonowych kręgów. A że poziom wód podziemnych był tam wysoki, to i poziom wody w studni był tylko 1-1,5 m poniżej poziomu gruntu. Więc nie było nawet tradycyjnej korby i drewnianego wałka z łańcuchem, był tylko drąg z hakiem, na którym zawieszało się wiadro i wyciągało na górę. Studnia służyła też za lodówkę. Zapas łatwo psujących się produktów pakowano do worka, który był spuszczany na sznurze tuż nad powierzchnią lustra cieczy w studni. Temperatura wynosiła tam cca 12-15oC, więc czas przechowywania nie mógł być długi. Nie było odrębnej piwnicy - mam na myśli budynek, zagłębiony poniżej gruntu ze stropem przykrytym warstwą ziemi do przechowywania ziemniaków i i innych warzyw. W połowie lat 70-ych zdecydowaliśmy się kupić i przywieźć tam lodówkę. Była to sensacja na całą wieś, zupełnie nieznajome nam gospodynie przychodziły, żeby to cudo obejrzeć. Odkurzacz czy mikser - nie żartujmy . Potrzeby wydalania kału i moczu były rozwiązywane w odrębnym obiekcie - bardzo porządnym, murowanym. Ciekawe, że był to obiekt "dwustanowiskowy", jednak jedne drzwiczki były zawsze zamknięte. Nigdy się nie dowiedziałem, dlaczego, choć pytałem o to. Sam dół kloaczny był murowany i musiał być bardzo głęboki, gdyż nie słyszałem o potrzebie jego opróżniania. Z tego co pamiętam, poziom fekalii był o jakiś metr - półtora poniżej poziomu gruntu. I w dość dużej odległości od studni. Cieplna obróbka potraw odbywała się na wielkiej płytowej kuchni z 4 fajerkami, opalanej drewnem lub węglem. O ile wiem, ta kuchnia była tam "od zawsze", czyli została zbudowana jeszcze przed I wojną, może krótko po niej, a wówczas rozwiązanie to uważano za super nowoczesne. Drewno było "z ogrodu", nigdy nie kupowano drewna opałowego. Co do ogrzewania pomieszczeń mam problem, gdyż na przełomie lat 60/70-ych brat właścicielki, mieszkający w Wielkiej Brytanii (i nawet na brytyjskie stosunki będący bardzo zamożnym) przestrzał siostrze pieniądze na budowę centralnego ogrzewania. Technologicznie było to totalnie bez sensu, ale jak chciał, tak się stało, a stare piece kaflowe zostały wyburzone. Z tym, że CO objęło tylko parter, piętro było letniskowe. Pozostają nam użytki gospodarcze. Funkcjonalnie działka dzieliła się na dwie części - nazwijmy je "ogród" i "pole". Pole było po prostu ziemią orną, na której siano żyto czy jęczmień. Właściciele na ogół nie mieli sił, by doglądać uprawy roli, więc albo zlecali okolicznym chłopom wykonanie poszczególnych czynności, albo po prostu te 1,5 ha dzierżawili. Muszę tu zaznaczyć, że właścicielka stopniowo traciła wzrok, w latach 70-ych była już całkowicie niewidoma. Paradoksalnie - była to zwykła zaćma, w końcu dała się namówić na operację, która się niby udała, ale w kilka tygodni później zmarła... na raka. Jeżeli chodzi zaś o "ogród", to w latach 70-ych nie było z niego żadnej korzyści, gleba była kompletnie jałowa, nawet trawa tam nie rosła. Nigdzie indziej i nigdy więcej nie widziałem tak wyjałowionej gleby. Właściciele wprowadzali pewne "nowoczesności", ale o tym już "jutro lub kiedy indziej".
  25. Pickelhaube

    Tak na gorąco - hełm półkolisty z takim szpicem na czubku wprowadzono najpierw w armii rosyjskiej. Jeśli kogoś to głębiej interesuje, to podam datę i źródło. Szybko przejęto ten wzór w armii... chyba jeszcze Prus, a potem przeszedł do armii niemieckiej. Natomiast czako narodziło się w początkach armii napoleońskiej, potem rozpowszechniło się we wszystkich armiach europejskich, w zasadzie to wszystkie stożkowe lub walcowe czapki wojskowe wzięły się od napoleońskiego czaka. Rosyjskie, polskie, niemieckie, francuskie, a także nakrycia głowy Castro i Che Guevary.
×

Powiadomienie o plikach cookie

Przed wyrażeniem zgody na Warunki użytkowania forum koniecznie zapoznaj się z naszą Polityka prywatności. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.