jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    2007
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez jancet

  1. Wyobraź sobie, że w pewnym stopniu posiadłem jakiś czas temu umiejętność czytania, a w jakimś stopniu także rozumienia przeczytanego tekstu. Nota bene, czy Stalin 17 września "dokonał agresji na państwo polskie, zajmując jego wschodnią część", czy też "w obliczu nieuniknionej klęski państwa polskiego wziął pod ochroną mniejszości narodowe, zamieszkujące jego wschodnią część" zależy od punktu widzenia. Ukraiński patriota może to widzieć nico inaczej, niż polski patriota. No a Żydzi, mieszkający na tych terenach, raczej mieli zupełnie konkretne powody do zadowolenia z tego, że Hitler jednak nie zajął całej Polski. Myślę, że w Średniowieczu mogło być tak, że jeden hrabia zaatakował drugiego z powodu, iż wysłaniec tamtego niewłaściwie się wypowiedział na jego dworze. Hrabia tak, ale król już raczej nie. A my piszemy o wieku XX. Traktowanie tego, że Mołotow uprzedza Hitlera o planowanych kierunkach ekspansji, jako casus belli wydaje mi się absurdalne. Skoro uprzedza, to stwarza pole do pertraktacji. Oczywiście, że w systemie "4 potęg kontynentalnych" (z tym, że Włochy nie potęga, a Japonia nie kontynentalna) musiał być uzgodniony podział łupów. Dlaczegóż to Bułgaria i północna Bukowina w żadnym razie nie mogły przypaść Stalinowi - dalibóg, nie rozumiem. Można znaleźć inne argumenty. Otóż Hitler uważał, że Wielka Brytania jest pokonana. Wprawdzie musiał sobie odpuścić bezpośrednią inwazję na Wyspę, ale liczył na sukces w bitwie o Atlantyk oraz w Afryce północnej. Inwazja wojsk brytyjskich na kontynent była nie do wyobrażenia, a można było liczyć na to, że Rommel z kilkoma dywizjami (+ Włosi) zimą dojdzie do Kairu. No to do ataku na ostatniego wroga.
  2. Jestem wielkim sympatykiem Wiki, nawet coś tam umieszczam czasami, ale choćby z tego względu wiem, że ufać ocenom tam zawartym nie można . Akurat ten tekst nie trzyma ni gramatyki, ni elementarnej logiki. Spójrzcie na mapę. W jaki to cudowny sposób podporządkowanie sobie przez Stalina Bułgarii czy kontrola nad żeglugą przez Bosfor i Dardanele miały powodować dla Niemiec zagrożenie dla kontroli nad rumuńskimi polami naftowymi? Gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie kapusta? Owszem, zbrojenia radzieckie to jest jakiś argument. Jeśli Hitler uznał, że ZSRR wzmacnia swe siły szybciej, niż on sam potrafi, to należało atakować jak najprędzej. To jest logiczne, ale z samego faktu, że logiczne, nie wynika jeszcze, że prawdziwe.
  3. Przyznam, że nie rozumiem tego wywodu. III Rzesza w 41 zaatakowała ZSRR - to fakt raczej bezsporny. Bez względu na to, jak nazwiemy charakter dotychczasowych stosunków pomiędzy tymi państwami (sojusznicze czy tylko poprawne), bez względu na to, jakie były Hitlera pobudki, to i tak III Rzesza była w 41 agresorem, a ZSRR agresji ofiarą. Fakt, że ZSRR był ofiarą agresji w 41 roku w najmniejszym nawet stopniu nie wybiela działań tego państwa w latach uprzednich - zajęcia wschodniej Polski, państw nadbałtyckich, Besarabii czy ataku na Finlandię. Wg oficjalnej propagandy z epoki realnego socjalizmu ZSRR zajmowało te tereny, bo Stalin wiedział, że w dającej się przewidzieć przyszłości do agresji III Rzeszy na ZSRR dojdzie. Gdyby Stalin zastosował atak prewencyjny, byłoby to wyjaśnienie wiarygodne. Nawet gdyby pierwszy nie zaatakował, ale był świetnie przygotowany do obrony - to byłoby to dość wiarygodne. Przebieg wydarzeń w 41 roku wskazuje jednak, że ZSRR był ofiarą, i to ofiarą zupełnie nieprzygotowaną na atak. No i to właśnie podważa wybielającą koncepcję. Mimo wszystko odpowiedź na pytanie "czemu Hitler zaatakował ZSRR" - "bo pragnął przestrzeni życiowej dla Niemców" mnie nie zadowala. Sporo tej przestrzeni już zdobył - Czechy, pół Polski, Słowenię - i jeszcze nie zdołał skonsumować. Wiosną 1941 roku Hitler stworzył możliwości do zawarcia sojuszu 4 mocarstw - III Rzeszy, ZSRR, Japonii i Włoch (o ile te ostatnie faktycznie były mocarstwem). Przeciwników w zasadzie było dwóch - Wielka Brytania i Chiny Czang Kaj-szeka. Do układanki brakowało jeszcze Turcji, ale pewnie dałaby się w końcu wciągnąć. Hiszpania też, ale nie miało to większego znaczenia. Kontynentalna ofensywa na posiadłości brytyjskie wydaje się być całkiem możliwa przy współdziałaniu z ZSRR, które mogło zaatakować Iran i Afganistan, a potem Indie. Także podział stref wpływów można by jakoś uzgodnić. Jeszcze atak na Kretę zdaje się służyć realizacji tego planu. Po zdobyciu Krety naturalnym celem zdaje się być Malta, ewentualnie Gibraltar w sojuszu z Hiszpanią lub Cypr w sojuszu z Turcją. W dowolnej kolejności. A potem Egipt. Przy jednoczesnym ataku ZSRR na Iran i Japonii na Birmę Brytyjczycy znaleźliby się w bardzo trudnym położeniu. Dlaczego Hitler nie zrealizował tego scenariusza?
  4. Ależ dlaczego. Jeśli nawet kwestia rozbieżności w liczbie państw, biorących udział w tamtej wojnie, jest raczej banalna, to już kwestia liczby ofiar - nie. Wręcz przeciwnie. Pewnie stosunkowo łatwo ustalić liczbę ofiar wg państwa zamieszkania w 1914 roku. Choć i tu mogą być problemy. Dla przykładu - czy człowiek, który w 1914 mieszkał w Radomiu, czyli był mieszkańcem Rosji, ale wstąpił do Legionów i poległ, walcząc po stronie państw centralnych, liczy się do strat Rosji czy Austro-Węgier. Ale nie sądzę, by takie przypadki zmieniały 3. cyfrę znaczącą. Natomiast liczba ofiar wg narodowości to już inna kwestia, niezwykle interesująca. Rozbieżności wcale mnie nie dziwią, a dochodzenie do prawdy może być ciekawe. Tym bardziej, że sam niewiele mam w tej kwestii do powiedzenia. Ale wątek jest ciekawy.
  5. Problem z tymi wariantami jest taki, że nie są to jakieś alternatywne rozwiązania, a już na pewno nie wykluczające się wzajemnie. Hitler szykował się do inwazji (wariant I). Jako niezbędny warunek do niej uznał panowanie w powietrzu - stąd bitwa o Anglię (wariant II). Usiłował blokować Wyspy Brytyjskie na morzu - bitwa o Atlantyk (wariant III). Wraz z Włochami atakował pozycje brytyjskie w Afryce (Africa Korps), zdobył Kretę, atakował Maltę (wariant IV). De facto stworzył blok kontynentalny (wariant V), choć Stalin nie zdecydował się na atak na tereny, zdominowane przez Brytyjczyków. Ale pozostańmy przy pierwszych 4 wariantach. Wariant I i II są ze sobą bardzo ściśle związane. Do realizacji obu potrzebne jest panowanie w powietrzu. Tego panowania Niemcy nie zdobyły. Można dziś snuć dywagacje na temat lepszego wyboru celów dla bomb, ale podejrzewam, że niemieckie bombowce nie miały swobody wybierania celu. Cieszono się, że coś dało się zbombardować. Wariant III też jest związany z I i II, ale trochę luźniej. Jakoś wątpię, żeby blokada morska mogła w krótkim czasie rzucić Wielką Brytanię na kolana i zmusić do zawarcia pokoju z pozycji przegranego. Musiałaby być szczelna, a do takiej sytuacji w bitwie o Atlantyk nawet się nie zbliżono. Oczywiście - gdyby Niemcy, zamiast budować dwa wielkie pancerniki (po 50 tys. ton każdy) zwodowały 100 małych U-bootów po 1 tys. ton każdy, to... zbudowaliby niecałe 10% okrętów podwodnych więcej i raczej niczego by to nie zmieniło. W zakresie IV wariantu zastanawiałeś się (o ile dobrze Cię zrozumiałem), czy gdyby zamiast trzymać 39 dywizji w gotowości do inwazji na Anglię, wysłać je do północnej Afryki, to czy nie rozbiłyby brytyjskiej obrony i szybko zajęły Egipt i Bliski Wschód. Wygląda kusząco, problem jednak w tym, że tym dywizjom trzeba dać jeść, pić, amunicję, części zamienne, warsztaty remontowe, szpitale etc. etc. z praniem żołnierskich gaci włącznie. Faktycznie Africa Korps to początkowo jedna niepełna, a na koniec 4 dywizje (+ liczniejsi Włosi), a i tak były wielkie problemy z zaopatrzeniem. Gdyby z Casablanki do Kairu biegła autostrada i dwutorowa linia kolejowa, ale takiej nie było i nadal nie ma. Poza tym 40 dywizji niemieckich + drugie tyle włoskich wymagałoby przestrzeni do ich rozwinięcia, jakieś 200 km frontu. Tymczasem tam nadający się do regularnych działań wojennych był tylko pas przybrzeżny. Czasem zapędzano się w głąb pustyni, ale że tak powiem "komunikiem".
  6. Co do polityki narodowościowej CK Monarchii, to zetknąłem się z opinią, że do Galicji na urzędników czy żandarmów wysyłano głównie Czechów. Żeby mowę miejscową łatwo im było zrozumieć, ale żeby się też zanadto nie spoufalali.
  7. Front wschodni był jednak mniej stabilny, bardziej manewrowy, więc pewnie naszkicowany przez Ciebie obraz nie był aż tak powszechny, jak u Remarque "Na zachodzie bez zmian". Ale okopy były wszędzie i woda zawsze spływa w dół. Myślę, że nie ma rozbieżności co do faktów, raczej chodzi o metodę liczenia. W wojnie brała udział Wielka Brytania. Czy jej dominia - Kanada, Południowa Afryka, Nowa Zelandia, Australia traktować jako odrębne państwa, czy nie? A Indie? Niektóre państwa, głównie z Ameryki Łacińskiej wypowiedziały państwom centralnym wojnę dopiero w chwili, gdy jej wynik był przesądzony. Nie wysłały na front ani jednego żołnierza, ale do wojny formalnie przystąpiły. Niektóre państwa powstały pod sam koniec wojny. Dla przykładu - czy Polska brała udział w I wojnie światowej? Odpowiedź wcale nie jest oczywista. Jeśli chodzi o państwa europejskie wg stanu z lat 1914-1916 wątpliwości nie ma żadnych.
  8. O oblężeniu Paryża podczas owej wojny nie wiem nic, choć tak na zdrowy rozsądek skłaniałbym się do opcji "śmiech przez łzy". Znaczy może niejednego kota zjedzono, ale wątpię, by znalazło to swe odbicie w restauracyjnych menu. A co do realiów, to pamiętam opowiadanie mego ojca, który wraz z mą babką przeżył zimę 1917/1918 w Moskwie. A babka miała kota, i to podobno takiego grubego raczej. Nie dość że sam się nadawał na żarcie, to jeszcze żarcia się domagał. No i się doigrał. Któregoś dnia kotek znikł. A kilka dni później udało się któremuś z domowników kupić tuszkę królika. Zrobiono z "królika" potrawkę i uroczyście podano do stołu dawno niewidziane danie mięsne. Babka ponoć zjadła i dopiero wysysając kosteczki dostrzegła, że coś jest nie tak. No i wszystko zwróciła. Ale pozostałym domownikom smakowało wielce.
  9. No "Bismarck" zatopił krążownik liniowy "Hood". Ale żeby " Admiral Graf Spee" zatopił jakiś okręt, to nie pamiętam.
  10. Przesadzasz. Czy na uzbrojeniu Wilhelma Zdobywcy były odpowiedniki amerykańskich LCA, LCM ,czy LVT ? Zapewne nie, a jednak desant mu się udał. Czy Brytyjczycy na Gallipoli mieli taki sprzęt? Nie. O ile cała operacja okazała się katastrofą, to sam desant się udał. Czy Niemcy, atakując Kretę, mieli taki sprzęt? Nie. A jednak Kretę zajęli. Czy alianci, lądując w Afryce Północnej mieli LVT? Popraw mnie, jeśli się mylę, ale mieli kilka czy kilkanaście sztuk w celu przeprowadzenia testów polowych. LCA to taka szalupa ze wzmocnionymi burtami. Żaden cud techniki. Można było coś takiego wyprodukować w każdym zakładzie szkutniczym, a nawet i nie szkutniczym. LCM podobnie tyle że z motorem. Jacht czy kuter rybacki to bardziej technologicznie zaawansowane konstrukcje. Nie wiem, czy na uzbrojeniu III Rzeszy było coś podobnego, ale wyprodukowanie 1000 takich łodzi (wystarczających do przerzucenia 30 tys. żołnierzy) było możliwe w ciągu kilku tygodni. Można też było skonfiskować kutry i łodzie rybackie, najlepiej z załogami. Gdyby III Rzesza wygrała powietrzną bitwę o Anglię to znalazłyby się środki desantowe wystarczające do lądowania. Ale bez panowania w powietrzu żaden desant nie miał szans i LCA, LCM ,czy LVT nic by w tej materii nie zmieniły
  11. Jak to "niepotrzebnie przerodziła się w spór"? Spór jest sercem forum dyskusyjnego. Ja tu wchodzę, żeby się spierać. To nie towarzystwo wzajemnej adoracji, gdzie wszyscy myślą tak samo. To nie Facebook. Tu się spieramy. Prezentujemy swój pogląd, poznajemy poglądy innych i wymieniamy się argumentami. Chciałbym poznać Twój pogląd na zadane przez Ciebie kwestie. Zanim zadasz nową.
  12. Kszyrztoffie, Gregski nie proponował nowego tematu, tylko powiedział Ci, ze istnieje już bardzo podobny do tego, który Ty zaproponowałeś. Choć trochę inaczej go sformułowałeś. Wypowiem się w sposób nieuprawniony w imieniu arystokracji tego forum (arystokracji, rozumianej jako najwyższa kasta, której powinnością jest służyć najlepiej, jak potrafią, dociekaniom historycznej prawdy i angażowaniu w to działanie jak najliczniejszego grona osób). Odrobinkę szacunku dla nas, starych. Fajnie, że inicjujesz nową dyskusję, potrafisz postawić kwestię inaczej, niż dotychczas była stawiana. Ale do biegłości w sztuce argumentacji trochę Ci brak. Gdy kilka lat temu zaczynałem uczestniczyć w tym forum, Secesjonista - wówczas zwykły forumowicz - flekował mnie bez pardonu, wytykając każdy błąd językowy i wyszukując najmniejszych nawet dziur w poglądach. No i dobrze robił. Nauczył mnie szacunku dla forum i przypomniał zasadę "wiem, że nic nie wiem". Dziś nadal lubimy się kłócić. Dużo musiałem się nauczyć, żeby się z nim kłócić jak równy z równym. Więc się kłóćmy. Po to jest forum. Ale zachowanie "skoro na poprzedni temat już mi brak argumentów, to go porzućmy, a ja teraz wrzucę nowy" nie jest "super'. No ale skoro Tyberiusa Claudiusa nakłoniliśmy do rozsądnej debaty, to pewnie i Ty wkrótce zaliczysz sam siebie do "arystokracji forum" i będziesz wprowadzać kolejnych forumowiczów w nasze wspólne środowisko.
  13. Krzysztoffie, widzisz - myślałem że mamy już to za sobą, ale próbujesz wszcząć dyskusję na kolejny temat, w moim przekonaniu - pozostający w zakresie historii alternatywnej, więc muszę wrócić do tej kwestii. Twierdzisz, że cytowana powyżej kwestia nie jest zagadnieniem historii alternatywnej, tylko tej naukowej. Zapewne swe przekonanie opierasz na tym, że gramatycznie nie zastosowałeś trybu warunkowego. Nie zapytałeś, co by było, gdyby... Gramatycznie - nie, ale faktycznie - tak. Gdybyś zapytał "Jakimi siłami Francja i Wielka Brytania dysponowały 3 września (czy innego dnia tego miesiąca) w celu zaatakowania Niemiec?" byłoby to pytanie jak najbardziej z zakresu historii naukowej. Gdybyś się spytał, "czy siły te były wystarczające, aby dowódcy alianccy mogli w odpowiedzialny sposób podjąć decyzję o ofensywie?" to już dla historii naukowej "jazda po bandzie". Ty jednak pytasz 'czy te kraje dysponowały w tym momencie dostatecznymi siłami aby taką ofensywę moc skutecznie przeprowadzić?" Podkreśliłem "skutecznie". No bo jak, stojąc na gruncie nauki, możemy osądzić, czy taka ofensywa byłaby przeprowadzona "skutecznie", skoro jej nie było (pomijam już to, że była, ale w bardzo ograniczonym zakresie)? To jest już klasyczne pytanie "co by było, gdyby alianci przeprowadzili szeroko zakrojoną ofensywę w pierwszej połowie września 1939?". To już jest historia alternatywna. Cdn.
  14. Ten post powinien być po moim następnym poście, coś mi się nie udało Otóż, gdybyś zapytał, czy III Rzesza miała inne warianty, byłoby to pytanie z zakresu historii naukowej. Jednak pytasz się, czy "miała może bardziej korzystne "inne warianty"? A to, czy byłyby one dla III Rzeszy bardziej korzystne, to już domena historii alternatywnej, skoro III Rzesza jednak ich nie zastosowała. Spróbuję jednak ustosunkować się do pytania czy nie mogli sobie wyznaczyć innego może łatwiejszego celu i w dążeniu do niego osiągnąć sukces? Otóż gdzieś pomiędzy klęską Francji a atakiem na ZSRR III Rzesza wyznaczyła sobie kilka łatwiejszych celów. Np. przeprowadzono drugi arbitraż wiedeński, w którym Węgry odzyskały skrawek Siedmiogrodu, za co stały się Hitlera najwierniejszym sojusznikiem. Co więcej - Rumunia też uznała się zmuszona do sojuszu z III Rzeszą w zamian za obietnicę odzyskania Besarabii. Niemcy też podbiły Jugosławię i Grecję (co spowodowało wciągnięcie do wojny Bułgarii), zdobyły nawet Kretę, którą Wielka Brytania chciała przerobić na swój czwarty bastion ma Morzu Śródziemnym (obok Gibraltaru, Malty i Cypru). Natomiast o tym, czy Wielka Brytania będzie nadal walczyć z III Rzeszą, to zadecydował Churchill, a nie Hitler. I gdyby nie ta decyzja, to nikt by dzisiaj nie pisał po polsku.
  15. W sumie masz rację, tyle że jednak do 10 czerwca wojska francuskie jako-tako trzymały front. Utrata z grubsza połowy sił we Flandrii rzeczywiście nie dawała znaczących szans aliantom na sukces, ale gra się wciąż toczyła. Nie spodziewam się jakiejś zasadniczej różnicy zdań między nami w tej materii (kłócić się możemy na innych polach), ale jakoś czuję niedosyt. Zadam więc pytanie dychotomiczne: Czy uważasz, że w przypadku braku paktu Ribbentrop-Mołotow i istnienia sojuszu francusko-brytyjsko-polskiego dla Hitlera byłoby lepiej najpierw atakować Polskę, a potem Francję; czy też najpierw Francję, a potem Polskę?
  16. Gwoli ścisłości to "profesor zwyczajny" jest nazwą stanowiska, a tytuł brzmi po prostu "profesor". Ale to drobiazg. To nazewnictwo jest nader skomplikowane, a i tak złośliwi twierdzą, że większość to "profesorowie nienadzwyczajni". Ale dla potrzeb tego wątku ciekawi mnie, jak ww. pp. profesorowie ustosunkowali się do poruszanej kwestii (i czy się ustosunkowali). Tj. czy znajdujesz w tekście tej pracy potwierdzenie, że prof. Grzelak uważa, iż bez paktu Ribbentrop-Mołotow do ataku Niemiec hitlerowskich na Polskę by nie doszło. Oczywiście wiem, że mogę sobie książkę kupić (co by też było pożyteczne ze względu na autorskie tantiemy jej twórców), no ale wtedy po co byłoby forum. Chodzi o możliwość zatargu pomiędzy wojskami niemieckimi i radzieckimi, gdyby z góry nie uzgodniono zasad współdziałania. Otóż nie twierdzę, że do tego by doszło, wskazuję tylko na taką możliwość. Ani Hitler nie chciał wtedy wojny ze Stalinem, ani Stalin z Hitlerem. Jednak gdy niemieckie dywizje rozbijały Polskę, Stalin pewnie działałby metodą faktów dokonanych i sięgnął po kasztany, skoro już wyjęte z ognia. A wtedy пуля дырочку найдет. Nigdy (no - prawie nigdy) nie można mieć pewności co do wyniku walki. Te 45 dni to i tak przesadziłeś, tak naprawdę kampania 10 czerwca była rozstrzygnięta, czyli po 32 dniach - w porównaniu do naszych 8 dni to 4 razy dłużej. Moja teza, dotyczy tego, co było dla Hitlera korzystniejsze - najpierw rozprawić się ze słabą Polską, a potem wszystkie siły rzucić na Zachód, czy też atakować Zachód częścią sił, a pozostałymi osłaniać się od Polski. A granica polsko-niemiecka miała taki dziwny kształt, że osłaniać ją trudno, bardzo faworyzuje silniejszego. To zresztą dość stara zasada działania na liniach wewnętrznych - najpierw zniszcz słabszego przeciwnika, byle szybko, zanim silniejszy dotrze na pole bitwy.
  17. Kilka uwag, że tak powiem - metodycznych. 1. Tytuły, stanowiska i stopnie naukowe mają swoje znaczenie. Jeśli jakiś pogląd, dla mnie zaskakujący, formułuje osoba bez stopnia naukowego, to odnoszę się do tego poglądu nieufnie - co nie oznacza, że z założenia odrzucam. Jeśli jednak taki pogląd pochodzi od osoby posiadającej stopień, a tym bardziej tytuł naukowy, to moja nieufność jest mniejsza. Co jednak nie oznacza, że automatycznie uważam ten pogląd za słuszny. Profesorowie tytularni też różnią się poglądami i nie wszystkie mogą być słuszne. 2. Osoby, posiadające stopień doktora habilitowanego (a czasem i dr.), zwykle zajmują stanowisko profesora nadzwyczajnego, więc grzecznościowo tytułuje się je "profesorami". 3. Poglądy na interesujące mnie zagadnienia, w tym historyczne, staram się kształtować na podstawie publikacji - książek i artykułów naukowych, a często nawet i popularno-naukowych, dostępnych na papierze albo w sieci. Programy telewizyjne czy radiowe nie są dobrą podstawą. Dlaczego? Bo pisząc tekst, masz w miarę dużo czasu na przemyślenie, jak on powinien brzmieć. Zdarza mi się cały wieczór poświęcić na jeden akapit. Natomiast w czasie dyskusji przed kamerą, gdy pan A wypowie coś, z czym pan B się nie zgadza, to pan B ma 4 sekundy na zasygnalizowanie swego odrębnego poglądu i znalezienie argumentów. Ale nawet, jeśli zdąży, to w międzyczasie może coś powiedzieć pan C i dyskusja przejdzie na inne kwestie, a potem pan D, czyli prowadzący program, zadecyduje "kończymy, Panowie". Przy czym prowadzący nie jest rozliczany z dociekania prawdy, lecz z oglądalności. A ta będzie tym większa, im więcej atrakcyjnych tez w programie zostanie postawionych, nieważne, czy prawdziwych, czy fałszywych. 4. O ile więc poglądy prof. Moczulskiego są mi z grubsza znane, to na podstawie tego programu nie jestem w stanie ocenić, na ile prof. Grzelak się z nimi zgodził. Sam fakt, że nie zaprzeczył wprost, niczego nie dowodzi, tym bardziej, że panowie profesorowie raczej rzadko używają określeń typu "nieprawda" - chyba że zaczynają bawić się w politykę. Co do meritum. Pomimo swej przewagi Hitler nie mógł dokładnie wiedzieć, jak długo zajmie mu pokonanie Polski. Dlatego dogadanie się ze Stalinem było korzystne. Tym bardziej, że bez paktu Ribbentrop - Mołotow wojska radzieckie i tak mogły wkroczyć do Polski, tyle że wtedy mogłoby dojść do starć niemiecko-radzieckich, co uwikłałoby Hitlera w dość niekorzystną sytuację. Natomiast, jeśli w ogóle miał zrealizować swój plan ekspansji, to musiał zacząć od Polski, licząc, że się z nią rozprawi, zanim Francja zmobilizuje siły, zdolne do strategicznej ofensywy. W odwrotną stronę to nie działało - trudno uwierzyć, by pokonał Francję, zanim Polska zmobilizuje swe siły. I znów miałby wojnę na dwa fronty, czego chciał uniknąć.
  18. Tak sobie wyobrażam realne skutki ustawodawstwa PiS. Od 9 lat mamy kawałek ziemi w Rudzie, gmina Korczew. Mało - 0,45 ha, ale z tego część to grunty orne. No ale nie uprawiam ich osobiście (bez względu na to, co to znaczy, szczególnie w przypadku człowieka niepełnosprawnego). Z kolei mój sąsiad, który za mnie wykonuje prace polowe i zbiera ich plony (w zamian dogląda mego gospodarstwa) w ciągu najbliższych kilku lat chciałby sprzedać swe grunty - cca 7 ha. Taka obiegowa cena to 10 tys. zł za hektar. Bardzo prawdopodobne, że bylibyśmy skłonni kupić te 7 ha za 70 000 zł, bo synowa skończyła rolnictwo na SGGW i nie do końca ma pomysł, co dalej. Więc może pomysł upraw ekologicznych i eko-argoturystyki by jej pasował. Jednak nie może ich tak po prostu kupić, bo PiS wprowadziło ustawę, która teoretycznie miała zapobiegać wykupywaniu naszej świętej ziemi przez cudzoziemców, a w praktyce jest narzędziem wpierania sympatyków PiS. Otóż o tym, czy mogę kupić te 7 ha, zdecyduje podległy partii rządzącej urzędnik Agencji Rynku Rolnego (albo Agencji Nieruchomości Rolnych, chyba miały zostać scalone). Jeśli jakaś osoba, zasłużona dla PiS, zapragnie kupić grunty gdzieś w tej okolicy, to moja oferta kupna może zostać odrzucona - bo nie jestem rolnikiem. I zostanie odrzucona. W ten sposób mogą być odrzucane kolejne oferty nie-rolników. A miejscowi rolnicy nie mają kasy, żeby w ogóle startować. Nie mają nawet 7 000 zł. Ten proceder może trwać tak długo, aż mój sąsiad zgodzi się sprzedać swe 7 ha za... 14 tysięcy zł. Jeśli mój sąsiad naprawdę nie jest w stanie dalej uprawiać swej roli, to się zgodzi. Bo nie ma wyboru. Do wczoraj mógł się odwołać do sądu. Ale dziś sąd to też PiS.
  19. Trochę mnie zaskoczyło odgrzanie tego tematu, który chyba już od bardzo dawna nie ma związku z "bitwą pod Lenino". Odpowiadając zaś na Twoje pytanie zapewne w annałach 337 dywizji piechoty i 39 korpusu pancernego znajdą się jakieś wzmianki o tym starciu, natomiast bardzo wątpię, by wyodrębniano w nich starcie pod Lenino jako odrębną bitwę.
  20. No właśnie. Otóż - takie przynajmniej wnioski wyciągnąłem z lektur młodzieńczych - "parlament" we Francji z XVII i większości XVIII wieku to było zgromadzenie sędziów, a nie wybieralnych przedstawicieli obywateli. Parlament paryski to taka Krajowa Rada Sądownictwa. Pomimo zbieżności nazwy, nie ma nic wspólnego ze współczesnym parlamentem. Więc wszystkie Twe wywody, dotyczące francuskich parlamentów w kontekście trójpodziału władzy są do .... . Zaś uogólniając, to w ogóle nie czuję się w obowiązku nawiązywania do tego, co, kiedy i w jakiej sytuacji Monteskiusz coś pisał. Monteskiusz nie jest prorokiem, świętym czy kimś podobnym w moim systemie wartości. Ważne jest dla mnie, że trójpodział władzy jest stosowany w państwach, do których chciałbym się przenieść, gdybym był zmuszony do opuszczenia Polski. I którego dla Polski pragnę.
  21. Mam nadzieję, że wolno mi mieć w tej sprawie inne zdanie. I te inne zdanie wyraźnie przedkładam Szanownej Publiczności. Jest to - w mojej skromnej opinii - coś bardzo nagannego, jeśli chodzi o dociekanie prawdy, choć OK w dyskusji na forum. Problem jest w asymetrii. Nie otrzymując wystarczająco mocnych argumentów przeciw Twym hipotezom, utwierdzasz się w przekonaniu (przynajmniej takie odnoszę wrażenie), że Twe hipotezy są słuszne. Bardzo proszę o takie mocne, twarde, zrozumiałe dla uczestników tego forum, choćby tych 10% najinteligentniejszych, argumenty na rzecz tezy, iż to Ziemia obraca się wokół Słońca. Toć każdy widzi, iż to Słońce obraca się wokół Ziemi.
  22. Nie do końca rozumiem, Kszyrztoffe, dlaczego domagasz się od Poldasa dowodów i argumentów, samemu formułując temat, który wg mnie o wiele bardziej pasuje do historii alternatywnej i to o charakterze nieco plebiscytarnym. Twoje trzy pytania zawierają tezy, których bronisz w tym sensie, że od innych domagasz się mocnych argumentów przeciw, samemu nie przedstawiając swoich za. No ale dobrze - zadałeś pytanie, dostaniesz odpowiedź. 1. Zdecydowanie zaatakuje. Na co ma czekać? Dlaczego sojusze Polski z Francją i Wielką Brytanią miałyby z czasem ulec rozluźnieniu, a nie wzmocnieniu. Poza tym Polska mogłaby się zacząć dogadywać z ZSRR. 2. Odniosę się tylko do odpowiedzi na pytanie. Te kraje generalnie dysponowały wystarczającymi siłami w sensie możliwości mobilizacyjnych, ale potrzebowały kilku tygodni, a nie kilku dni. Tymczasem front naszej obrony został przerwany 8 września. Gdyby stało się to 8 listopada, pewnie doszłoby do wielkiej ofensywy nad Renem. 3. Sądzę, że Stalin miał wystarczająco dużo informatorów na terenie Polski, żeby znać sytuację. Gdyby 16 września Polacy broniliby powiedzmy linii Grodno - Modlin - Toruń - Łódź - Kraków - Jabłonka i dalej wzdłuż granicy, nie wkroczyłby do Polski. Zbyt duże ryzyko odwrócenia sojuszy. Dowodów nie dostarczę. Tylko głosuję w plebiscycie.
  23. Odnoszę wrażenie, że językoznawcy etymologię wielu słów ustalają na m.in. podstawie rozmów z pewnymi paniami i panami. To bardzo ważne źródło ich wiedzy. Relacją ze swej rozmowy Euklides dorzucił cegiełkę do wiedzy ludzkości na temat etymologii słowa "Lędzianie". Zarejestrował pewną tezę. Czy słuszną - nie wiem, ale kto wie, czy językoznawcy zdania nie zmienią. Choć na mój rozum to fałszywy trop. "Łegi" jak chce SJP, regionalnie ja twierdzi pani spod Kutna "łęki" to wyraz obecny w językach słowiańskich, np. po słowacku "luhy" (z twardym "l" i dźwięcznym "h") raczej dałyby początek Łużyczanom, niż Lędzianom.
  24. Różne są metody liczenia PKB czy PRB, ale generalnie powinny szarą strefę, czyli np. przemyt, prostytucję uwzględniać. Oczywiście szacunkowo, więc może na terenach przygranicznych wartości przemytu niedoszacowano, no ale skąd wiesz, że właśnie tak było? Bo może przeszacowano? Natomiast masz sporo racji co do problemu z porównywaniem PRB ze względu na masowe krótkoterminowe wyjazdy zarobkowe z regionów przygranicznych. Bo jak ktoś emigruje na długo, to urzędy statystyczne to odnotowują i wprawdzie jego dochody (czy wydatki) za granicą nie są uwzględniane przy liczeniu PRB per capita w liczniku, ale i osoba taka wypada z mianownika. Natomiast przy wyjeździe krótkoterminowym jego zagraniczne wydatki znikają z licznika, a osoba w mianowniku pozostaje. Na ile jest to istotne - nie wiem. Bo pieniądze zarobione w Polsce, ale wydane na Ukrainie już do PKB czy PRB wejdą. PKB (PRB) pc jest często krytykowany, problem w tym, że lepszego obiektywnego miernika nikt jeszcze nie wymyślił.
  25. Tak trochę żartem powiem, że najlepiej mają się te terytoria dawnej Rusi (Ukrainy?), które się spolonizowały i obecnie są w granicach RP - Grody Czerwieńskie, Drohiczyn. Tam PRB to ponad 7000 USD na łebka. A tak poważniej... Bo temat bardzo poważny, żeby podchodzić do niego na tak niedbałych podstawach faktograficznych jak to założyciel robi. Przede wszystkim trzeba ustalić zakres czasowy odpowiedzialności Polski za sytuację poszczególnych części Ukrainy. Przedstawiam to sobie tak: 1. Lwowskie - od czasów Kazimierza Wielkiego do I rozbioru, czyli 1349-1772 (nie silę się na przesadną dokładność, wiele kwestii jest dyskusyjnych, ponadto raczej staram się podawać stan de facto niż de jure), z epizodem węgierskim. To długo (cztery i ćwierć stulecia). Potem 1919-1939. To nawet nie ćwierć stulecia, 20 lat. 2. Zachodnie Podole (z Kamieńcem Podolskim) - na stałe weszło w skład Korony w 1439 roku i trwało to do II rozbioru, czyli 1793 roku. Trzy i pół wieku - minus ćwierć wieku panowania tureckiego. 3. Wołyń z Łuckiem - od Unii Lubelskiej 1569 do III rozbioru 1795, czyli dwa i ćwierć wieku. A potem 1919-39, 20 lat i to z przerwą. 4. Zachodnia Kijowszczyzna z Żytomierzem (bez Kijowa) od 1569 do 1792, czyli też dwa i ćwierć wieku, minus 20 lat 1648-1667. 5. Kijów, Zadnieprze, Zaporoże - od 1569 do 1648, czyli 3/4 stulecia. Zakarpacie, Czarnomorze, Krym i Bukowina do Polski nie należała nigdy. A pozostałe terytoria - krócej lub dłużej, ale to dłużej to było dawno. Wpływ bardzo dawnej przynależności państwowej na dzisiejszą tożsamość kulturową można udowodnić chociażby na przykładzie Niemiec, gdzie dzisiejsza ludność południowej ich części (Bawarii, Badenii, Wirtembergii etc.) czuje się do dziś inna (lepsza) niż ci Sasi, o Prusakach nie mówiąc. Choć i to zjawisko może istnieć pod pewnymi warunkami. Natomiast wątpię, by ten wpływ był tak trwały w sferze gospodarki. Dzisiejsza Dolna Saksonia nie jest gospodarczo słabsza od bawarskiej. O gospodarce decydują dzieje ostatnich dwóch stuleci. No i raczej chodzi do przynależność państwową dłuższą niż lat kilkanaście, a w przypadku ziem dzisiejszej Ukrainy, należących do II Rzeczpospolitej, mówimy o latach od traktatu ryskiego w marcu 21 do września 39, czyli ledwie 18-letniej. Słabszy rozwój gospodarczy zachodniej Ukrainy, podobnie jak i wschodniej Polski, można bardzo łatwo wytłumaczyć peryferyjnym ich położeniem. Zachodnia część dzisiejszej Ukrainy były to aż do 1918-21 peryferia Rosji i Austrii. W dodatku niebezpieczne ze względu na narodowość zamieszkujących je ludzi - mieszkali tam Ukraińcy, Polacy, Żydzi - ale Rosjan czy Niemców jak na lekarstwo. Na takich terenach się nie inwestuje, przede wszystkim nie inwestuje państwo - bo państwo chętnie inwestuje w przemysł strategiczny czy wręcz wojenny, a ten z oczywistych względów nie może być lokalizowany w regionach przygranicznych.