Jump to content

secesjonista

Administrator
  • Content count

    26,202
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by secesjonista

  1. Rewolucja lutowa 1917

    "Ogromną rolę Dumy Państwowej jako centrum rewolucji doskonale charakteryzuje prywatne posiedzenie jej członków, które rozpoczęło się 27 lutego o 2:30 w Sali Półkolistej Pałacu Taurydzkiego. Zebrani posłowie postanowili „wybrać Tymczasowy Komitet spośród członków zebrania i przedstawicieli frakcji z każdego ugrupowania (z wyjątkiem grup prawicowych) należącego do bloku progresywnego”. Skład Tymczasowego Komitetu ustalono między 5:00 a 5:30 27 lutego 1917 r. (...) Do pierwszych działań TKDP należały negocjacje, które odbyły się w Pałacu Maryjskim wieczorem 27 lutego między delegacją Dumy (M. W. Rodzianko, N. W. Niekrasow, I. I. Dmitrukow i N. W. Sawicz) a wielkim księciem Michałem Aleksandrowiczem i przewodniczącym Rady Ministrów księciem N. D. Golicynem". /A.B. Nikolaev "Rewolucja parlamentarna: Piotrogród, 27 lutego - 3 marca 1917 roku", "Przegląd Wschodnioeuropejski", T. 10, nr 3, 2019, s. 60-61/
  2. Kiedy widzę jak dla kogoś artykuł z "FiM" jest wiarygodnym źródłem wiedzy o tym jak konkordat wygląda z punktu widzenia prawa, to trudno nie zatroskać się nad stanem polskiej edukacji i deficytem zwykłego zdrowego rozsądku. No ale spójrzmy jak to wygląda z punktu widzenia "FiM-u", którego dziennikarze posiedli prawdę. W tym artykule stoi: "Przyjmując za punkt wyjścia w sprawach finansowych instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa obowiązujące ustawodawstwo polskie i przepisy kościelne Układające się Strony stworzą specjalną komisję, która zajmie się koniecznymi zmianami. Nowa regulacja uwzględni potrzeby Kościoła biorąc pod uwagę jego misję oraz dotychczasową praktykę życia kościelnego". Wprost z tego artykułu nie wynika, że musi dotować, choć swoją drogą dlaczego by nie? Faktycznie nie ma w tym artykule nic o przestrzeganiu norm sanitarnych, co więcej nie ma nic o tym, że budynki podlegające kościołowi, w których prowadzi on działalność np. w postaci opieki paliatywnej, podlegają normom i przepisom polskiego prawa budowlanego. W efekcie tego, kolejne rządy nie zrywające takiego konkordatu biorą na siebie winę za ewentualne katastrofy budowlane w takich budynkach. Zadziwiające, jak skądinąd całkiem inteligentne osoby w swym zacietrzewieniu potrafią sięgać po takiego rodzaju argumenty, których waga nieco podważa tę inteligencję. Można to pociągnąć dalej i zgłaszać pretensje, że skoro stroną konkordatu jest państwo, którego głowa ma mieć szczególne kontakty z Wszechmocnym to w takiej umowie powinny być artykuły zabezpieczające nasz kraj przed powodzią, suszą, szarańczą i gradobiciem. A gdyby jednak takie katastrofy nawiedziły nasz kraj, strona polska miałaby prawo do stosownego odszkodowania. Na wszelki wypadek nikt nie wspomni o art. 26: "Kościelne osoby prawne mogą zakładać fundacje. Do fundacji tych stosuje się prawo polskie". Polscy biskupi grekokatoliccy nie podlegają i w momencie podpisywania konkordatu nie podlegali żadnemu metropolicie z siedzibą we Lwowie. Zwierzchnik tego kościoła w Polsce, w tym przypadku metropolita warszawsko-przemyski podlega (i podlegał) bezpośrednio Rzymowi. Żadna część naszego terytorium nie należy do diecezji czy prowincji mającej swą stolicę poza granicami naszego państwa. To są kwestie elementarne gdy chce się coś napisać o organizacji tego kościoła. Polski Kościół Greckokatolicki jest częścią Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, ale nie: pod względem administracyjno-terytorialnym, prawnym czy w zakresie zwierzchnictwa. Autor z "FiM-u" być może w swym mniemaniu posiadł wiedzę o prawdziwej naturze regulacji tkwiących w konkordacie, za to nie posiadł wiedzy w zakresie organizacji hierarchicznej konfesji greckokatolickiej na Ukrainie. Gdyby cokolwiek sprawdził to wiedziałby, że gdy pisał swój artykuł od trzech lat głową tego kościoła był arcybiskup (większy) kijowsko-halicki a nie: lwowski. O ile mi wiadomo w strukturze greckokatolickiego kościoła ukraińskiego nie ma czegoś takiego jak "Krajowa Konferencja Episkopatu" stąd trudno polskim biskupom do niej należeć, ale może się mylę w tej kwestii? Nic takiego tam nie ma, chyba że ktoś w ten sposób nad interpretuje zapis: ""Kapłani przeniesieni do rezerwy mogą być powołani do odbywania ćwiczeń wojskowych tylko w celu przeszkolenia do pełnienia funkcji kapelana wojskowego na wniosek właściwego przełożonego kościelnego". I tu faktycznie wiele można zarzucić zapisom konkordatowym. To szukanie mogło by się przeciągnąć... do wieczności. Jak dotąd nic w tym zakresie nie zmieniło się w nauce kościoła katolickiego, nie było żadnego papieża, który zaaprobował swym dekretem środki antykoncepcyjne, zatem nie było też reakcji polskiego Episkopatu, który miał głoszenia tegoż dekretu zabronić. Cała ta historyjka zbudowana jest na pogłoskach o wynikach prac komisji z czasów Soboru Watykańskiego II. "Istnieją świadectwa, że papież Jan XXIII w czasie trwania II soboru watykańskiego powołał wieloosobową grupę ekspertów, zrzeszających kapłanów i osoby świeckie (żonate i bezżenne), które miały przygotować dokument na temat kwalifikacji moralnej antykoncepcji. Wnioskiem komisji był pogląd o moralnej dopuszczalności stosowania środków antykoncepcyjnych. Kolejny papież, Paweł VI, powołał jednak swoją komisję składającą się tylko z osób duchownych, kardynałów i biskupów Kościoła katolickiego". /E. Wejbert-Wąsowicz "Teraźniejszość - Człowiek - Edukacja", T. 18, nr 4, 2015, s. 69/ Pani Wejbert-Wąsowicz napisała: "istnieją świadectwa", tworząc atmosferę jakby odkrywała ciemne sekrety z "tajnego archiwum" watykańskiego, tymczasem nie jest żadną tajemnicą powołanie (w marcu 1963 r.) przez Jana XXIII Komisji do spraw Zaludnienia, Rodziny i Rozrodczości, a o tejże komisji wspomina papież Paweł VI w swej encyklice. Nie jest prawdą, że ów papież powołał nową komisję, tylko dwukrotnie uzupełnił jej skład: w 1963 i 1964 roku, i nie jest prawdą, że ostatecznie składała się tylko z osób duchownych. Obrady tejże komisji były tajne i jak wiemy jej członkowie podzielili się na dwie grupy, większą mieli stanowić zwolennicy złagodzenia polityki kościoła w kwestii antykoncepcji. Część z materiałów przygotowanych przez liberalniejszych członków komisji wyciekło do prasy w 1967 r. (czyli rok po tym jak końcowe stanowiska zostały zaprezentowane papieżowi), dzięki czemu można było poznać uzasadnienie ich stanowiska a pośrednio stanowisko ich adwersarzy. Ostatecznie, papieska encyklika "Humanae vitae" rozwiała nadzieje bądź obawy jednych i drugich. /szerz: R.B. Kaiser "The Politics of Sex and Religion", J. E. Smith "'Humanae Vitae': A Generation Later", "Why 'Humanae Vitae' Was Right: A Reader" red. J.E. Smith, B.Häring "La crisi dell'encíclica", "Mensaje" 17, 1968, tegoż "Nuevas dimensiones de la paternidad resposnable", "Razón y Fe", Vol. 193, 1976, K. Rahner "Riflessioni sull'enciclica 'Humanae vitae'"/ I tyle w zakresie ukrywania papieskiego dekretu... Jak najbardziej, jak najbardziej... choć odnoszę wrażenie, że odnosi się ta uwaga głównie do tych co kontestują regulacje zawarte w tym dokumencie.
  3. Oczywistą oczywistością są listy typu: 100 najciekawszych książek..., 100 najnudniejszych..., 100 książek na wakacje, 100 książek, które trzeba przeczytać etc., przyznam jednak, że na takie zestawienie jak w tytule sam bym nie wpadł. Arnaldo Dante Momigliano, uznany badacz starożytności, niejako przy okazji poczynił uwagę (w: "Studies in historiography"), że gdyby stworzyć listę stu najbardziej niebezpiecznych książek, to sugeruje on by wysokie miejsce na niej przyznać "Iliadzie" i "Germanii" (Publiusza Tacyta). Przyznam też, że o ile umieszczenie w takim spisie dzieła Tacyta mogę zrozumieć, to wskazanie utworu Homera; i to mającego być umieszczonym wysoko; cokolwiek mnie zaskakuje. Sto pozycji na taką listę - wydaje się być zbiorem zbyt obszernym przez co nadto łatwo umieścić jakąś książkę w takim zestawieniu, a dziesięć wydaje się być liczbą akuratną. Oczywiście najłatwiej sięgnąć po cudze oceny i przywołać np. jakieś pozycje z kościelnego indeksu prohibitów czy wskazać książki mające szczególnie duże problemy z cenzurą, jak np. opowieść o Leopolda Blooma (szerz.: K. Birmingham "The Most Dangerous Book: The Battle for James Joyce's Ulysses"). To jednak takie pójście na łatwiznę, chyba że ktoś również podziela obiekcje co do książek umieszczonych na takich prohibicyjnych listach. Na potrzeby tego tematu, termin "książka" można potraktować szeroko, może być to utwór literacki, praca naukowa, rozprawa polityczna, zbiór tekstów publicystycznych a nawet pojedynczy utwór poetycki.
  4. 24 lutego 2018 roku małopolska kurator oświaty palnęła na Twitterze, że przewodnikami po Auschwitz powinni być wyłącznie Polacy (licencjonowani przez IPN), abyśmy mieli własną narrację (znaczy: polską) o tym miejscu. Dokładnie siedem dni później media doniosły, iż na drzwiach mieszkania Diega Audero Bottera, Włocha będącego przewodnikiem po obozie, pojawiły się napis "Polska dla Polaków", wizerunek gwiazdy Dawida i swastyka, a na ścianie: "Auswitz for Poland Guide", przy czym często dodawano: "pisownia oryginalna". Trochę wyszło tu lenistwo redaktorów, gdyż w napisie było przekreślone "z": "Auswitƶ for Poland Giude". Można by rzec: oto przykład "mowy nienawiści", kolejny troglodyta nabazgrał coś na ścianie. Troglodyta - bo trudno wytłumaczyć nieznajomość pisowni Auschwitz, tylko skąd to przekreślone "z"? Może to miało być nawiązanie do Żydów? Co bardziej podejrzliwi wskazują, że w odręcznym piśmie włoskim często literę "z" oddaje się przez "z" przekreślone. Litera "w" w tym napisie została oddana jakby połączono dwie litery "v", stąd co jeszcze bardziej podejrzliwi wskazują, że w języku włoskim znak litery "w" jest obcy i występuje jedynie w słowach zapożyczonych, a jak wiadomo ręka bywa szybsza niż głowa. Ot zagwozdka: prowokacyjny napis czy prowokacja... bi.im-g.pl - "Diego Audero Bottero".
  5. Kiedy gazety się (bardzo) pomyliły.

    Nie za bardzo pojmuję tę różnicę pomiędzy błędem oczywistym a wymuszonym. Gazeta chciała jak najszybciej poinformować o zwycięzcy, ze względów na stosowaną przez "Chicago Daily Tribune" technologią wersja całej gazety musiała być utrwalona na płycie wcześniej (w tle mamy jeszcze strajk drukarzy). Opierając się na ocenie swego korespondenta Arthura Searsa Henninga, który do tej pory miał zadziwiającą skuteczność w typowaniu zwycięzców o fotel prezydencki, dano taki a nie inny nagłówek. Podwójna... jak już omawiamy wpadki dziennikarskie to sami bądźmy uważni, gazeta nosiła wówczas tytuł: "Chicago Daily Tribune".
  6. Kiedy gazety się (bardzo) pomyliły.

    Szczerze mówiąc, to współczesne nam czasy kiedyś będą też historycznymi; trzeba mieć przynajmniej taką nadzieję; i któż o nich ma zaświadczyć jak nie my? A informacja podana na stronie ranker.com co do tego fragmentu: "Headlines from the Vancouver Sun, the Vancouver Daily Province, and the World all reported that nobody had died on the Titanic the morning after the disaster" nie do końca jest ścisłą. "The Sun" z Vancouver nie podał wprost, że wszyscy przeżyli, w artykule "Ship Rushing to Aid Titanic, Sinking in Mid-Oceaan---1300 Abroad" (Monday Morning, 15 April 1912) jeden ze śródtytułów brzmiał: "Last Message - From Wireless Say Women Passengers Being Placed in Boats", a w tekście głównym donoszono: "The steamer said that immediate assitance was required. Half an hour afterwards another message came reporting that they were sinkign by the head and that women were being put off in the lifeboats". Natomiast w "The Vancouver Daily Province" (z tego samego dnia, w wydaniu porannym) w tytule podało: "TITANIC SINKING, BUT PROBABLY NO LIVES WILL BE LOST". To jednak trochę inaczej brzmi niż: "donoszono że wszyscy przeżyli".
  7. Kiedy gazety się (bardzo) pomyliły.

    Jeden z artykułów w "Gazecie Olsztyńskiej" dotyczący Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver (2010) został zilustrowany fotografią na której prezentowano maskotki tej imprezy. Pech chciał, że niespecjalnie sprawdzono co wstawiono, a był to fotomontaż. I tak obok maskotek: Miga, Quatchi i Sumi (patronujący paraolimpiadzie) pojawił się "Pedomiś" (PedoBear).
  8. Powracając jeszcze do emblematycznej i kanonicznej postaci Draculi stworzonej przez B. Stokera... choć jancet twierdzi, że każdy utwór można interpretować "jak się chce", to mnie się wydaje, że pewne interpretacje idą zbyt daleko. Otóż w postaci Draculi niektórzy widzą postać Żyda. W skrócie, dowody na taką identyfikację to: przybywa do Londynu na rosyjskim statku, ma zatem uosabiać lęki ówczesnych Brytyjczyków przed żydowską emigracją jaka miała miejsce u schyłku XIX w., głównie związaną z pogromami w carskiej Rosji. Hrabia ma pomocnika w osobie Immanuela Hildensheima ("typ raczej hebrajski", s. 332), osiada w Carfax, które ma się znajdować niedaleko Whitechapel, czyli jednej z dzielnic będącej centralnym punktem na londyńskiej mapie dla nowych emigrantów; co więcej, dzielnicy w której to grasował Kuba Rozpruwacz, przedstawiany często jako wschodni Żyd. Jest obywatelem świata, który nigdzie nie jest zakorzeniony, jak wielu Żydów żyjących w diasporze; posiada w swym zamku wiele monet z różnych krajów ("wszystkie pokryte grubą warstwą kurzu, jak gdyby leżały tu od bardzo dawna", s. 50), czyli jak Żydzi akumuluje kapitał, jest "nomadą" no i oczywiście ma semicki wygląd. Mikołaj Marcela napisał dwie powieści grozy, magisterium z filozofii poświęcił zombie ("Zombie: Powrót potwora. Próba filozoficznej analizy zjawiska"), może przesadnie na stronie Wydawnictwa Literackiego określa się go, jako: "specjalistę z zakresu literatury grozy", ale faktycznie popełnił kilka pomniejszych tekstów o potworach, współredagował zbiór "Potwory-Hybrydy-Mutanty. Pogranicza ludzkiej natury", wreszcie wydał własne opracowanie "Monstruarium nowoczesne"*. W swym artykule zatytułowanym 'Dracula: wampir-Żyd-kapitalista?" (który jest w zasadzie powtórzeniem fragmentu z "Monstruarium..." zatytułowanego: "Vampyre or Vambery?") cytuje ten opis fizjonomiczny tak: "Jego twarz ma bardzo, bardzo wyraziste, ostre rysy; wydatny i cienki nos zakończony jest charakterystycznymi łykowatymi nozdrzami; ma wysokie i wypukłe czoło, a jego włosy, choć rzadkie w okolicach skroni, są poza tym bardzo gęste. Ma bardzo wydatne brwi, stykające się niemal ze sobą powyżej nasady nosa, a ich nadzwyczajna gęstość powoduje, że zwijają się w loki. Usta (...) są stale zaciśnięte, co w połączeniu z wystającymi na wargi, bardzo białymi, ostrymi zębami nadaje tej twarzy wyraz okrucieństwa". /tegoż "Dracula...", "FA-art", nr 3 (93), 2013, s. 29-30; cyt. za: B. Stoker "Dracula", przeł. M. Król, Kraków 2009, s.23; skąd i reszta użytych powyżej cytatów/ Chciałbym zwrócić uwagę, że napisałem "cytuje.. tak", jest to o tyle istotne, że Marcela pominął kilka istotnych szczegółów, otóż poskąpił nam w tym fragmencie opisu uszów i ogólnego wrażenia jakie sprawia wygląd zewnętrzny hrabiego. Nie mogę oprzeć się myśli, że przez to nieco zmanipulował ów wygląd, tak by pasował do przyjętej hipotezy. W wydaniu nowojorskim z 1897 r. ten opis prezentuje się tak: "His face was a strong—a very strong—aquiline, with high bridge of the thin nose and peculiarly arched nostrils; with lofty domed forehead, and hair growing scantily round the temples but profusely elsewhere. His eyebrows were very massive, almost meeting over the nose, and with bushy hair that seemed to curl in its own profusion. The mouth, so far as I could see it under the heavy moustache, was fixed and rather cruel-looking, with peculiarly sharp white teeth; these protruded over the lips, whose remarkable ruddiness showed astonishing vitality in a man of his years. For the rest, his ears were pale, and at the tops extremely pointed; the chin was broad and strong, and the cheeks firm though thin. The general effect was one of extraordinary pallor. Hitherto I had noticed the backs of his hands as they lay on his knees in the firelight, and they had seemed rather white and fine; but seeing them now close to me, I could not but notice that they were rather coarse—broad, with squat fingers". I w innym miejscu: "... and the red scar on the forehead showed on the pallid skin like a palpitating wound (...) and the fair cheeks". /B. Stoker "Dracula", Grosset & Dunlap Publisher, New York 1897, s. 17, s. 285, s. 36; dalej jako: Oryg./ Nie trzeba być anglistą by z łatwością sprawdzić znaczenie terminu: "pale/pallor", pośród wielu znaczeń słownikowych nas zainteresuje: "Pale... of a shade of colour approaching white; faintly coloured. Relatively lighter in colour". /za: "The Shorter Oxford English Dictionary",Third Ed., prep. W. Little, rev. and ed. C.T. Onions, Oxford 1956, s. 1417/ I w tłumaczeniu Marka Króla ta bladość istnieje: "Poza tym ma białe i spiczasto zakończone uszy, szeroką i silną szczękę, a policzki mocne, choć wychudłe. Nad tym wszystkim dominuje ogólne wrażenie nadzwyczajnej bladości". /B. Stoker "Dracula", Wyd. Zielona Sowa, Kraków 2005, s. 23/ Innymi słowy, hrabia to osoba o bladych uszach, bladych dłoniach, bladych policzkach, bladej skórze i ogólnie osoba u której wyróżniającą cechą powierzchowności jest wyjątkowa bladość. Dodajmy do tego informację o barwie oczu, które poza chwilami gdy wpadał w krwiożerczy szał były niebieskie: "I was conscious of the presence of the Count, and of his being as if lapped in a storm of fury. As my eyes opened involuntarily I saw his strong nad grasp the slender neck of the fair woman and with giant's power draw in back, the blue eyes transformed with fury, the white teeth champing with rage, and the fair cheeks blazing red with passion". /Oryg., s. 36/ No i jeszcze ten przymiotnik: "aquiline"... każdy wie, że symboliczny Żyd będzie miał śniadą cerę i haczykowaty nos. Tyle, że w wiktoriańskiej Anglii nieco inaczej postrzegano orli (rzymski) nos. Z zakrzywionym nosem przedstawiano w karykaturach Żydów (por. S. Winkler "The fear of the 'Other' and anti-semitism: Repreentations of the Jews in 'Punch' and Bram Stoker' 'Dracula' in the light of rising English nationalism", "VIDES" University of Oxfrod, , Vol. 5, 2015, fig.1, s. 102) ale mógł on również symbolizować: siłę, wyższość, wreszcie mógł nawiązywać... do aryjskiej rasy. "Two other book-lenght studies, Curtis's 'Apes and Angels: The Irishman in Victorian Caricature' (1971) and Cowling's 'The Artists as Anthropologist: The Representation of Type and Cahracter in Victorian Art' (1989), bothe document at lenght the Victorian interest in the 'science' of physiognomy and in caricaturists' purposeful manipulation of specific facial features to indicate class and character. Whereas, according to Curtis, the poor Irish (Roman Catholic) peasent was frequently simonized with an ape-like face and sloping forehead, the Anglican clergyman, according to Cowling, was supposed to exhibit a large and lofty forehead indicative of his spiritual and intellectual prowess. Thy Aryan type was the most highly favored 'with prominent nose (...) Both the shape of the nose and cheeks indicated, like the forehead's angle, the subject's soial status and level of intelligence. A Roman nose was superior to a snub nose in its suggestion of fimness and power, and heawy jaws revealed a latent sensuality and coarseness". /E. McNess "'Punch' and the Pope: Three Decades of Anti-Catholic Caricature", "Victorian Periodicals Review", Vol. 37, No. 1, Spring 2004s. 22/ Dla każdego fana horrorów wizja bladolicego wąpierza, zwłaszcza gdy sobie obficie nie pochłeptał krwi - jest czymś oczywistym. Postać hrabiego, bladolicego z niebieskimi oczami niezbyt jednak pasuje do wyobrażonej figury wschodniego Żyda. Stąd me wrażenie, że pan Marcela trochę "ponaciągał" tekst. "Jednak wampiry z Żydami w powieści Stokera łączy znacznie więcej. To nie przypadek, że Draculi w ucieczce przed Drużyną Światła pomaga niejaki Immanuel Hildesheim: 'typ raczej hebrajski niż adelficki, z nosem jak owca i w fezie na głowie'". /"Dracula: wampir-Żyd-kapitalista", s. 30; cyt za: op.cit. , s. 332/ Skąd autor tych uwag wie, że nie był to przypadek - nie wiemy. Wiemy jedynie, że Hildesheim na polecenie listowne, bliżej mu nieznanego, niejakiego pana de Ville z Londynu, miał dopilnować przekazania przesyłki, która przybyłą na pokładzie "Carycy Katarzyny" do Galati, w ręce Piotra Skińskiego, który miał kontakty ze Słowakami prowadzącymi handel i przewóz rzeczny. Jeśli był zatem: pomocnikiem, to nieświadomym. Nie wiadomo dlaczego Marcela nie jest konsekwentny i nie doszukuje się żydowskiego śladu u innych tego typu pomocników, którzy wykonywali podobne czynności związane z transportem skrzyń. Jak przedstawiciel z firmy Samuel F. Billington & Son., pan Carter z Paterson & Co. pan Mitchell z Sons & Candy, czy pracownicy Mackenzie & Steinkoff? A co z Samem Bloxamem, który zawiózł dziewięć skrzyń na Piccadilly czy Thomasem Snellingiem i Josephem Smolletem, którzy rozwozili inne skrzynie po Londynie? No ale z Cartera czy Mackenziego trudno uczynić Żyda, jeszcze od biedy dałoby się pewnie ze Steinkoffa... Najciekawszym w tym wszystkim jest fakt, że to przecież Jonathan Harker no i Peter Hawkins są głównymi aktorami powieściowych wydarzeń współodpowiedzialnymi za przybycie Draculi do Carfax, głucho jednak o tym by nazywano ich "nieprzypadkowymi pomocnikami". Tak na marginesie, drobiazg o translatorskich potyczkach. W oryginalnym wydaniu Hildesheim został określony jako: "Hebrew of rather the Adelphi Theatre type", co M. Król przełożył jako: "raczej hebrajski niż adelficki", Małgorzata Moltzan-Małkowska oddała to jako: "był w typie hebrajskim czy raczej lewantyńskim" (B. Stocker "Dracula", Vesper, Poznań 2011, s. 371). Jak widać tłumaczom wyszło zupełnie coś innego. Jak się wydaje, Król nie za bardzo zrozumiał co kryje się pod określeniem: "Adelpi Theatre type". W kontekście XIX-wiecznego Londynu to po prostu, właśnie - hebrajski typ. Bliższa pierwotnemu sensowi jest raczej pani Molztan-Małkowska, można by powiedzieć, iż był to typ: hebrajski, podtyp: adelphi. Adelphi Theatre wystawiało swe sztuki w dość szczególnym stylu, co zaczęto określać jako "Adelphi screamers". Początkowo odnoszono to do fars i komedii które tam odgrywano, ale już w czasach bliższych życiu Stokera były to dramaty. A w tychże, częstą postacią był Żyd i środowisko żydowskie, przedstawiani w niezbyt pozytywnym świetle. To na deskach tego teatru miały miejsce premiery sztuk według utworów Charlesa Dickensa, który tak często portretował żydowskie środowisko. "Leah, Bel Demonio, Manfred Plays performed at London theatres in 1863. Augustin Daly's drama Leah, the Jewish Maiden was produced at the Adelphi. It was phenomenal succes, running for over two hundred nights...". /"Victorian Theatrical Burlesques" ed. R.W. Schoch, Burlington 2003, b.p., przyp. 28/ "In 1889 the 'Jewish Chronicle' had objected strongly to Pettit and Sims's 'London Day by Day', which played at the Adelphi Theatre; this play gave 'a sketch of a Jew money-lender' that outshone 'all previous efforts in its offensiveness'. The newspaper noted that one of the dramatic critics who reviewed the drama could not help 'wondering how the Jews, who supply us with managers, actors, lavish patrons of the drama, nad (I believe) one or two dramatic critics, can stand the way in which their race is persistenly libelled on the London stage". /"The Complete Works of Oscar Wilde" general ed. I. Small, Vol. 3 "'The Picture of Dorian Gray'. The 1890 and 1891 Texts" ed. J. Bristow, Oxford Univ. Press 2005, s. 382/ "Należy zwrócić uwagę na znaczenie imienia Van Helsinga, bowiem Abraham to tyle, co „kochający ojca”, natomiast zgodnie z przekazami biblijnymi Abraham uznawany jest za ojca narodu żydowskiego, co z kolei wydaje się ciekawe w kontekście „żydowskiego” wątku Draculi oraz gorliwej chrześcijańskiej wiary Profesora". /M. Marcela "Monstruarium nowoczesne", Katowice 2015, s. 78, przyp. 153/ Marcela poskąpił informacji skąd zaczerpnął swą wiedzę o takiej etymologii i zapewne słusznie, bo wydaje się, że jest nim polskojęzyczna Wikipedia. Z tym imieniem nie jest taka prosta sprawa. Biblista i hebraista dr Marcin Majewski w swym popularnym opracowaniu "Tajemnice biblijnych imion" objaśnia: "To, co jest pewne, to słowo אב aw, które rozpoczyna zarówno wersję krótszą (wcześniejszą) אברם Awram oraz dłuższą (późniejszą) אברהם Awraham. To bardzo ważne słowo biblijne. Wywodzi się od czasownika אבה awa, który oznacza „zgadzać się, zrobić coś z obowiązku, ulegać”. Zakłada więc jakiś autorytet nakazujący. I takie znaczenie ma tytuł aw w Biblii, nadawany znacznie szerzej niż tylko ojcu. Otrzymuje go np. Józef jako główny doradca faraona (Rdz 45,8); otrzymują go starsi miasta (2Krl 2,12), prorocy (2Krl 6,21), mędrcy (Syr 2,1), a wreszcie sam Pan Bóg (Iz 63,16; Oz 11,1). Zatem słowo aw nie jest prostym odpowiednikiem męskiego rodzica, ale określeniem wyrażającym respekt i szacunek wobec osoby cieszącej się autorytetem i władzą (...) Końcówka רם ram w krótszej wersji imienia (Awram) pochodzi od czasownika רום rum, który oznacza „być wysoko, u góry, wywyższać, być wywyższonym, wyniesionym”. Imię Awram oznacza więc Ojciec Wywyższony, Ojciec Wyniesiony (w domyśle: ponad innych ojców) lub po prostu Potężny Ojciec (...) Z kolei forma רהם (rhm) z imienia dłuższego sprawia pewien kłopot, gdyż nie odnajdujemy jej w języku hebrajskim. SłowoAwraham w świętym języku Biblii nie posiada więc żadnego oczywistego znaczenia. Można za to snuć pewne przypuszczenia. Zmiana imienia oznaczała tak naprawdę dodanie w środku jednej litery: ה „h”. Notabene, przemianowanie żony Abrahama z Saraj na Sarę to również zabieg dodania litery ה „h”. Gdy do wyrazu Awram dodajemy literę „h”, zmieniamy rozkład ciężaru spoczywającego na pojedynczych głoskach i wówczas możliwe jest odczytanie imienia Awraham jako złożenie czasownika אבר awar(latać) i zaimka הם hem (oni). Imię tworzyłoby więc poetycki zwrot „Oni będą latać!”, wieszczący świetlaną przyszłość potomkom Abrahama. Jest też możliwa inna interpretacja dodania litery „h” do słowa Abram. Zabieg ten powoduje, że w sercu imienia patriarchy pojawia się czasownik ברה – czasownik, który jest podstawą jednego z najważniejszych słów Biblii: ברית berit, przymierze". /z fragmentu książki udostępnionego na stronie: opoka.org.pl/ No ale mniejsze o znaczenie tego imienia, co ma wynikać z faktu, że jeden z przeciwników Draculi ma starotestamentowe imię? Tego typu imiona nie są czymś niezwykłym zwłaszcza w środowiskach protestanckich, a takiego wyznania był właśnie Stoker. Z tych wątków osobowych wynika, że skoro jeden z nieświadomych pomocników hrabiego był Żydem to pozwala w Draculi widzieć "symbolicznego Żyda" i zarazem, skoro jego przeciwnik nosił "żydowskie" imię to pozwala w Draculi widzieć "symbolicznego Żyda". A co wynika z faktu, że ramię w ramię z van Helsingiem walczą np: Jonathan, Quincey, John czy Arthur? W Polsce znane było powiedzenie, że każdy ziemianin (szlachcic) miał swego Żyda; takiego właśnie pomocnika; faktora który załatwiał dlań sprawy handlowe a jak było trzeba pomagał uzyskać pożyczkę. Pamiętamy to na ogół za sprawą Henryka Sienkiewicza, który ustami Leona Płoszowskiego (w "Bez Dogmatu") powiadał: "Zauważyłem to już dawno, że w tym kraju, jak każdy szlachcic ma swego żyda". Na szczęście nikt jeszcze nie wpadł na pomysł (chyba?) by z każdego takiego ziemianina uczynić "symbolicznego" Żyda. Weźmy teraz kwestię lokalizacji głównej siedziby hrabiego w Anglii, czyli Carfax Abbey. To Jimmie E. Caine wskazał na bliskość geograficzną Carfax do Whitechapel i związane z tym żydowskie konotacje: "In the villain of his 1897 novel 'Dracula' Bram Stoker apparently incorporates such accounts of the immigrants Jews crowding the dilapidated and poorly drained slums of London's East End. The Count's residence at Carfax, in Purfleet, for instance, is well to the east downtown London, near the Whitechapel district, the epicenter of the London immigrant community. In addtion to its dense Jewish population, whitechapel was also noteworthy as the scene of the murder ascribed to jack the Ripper, a figure often represented in newspapers stories and skatches as an Eastern Jew". /"Racism and the Vampire. The anti-Slavic Premise of Bram Stocker's 'Dracula'", w: "Draculas, Vampires, and Other Undead Forms" ed. J.E. Browning, C.J. "Kay" Picart, Lanham, Maryland 2009, s. 128/ Problem w tym, że zupełnie nie wiem jak doszedł do tego związku i takiej lokalizacji. Nieruchomość Carfax to miejsce wymyślone a Whitechapel w książce w ogóle nie występuje. Wiemy, że Jonathan Harker przybył do hrabiego by sfinalizować nabycie Carfax, która to nieruchomość znajdowała się w Purfleet (o poszukiwaniach ew. pierwowzoru por. uwagi Jonathana Cattona z Thurrock Museum: www.thurrock.gov.uk - "Purfleet's Dracula connection"). Tyle że prawdziwe Purfleet leży jakieś dwadzieścia sześć kilometrów na wschód od Londynu. A gdzie leży powieściowe Carfax? Otóż, gdy Harker znalazł w zamku Draculi atlas były w nim na mapie Anglii zaznaczone kółkami różne miejsca, między innymi jedno z nich w miejscu jego nowej posiadłości; czyli w Carfax; w pobliżu Londynu. "Presently, with an excuse, he left me, asking me to put all my papers together. He was some little time away, and I began to look at some of the books around me. One was an atlas, which I found opened naturally at England, as if that map had been much used. On looking at it I found in certain places little rings marked, and on examining these I noticed that one was near London on the east side, manifestly where his new estate was situated; the other two were Exeter, and Whitby on the Yorkshire coast". /Oryg., s. 26/ Jak Caine'owi wyszło, że posiadłość leżąca "po wschodniej stronie, w pobliżu Londynu" znajduje się: "we wschodnim centrum Londynu" -to już pozostanie dla nas tajemnicą. Za to pasuje to bardziej do jego hipotezy o żydowskiej figurze Draculi. Dla wskazania związku z emigracją żydowskiej biedoty i ich głównych centrów w Londynie o wiele lepiej nadawałoby się inne miejsca gdzie trafiły skrzynie z transylwańską ziemią: Chicksand Street, Mile End New Town czy Jamaica Lane w Bermondsy. Wszystko to miejsca wokół Whitechapel, bądź należące do tej dzielnicy. Tylko należy przecież uwzględnić domniemania wyrażone przez Harkeya, wedle których nie miały być to miejsca docelowe "gniazd" wampira, a raczej miejsca skąd część z nich miała trafić gdzie indziej. A nikt nie jest w stanie udowodnić, że te: "inne miejsca" miałyby ograniczać się do okolic Whitechapel. A przy tym pozostaje kwestia nabycia domu przez Draculę przy Piccadilly, pod numerem 347, jak mniemam nawet Caine nie podjąłby uzasadnienia związku tego miejsca ze slumsami żydowskimi. No chyba, że Dracula szukał sąsiedztwa z pobratymcami w osobie któregoś z Rothschildów , tylko co oni mieli wspólnego z emigrancką biedotą żydowską? "There were, he said, six in the cartload which he took from Carfax and left at 197, Chicksand Street, Mile End New Town, and another six which he deposited at Jamaica Lane, Bermondsey. If then the Count meant to scatter these ghastly refuges of his over London, these places were chosen as the first of delivery, so that later he might distribute more fully. The systematic manner in which this was done made me think that he could not mean to confine himself to two sides of London. He was now fixed on the far east of the northern shore, on the east of the southern shore, and on the south. The north and west were surely never meant to be left out of his diabolical scheme—let alone the City itself and the very heart of fashionable London in the south-west and west". /Oryg., s. 287/ Nie zauważyłem, by w wielu publikacjach poświęconych tego rodzaju interpretacji postaci Draculi, ktokolwiek wyjaśnił: jak lęk przed biednymi emigrantami, biedotą mającą przynosić choroby, zabierającą pracę prostym robotnikom i rzemieślnikom, ma uosabiać akurat arystokrata?? * - Tak sobie przy okazji ponarzekam zgryźliwie. "Monstruarium..." wydano w serii Historia Literatury Polskiej Wydawnictwa Uniwersytetu Śląskiego. Niezbadane są powody dla których redaktor tej serii - Marek Piechota, filolog i literaturoznawca, uznał że właśnie ta książka pasuje do profilu takiej serii. Marcela w swym opracowaniu omawia; mniej lub bardziej obszernie; 33 utwory literackie i... 145 filmów, nieszczególnie trafna to proporcja dla książki mającej zaprezentować nam "Historię Literatury". Co więcej, tylko jeden z tych filmów (a właściwie serial) jest polski, a wśród autorów dzieł literackich tylko dwunastu jest Polakami przy piętnastu z zagranicy, co jest proporcją nieszczególnie pasującą do: "Historii Literatury Polskiej".
  9. Co do zasady przepisy były chyba podobne, tak np. wskutek utraty sztandarów, podczas wojny bolszewickiej, rozformowano i skreślono z rejestru 46 i 47 pułk piechoty. Co nieco o tej kwestii można znaleźć w piśmie "Mars" (T. 4, 1996), tudzież w książce Włodzimierza Drzewienieckiego "Wrześniowe wspomnienia podporucznika". Może coś będzie w opracowaniu Jerzego Murgrabiego "Symbole wojskowe Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, 1939-1946".
  10. W latach trzydziestych (międzywojnia) toczyła się burzliwa dyskusja w środowisku naszych językoznawców dotycząca reformy ortografii, oczywiście w jej ramach toczył się nieśmiertelny spór względem: "ż" i "rz", "h" i "ch", "u' i "ó", jak również o znaki diakrytyczne (ich liczbę i kształt). Do tej dyskusji przyłączyło się wielu wydawców. Polskie Towarzystwo Wydawców Książek zwróciło się do PAU i MWRiOP z memoriałem w którym postulowano przyjęcie rozwiązań z reform języka czeskiego, a miało to przynieść zmniejszenie kosztów druku jak i wzrost czytelnictwa polskich książek pośród narodów słowiańskich. Szerszej publice kwestię kierunku postulowanych zmian, starał się przybliżyć Stanisław Arct (prezes wspomnianego towarzystwa) na łamach pisma "Świat" w swym artykule "Językowe zbliżenie Słowian" (nr 1, z 7 stycznia 1933). Nie jest to miejsce na omawianie sensu tych poprawek, dla nas interesującym będzie, że na marginesie głównej dyskusji pojawia się litera "ƶ" w kontekście zastosowana jej w druku. Kazimierz Nitsch tak to widział: "... idzie mi bowiem o grafikę. Z tego zaś punktu vidzenia vchodzi tu v grę żecz dla ogułu obojętna, ale bardzo bolesna dla dbałych o zevnętsznǫ szatę książki redaktoróv i vydavcóv, a czasem navet i szkodzǫca treści. Oto znaczek nad vielkǫ literǫ jest ze vzględóv technicznych tak słaby, (visi ponad 'mięsem' czcionki), że v druku łatvo odpada, i to poza kontrolǫ, bo pszy odbijaniu piervszych arkuszy mógł się jeszcze utszymać, a odpaść choćby pszy tysiǫcznem udeżeniu, vskutek czego v jednej części nakładu jest dobrze, v drugiej z błędem'. jak to może być szkodlive v artykułach językovych, gdzie się często pszytacza formy nie z języka literackiego, a gdzie bardzo zależy na bezvzględnej dokładności, to dla czytelników 'Języka Polskiego' jest jasne. Ogromne trudności mieli z tem Czesi, aż sobie poradzili, vprowadzająǫc ČŠŽ takiej vysokości, że razem z daszkami nie są vyższe od CSZ: v tych czcionkach 'daszek' opiera się już mocno na 'mięsie' czcionki i nie odpada, ale zato estetyczny obraz bardzo stracił". Nitsch postulował zatem by w wydawnictwach zamiast znaków "Ó, Ć,Ś, Ź" pojawiały się takie gdzie znak diakrytyczny umieszczony był u góry ale wewnątrz litery "O" czy w przypadku "z" podczepiony od dołu do górnej pionowej kreski. I konkluduje: "... a zamiast Ż przekreślone Z, czyli Ƶ. Z tem Ƶ rzecz ciekawa: istnieje ono, ale ograniczone tak terytorjalnie, jak i do pewnych tylko rodzajów pisma, mianowicie tylko w b. zaborze rosyjskim i tylko w wykonaniu ręcznych: pisanem i malowanem (np. na wywieszkach sklepowych). Gdy więc w druku mamy ZAKŁAD STRZYŻENIA WŁOSÓW ZYGMUNTA ŻYCHONIA, to napis nad zakłądem wygląda w Warszawie jako ZAKŁAD STRZYƵENIA ZYGMUNTA ƵYCHONIA, co każdy Polak spoza tego b. zaboru przeczyta jako 'Zakład strzyzenia Zygmunta Zychonia'. A gdy naodwrót jakiś krakowiak czy poznańczyk podpisze się jako Ƶawirski, uważając przekreślenie Z za fantazyjną ozdobę litery, bez wartości treściowej, to warszawiak przeczyta jego nazwisko jako Żawirski; znam pozytywne wynikające z tego nieporozumienia (...) Vreszcie jeszcze jedna graficzna bolǫczka: bardzo słabe v vielu typah drukarskih rozrużnienie ż od ź. mówię o tym typie ż, v którym zamiast vyraźnej kropki vystępuje jakiś pszecinek (...) ż ma tu kropkę, ale zato ź ma ten jakiś vężyk, który vprawdzie oddavna jest v użyciu, ale tylko dla ż nigdy dla ź. Rozumiem doskonale konieczność rużnego typu czcionek, ale piervszǫ zasadǫ vinno być vyraźne rozrużnienie liter między sobǫ; vszelkie ź nie z prostǫ kreseczkǫ i vszelkie ż nie z kropkǫ sǫ niedopuszczalne". /tegoż "Kilka uwag o graficznej stronie naszej ortografii", "Język Polski", R. XX, nr 1, Styczeń-Luty 1935, s. 12 i n./
  11. "Po ustabilizowaniu się sytuacji walutowej zaistniała możliwość realizacji planów. W tym celu rząd zaproponował kilku firmom zagranicznym i Towarzystwu Robót Publicznych w Poznaniu złożenie ofert na budowę portu o zdolności przeładunkowej 2,5 mln ton rocznie. Ofertą zainteresował się kapitał francuski. 4 lipca 1924 r. została w końcu zawarta umowa między rządem polskim a Konsorcjum Francusko–Polskim dla Budowy Portu w Gdyni, w którego skład wchodziły firmy francuskie oraz polskie. Były to: Polski Bank Przemysłowy we Lwowie i firma „Władysław Rummel i inż. Teodor Nosowicz”. Umowa została zawarta na sumę 28 980 050 zł i objęła budowę do końca 1930 głównego portu i pierwszego basenu wewnętrznego. Koszt inwestycji okazał się jednak o wiele większy. Natomiast wykonanie obiektów portu wojennego na Oksywiu objęły inne umowy zawarte przez Służby Techniczne Kierownictwa Marynarki Wojennej w 1926 r. Także i ten port był zaprojektowany przez inż. Wendę. Ostateczną decyzję podjął Sejm po długotrwałych i zaciętych dyskusjach już 23 września 1922 r. Kolejne umowy z Konsorcjum na kontynuowanie prac przy budowie portu wojennego zostały zawarte w 1926, 1927, 1928 i 1929 r. Prace trwały aż do wybuchu wojny". /L. Molendowski "Dzieje Ojców Jezuitów i szkolnictwo jezuickie w Gdyni", Kraków 2009, s. 25/ Nad czym konkretnie tak zacięcie dyskutowano? Dodam nieco literatury, przedwojenna: J. Rummel, "Gdynia. Port polski", Toruń 1926 "Kronika o polskim morzu. Dzieje walk, zwycięstw i pracy", red. C. Peche, Warszawa 1930, "Organizacja portów morskich. Ze szczególnym uwzględnieniem Gdyni i Gdańska" red. J. Borowik, J. Nagórski, Toruń 1934 S. Łęgowski, "Port w Gdyni", w: "XV lat polskiej pracy na morzu", red. A. Majewski, Gdynia 1935 C. Klarner, "Rola inicjatywy prywatnej w rozbudowie Gdyni", w: "Pamiętnik Instytutu Bałtyckiego. Obrona Pomorza", red. J. Borowik, Toruń 1930 F. Hilchen, "Porty morskie. Urządzenia przeładunkowe, organizacja eksploatacja", Warszawa 1936 F. Hilchen, B. Nagórski, "Organizacja portów ze szczególnym uwzględnieniem portu w Gdyni", "Przemysł i Handel" 1929, z. 14 B. Koselnik, "Administracja portu gdyńskiego", "Sprawy Morskie i Kolonialne" 1936, z. 2 powojenna: A. Rudzki, "Administracja portów. Fragmenty zagadnienia", Londyn 1945 Cz. Klebasz "Port Gdynia 1922-1972", Gdańsk 1977 "Gdynia. Sylwetki ludzi. Oświata i Nauka. Literatura i kultura", red. A. Bukowski, Gdańsk 1979 "Dzieje Gdyni", red. R. Wapiński, Wrocław 1980 M. Odyniec, B. Hajduk "Gdynia w prasie niemieckiej Wolnego Miasta Gdańska 1920— 1939", Gdańsk 1983 M. Filipowicz, "Ludzie, stocznie i okręty", Gdańsk 1985 M. Widernik "Główne problemy gospodarczo-społeczne miasta Gdyni w latach 1926-1939", Gdańsk 1970 tegoż "Polityczne oblicze miasta Gdyni w latach 1926-1939", Gdańsk 1970 tegoż "Porty Gdyni i Gdańska w życiu gospodarczym II Rzeczypospolitej", Gdańsk 1991 tegoż "Życie polityczne Gdyni w latach 1920–1939", Gdańsk 1999 tegoż "Gdynia – czynnik integracji Pomorza Gdańskiego z pozostałymi ziemiami polskimi w latach 1920-1939", "Zapiski Historyczne", 1976, t. 41, z. 2 "Gdańsk – Gdynia – Europa – Stany Zjednoczone w XIX i XX wieku. Księga pamiątkowa dedykowana profesor Annie Cienciale", red. M. Andrzejewski, Gdańsk 2000 D. Duda, Z. Machaliński, R. Mielczarek, "Z dziejów polskiej administracji morskiej. Lata 1918–1928", Gdynia 2008 B. Kasprowicz, "Problemy ekonomiczne budowy i eksploatacji portu w Gdyni w latach 1920–1939", "Zapiski Historyczne" 1957, z. 1–3 M. Wieloszewska, "Z zagadnień gospodarki finansowej portów w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie w okresie międzywojennym", "Technika i Gospodarka Morska" 1959, nr 9 S. Mikos, "Powstanie i rozwój portu gdyńskiego w okresie międzywojennym", Gdynia "Pomorze Gdańskie", nr 5, Gdańsk 1968 Cz. Jeryś "Budownictwo okrętowe w Gdyni 1920-1945", Gdynia 1980 M. Gwiazda, "Powstanie i rozwój komunikacji miejskiej w Gdyni", cz. 1 "Lata 1927-1945", "Rocznik Gdyński", 1983, nr 4; R. Mielczarek, "Początki administracji morskiej", "Rocznik Gdyński" 1992–1993, nr 11 tegoż "Budowa portu handlowego w Gdyni w latach 1924–1939", Gdańsk 2001 D. Płaza-Opacka "Gdynia lat trzydziestych w fotografii Henryka Poddębskiego", Gdynia 1996 M. Kadras "Stefan Franciszek Sokół. Komisarz Rządu w Gdyni", Pelplin 2002 "Wędrówki po dziejach Gdyni", red. D. Płaza-Opacka, T. Stegner, cz. 1 Gdynia 2004, cz. II Gdynia 2007, L. Molendowski "Teofil Zegarski (1884-1936). Pedgog, urzędnik, pomorski działacz społeczny i twórca 'Orlego Gniazda' w Gdyni", Gdynia 2011 J. Tymiński "Administracja morska w Gdyni w okresie Drugiej Rzeczypospolitej. Organizacja, kadry, działalność" (abstrakt), "Dzieje Najnowsze", R. LI, z. 3, 2019.
  12. Drobiazg związany z wystawieniem przez króla besztalunku zezwalającemu księciu Januszowi Radziwiłłowi na zaciąg tysiąca piechoty autoramentu cudzoziemskiego i dwustu dragonów: "W otoczeniu Krzysztofa Radziwiłła powstały bowiem co najmniej dwa dokumenty, zawierające wyliczenia kosztów zaciągu regimentu księcia podkomorzego. Niewykluczone, że oba, a zwłaszcza „Komput przychodu ze skarbu na cały regiment, to jest na 1000 piechoty a na 200 dragonów i zaś co nań zaraz na początku ważyć trzeba”, zostały spisane przez Kochlewskiego, który zajmował się większością spraw związanych z finansowaniem i organizacją pułku. Z obu memoriałów jasno wynika, że autor (autorzy?) zakładali, iż skarb publiczny pokryje koszt żołdu oraz części laufgeldu dla całego regimentu, szacowany w „Kompucie przychodu ze skarbu” na 51 000 zł. O resztę wydatków troszczyć się musiał pułkownik. Należy zatem odnotować, że autor „Komputu przychodu ze skarbu” obok 6 zł laufgeldu wypłacanego ze skarbu królewskiego liczył kolejne 6 zł z tego samego tytułu, tyle tylko, że – jak można się domyślać – wypłacane z kiesy książęcej, co oznacza, że Radziwiłł musiałby dołożyć do zaciągu samych żołnierzy 8400 zł. W świetle obu dokumentów musiał zapewnić piechurom sukno (paklak i karazję) na ubranie – brano pod uwagę wyposażenie żołnierzy w kazjaki i pludry, a więc strój niemiecki, a ponadto pasamony, haft ki, buty, pończochy oraz kapelusze. Autor „Komputu przychodu ze skarbu” policzył także koszt uszycia całego stroju, szacowany przezeń na niebagatelną kwotę 3000 zł. Na tym jednak nie koniec, oberszter winien bowiem – w świetle obu dokumentów – dostarczyć żołnierzom uzbrojenie: piki, muszkiety oraz broń białą (w tym ostatnim przypadku jedynie dla połowy pułku), których koszt określano na 13 200 zł, nie podano natomiast wydatków na zbroje, szyszaki, proch, kule oraz lonty. Oficerowie mieli otrzymać partyzany. Nie zapomniano również o sporządzeniu chorągwi i wyposażeniu kompanii w bębny oraz piszczałki. „Komput przychodu ze skarbu” opisał także wydatki na zaciąg dragonów. Obok analogicznego jak w przypadku piechoty stroju, jak również muszkietów, ręcznej broni białej oraz chorągwi należało zakupić dla nich konie (podjezdki), siodła, uzdy i ostrogi. W sumie koszt kwartalnego utrzymania całej jednostki wynieść miał 76 400 zł, czyli 25 400 zł więcej niż gwarantował skarb, przy czym koszt jednego piechura zamknąć się miał – w świetle drugiego z zestawień – w kwocie 42 zł". /P. Gawron "Koszty wystawienia regimentu piechoty cudzoziemskiej w Wielkim Księstwie Litewskim w pierwszej połowie XVII wieku", "Rocznik Lituanistyczny", Vol. 5, 2019, s. 151-152/
  13. Niemcy porywali Polki do domów publicznych

    Odnotujmy kolejną pozycję o tym trudnym temacie, książkę Joanny Ostrowskiej "Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej" (Warszawa 2018, Wyd. Marginesy). W artykule recenzyjnym tej pozycji Jacek Chrobaczyński podaje (za tą publikacją): "Kobiety rekrutowano przymusowo. Na początku wykorzystywano prostytutki rejestrowane przed wojną, werbowane za pomocą ogłoszeń. Jednak bardzo niewiele z nich zgłaszało się dobrowolnie. Urządzano więc łapanki, a kobiety podejrzane o nierząd wpisywano do rejestru. Każda otrzymywała nowe dokumenty osobiste – karty w czterech kolorach informujące, czy jest podejrzana o uprawianie nierządu, czy jest rejestrowaną prostytutką albo czy jest (lub była) chora wenerycznie (...) Autorka odpowiedzialnie badawczo porusza się po kwestiach statystycznych, np.: „Razem w dystrykcie warszawskim pracowało więc w tamtym okresie sześć kobiet” (s. 78). A w podsumowaniu dodaje: „W obecnej sytuacji, przy wielkiej ilości wojska w dystrykcie, istniejące domy publiczne nie wystarczają” (s. 78). Zaś w kolejnym okresie okupacji: „W połowie kwietnia 1943 roku na terenie Warszawy przebywało nadal około dziewięciuset prostytutek rejestrowanych, a dziewięćdziesiąt z nich przetrzymywano w domach publicznych na terenie dystryktu” (s. 79). „Przez dwa i pół roku liczba prostytutek legalnych nie zmieniła się praktycznie”. Natomiast „W okresie od 1940 do połowy 1943 setki Polek wykorzystywano w instytucjach przymusowego nierządu w Rzeszy, na froncie wschodnim i w Generalnym Gubernatorstwie” (s. 79)". /tegoż "Weiβkarte, Blaukarte, Rotkarte, Gelbkarte", "Dzieje Najnowsze", Vol. 51, nr 3, 219, s. 363, s. 373-374/ I taka istotna konstatacja: "Ciekawe, szczególnie dla kontekstu powojennego, że autorka dostrzega wiele uchybień w powojennych przesłuchaniach prokuratorskich oraz w samych procesach ofiar „przemocy seksualnej”. Wypełnia w swej pracy udanie rzetelne „zastępstwo” niedojrzałych i nieodpowiedzialnych prokuratorów i sędziów tamtego czasu, znanych przecież w większości z imienia i nazwiska. Analizuje też wyroki i ich sentencje, także pominięcia i niedopatrzenia prawne, interpretacyjne, złowieszcze kulturowe czy wręcz religijne15. Stereotypy i mity nadal przecież obecne, więcej – utrwalone w postawach i zachowaniach większości ówczesnego społeczeństwa. Stereotyp utrwalany stale – prostytutka, zmuszona przemocą do obecności w puffi e czy burdelu dla żołnierzy nie miała prawa, w świetle także tych powojennych procesów, być ofi arą przemocy seksualnej. Pozostawała, a sąd to utrwalał, „elementem aspołecznym”, co zrównywało, i to w niemałym stopniu, wytyczne okupacyjne niemieckie z oceną sądu już powojennego, polskiego". /tamże, s. 381382/
  14. A Komar pytał o to osobiście Korotyńskiego? Poza tym stosowniejszą osobą co do pytania dlaczego "ƶ" a nie "ż" byłby Wiktor Borowski, to za jego kadencji redaktorskiej miały miejsce te zmiany typograficzne. "Życie Warszawy" rozpoczęło swój gazetowy żywot w 1944 r. z "ƶ", które egzystowało do numeru 56 z 25 lutego 1945 r., ponownie "ƶ" pojawiło się 24 maja tegoż roku w 141 numerze.
  15. Nie sądzę by był przepis regulujący sytuację utraty sztandaru, zwłaszcza że trudno byłoby uwzględnić wszystkie okoliczności. We wrześniu to raczej nie miano czasu na ocenianie stanu ducha i jego związku z utratą sztandaru, a później we Francji czy Anglii też się chyba tym nie zajmowano. A w sytuacji zagrożenia utraty postępowano wedle znanych od lat praktyk, ostatecznie zagrożony sztandar zakopywano, przekazywano zaufanym ludziom na przechowywanie, dzielono na kilka kawałków ostatecznie palono (np. 22 czy 26 Pułku Ułanów). Utrata sztandarów w 1939 r. oczywiście miała miejsce, ilu to trudno ocenić. "Zdobyte" (w ten czy inny sposób) sztandary Niemcy eksponowali; pośród innych trofeów wojennych; na wystawie w berlińskim arsenale. Pod koniec wojny zbiory z Zeughausu przeniesiono do Freyburga i na zamek Weidmannsheil. Większość sztandarów nie przetrwała w toku dalszych działań militarnych. Z tego co pozostało władze NRD przekazały Polsce w sumie jakieś 25 sztandarów (w dwóch partiach po 12 i 13 sztandarów). Były to m.in.: "Na polecenie dyrekcji Muzeum Historii Niemiec w Berlinie przekazane zostały ambasadorowi Rzeczpospolitej Polski w Berlinie dla Centralnego Muzeum Armii w Warszawie 14 listopada 1967 roku następujące obiekty: sztandar 66 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.464), sztandar 2 Pułku Ułanów (Szwoleżerów) (nr inw. G 51.482), sztandar Wojskowego Przygotowania Kolejarzy (nr inw. G 51.489), sztandar Związku byłych Członków Straży Kolejarzy Rzeczpospolitej Polskiej (nr inw. G 51.488). Dnia 6 czerwca 1971 roku na ręce ambasadora w Berlinie przekazano: sztandar 14 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.483), sztandar 42 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.484), sztandar 5 4 Pułku Piechoty ( nr inw. G 51.485), sztandar 62 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.486), sztandar 64 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.480), sztandar 70 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.487), sztandar 8 Pułku Artylerii Ciężkiej (nr inw. G 51.481) , sztanda r Legion u Młodzież y (nr inw. G 51.490). Informacja uzyskana z Muzeum Historii Niemiec w Berlinie". /J. Waluś, K. Waluś "4 Pułk Strzelców Konnych Ziemi Łęczyckiej: jego sztandary i ich wojenne losy", "Notatki Płockie", T. 57, nr 3, 2012, s. 20, przyp. 15/ Można zajrzeć do książki Kazimierza Satora "Opowieści wrześniowych sztandarów" (i jej kontynuacji "Na tropie wrześniowych sztandarów"), choć podejrzewam, że bardziej traktuje ona o losach ocalonych i przechowanych sztandarów.
  16. Zinowiew nigdy nie odsiadywał pięcioletniego wyroku pozbawienia wolności na Uralu, to była czteroletnia zsyłka od miasta o nazwie Kustanaj (Кустана́й). W 1933 r. pracował w prezydium "spółdzielni konsumenckiej" (Центросоюзе). A w 1934 roku (w lutym) siedział sobie pośród innych towarzyszy na XVII Zjeździe partii, co więcej nawet tam przemawiał chwaląc towarzysza Stalina. Udowodniono w świetle przemyśleń A. Brissauda, udowodniono wedle euklidesa, udowodniono wedle większości publikacji naukowych, czy: udowodniono wedle ustaleń ówczesnego sądu?
  17. W naszej Wikipedii zapisano: "Pierwsze działania Inkwizycji i późniejsze stosunki z Kościołem. Na Galileusza zostały złożone skargi do Świętej Inkwizycji, w której ojcowie Caccini i Niccolo Lorini zarzucili mu dobrowolną interpretację Pisma. Inkwizycja Rzymska odrzuciła zarzuty w lutym 1615 roku. Pomimo tego Kardynał Maffeo Barberini, przyszły papież Urban VIII, zalecił Galileuszowi większą rozwagę w niewykraczaniu poza argumenty, którymi posługiwali się Ptolemeusz i Kopernik...". Informacja o tyle błędna, że nie było to: "pierwsze" działanie tej instytucji względem jego osoby, a: pierwsze działanie związane z jego naukowymi koncepcjami. Galileusz w polu zainteresowania inkwizytorów padewskich po raz pierwszy znalazł się (w 1604 r.) za sprawą oskarżeń jego byłego służącego Silvestra Pagnoniego. W tym przypadku zarzuty związane były z nieobyczajnym prowadzeniem się i nieprzestrzeganiem nakazów kościelnych. Pagnoni oskarżał swego byłego chlebodawcę o życie w niesakramentalnym związku z niejaką Marią Gambą, jak i o to, że nie uczęszczał na msze do kościoła (od osiemnastu miesięcy), jak i o to że miał Galileusz utrzymywać, iż układ planet i gwiazd miał determinować ludzki żywot. Na szczęście dla Galileusza, w przypadku tych oskarżeń zadziałali jego wpływowi przyjaciele i cała sprawa raczej nie wyciekła poza granice Republiki Weneckiej. Przy okazji tych oskarżeń dotykamy kwestii horoskopów, Kościół z pozycji doktrynalnej wypowiadał przeciw tego typu praktykom astrologicznym, co oczywiście nie przeszkadzało wielu; w tym duchownym; w zamawianiu horoskopów. Gdy Ottavio Piccolomini zwrócił się do swego brata arcybiskupa Sieny Ascanio Piccolominiego o ułożenie horoskopu, ten odpowiedział mu, że w związku pobytem w mieście inkwizytorów mało kto chce się tego podjąć a poza tym poznał on sławnego astrologa; czyli Galileusza; który miał wyśmiewać się z horoskopów zauważając, iż opierają się one na niepewnych jeśli nie fałszywych przesłankach. Galileusz swej ogromnej prywatnej bibliotece, liczącej przeszło pięćset woluminów, zgromadził jedynie kilkanaście ksiąg dotyczących astrologii, które w większości dotyczyły technicznej strony tworzenia horoskopów a nie ich interpretacji. Pomimo swego sceptycyzmu, Galileusz nie był od tego by na horoskopach nie zarabiać, w okresie padewskim pobierał za swój horoskop 60 lirów (gdy stawka dzienna robotnika wynosiła wówczas ok. jednej liry), wykonał m.in. horoskop dla syna Ferdynanda I, późniejszego wielkiego księcia Toskanii - Kosmy II Medyceusza. O ile na stawianie horoskopów prywatnym osobom kościół na ogół przymykał oko, to już stawianie ich wobec hierarchów kościelnych mogło być niebezpiecznym zajęciem. Około 1630 r. zaczęły krążyć wieści o rychłej śmierci papieża Urbana VIII a wiadomości te miały mieć źródło w postawionych horoskopach. Tego typu wieści wykorzystywane były w różnych grach politycznych i w konsekwencji papież nakazał zająć się tą sprawą w sposób bardziej zdecydowany. W toku tych działań aresztowano Orazia Morandiego benedyktyńskiego przeora klasztoru przy rzymskim kościele św. Prassedy u którego znaleziono szereg horoskopów wystawionych kardynałom ewentualnym następcom Urbana na piotrowym stolcu. Nieszczęśliwie dla Morandiego; a zapewne szczęśliwie dla wielu innych; przeor zmarł w areszcie. Sprawa ta mogła uderzyć i w samego Galileusza, raz - że utrzymywał wówczas kontakty z tym przeorem, dwa - krążyła plotka, że to właśnie Galileusz miał stawiać horoskopy wieszczące śmierć papieża. W połowie maja 1630 r. Antonio Badelli odnotował: "Galileo, who is a famouse matematico and astrologer, is here, trying to get a book published in which he combats many of the opinion upheld by the Jesuits. He left it be understood that Donna Anna [Colonna, wife of Taddeo Barberini] will give birth to a son, that at the end of June we will have peace in Italy, and that soon afterwars, Don Taddeo [Barberini] and the Pope [Urban VIII] will die. This last point has benn confirmed by the Neapolitan Caracciolo, by Father [Tommaso] Campanella, and by many writings, which treat the election of a new pope as if the Holy See were vacant". /E. Rivees "Astrology and Literature", w: "A Companion to Astrology in the Renaissance" ed. B. Dooley, Leiden - Boston 2014, s. 314/ W konsekwencji papież wydał bullę "Instructabilis", w której przypomniał m.in. stanowisko Sykstusa V i Pawła V i dodatkowo zakazał stawiania horoskopów osobie papieża i członkom jego rodziny. O Galileusza; i nie tylko jego; związkach z astrologią: "Introduction: The Problematic Status of Astrology and Alchemy nad Alchemy in Premodern Europe", w: "Secrets of Nature: Astrology and Alchemy in Early Modern Europe" ed. A. Grafton, W.R. Newman B. Dooley "Science and Astrology: A Renaissance Problem”, w: "The Institution of Science and the Science of Institutions: The Legacy of Joseph Ben Davidin" ed. L. Greenfeld, M. Herbst tegoż "Astrology and the End of Science in Galileo's Italy," w: "A Renaissance of conflicts: Law, religion and culture in late medieval, Renaissance and early modern history" ed. Th. Kuehn, J. Marino W. Eamon "The Professor of Secrets: Mystery, Medicine, and Alchemy in Renaissance Italy" M.K. Ray "M. Sarrocchi's Letters to Galileo: Astronomy, Astrology, and Poetics" N. Kollestrom "Galileo's astrology", w: "Largo campo di filosofare" ed. J. Montesinos, C. Solís P.L. Pizzamiglio "L'astrologia in Italia all'epoca di Galileo Galilei (1550-1650)" "Scienze, credenze occculte, livelli di cultura" ed. P. Zambelli H. Darrel Rutkin "Galileo Astrologer: Astrology and Mathematical Practice in the Late-Sixteenh and Early-Seventeenth Centuries", "Galileiana" 2005 A. Favaro "Galileo astrologo, secondo documenti editi e inediti: studi e ricerche", estr. "Mente e cuore" (Trieste), 8, 1881, n. 3 G. Ernst "Aspetti dell'astrologia e della profezia in Galileo e Campanella", w: "Novità celesti e srisi del spere. Atti del convegno nazionale di studi galileiani" ed. P. Galluzzi W. Shumaker "Natural Magic and Modern Science. Four Treatises, 1590-1657" "Science, Culture and Popular Belief in Renaissance Europe" ed. S. Pumfrey, P.L. Rossi, M. Slawinski G. Righini "L’oroscopo galileiano di Cosimo II de’ Medici" "Annali dell’Istituto e Museo di Storia della Scienza di Firenze", 1, 1976 A. Bertolotti "Giornalisti, astrologi e negromanti in Roma nel secolo XVII", "Rivista europea", 5, 1878 A. Albini "Oroscopi e cannocchiali. Galileo, gli astrologi e la nuova scienza".
  18. Bez wątpienia proces Galileusza stał się kolejnym elementem czarnej legendy Kościoła. Na tyle utrwalonej, że nawet na naszym forum możemy przeczytać: Mściwym był ówczesny Kościół, skoro potrafił sprawić, by jedna osoba przeżywała śmierć dwukrotnie. A na poważnie... oczywiście przewiny Kościoła są znane, pierwszym jest: fałszerstwo w toku procedury. Skąd farsa? Zobaczmy kto wyprawił uczonego na proces i jak ta podróż się odbywała? Zobaczmy co Urban VIII sądził o uczonym, komu poświęcił odę? Jak dolegliwą była kara, zwłaszcza w kontekście działań Józefa Kalasancjusza? Ile argumentów zaprezentował uczony na obronę swych spostrzeżeń?
  19. Bolesław Bierut

    Za to w swym prywatnym ekslibrisie miał orła wznoszącego się z gruzów, w domyśle; zapewne; warszawskich. A wykonał go sam Kazimierz Wiszniewski, ciekawe, że ten utalentowany drzeworytnik rzadko wykonywał prace dla polityków, w ten sposób w Bierut stał się posiadaczem ekslibrisu jego autorstwa obok: Józefa Piłsudskiego, Ignacego Mościckiego i Kazimierza Bartla. Wypada jednak przypomnieć, że to nie posłowie zmieniali (mogli jedynie wyrazić taką "wolę"), uczynił to dekretem z dnia 7 marca 1953 r. Przewodniczący Rady Państwa, na podstawie uchwały tejże Rady i Rady Ministrów. O ile wiem wszyscy trzej nie mieli takich wystąpień na forum skupiającym wszystkie trzy mocarstwa. Na spotkaniu z 24 lipca swe wystąpienia mieli: Bolesław Bierut, Wincenty Rzymowski i Stanisław Mikołajczyk, przewodniczący tym obradom sekretarz stanu James Byrnes nie udzielił już głosu Stanisławowi Grabskiemu.Jeśli chodzi o Grabskiego to przygotował on memorandum przekazane 28 lipca rządom trzech mocarstw. I to w zasadzie całość wystąpień naszej delegacji na większym forum podczas tej konferencji. A 31 lipca, na jedenastym posiedzeniu plenarnym, padło: "This settles the Polish question". Faktem - to jest ustalony stan naszych granic. To czy ów stan jest bardziej efektem tego co polscy komuniści uzyskali czy może bardziej tego co dostali - to już podlega gdybaniu. Podobnie jak kwestia czy było to maksimum. Gdybaniem jest to czy gdyby się "zaparli" to czy udałoby się im przesunąć np. wschodnią granicę tak daleko jak chcą (zakładając, że chcą) wbrew woli Stalina. I dotyczy to ew. możliwości przesunięcia granicy zachodniej. Podobnie gdybaniem jest: co mógłby uzyskać rząd polski z Londynu gdyby uczestniczył np. w konferencji poczdamskiej. Faktem jest, że charge d‘affaires ambasady USA w Moskwie - George Kennan przekazał zaproszenie do Poczdamu skierowane jedynie do TRJN, a nie zaproszono "londyńczyków". Stoi na stacji bolszewicka lokomotywa, Ciężka, ogromna i krew z niej spływa: Krwawa oliwa. Stoi i sapie, dyszy i dmucha, Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha: Już ledwo sapie, już ledwo zipie, A jeszcze CeKa dial-mat w nią sypie. Wagony do niej podoczepiali Wielkie i ciężkie, z żelaza, stali, I pełno członków kompartii w każdym wagonie, A każdy z towarzyszy siedzi na czerwonym tronie A w jednym enkawudziści, z malinowym lampasem Jak powiesz coś za dużo, to zamkną cię ciupasem A w drugim i trzecim siedzą groźne smutasy, Zerkając podejrzliwie znad partyjnej prasy A czwarty wagon pełen propagandzistów, A w piątym siedzi z tysiąc gwardzistów, W szóstym specłagier - o! jakiż wielki! Pod każdym kołem czerwone jaczejki! W siódmym dębowe szafoty i ciężkie pały, W ósmym niedobitki z KPP, te co się ostały W dziewiątym - marksiści i z Moskwy patrioci W dziesiątym, tak zwani - pożyteczni idioci A tych wagonów jest pewnie ze czterdzieści, Sam nie wiem, kto się w nich jeszcze mieści. Nagle - gwizd! Nagle - świst! Para - buch! Kule- w ruch! Nagle - bach! Palba - trach! Najpierw - powoli - jak żółw – ociężale, Ruszyła - maszyna - po szynach - ospale, Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem, I kręci się, kręci, przemoc - koło za kołem, I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej, I dudni, i stuka, i strzela, i miażdży i pędzi, A dokąd? A dokąd? Na Zachód, Na wprost! Po torze, po torze, przez sławny brzeski most, Przez tajgę, przez Ural, przez Bug, przez las, I spieszy się, by rewolucję dowieźć na czas, Do taktu turkoce i puka, i stuka to: Tak to to, tak to to , tak to to, tak to to. Gładko tak, lekko tak toczy się w dal, Jak gdyby to była piłeczka, nie stal, Nie ciężka maszyna, od mordów zziajana, Lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana. A skądże to, jakże to, czemu tak gna? A co to to, co to to, kto to tak pcha, Że pędzi, że strzela, że bucha: buch, buch? To wola Generalissimusa wprawiła to w ruch. I choćby przyszło tysiąc pepeerowskich atletów I każdy zjadłby z tłustego dorsza tysiąc kotletów I każdy nie wiem jak się zaparł i mocno wytężał To granic nie przesunie, taki to głosu Stalina ciężar. Ksiądz Marcin Trąba, w swym artykule podaje: "Uroczystości pogrzebowe Bieruta odbyły się 16 marca. Charakterystyczne, że prasa informując o tym wydarzeniu, nie pisała o pogrzebie, ale używała terminu „Zgromadzenie Żałobne”. O godzinie 10.00 przeniesiono trumnę z ciałem prezydenta z gmachu KC na plac Defilad. Tam o godzinie 11.00 przewodniczący Rady Państwa Aleksander Zawadzki swym przemówieniem rozpoczął wiec żałobny". /tegoż "Duchowieństwo wobec śmierci i uroczystości pogrzebowych Bolesława Bieruta", "Wieki Stare i Nowe", 2011, T. 3(8), s. 232/ Aż dziw, że ktoś potrafi coś takiego napisać, zważywszy że tak łatwo to zweryfikować. Zatem nieprawdziwym jest stwierdzenie, że w ówczesnej prasie nie pisano o: "pogrzebie", bliższym prawdzie byłaby konstatacja, że najczęściej padały zwroty typu: "uroczystości żałobne", "kondukt żałobny", a dopiero w oficjalnych komunikatach różnych instytucji władzy częściej pojawiał się termin: "Zgromadzenie Żałobne", choć i w nich natrafimy na słowo: "pogrzeb". I tak na przykład w "Życiu Warszawy" z 16 marca (nr 64) jedna z notatek nosiła tytuł: "Komunikat KW PZPR i Prezydium st. RN w sprawie dzisiejszych uroczystości pogrzebowych" i dopiero w głównym tekście tej notatki przeczytamy: "Kondukt żałobny z trumną ze zwłokami towarzysza Bolesława Bieruta wyruszy o godz. 10 spod gmachu KC PZPR na PI. Stalina, na którym o godz. 11 rozpocznie się Zgromadzenie Żałobne". Z innych prasowych not z tego numeru: , w nocie pt. "Apel KC PZPR, Rady Państwa i Rządu PRL" pojawia się "Zgromadzenie Żałobne", "przybył do Warszawy przewodniczący radzieckiej delegacji rządowej na uroczystości związane z pogrzebem", "Delegacje społeczeństwa na pogrzeb Bolesława Bieruta", w notatce zatytułowanej: "Uchwała KC PZPR, Rady Państwa i Rządu PRL" przeczytamy: "... postanawiają ogłosić dzień pogrzebu tow. Bolesława Bieruta - 16 marca 1956 r. dniem wolnym od pracy (...) Dla umożliwienia ludziom pracy zorganizowanego udziału w uroczystościach pogrzebowych". W numerze z dnia następnego w notatce pod tytułem "Ostatnie pożegnanie" pojawia się podtytuł: "Setki tysięcy ludzi wzięły udział w pogrzebie Bolesława Bieruta", z innej: "Ostatniej nocy przed pogrzebem...", "W dniu pogrzebu" z podtytułem: "Manifestacje żałobne za granicą", z przemówienia Aleksandra Zawadzkiego (członka Biura Politycznego KC PZPR i Przewodniczącego Rady Państwa; właśnie w takiej kolejności): "Otwieram zgromadzenie żałobne".
  20. Natura Imperiów

    "Prawie wszystkie kolonie afrykańskie były dotowane. Z kolonii niemieckich jedynie Togo było samowystarczalne. Kenia otrzymywała pomoc z Londynu aż do 1911 roku, Uganda do 1914 roku, Nigeria do 1918 roku". /W. Mazurczak "Kolonializm i wojna. Brytyjskie Imperium kolonialne w czasie II wojny światowej", Poznań 1999, s. 38, przyp. 68; przywołując dane za: J. Fage "A History of Africa"/ Wychodzi na to, że pod względem ekonomicznym często jakoś tak nieudolnie wyzyskiwano. Jeśli chodzi o Kongo to trzeba pamiętać, że ta realna kolonia była niepodległym państwem, de facto: "państwem-własnością" króla. Stąd akurat spisywanie przy przekraczaniu jego granicy o niczym nie świadczy. Co oczywiście nie zmienia tego, że byłą to najbardziej brutalnie wyzyskiwana kolonia w tych czasach.
  21. Voltaire

    I jeszcze o tej pierwszej ucieczce Woltera, choć faktem jest że się ukrywał to nie siedział cicho jak mysz pod miotłą. Gdy dotarła doń wiadomość, że jego przyjaciel diuk de Richelieu został ranny w pojedynku z księciem de Lixin szybko doń wyruszył. Niespecjalnie przeszkadzało mu, że wizyta w wojskowym obozie pod obleganym Philippsbourgiem raczej nie sprzyja zachowaniu tajemnicy jego pobytu. Jak wiadomo, z czasem Wolter przestał się ukrywać, przyjeżdżał do Paryża, startował w konkursie ogłoszonym przez francuską Akademię. Wydawał swe utwory, wystawiał na scenach paryskich swe sztuki, na salonach rozprawiał o grawitacji, toczył spory z krytykami. Czy dawny nakaz osadzenia został odwołany czy anulowany? A gdzieżby tam, nakaz zatem wciąż istniał tylko nikt go nie zamierzał egzekwować ale wciąż wisiał on nad autorem. Przypomniano o tym Wolterowi po wystawieniu w Paryżu jego sztuki "Mahomet". "Wieczorem 9 sierpnia 1742 roku odbyła się premiera, przyjęta owacyjnie przez publiczność. Nie wszystkich jednak zachwyciły aluzje do oszustw popełnianych w imię pobożności (...) Wśród widzów byli panowie z parlamentu, którzy zaczęli natychmiast interweniować u różnych władz. Kardynał de Fleury zaakceptował wcześniej sztukę, ale nie miał ochoty na wojnę z sądownikami. Naczelnik policji Marville przypomniał poecie, że nadal istnieje nakaz jego aresztowania za 'Listy filozoficzne' i że lepiej będzie, jeśli sam wycofa 'Mahometa' z afiszu". /J. Kierul "Émilie du Châtelet i Voltaire", Warszawa 2014, s. 204/
  22. Leni Riefenstahl

    Jak było tego się nie dowiemy, faktem jest, że w kwietniu 1952 r. przewodniczący składu sędziowskiego Trybunału Denazyfikacyjnego - Levinsohn stwierdził, że oskarżenia wysunięte na łamach "Revue" są w całości bezpodstawne. "W orzeczeniu napisano: 'Trybunał Denazyfikacyjny uznaje zatem, iż Leni Riefenstahl nie obciążają wżaden sposób wspomniane fotografie". Po trwającym osiem godzin posiedzeniu, przewodniczący sądu ogłosił, iż werdykt Trybunału Denazyfikacyjnego we Fryburgu z dnia 16 grudnia 1949 roku jest prawomocny także w Berlinie". /"Pamiętniki", s. 332/ Jej wersję wsparł jako świadek w procesie Max Striese, żołnierz pochodzący z Lipska (wówczas już ze strefy wschodniej), który miał być uczestnikiem tych wydarzeń oraz Heinz Schröter, oficer przy generale Reichenau, w oświadczeniu zawartym w jego liście skierowanym do Riefenstahl. Ciekawe zatem jakimi kontrargumentami posłużył się Jürgen Trimborn?
  23. Nie wyklucza, skoro jednak mamy się przyjrzeć wnikliwiej temu co pisali o Wielkiej Czystce ludzie związani (mniej lub bardziej formalnie) z partią komunistyczną to tyczy się to zarówno Brissauda jak Perrulta, i w zasadzie tyczy się różnych innych zagadnień związanych z sytuacją w ZSRR, a które tacy autorzy poruszali. Zaprzeczanie zbrodniom stalinowskim bądź programowe przemilczanie tej kwestii było szczególnie rozplenione pośród francuskich . Ale to już zagadnienie na inny wątek.
  24. Grigorij Rasputin

    Kilka uwag z przypisów zamieszczonych we wspomnieniach wielkiego księcia Aleksandra Michajłowicza Romanowa. Tu taka uwaga, wedle wpisu na stronie redakcyjnej tłumacz - Krzysztof Tur dokonał przekładu z oryginału z 1933 roku i on jest autorem "komentarzy". W oryginale przypisów nie było, książka nie ma redaktora naukowego tylko technicznego, przypis to niekoniecznie to samo co komentarz, ale wychodzi na to, że to Turski jest autorem przypisów. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że pisane są one z perspektywy niejako "rosyjskiej", ale to tylko takie odczucie. Generalnie, autor tych przypisów prezentuje nam taką wizję Rasputina i znaczenia jego śmierci. Nie miał on tak dużego wpływu na decyzje cara jak to mu się przypisuje. Nie był uczestnikiem orgii, nie był zainteresowany uzyskiwaniem korzyści materialnych, nie był pijakiem czy hulaką. "Czarny" wizerunek jego osoby był efektem potężnej kampanii oczerniającej, której celem było obalenie cara Mikołaja; a nawet samej monarchii; a przynajmniej jego wymianę na innego członka rodziny cesarskiej (bardziej spolegliwego i liberalniejszego). Za tą kampanią stać mieli głównie masoni. O wpływie: "W istocie Rasputin nie odgrywał żadnej roli politycznej i wbrew legendzie nie miał wpływu na nominacje państwowe (...) Mit nieograniczonych wpływów Rasputina skłaniał niektórych dygnitarzy do podejmowania prób wykorzystania go do własnej kariery. Czasami przyjaźń Rasputina rzeczywiście pomagała, albowiem caryca wierzyła w jego umiejętność oceny ludzi, choć car miał co do tego wątpliwości: 'zdanie naszego Przyjaciela o ludziach jest czasem bardzo dziwne'. Widząc, iż car jest otoczony przez ludzi niegodnych zaufania i nie potrafi sobie z tym poradzić (Mikołaj miał zaiste wyjątkowego pecha do nominacji), caryca usiłowała nakłaniać go do powoływani na stanowiska państwowe osób, które uważała za lojalne, powołując się na opinię Rasputina. Wybitny historyk Aleksander Bochanow skrupulatnie obliczył, że takich uwieńczonych powodzeniem interwencji Aleksandry Fiodorownej było osiem. Nieskutecznych - znacznie więcej (...) Wprawdzie Rasputin czasami udzielał Mikołajowi rad politycznych, ale po pierwsze bywały to rady rozsądne, a po drugie car puszczał je mimo uszu (...) Poza tym Rasputin rozmawiał z carem tylko o Bogu i duszy". /A. Michajłowicz Romanow "Byłem Wielkim Księciem", przeł. K. Tur, Białystok 2004, s. 283-284, przyp. 33/ Faktycznie, Bochanow (w swej książce z 1993 r. "Сумерки монархии") wskazywał na nieliczne przypadki udanych interwencji Rasputina, u innych autorów (także głównie za Bochanowem) możemy napotkać nieco inną ich liczbę, ale ton oceny jest podobny. Choćby u Jana Sobczaka: "Największe wpływy Rasputina przypadły na drugą połowę pierwszej wojny światowej, a zwłaszcza na rok 1916, gdy Mikołaj II najwięcej czasu spędzał w Kwaterze Głównej w Mohylewie, w Petersburgu zaś rzeczywiste rządy sprawowała carowa, radząc się bezustannie 'przyjaciela' rodziny, i w tych jego radach, nie zawsze zresztą jasnych, szukała panaceum na wszystkie trapiące ją problemy. Miesiące od marca do listopada 1916 roku to rzeczywiście prawdziwa 'era Rasputina'. I to głównie wtedy, najpierw z konieczności, proszony o to przez carową, a później już z własnej inicjatywy, Rasputin coraz śmielej i bezczelniej zaczyna ingerować w sprawy państwowe, także wojskowe (...) Ale i wówczas radzi tylko to, czego - jak bezbłędnie odgaduje - chce w danym momencie carowa, co z kolei pozwala jej w listach do koronowanego męża powoływać się na rady i modlitwy 'naszego przyjaciela'. Rzeczywisty wpływ i władzę Rasputin mógł więc mieć w istocie tylko wtedy, kiedy nie miała ona własnego zdania, ale zdarzało się to bardzo rzadko i dotyczyło tylko kilku nominacji personalnych. We wszystkich pozostałych wypadkach - konkluduje Radziński [tu autor odwołuje się do książki wskazanej przez amona - secesjonista] - ogłaszał 'opinię Alix jako swoje własne przeczucie, własną przepowiednię, swoje pragnienie'. Jednym słowem, Rasputin mógł osiągnąć tylko to, czego chciała sama carowa. Gra we władzę, prowadzona przez Rasputina, dotyczyła najpierw wyłącznie nominacji cerkiewnych. Dopiero w styczniu 1914 roku, gdy na miejsce Kokowcewa premierem został siedemdziesięcioletni Iwan Goremykin, po raz pierwszy za sprawą Rasputina doszło do nominacji na stanowisku państwowym. Ale i wtedy wyraźniej wyolbrzymiany bywa wpływ Rasputina na nominacje rządowe (...) Aleksandr Bochanow, w wydanej przed kilkoma laty wartościowej pracy 'Zmierzch monarchii', analizując rzeczywisty zakres tego wpływu, wylicza skrupulatnie, iż dzięki staraniom i zabiegom Rasputina awansowano jedenaście osób, ani mniej, ani więcej, i przytacza pełną listę tych 'rasputinowskich' nominacji (...) wpłynął na awans dwóch biskupów, kilku ministrów i jednego premiera (Borysa Stürmera), ale większość tych osób to nie byli ludzie przypadkowi, tkwili na ogół już dość długo w środowisku funkcjonariuszy państwowych, choć nieco niższych rangą. Można więc zakładać, że i bez wstawiennictwa Rasputina doczekaliby się awansu. Po otrzymaniu takiego awansu w większości nie pozostawali 'na pasku' u Rasputina i nie byli wykonawcami jego woli, wręcz odwrotnie - to oni chcielii kierować Griszką i dzięki jego kontaktom na dworze uzyskiwać różne korzyści". /tegoż "Mikołaj II - ostatni car Rosji. Studium postaci i ewolucji władzy", Warszawa 2009, s. 511-512/ Pewne wątpliwości budzi Rasputin "odczytujący" zamysły carycy w kwestiach wojskowych o których nie miała pojęcia i ciekawe o jakie to kwestie chodziło, poza ogólnie znaną poradą, że do wojny z Niemcami nie powinno dojść? Przy uznaniu fachowości i dorobku Bochanow, warto zastanowić się czy nieco nie wybiela on cara, zwłaszcza w kontekście tego, że po upadku ZSRR z marksisty szybko przeobraził się w monarchistę. Co do tego: Wypada pamiętać o swoistych przejawach życia religijności w ówczesnej Rosji. Staricy, jurodiwi czy strannicy cieszyli się autorytetem nierzadko większym niż członkowie instytucjonalnego kościoła prawosławnego. Programowa niechlujność; a często także chutliwość; wskazywała na nieprzywiązywanie się do ziemskich ograniczeń a wręcz ich kontestowanie. Upraszczając, jak śmierdział to znaczy że był "autentyczny", i nie należy tego rozpatrywać w kontekście estetycznym. Podobnie z "chamstwem", bezceremonialne postępowanie nawet z osobami z wyższych sfer ukazywało taką osobę jako będącą ponad ziemskimi podziałami. "Sama obecność przy dworze 'ciemnego' chłopa, półanalfabety, który poczuł się ważny i do wszystkich zwracał się protekcjonalnie na 'ty', była wystarczającym powodem, by go w 'towarzystwie' nienawidzono i wierzono bez zastrzeżeń i elementarnej refleksji w najbardziej absurdalne brednie na jego temat. Zabawne, że w te brednie nadal wierzy cywilizowany Zachód: jakiś Brian Moynahan (...) pisze dosłownie: 'Rasputin całe życie bardzo lubił łaźnie, choć jego ciało wydzielało ostry chłopski zapach, 'wywołujący dreszcze światowych dam'. Rzeczywiście, wielu Rosjan z wyższych sfer szczerze wierzyło, że chłopi rosyjscy śmierdzą nie dlatego, że się nie myją, tylko z natury. Że ten aromat 'wywoływał' dreszcze' dam, jest już chyba płodem podejrzanej fantazji seksualnej tego Moynahana. W Rosji uważano, że je hipnotyzował". /"Byłem Wielkim...", s. 284/ Nieco dziwi ten mocno emocjonalny atak i próba dezawuowania Moynahana (: "niejaki..."), wreszcie w 2004 r. nie było czymś szczególnie trudnym sprawdzenie kim on był. Książka Moynhana obliczona była chyba na Zachodniego czytelnika i miała dotrzeć do szerszego kręgu odbiorców, stąd zapewne duży akcent na treści sensacyjne i uwypuklenie wątków erotycznych. Książka raczej popularna niż naukowa w dużej mierze oparta na wtórnych opracowaniach z rzadka w niej sięgnięto po materiały archiwalne. Choć książka zyskała dość przychylne recenzje, to raczej za żywy język, jego soczystość i formę, a nie za wnikliwą pracę historyka. Moynhan nie zdecydował się na napisanie wprost o erotycznych związkach z carycą, a jedynie ostrożnie sugerował tego typu możliwość ( ) więcej miejsca poświęcił jego ekscesom z innymi damami z arystokracji. Najpoważniejszy atak dotyczył jego koncepcji, według której caryca od razu była pod wpływem Rasputina a jego "udane interwencje" w przebieg choroby syna i związany z tym wzrost tego wpływu był wtórny. Autorką tego ataku (na łamach "New York Timesa") była Suzanne Massie, która wskazywała, że "koncepcja hemofilii" jest obecnie obowiązująca. Skądinąd to właśnie jej mąż Robert Kinloch Massie mocno przyczynił się do uzasadnienia tejże koncepcji w swej książce "Nicholas and Alexandra", przy stworzeniu której Suzanne była aktywną współpracowniczką. Powracając do kwestii: "dreszczy", to niekoniecznie musi to być wytwór fantazji seksualnych Moynahana, nie jest niczym niezwykłym dla tej epoki (jak i innych) np. udawanie się przez arystokrację do co bardziej podejrzanych dzielnic by w "zakazanych" knajpach zażyć; właśnie; dreszczyku ekscytacji w kontakcie z ludźmi z nizin społecznych (z ich perspektywy), światkiem apaszowskim. I nie jest tajemnicą, że tego typu wypady kończyły się czasem przygodnym seksem. Co do roli Jusupowa: "Przemilcza się fakt, iż "mózgiem" zamachu na Rasputina był Wasilij Makłakow (sprytniejszy brat mądrzejszego Mikołaja, monarchisty), jeden z liderów partii kadeckiej i zagorzały mason. Zeznając w 1920 r. przed sędzią śledczym Mikołajem Sokołowem, przyznał on, widocznie nie zdążywszy jeszcze przemyśleć swojej ostatecznej wersji, że spisek zaczął się do spotkania z nim Juspowa, i że zanim inni uczestnicy zostali wciągnięci , plan zamachu został opracowany na tych spotkaniach. Wprawdzie Makłakow przypisywał inicjatywę Jusupowi, ale biorąc pod uwagę stopień rozwoju umysłowego i emocjonalnego księcia, który zabawiał się pokazywaniem w miejscach publicznych w przebraniu kobiety lekkiego prowadzenia i podobnie, jest to zupełnie niemożliwym". /tamże, s. 286/ Cóż, wedle mej opinii by w towarzystwie bliskich osób forsować myśl: "zabijmy starca" nie potrzeba zbyt wielkich kompetencji emocjonalnych czy intelektualnych. To czy ktoś się przebierał i z jakich powodów nie wpływa na stopień inteligencji, niezależnie od oceny takiego zachowania. A sam przebieg zabójstwa Rasputina - mocno dyletancki co do jego przebiegu; aż dziw, że w ogóle spiskowcom się to udało; pokazuje, że nie trzeba być szczególnie kompetentnym by jednak to uczynić. I jeszcze taka złośliwość, autor przypisów w rzeczonej książce podaje historię jak to Jusupow wystąpił przeciwko producentom z wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer, którzy w filmie "Rasputin and the Empress" (reż. R. Boleslawski) przedstawili w niekorzystnym świetle jego żonę. Sprawia trafiła do londyńskiego sądu (ostatecznie Jusupow sprawę wygrał, a w USA zgodził się na ugodę pozasądową), później ów casus analizowany był w różnych opracowaniach prawniczych ze względu na wywodzącą się od tego czasu formułę: "all persons fictitious disclaimer". Autor relacjonując skrótowo te perypetie podał: "Nawiasem mówiąc, panowie Goldwn, Mayer (...) byli najbardziej zaskoczeni, tym że postacie o których kręcili filmy, istnieją naprawdę - usiłowali nawet przekonać sąd..." (s. 282, przyp. 30). Samuel Goldwyn do niczego nie musiał przekonywać sądu na tej rozprawie, gdyż już w 1922 r. odszedł z Goldwyn Pictures Corporation i nie miał żadnego udziału (i udziałów) w powstaniu koncernu MGM w 1924 roku.
  25. Właściwszym pytaniem byłoby: jak wyglądało prawo do noszenia purpury w Judei? Czy arcykapłan musiał zrezygnować z takiej barwy, bo przecież wedle biblijnej tradycji jego szaty miały być ze złota i purpury.
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.