Jump to content

Tofik

Moderator
  • Content count

    7,830
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Tofik

  1. Najmniej lubiany szkolny przedmiot?

    Najprawdopodobniej, ale nie odrzucam np. politologii czy prawa, więc do WoSu przykładam taką samą wagę jak do historii.
  2. Najmniej lubiany szkolny przedmiot?

    'Chociażby'... Dla poszerzenia słownictwa może też czytać gazety, wielokrotnie bardziej przyjemne. A to, że czytanie lektur nakazuje program to wina programu, a nie ucznia. Tak naprawdę lektury nie czyta się dla jakichś szczególnych powodów, oczywiście tych w LO, bo te ze szkół podstawowych to nieco inna działka. Lektury z LO czyta się dla samego czytania. Chociażby po to, żeby statystyka '1 Polak = 1 książka na rok' nie znalazła potwierdzenia w rzeczywistości. Podejrzewam, że gdybym uczepł się fizyki albo chemii to nie zareagowałbyś w podobny sposób. Język polski, w formie jakiej jest mi serwowany na codzień, niewiele się różni od tamtych przedmiotów. Interesuje mnie też sport, więc nie zamykam się na mój 'zawód', inna sprawa, że sport jest kompletnie do tego zawodu nieprzydatny. Oczywiście, możemy to rozpatrywać na milion pięciuset przykładach, że byli tacy, ktorzy byli maniakami II wojny, a skończyli pisząc magisterkę o średniowiecznych miastach itp. Tyle, że każdy człowiek jest inny, to, że większość zmienia zdanie nie oznacza, że ja też zmienię. Praktycznie od pięciu lat interesuje mnie to samo, poszczególne wąskie tematy rajcowały mnie z różnym natężeniem, ale główna oś pozostała ta sama, być może bardziej skierowałem się w kierunku WoSu, ale tam j. polski jest jeszcze mniej przydatny. Gdybym tak na to patrzył, to podręcznika do matmy nawet bym nie otworzył.
  3. Najmniej lubiany szkolny przedmiot?

    Wg Ciebie uczęszczanie na j. polski to jedyny sposób na wzbogacenie słownictwa? Zdaję sobie sprawę, ale co mają "Dziady", "Nie-Boska Komedia" czy "Makbet" do, nazwijmy to, mojej specjalizacji (wydaje mi się, że zainteresowań raczej nie zmienię, a jeśli już, to nie dlatego, że na studich dostanę taki rozkaz)? Na tę chwilę przypominam sobie, że omawialiśmy - pobieżnie oczywiście, bo taki jest program - fragment Galla Anonima o Bolesławie Chrobrym i kawałek kazań Skargi, a także "Potop" - tyle, że profesorka otwarcie przyznała się, że Trylogii nie lubi i nie będzie się nad tym (akurat nad tym) specjalnie rozwodzić. Zaczęło się od tego, że skrytykowałem ten przedmiot jako nieprzydatny, a teraz zaczynasz robić ze mnie ignoranta, który nie wie o co chodzi w uprawianiu zawodu historyka. Być może nie wiem, za to wiem, że w tym, czego nauczyłem się albo miałem się nauczyć na polskim, nie przyda się w historii w ogóle, bo niby jak? Jeśli interesowałyby mnie powstania to oczywiście z większą uwagą podchodziłbym do twórczości Orzeszkowej czy Konopnickiej. Ale jako, że nie jestem tym zainteresowany to wolę ten czas poświęcić na poczytanie sobie chociażby takiego Heidensteina. Studia to też nie koncert życzeń, ale w tym przypadku nie można mówić, że któryś temat jest kompletnie oderwany od ogólnej tematyki danego kierunku. Natomiast przedmiot j. polski jest zupełnie niekompatybilny z moimi planami. Otóż, studia mają jedną niezaprzeczalną przewagę nad liceum. Na studiach zaliczenie czegokolwiek przybliża mnie do zakończenia studiów (a poza tym, co rozumie się samo przez się, jest przydatniejsze w życiu niż wiedza szkolna, inaczej bym takiego kierunku nie wybierał), a w szkole to, że uczę się po kilka godzin tygodniowo przedmiotów, których nie będę zdawał na maturze w żadnym razie nie przybliża mnie do tego, że dostanę się na studia. Będę miał lepsze świadectwo, ale czas poświęcony na rzeczy niepotrzebne zostanie stracony na rzecz przedmiotów kierunkowych, więc jest mniejsze prawdopodobieństwo, że matura wypadnie dobrze, ergo - spada prawdopodobieństwo, że dostanę się na wymarzone studia. Robię wiele rzeczy, których nie chcę robić, dążę do tego, by robić ich jak najmniej. W wypełnianiu swojego czasu masą niepotrzebnych zajęć nie widzę żadnej przyjemności, ani sensu. Jest jednak drobna różnica, praca daje kasę, studia dają możliwość zdobycia pracy. Coś za coś. Aha, i nie mów, że szkoła też umożliwia zdobycie pracy, bo jak pisałem wyżej - umożliwia to jednocześnie zmuszając do marnotrawienia czasu. A ja wolę sobie przypominać, gdy jest mi to faktycznie potrzebne, a nie na zasadzie 'może kiedyś mi się to przyda', bo już teraz przypominałbym sobie metody otrzymywania kwasu siarkowego (IV), bo kiedyś mi się to może przydać. Tym bardziej, że np. po przeczytaniu "Dziadów" cz. III czułem się, jakbym tej książki... w ogóle nie przeczytał.
  4. Najmniej lubiany szkolny przedmiot?

    Wypracowań pisanych pod klucz, który zabija samodzielne myślenie. Wiem, jak to wygląda w mojej klasie - nie chodzi o to, by zintepretować dany tekst po swojemu i przedstawić własne zdanie, tylko o to, by wyuczyć się pewnego schematu pisania konspektów i wypracowań. Mile widziane jest też naszpikowanie pracy fachowymi terminami, bo za to też punkty wpadają. Nie widzę w tym niczego dobrego. Owszem, ja jestem pewien, że nigdy nie będę literatem, poetą, pisarzem, czy historykiem literatury, dlatego uważam, że j. polski w LO jest po prostu nieprzydatny. I tak uważa spora grupa moich znajomych, no bo ilu ludzi wybierze teraz takie kierunki jak filologia czy filozofia z myślą, że będą działać dalej w tę stronę? IMHO, jeżeli najbardziej nieprzydatny przedmiot jest traktowany w naszym systemie edukacji jako ten najgłówniejszy, to znaczy, że z systemem jest coś zdecydowanie nie tak. Oczywiście, spora część matmy, m.in. funkcja liniowa, jest raczej nieprzydatna, ale jednak matma w całości uczy logicznego myślenia, a temu nie można odmówić przydatności. Za to po półtora roku czytania różnych tekstów na lekcjach czy lektur (spośród, których jedyną naprawdę ciekawą był chyba tylko "Potop", a powód tego jest dla mnie prosty - to jest konkretna książka, pozbawiona wszelkich metafizycznych itp. przeżyć, które trzeba rozkminiać w ciągu minimum 15 godzin, a poza tym, każdy kto czytał "Potop" ten wie, że to nie jest książka z poziomu przeciętnych - no dobra, malkontenci zawsze się znajdą, ale wyjątki potwierdzają regułę; niemała część lektur jak np. "Dziady" skutecznie zniechęcają do czytania następnych) nie zanotowałem u siebie, czy to większego zasobu słów, czy to jakiegoś szczególnego zainteresowania czy znajomości literatury. Jest tak samo jak przedtem. Dużo lepsze efekty w rozwoju własnej osoby osiągam, gdy czytam to co chcę - ale jako, że szkoła zadaje mi naraz przykładowo: przeczytanie "Nad Niemnem" (jak mniemam, kolejnej fascynującej powieści), zaproponowanie metod otrzymywania chloroetanu z karbidu i kilka zadań z funkcją kwadratową, to niedziwne jest, że na własne zajęcia mam mało czasu - a gdy go znajduję, to zwykle padam na mordę. I w szkole rozpatrywałeś tę lekturę pod kątem wyglądu XIX-wiecznej Warszawy?
  5. Najmniej lubiany szkolny przedmiot?

    Nie wymagajmy od każdego, by miał bardzo bogate słownictwo. O tym, co znaczy "przyprawiać komuś gębę" wiedziałem zanim poszedłem do LO, natomiast co do reszty, być może kiedyś wiedziałem, natomiast teraz nie wiem, pomimo tego, że za mną spory kawał nauki tego przedmiotu. Poza tym, "Tytus, Romek i A'Tomek" to inna epoka - wyobrażasz sobie sytuację, w której chłopak z dziewczyną (w dyskotece!) rozmawiają o Norwidzie? Tak samo zasób słownictwa nie jest w codziennym życiu jakoś szczególnie ważny. Moim zdaniem po gimnazjum każdy w jakimś tam stopniu nauczył się posługiwać językiem i w szkole średniej tego jakoś bardzo nie poszerzy.
  6. Najmniej lubiany szkolny przedmiot?

    Tyle, że w LO w zasadzie nie ma takiego przedmiotu jak język polski - jest historia literatury wszelakiej. Omawianie tego jeszcze nikogo nie nauczyło pisać.
  7. Najmniej lubiany szkolny przedmiot?

    Na poziomie LO uczeń o zasadach pisania w j. polskim niczego nowego się nie dowie. Na poziomie LO za to sporo dowie się np. o tym, że Tartuffe był bardzo, ale to bardzo przebiegły i obłudny (i to wymaga powtórzenia 10 razy przez 5 lekcji), albo o tym, co to takiego frenezja romantyczna.
  8. Najmniej lubiany szkolny przedmiot?

    Nie wiem, czy obecnie zdecydowałbym się na powrót na takie lekcje plastyki, ale spośród wszystkich przedmiotów najbardziej męczą mnie zdecydowanie biologia (bo nie lubię i już, ciężko mi w tym wszystkim znaleźć jakieś związki przyczynowo-skutkowe) i j. polski (najmniej przydatny przedmiot w życiu, bez dwóch zdań). Chociaż tuż, tuż za nimi fizyka i chemia, w ogóle nie mam do tego talentu, ale niektóre tematy bywały interesujące...
  9. Samozwaniec Czerskiej, ZIIIW, Kircholm, rokosz i W4W Wisnera, Wazowie Podhorodeckiego, Zamoyski Leśniewskiego, JK Wójcika (3 mogą być spoza wykazu).
  10. Być może to faktycznie nadużycie, ale w Polsce rząd do niedawna występował w roli głównego obrońcy umowy, obecnie już na forum europejskim Tusk wzywa do odrzucenia ACTA, więc się pomyliłem. W każdym razie taka pomyłka to mniejszy kaliber niż pomyłka ws. ACTA do jakiej premier raczył się przyznać
  11. Na ACTA też był do zbicia spory kapitał polityczny, a rząd nie przestaje popierać umowy (choć nie robi chyba tego z taką intensywnością jak wcześniej). Kwestia ograniczenia sprzedaży alkoholu jest dla mnie bardzo dziwna. Pomijam już to, że rząd (zupełnie niesprawiedliwie) traktuje wszystkich kupujących alkohol w monopolowych niesprawiedliwie - jako potencjalnych alkoholików groźnych dla społeczeństwa. Nie widzi tego, że istnieje grupa, która lubi wypić po robocie jedno czy dwa piwa, a może chcieć je kupić w godzinach przez rząd zastrzeżonych. Chodzi o coś innego, IMHO byłaby to decyzja zła dla rządu i zła dla społeczeństwa (bo ACTA jest przynajmniej korzystne dla rządu). Po pierwsze, to o czym wspomniał gregski - istnieje zagrożenie, że spadną zyski z akcyzy (i z VATu również). Po drugie, to oczywiste, że decyzja spotka się z oporem społecznym. Po trzecie, gdy niższe będą dochody z alkoholu dla budżetu, to pociągnie za sobą kolejny wzrost niektórych podatków.
  12. No to to już zależy od tego, czy chodzi nam o to, by wszyscy byli maksymalnie wyedukowani w dziedzinie historii, czy o to, by każdy uczył się tego, co uzna za potrzebne.
  13. Teraz gimbusów się nie kupuje, tylko... rekrutuje Jeśli - w skrócie - secesjoniście chodzi o to, że sam fakt uczenia się np. chemii nie czyni ucznia nauczonym z tego przedmiotu, a chyba o to chodzi, to zgadzam się z nim w 100%. Z biologii - pomimo tego, że przez dwa lata mam dwie godziny tygodniowo - jestem kompletnym idiotą. Szczerze mówiąc moja wiedza z tego przedmiotu bazuje tak w 95% na gimnazjum, to, że jakoś prześlizguję się na sprawdzianach zawdzięczam temu, że to testy, no i nie miałem okazji odpowiadać ustnie. Z chemią i fizyką jest różnie, czasem coś podłapię, a czasem nic z tego nie wiem, no i ostatecznie kończę z dwóją na półrocze Więc jeżeli dołożymy każdemu np. po jednej lekcji historii dodatkowo nie oznacza to, że stan wiedzy w społeczeństwie jakoś drastycznie wzrośnie na skutek tego. O dziwo, pomimo tego, że chyba każdy w LO ma 5-6 godzin tygodniowo j. polskiego, Polska nie stoi samymi wybitnymi polonistami. Inna sprawa, że masa tego co się na polskim omawia jest mało potrzebna i poza tym - cholernie nudna. Jako, że każdy jest inny, Jarpen wie co chciał robić już w gimnazjum, a ja nie wiem nadal, to wolałbym, żeby o możliwościach mojej edukacji nie decydował jeden minister z paroma podobnymi do siebie, którzy w ogóle mnie nie znają, ergo chciałbym, żeby edukacja była prywatna, ale jeśli nie jest, to pomysł z tym, żeby licea przestały być ogólnokształcące w takim kształcie jakim są, nie jest aż tak bezdennie głupi. Wg mnie, nie istnieje obiektywna granica tego 'co powinno się wiedzieć' z danej dziedziny. Pozostaje problem, co zrobić, gdy ktoś niezdecydowany zmienia swoje zapatrywania w czasie nauki w liceum, ale być może zmiana klasy załatwiłaby problem. Nie rozumiem jednego - krytycy reformy mówią, że przestawianie uczniów z dających prowadzić się za rękę na samodzielnych musi trwać latami. Ale chyba kiedyś powinno się zacząć, nieprawdaż?
  14. Przed poślubieniem Anny Habsburżanki (1592 r.) Zygmunt III prowadził rokowania ws. ożenku z Krystyną Hollstein-Gottorp, jednak ostatecznie zarzucił ten projekt. Przyczyny nie są do końca jasne, być może chodziło o to, że król obawiał się o akceptację królowej-protestantki przez poddanych (choć konwersja była całkiem możliwa) albo - co bardziej prawdopodobne - chciał wzmocnić PR Wazów przez związek z powszechnie poważaną dynastią (wszak Wazowie zasiadali na tronie szwedzkim dopiero w trzecim pokoleniu). Jak wiadomo, Krystyna została później żoną Karola IX i urodziła Gustawa Adolfa, którego negatywny wpływ na polską historię jest oczywisty. Co, by było, gdyby Zygmunt jednak ożenił się z Krystyną? Proponuję dwa scenariusze: 1. (mniej prawdopodobny) Zygmunt uzyskuje zgodę sejmu RP na przekazanie korony polskiej Ernestowi, który rozpoczyna rządy w Polsce, Zygmunt wraca do Szwecji i stara się zapoczątkować polsko-szwedzką współpracę głównie przeciwko Moskwie, która wynikała z rozmów jakie prowadzono w latach 1590-1591 między Wazą a Habsburgami. 2. (bardziej prawdopodobny) Zygmunt nie uzyskuje zgody sejmu RP na wyjazd bądź (tak jak w realu) rezygnuje z tych planów - w każdym razie nie wyjeżdża. Musi dzielić czas między dwa trony i z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że walka z ks. Karolem i jej finał w Szwecji będzie taki jak w rzeczywistości - jednak co z sytuacją po śmierci Karola Sudermańskiego? Zapraszam do dyskusji.
  15. Członkowie (a było ich ok. 100) rosyjskiego poselstwa (pod przewodnictwem Jurija i Stiepana Puszkinów) żądało ukarania Jana Aleksandra Gorczyna (Pamięć o cnotach, szczęściu, dzielności... Władysława IV, Kraków 1648), Eberharda Wassenberga (Gestorum... Vladislai IV, Gdańsk 1649), Samuela Twardowskiego (Wojna kozacka, Leszno 1649), których utwory miały uderzać w godność Moskwy. Do tego RON miała... wypłacić pół miliona czerwonych złotych odszkodowania i oddać kilka miast (włącznie ze Smoleńskiem) na pograniczu Rosji. W przeciwnym razie, Moskwa groziła wojną. Nadaremno tłumaczono posłom, iż w Europie, też wiele złego napisano o Rzeczypospolitej, ale Rosjan to nie interesowało. Ostatecznie, król Jan Kazimierz poszedł na ugodę - książki (a właściwie obraźliwe w mniemaniu Rosjan fragmenty) spalono w Warszawie, w zamian car zrezygnował z prób pokojowego przejęcia pogranicznych miast. Poddani Jana Kazimierza nie podzielali jego ugodowości, wg Fustowa lud warszawski miał mówić: Lepiej by król zerwał pokój z Moskalami albo miast ustąpił, zamiast tak hańbić koronę polską - oto palą naraz na rynku sławę Zygmunta i Władysława. Jak oceniacie decyzję króla? Czy była ona słuszna? Jaki wpływ miała na dalszy bieg wypadków?
  16. Ulubione piwo

    Tak. Niestety jest w tym sporo prawdy, poczatkowo wchodzi tak jakby z ciekawosci, ale pozniej wszelki entuzjazm z wypicia ulatuje...
  17. W porownnaniu Zamoyski vs. Zolkiewski zalezy czy wezmiemy bardziej pod uwage zwyciestwa czy porazki. Udycza (?) bym tak nie deprecjonowal - Zamoyski zadnym zwyciestwem w starciu z orda w otwartym polu nie moze sie pochwalic, a o ile pamietam to gdzies w latach 1589-1590 pomimo prob przepuscil jakies wieksze oddzialy tatarskie w kierunku Wegier przez polskie ziemie (chyba, ze cos poknocilem, prawdopodobnie Zolkiewski tez mial w tym swoj udzial). Zgadzam sie co do oceny porazek Zolkiewskiego, nie zgadzam sie co do tego, ze Kluszyn da sie tak latwo zrownowazyc czymkolwiek, zadne osiagniecie Zamoyskiego sie z tym nie rowna (choc osobiscie uwazam, ze wieksze pochwaly naleza sie hetmanowi przede wszystkim za to co robil przed bitwa, a nie w jej trakcie). Nie powiedzialbym tez, ze walka z kozackim taborem jest latwiejsza od walki z cesarskimi.
  18. O to wlasnie sie rozchodzi. Na tym polega fart/umiejetnosc Zamoyskiego - w zasadzie nigdy nie byl w powaznych tarapatach, wiec jakies szczegolne umiejetnosci w wygrywaniu tez nie byly mu potrzebne. Uwazam tylko, ze uzywanie argumentu 'Zamoyski nie przegral zadnej bitwy' itp. przez co niektorych jest niepowazne - Napoleon kilka przegral, ale nie zaryzykowalbym zdania, ze od Zamoyskiego byl gorszy. Chodkiewicz przegral pod Moskwa, Sobieski pod Parkanami, Zolkiewski pod Cecora, Koniecpolskiemu nie wszystko szlo w Prusach, a np. Krzysztof II Radziwill stracil Inflanty. Ale IMHO zaden z nich od Zamoyskiego nie byl gorszy, bo odnosili wieksze zwyciestwa w trudniejszych warunkach. Zamoyski byl dobrym, ostroznym wodzem i organizatorem, ale nie jestem pewien czy zmiescilbym go w pierwszej piatce najlepszych hetmanow koronnych.
  19. Wolne przewodnictwo tak czy nie?

    Ciekawe, czy miala panstwowy certyfikat
  20. Romku, odnosnie Byczyny, Cecory i Bukowa to chodzi mi o to, ze moze poza Byczyna, niczego szczegolnego w trakcie samych bitew nie dokonal. Obrona w warownym obozie przed Tatarami (za organizacje i zgotowanie sobie pozycji chwala dla niego), walka ze zbieranina Michala to dosc lajtowe warunki w porownaniu do Kluszyna, Kircholmu, wyprawy na czambuly, czy kampanii w Prusach 1626-1629, a skoro nie dokonal niczego wiekszego (badz - nie mial ku temu warunkow) to od Zolkiewskiego, Koniecpolskiego i reszty IMHO lepszy nie jest. Kampania inflancka to oddzielna para kaloszy. Po pierwsze, byc moze prawda jest, ze azeby pokonac wowczas Szwedow calkowicie trzeba bylo uderzyc na Finlandie. Natomiast dla mnie wielce prawdopodobne jest to, ze odzyskanie Inflant polegalo na uderzeniu na Estonie i odcieciu Inflant od morza, w skrocie zastosowac taktyke Batorego. Utrzymac Ryge, skierowac sie tak jak mowisz wprost na Parnawe (ktora, obok Rygi, byla chyba najistotniejszym portem inflanckim), blokowac twierdze, ktore w realu zdobywano i gdzie trwoniono sily, w koncu zajac Estonie. Byc moze na jednej wyprawie by sie nie skonczylo - ale przynajmniej prowadzone metodycznie dzialania dawalyby nadzieje na pomyslny koniec, a nie oznaczaloby impasu i beznadziei jaka wowczas faktycznie zapanowala. Dlaczego uwazasz, ze zwyciestwo nad orda w polu nie jest lepsze od zwyciestwa nad orda w oparciu o oboz? Byczyne mozna porownac np. z Rewlem, gdzie odniesiono zwyciestwo w duzej mierze dzieki taktycznym umiejetnosciom owczesnego hetmana polnego koronnego. Co do porownania Inflant z Cecora zgadzam sie.
  21. Ulubione piwo

    Pije sobie wlasnie wloskie "Nastro Azurro" (5,1%), szczyt piwnych marzen to to nie jest
  22. Wolne przewodnictwo tak czy nie?

    Gdzie tu widzisz generalizowanie? Mówię, że jest możliwość, że trafią się czarne owce, tak samo mówisz, że podobne zagrożenie istnieje w zawodzie przewodnika. I przypadki takich czarnych owiec, zarówno wśród nauczycieli jak i przewodników, znam z autopsji. Prędzej ceny spadną, gdy nie będą sztucznie zawyżane przez państwowe certyfikaty.
  23. Wolne przewodnictwo tak czy nie?

    Wszystko prawda, ale nauczyciel, nawet jeśli spełni te warunki, to i tak śmiało może wygadywać bzdury, przykładów nie będę podawał, nawet na forum w odpowiednim temacie były podawane. Przede wszystkim, to wątpię czy z certyfikatem i bez braliby tyle samo za usługę.
  24. Wolne przewodnictwo tak czy nie?

    Zagrożenie jest identyczne jak w przypadku zawodu nauczyciela, który jest chyba wolny i żadnych certyfikatów nie musi uzyskiwać. Nie muszę chyba mówić, że nauczyciel na obywateli ma dużo większy wpływ niż przewodnik. Ależ certyfikat to nie jest forma kontroli. Kontrola istniałaby wtedy, gdyby np. każdemu przewodnikowi przydzielono by urzędnika, który słucha co mówi i recenzuje go - to powiedział dobrze, to źle, ogólnie nadaje się/już nie nadaje się. Certyfikat to świadectwo tego, że przewodnik wykonuje swoją pracę za zgodą państwa - i tyle. EDIT mea culpa, z tego co widzę zawód nauczycielski wolny jednak nie jest
  25. Wolne przewodnictwo tak czy nie?

    Tak jakby teraz nie mówili Ostatnio na Wawelu dowiedziałem się, że Zygmunt Waza planował przenieść stolicę do Gdańska. Przewodnik bez kursu różni się od przewodnika po kursie tym, że nie skończył kursu - nie ma żadnej gwarancji że ma mniejszą wiedzę. Bo jaka jest gwarancja, że historyk z dyplomem ma większą wiedzą od historyka-amatora? Kto chce, to niech sobie robi, dla mnie certyfikat państwowy nie zmienia niczego.
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.