jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    1955
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    2

Zawartość dodana przez jancet

  1. Nie, nie chodzi mi o agenta "Bolka", tylko o bar "Bolek". "Bolka" już nie ma. W tym miejscu jeść sieciówka "Sfinks". Istniał niecałe 40 lat. Powstał pod koniec lat 70-ych jako obiekt w ramach utworzonego wówczas parku "Pole Mokotowskie" w Warszawie, tuż przy Alei Niepodległości. Jako uczeń liceum byliśmy bodajże na dwa czy trzy dni w roku kierowani na tzw. "prace społeczne" i w ich ramach porządkowaliśmy teren wokół miejsca, w którym miał ów bar powstać. Powstanie tego baru było też związane z akcją likwidowania "budek z piwem" i zastępowania ich lokalami, w których klasa robotnicza będzie mogła zaspokajać swoje pragnienie w lepszych - i mniej rzucających się w oczy. Miejsce było o tyle szczególne, że znajduje się o kilka minut drogi pieszo od ówczesnych gmachów SGGW, SGPiS (dziś SGH) i od IICh PW, na którym wkrótce zacząłem studia, a i niedaleko od innych gmachów Politechniki. Zatem równie częstymi gośćmi tego lokalu, co przedstawiciele klasy robotniczej, byli studenci ww. uczelni. Fakt, że ci z uniwerku tu raczej nie chodzili też miał swoje znaczenie. Inaczej mówiąc - bar "Bolek" stał się miejscem integracji klasy robotniczej ze studentami kierunków inżynierskich i ekonomicznych. W "Bolku" zawsze było piwo. Sprzedawano tam piwo butelkowe. Krzesełka i stoliki na metalowych nóżkach. Dość często trzeba było czekać chwilę na wolny stolik. Stolików w zasadzie nie sprzątano, choć jak puste butelki już nie mieściły się na blacie, to ktoś z obsługi je zbierał. Piwo można było nabyć wyłącznie do konsumpcji. Jednak większość klientów niczego, poza piwem, konsumować nie chciała. Ale przepis jest przepisem. Żeby pozostawać z nim w zgodzie wprowadzono możliwość wypożyczenia dania konsumpcyjnego. Było to kilka kawałków sera, posypane mieloną czerwoną papryką, i kromka chleba, przekrojona na pół. Takie danie musiało stać na stole w trakcie picia piwa, więc wypożyczano je, uiściwszy uprzednio kaucję. Opuszczając lokal, zwracano danie i odzyskiwało się kaucję, którą zwykle zamieniano na dwa piwa, które trzeba było opróżnić już poza lokalem. Ponadto nad barem widniał napis "Lokal uczestniczy w konkursie Dobra kawa w każdej filiżance". Ani kawy, ani filiżanki nigdy tam nie widziałem. cdn.
  2. Tak trochę wracając do tematu. Nie chcę bronić koncepcji Ziuka i jego epigonów, ale tak szczerze, to coś mi się tu nie zgadza... Jeżeli wierchuszka naszej armii zdecydowała, że górnopłat P-11 doskonały jest i lepszego nam nie trzeba, to jakim cudem powstał projekt dolnopłata P-50 "Jastrząb"? Kto ten projekt zamówił? PZL chyba jednak było państwowe. Co do "Łosi" to 100 poważnych (jak na owe czasy) bombowców mogłoby - moim skromnym zdaniem - mieć ważne taktyczne znaczenie, o ile latałyby pod osłoną dobrych myśliwców
  3. W tej dyskusji to akurat to jest dla mnie najważniejsze. O ile wiem - utrzymało się w sądzie. Zapadły prawomocne wyroki. Z tym że "funkcjonariuszem publicznym lub inną osobą" są przede wszystkim ci, którzy składają podpisy na dyplomie - czyli rektor i dziekan. Promotor nie jest nawet wymieniony w tzw. "suplemencie". A wg mnie - powinien być. Co do prawa autorskiego, to rzeczywiście chodzi wyłącznie o punkt pierwszy. A jeśli chodzi o rzeczywistego autora, to w KK istnieje art. 18 §3: "Odpowiada za pomocnictwo, kto w zamiarze, aby inna osoba dokonała czynu zabronionego, swoim zachowaniem ułatwia jego popełnienie, w szczególności dostarczając narzędzie, środek przewozu, udzielając rady lub informacji; odpowiada za pomocnictwo także ten, kto wbrew prawnemu, szczególnemu obowiązkowi niedopuszczenia do popełnienia czynu zabronionego swoim zaniechaniem ułatwia innej osobie jego popełnienie". No i mam przekonanie graniczące z pewnością, że autor, który sprzedał (albo i oddał za "dziękuję") swe dzieło, by zostało ona przez inną osobę przedstawione jako jej praca dyplomowa, pod ten paragraf podpada. A także niedbały promotor - poprzez zaniechanie.
  4. Zdecydowanie przestępstwo - nr artykułu KK już podawałem. Co do tego, czy faktyczny autor pracy też popełnia przestępstwo, to wydaje mi się, że tak, ponieważ ogólnie świadome pomaganie w popełnieniu przestępstwa też jest przestępstwem. Ale może się mylę. W każdym razie - wg mnie - czyn etycznie naganny. Konkretnie to można (co Secesjonista wykazał), ale nie zawsze wolno. Nie wolno, gdy ma to służyć uzyskaniu dokumentu państwowego, a takim jest dyplom czy inny dokument, nadający tytuł zawodowy, stopień czy tytuł naukowy. Wynika z tego, że profesor zwyczajny już może. Tylko nie ma po co. Egzaminator ??? Nie, on raczej nie ma takiej możliwości. Oczywiście zakładam, że dyplomant nie jest kompletnym idiotą i przed egzaminem zapoznał się z pracą, którą przedstawia jako swoją. Choć i tacy się zdarzają. Natomiast promotor - i owszem, on powinien się zorientować. Tylko trudno byłoby mu dowieść, że się zorientował, a mimo to zaakceptował pracę.
  5. Mnie trochę tak. Uważam, że dyplomant, a tym bardziej doktorant, powinien wykazać, że samodzielnie potrafi wyszukiwać materiały bibliograficzne. No i chwała Bogu. Tylko że jednoznacznie w swej wypowiedzi zawarłem stwierdzenie, że szokuje mnie to, iż Administrator podaje fakt uczestniczenia w tym przestępstwie jako coś chwalebnego, nie zaś fakt samego uczestniczenia. Lista moich występków też jest długa. Zacząłem w wieku 16 lat. Prowadzenie działalności gospodarczej bez zezwolenia, nielegalna sprzedaż napojów alkoholowych. Potem było nielegalne przekraczanie granicy polsko-radzieckiej i bezczeszczenie symbolów państwowych zaprzyjaźnionego mocarstwa. Zdarzało mi się też kreślić za kogoś projekt, albo układać programy komputerowe na zaliczenie za pieniądze lub flaszkę. Uczestniczyłem w przemycie futra z lisów do Belgii. Nielegalnie produkowałem wysokoprocentowe napoje alkoholowe - choć na użytek własny. Wódka była wtedy na kartki. Raz rozliczyłem diety za swój prywatny wyjazd. Przewoziłem przez granicę dewizy bez zezwolenia w ramach działalności gospodarczej (w kantorach było taniej, niż w banku). Na tym zostałem nawet przyłapany (13 grudnia w piątek) i zapłaciłem niebagatelny mandat w wysokości 50 milionów PLZ. Więcej grzechów nie pamiętam. Nie za wszystkie żałuję. Nie wszystkie przypadki naruszenia prawa przeze mnie uważam za moralnie naganne. Znaczna ich część była swoistym sprzeciwem przeciwko nadmiernej opresyjności real-socjalistycznego państwa. Niekiedy dokonywanym za cichym przyzwoleniem jego funkcjonariuszy. Nawet się chwalę swym zmysłem przedsiębiorczości, że jako szesnastolatek potrafiłem uczciwie, choć nielegalnie, zarabiać pieniądze, a nie tylko wyciągać rękę do rodziców. W domu się nie przelewało. I tym, jak świetny bimber, a raczej spirytus rektyfikowany, pędziłem. W momencie pewnego zakrętu życiowego całkiem poważnie zastanawiałem się nad podjęciem się zarobkowego pisania prac dyplomowych. Z czegoś żyć trzeba. Na szczęście do tego nie doszło. Ale gdyby doszło, to bym się tym na forum raczej nie chwalił.
  6. Uparcie mi wmawiasz pogląd, iż uważam, że jak kogoś nie ma w bazie to jego głos należy traktować z pewną dozą powątpiewania. Odwrotnie. Każdą publikację należy traktować z dużą dozą powątpiewania. Jeśli jednak skądkolwiek - np z bazy "Ludzie nauki" - wiem, że dana osoba ma stopień lub tytuł naukowy i specjalizuje się w danej tematyce, to to powątpiewanie jest mniejsze. Nota bene nie trzeba mieć tytułu (ani nawet stopnia) naukowego, żeby się w tej bazie znaleźć, ale - dalibóg - nie mam pojęcia, czy można się samemu do tej bazy dopisać. W każdym razie kustosz MWP powinien w niej się znaleźć. Po to ją stworzono, aby w niej szukać informacji o "ludziach nauki". Natomiast nieco szokuje mnie, że sam Administrator forum, które - mam wrażenie - ma na celu propagowanie wiedzy, jako powód do chwały podaje, że "zawodowo" uczestniczy w popełnianiu przestępstwa z art. 115 ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych oraz z art. 272 KK.
  7. Ten sam autor, to samo źródło wiedzy, ta sama interpretacja, co w Twym poprzednim poście na ten temat. Powtarzanie tych samych treści w kolejnych publikacjach nie czyni ich bardziej wiarygodnymi. No może o tyle, że dwóch redaktorów i (zapewne) dwóch recenzentów to zaakceptowało. Tyle że dobrze wiem, że akceptuje się w zasadzie wszystko, a szczególnie to, o czym nie ma się bladego pojęcia. W ministerialnej bazie ludzi nauki http://nauka-polska.pl/dhtml/raportyWyszukiwanie/listaLudzieNauki.fs W. Krajewski nie występuje, a jeżeli chodzi o T. Skoczek, to mamy dr. Tadeusza Skoczka, socjologa, politologa i medioznawcę. Jak na razie ich autorytety mnie nie przygniatają, tym bardziej, że sam W. Krajewski wydaje się początkowo relacjonować jedynie znaleziska archeologiczne. No ale w kwestii ich interpretacji trochę galopuje. Jako czytelnik tych informacji i interpretacji jestem wdzięczny Secesjoniście, że mnie z nimi zapoznał. Jednak nie narzuca to dla mnie obowiązku, bym tym interpretacjom dał wiarę (samą informację traktując jako wiarygodną). Więc o ile trudno mi dyskutować z faktem, że 1-3% kul, znalezionych na polach bitew wojny polsko-rosyjskiej 1831 r nosiło ślady nacięć, a raczej cechy, zinterpretowane przez Krajewskiego jako nacięcia. Nie wiem też, dlaczego Krajewski uznał, że te nacięcia musiały być zatem wykonywane samowolnie, z własnej inicjatywy poszczególnych żołnierzy . Natomiast dalszy rozwój tych tez to już gorzej: być może posiadających jakieś wcześniejsze doświadczenia z udziału w polowaniach na dużą zwierzynę, mających świadomość jak śmiercionośne są skutki stosowania takich pocisków. Jest raczej faktem ogólnie znanym, że chłopom na dużą zwierzynę polować było zakazane. I - że jeśli już ten zakaz łamali - to metodami kłusowniczymi, tj, wnykami, paściami i itd. Zwykli żołnierze nie mogli mieć tego typu doświadczeń - nawet gdyby w stwierdzeniu autora tkwiła jakaś prawda. Ale raczej nie tkwiła. Nota bene Krajewski nic o efekcie grzybkowania nie pisze. Pocisk dum-dum ma swój sens dla broni gwintowanej, a chodzi w tym o to, że zwykły pocisk ma swój ołowiany rdzeń (wykorzystuje się dużą gęstość ołowiu), okryty płaszczem ze stali lub stopów miedzi, które zapewniają mu dobre cechy aerodynamiczne. Natomiast w pocisku dum-dum płaszcz jest osłabiony, nacięty czy wręcz czubek pocisku jest ścięty. Po to, by miękki ołów "grzybkował" w ciele ofiary. No ale w 1831 roku pociski żadnego płaszcza nie miały, były to po prostu kule z ołowiu. Nie trzeba było niczego nacinać. Tak na uboczu tych spostrzeżeń, to zważywszy że w 1831 roku żołnierz otrzymywał naboje zespolone w kartonowej tulei, aby dokonać nacięcia na kuli, musiałby: - rozerwać kartonową tuleję, - wyjąć pocisk (kulę), - naciąć ów pocisk, - wsadzić go na powrót do kartonowej tulei, - skleć nabój. I tego miałby dokonać niepiśmienny солдат spod Grochowa czy Igań. Bo pod Ostrołęką i w szturmie Woli uczestniczyli gwardziści, ci częściej umieli pisać i czytać.
  8. Na wstępie chciałbym podkreślić, że nie tyle prezentuję tu swoje poglądy, ile chcę jakoś zracjonalizować fakt, wykryty w badaniach archeologicznych, a przytoczony przez Secesjonistę. Dlaczego taka "prawie kula" (no bo już nie całkiem kulista kula) miałaby skończyć się obracać? Ano dlatego, że ponoć każde ciało, poruszające się w płynie (np. takim, jak powietrze) będzie się ustawiać tak, by jego ruch powodował najmniejszy opór. Więc gładką stroną do przodu, a nacięciem do tyłu. Oczwiście przy dość Tak szczerze, to ja też nie łapię. No ale pamiętajmy, że to już epoka seryjnej produkcji broni i amunicji, i taki pomysł, jak "siekańce", raczej w grę nie wchodził. Musiało to się zmieścić w gabarytach naboju zespolonego w kartonowej tulei. Z tym, że dostrzegając jakiś sens w kuli, przekrojonej na ćwiartki, nie za bardzo widzę go w kuli naciętej,
  9. Teza, iż wręcz początki naszej państwowości były zrealizowane dzięki intratnemu eksportowi niewolników, ostatnio stała się modna w literaturze popularnonaukowej. M. in. ma świadczyć o tym wyludnienie grodów nad Obrą mniej więcej w tym czasie. Kiedyś Furiusz wypowiadał swój pogląd w tej sprawie, jeśli dobrze pamiętam - potwierdzał, iż źródła archeologiczne potwierdzają sam fakt wyludnienia tych terenów. Pojmanie ich mieszkańców w niewolę może być wytłumaczeniem tego wyludnienia, choć nie da się dowieść, że Obodrytów pojmali Polanie. A nie np. wikingowie. Traktowanie jeńców jako zdobycz wojenną przetrwało w Rzplitej aż do końca XVII wieku, zapewne w krajach ościennych było podobnie, To też ni nowość, ni sensacja. A w XVIII wieku znikło, bośmy już jeńców nie brali. Co do interpretacji znalezisk w Maroku - nie każdy, kto w glinie na garnku wyciśnie krzyżyk, jest chrześcijaninem. Ale są tu mądrzejsi ode mnie w te klocki.
  10. Niezwykle mnie zaintrygowała ta informacja. Żołnierze rosyjscy w 1831 roku, w tym żołnierze gwardii cesarskiej, nie mogli samowolnie nacinać swych kul w celu uzyskania efektu "dum-dum", bo efekt ten był wówczas nieznany. Ponadto - jak słusznie zauważył Speedy - nie wiadomo, którą stroną taka kula (co nie ma ni przód, ni tył) trafi w przeciwnika. Ale to tylko część prawdy. Nacięta strona będzie stawiać większy opór, więc kula i tak się obróci gładką stroną do nieprzyjaciela. W dodatku znacznie zboczy z prostej linii strzału, no ale żołnierze rosyjscy i tak nie byli szkoleni do precyzyjnego celowania (może w wyjątkiem strzelców gwardii). Samowolne nacinanie kul było dodatkowo utrudnione, ponieważ wojsko otrzymywało naboje zintegrowane w kartonowej tulei. Żeby naciąć kulę, trzeba by uszkodzić nabój. Być może kule były nacinane (może i przy produkcji nabojów) nie ze względu na efekt "grzybkowania" w ciele ludzkim (o którym raczej wówczas nikt nie wiedział), ile ze względu na nadzieję, że taka nacięta kula rozpadnie się na kawałki, zanim kogoś trafi. Czyli będzie niczym siekańce z garłacza. Przyjmując to założenie, trzeba zarazem przyjąć, że te 1-3% to kule, nacięte wadliwie, które się nie rozpadły. Generalnie miałoby to sens. Żołnierz miał w ładownicy 50 nabojów, kilka z nich mogłyby być nabojami specjalnymi, którymi miał nabijać broń tylko wtedy, gdy przeciwnik jest bardzo blisko. Bo taki rozpadający się pocisk będzie miał bardzo małą donośność. Nie można też wykluczyć tezy, że owe kule z nacięciami są po prostu wybrakowane. Puzyrewski pisze o problemach z zaopatrzeniem wojsk Paskiewicza, związanych z wprowadzeniem kordonu sanitarnego przez Prusy. Bardzo proszę o opinie...
  11. Istotnie - słowo produkować nie jest oczywiste. Mój błąd - używając słowa "produkować" miałem na myśli produkcję fabryczną. Zatem, Wasze Secesjonisto powątpiewanie jest całkiem słuszne. Bez względu na zalety gruboziarnistości ferrytu i perlitu oraz wtrąceń żużla.
  12. Poczułem się - jako inżynier - wywołanym do odpowiedzi, ale niewiele pomogę. Miałem inżynierię materiałową na studiach, ale pan doktor studentów naszego wydziału olewał do tego stopnia, że wszystkim wystawiał "3". Zdarzało się, że nawet tym, którzy na zaliczenie nie przyszli. Dzięki temu nie musiał się martwić poprawkami i warunkami. No a ja niewiele wiem o ferrytach, perlitach, troostytach i martenzytach. Generalnie - ferryty i perlity to tzw. "żelazo", a troostyty i martenzyty to tzw. "stal". Przekształcenie "żelaza" w "stal" odbywało się w kuźni przez przekuwanie, w trakcie którego też optymalizowano zawartość węgla i fosforu. Dlatego zupełnie mnie nie dziwi inna struktura metalu w poszczególnych częściach jednego narzędzia - jedne części (ostrza) były przekuwane wielokrotnie, a drugie - wcale. Wtrącenia żużla są w zasadzie zjawiskiem niekorzystnym. Aczkolwiek... weźmy np. sierp. Służył do ścinania łodyg zbóż, czyli materiału bardzo miękkiego, choć włóknistego. Coś takiego trudno się tnie gładkim ostrzem, znacznie łatwiej ostrzem ząbkowanym. Ząbkowane ostrza sierpów zaczęto produkować w XIX wieku, ale jeśli sierp będzie wykonany z w zasadzie kiepskiego materiału, gruboziarnistego ferrytu czy perlitu z wtrąceniami żużla, to siłą rzeczy ostrząc go, otrzymamy krawędź nierówną, a o to właśnie chodzi. Dzięki temu działa jak piła, a nie jak siekiera. Dobrze naostrzona i wyklepana kosa ma nierówną krawędź. Stare kosy mają zawsze nierówną krawędź. Nowe - z dobrej stali - nie. Chłopi raczej wolą te stare. Trochę mi to koresponduje z informacją, pozyskaną od Moszyńskiego, że jeszcze w XX wieku na Podlasiu, Polesiu, Wołyniu i Nowogródczyźnie chłopi wytapiali żelazo z lokalnych rud domowym sposobem. W swojej podlaskiej chałupie w Rudzie znalazłem taką gomółkę, z bardzo dziwnego materiału. Niby żelazo, ale takie kruszące się. Pewnie ferryt gruboziarnisty z wtrąceniami żużla.
  13. Nie, niestety nie. To dość zrozumiałe, zważywszy że katalog obejmuje broń, używaną przez powstańców, a broń piechura łatwiej zdobyć, niż broń kawalerzysty. Ogólną praktyką było, że karabinki dragońskie (dragoni to chyba była jedyna wówczas formacja regularnej kawalerii w armii, pomijając jednostki gwardyjskie i nieregularne, typu kozaków) i kawaleryjskie były skróconymi formami karabinów piechoty, o tym samym kalibrze i z tymi samymi nabojami. Ale pewności nie mam żadnej. Informacja, podana przez Secesjonistę za Jadczykiem, za Cabanem i za Zajonczkowskim o dominowaniu karabinów gładkolufowych w armii rosyjskiej podczas działań przeciw powstańcom 1863-64 wydaje mi się dość zaskakującą, ponadto sprzeczną z informacjami, podawanymi w tymże poście Secesjonisty za Staroniem. Natomiast warto dostrzec, że z powodu wagi walki ogniowej piechoty, zapewne wymiana karabinów na gwintowane została wykonana najpierw dla tej formacji, a później dla dragonów, jeszcze później dla kawalerii gwardii, a najpóźniej dla jazdy nieregularnej. Więc bardzo możliwe, że dragoni w latach 63-64 wciąż mieli karabiny gładkolufowe, a Kozacy, Czerkiesi, Kałmucy itp. mieli takie prawie na pewno.
  14. Trochę w tym wątku wymieszały się fakty, stwierdzone na podstawie znalezisk archeologicznych, ich interpretacja oraz domniemania, ocierające się niekiedy o zmyślenia. Co właściwie stwierdzono? "Najstarszym piastowskim grodem był Giecz, a nie Gniezno. A głównym budowniczym państwa Polan był nie Mieszko I, ale jego ojciec Siemomysł - dowodzą najnowsze badania poznańskich archeologów. Badania dendrochronologiczne nie pozostawiają wątpliwości: gród w Gieczu zbudowano w latach 60. IX wieku - gród w Gnieźnie postawiono dopiero około 940 roku." OK, stwierdzono metodą dendrochronologiczną, że badany gród w Gieczu jest o 70-80 lat starszy od badanego grodu w Gnieźnie. Czy należał on do Piastów, czy do innego rodu, np. Popielitów - tego archeologia raczej wykazać nie mogła. Podobnie jak tego, że był to "najstarszy gród" na tych terenach. Może właśnie ktoś się dziś dokopał do starszego? Może istniał jeszcze jakiś, którego śladów nie odkryto? "W latach 30. X w., gdy państwo rządzone było przez Siemomysła, ojca Mieszka I" Nawet przyjmując, że Siemomysł był ojcem Mieszka, a Lestek ojcem Siemomysła, to skąd informacja, że w latach 30. X w. Lestek już nie był władcą? Dość arbitralnie przyjmuje się początek panowania Mieszka na ok. 960 rok, ale Siemomysł mógł objąć władzę np. w 956. W latach 30. X w. raczej panował Lestek, a może ojciec Lestka, albo ktoś zupełnie inny (Popiel?). To stwierdzenie zawiera też inne domniemanie - że w latach 30. X wieku istniało nad Wartą jakieś "państwo". "Wiemy też teraz, że to Siemomysł, a nie Mieszko jako pierwszy rozpoczął ekspansję terytorialną." Mniejsza o imię, ale skąd wiadomo, że poprzednik Mieszka był tym, który rozpoczął ekspansję, a nie kontynuował rozpoczętą przez jego poprzedników? "Archeolodzy mają dowody na spalenie i zniszczenie przez Piastów całej sieci grodów plemiennych położonych między Obrą i Baryczą" Rozumiem, że archeolodzy mają dowody na spalenie i zniszczenie tych grodów, ale nie bardzo mogę sobie wyobrazić, że mają dowody na to, że to Piastowie je spalili. Może wikingowie, a może - nomen omen - Popiel? Jest dość racjonalną hipotezą, że zrobili to ci, którzy panowali w Gieczu, Gnieźnie i Poznaniu, ale to tylko hipoteza. Kiedyś rozmawialiśmy o tym z Furiuszem - którego tym razem ja otwarcie "wywołuję do odpowiedzi". Nigdzie w relacji Jarpena z lektury "Wyborczej" nie pojawia się pojęcie "stolicy".
  15. Bardzo interesujące. Znaczy - "polityka historyczna", rozumiana jako "kto ma władzę, ten układa historię", była świetnie u nas znana już 400 lat temu i wcześniej. W porównaniu np. z epoką zaborów mamy dziś swoisty regres... Ad rem. Wiele szczegółowej wiedzy do tej dyskusji nie wniosę, gdzie mi tam do Tofika np. Ale odnoszę takie ogólne wrażenie, że w publicystyce historycznej, a także w znacznej części dzieł popularnonaukowych nadmiernie krytykuje się Zygmunta, zaś nadmiernie gloryfikuje się jego synów. Oczywiście to, że to za jego panowania Rzplita osiągnęła największą potęgę mogło być rezultatem korzystnej koniunktury, a nie decyzji i talentów władcy, tym bardziej, że panował długo. Ale weźmy chociaż politykę kadrową w stosunku do stanowisk hetmańskich. Jego nominanci to Żółkiewski, Koniecpolski, Chodkiewicz, Krzysztof Radziwiłł "Piorun", Krzysztof Radziwiłł młodszy - naprawdę znakomici dowódcy. No Sapieha mniej mu się udał. Jego synowie takich talentów bądź nie umieli wyszukać, bądź nie umieli wykorzystać. W sumie tylko "Rewera" Potocki i Janusz Radziwiłł byli godni swych stanowisk wśród nominantów Wazowiczów, szczególnie ten ostatni, co pokazał pod Szkłowem. Pozostali to miernoty. W polityce personalnej Jana Kazimierza szczególnie widać tendencję do faworyzowania miernot i tępienia utalentowanych wodzów - najpierw uparcie odmawiał posiłków Radziwiłłowi, a potem buławy Czarnieckiemu.
  16. Pogrubienie moje. Ja bym tak za bardzo nie demonizował tych różnic w prędkości maksymalnej, rzędu 4 km/h. Okręty chyba i tak dość rzadko płynęły z prędkością maksymalną. W trakcie II wś nigdy nie zbudowano tak silnie opancerzonego okrętu, żeby nie musiał się obawiać ataku mniejszych jednostek. W końcu "Yamato" zatonął pod ciosami torped i bomb lotniczych. "Pancernik kieszonkowy" też mógł być zatopiony torpedami niszczycieli i lekkich krążowników - choć pociski ich artylerii robiły na nim umiarkowane wrażenie. Natomiast dla mnie ważne jest stwierdzenie, biorące pod uwagę upływ czasu. W latach 20., gdy te okręty projektowano była to - na owe czasy - konstrukcja całkiem udana, szczególnie zważywszy na ograniczenia wersalskie Niemiec. Dziesięć lat później - już niekoniecznie.
  17. Pisząc te słowa, sam porównujesz - z jednej strony do ciężkich krążowników, a z drugiej do pancerników. Przyznaję, że nie wiem, jak zdefiniować zwycięstwo w bitwie morskiej (w lądowej łatwiej - zwycięzca liczy trupy), ale w samej bitwie "Spee", zaatakowany przez trzy "normalne" krążowniki, chyba zadał im cięższe razy, niż sam dostał. Do następnej - przy takim stosunku sił - się tak samo nie rwał, jak i do pierwszej. Langsdorf zapewne zakładał, że w Montevideo uda mu się dokonać napraw. O jego samozatopieniu zdecydowała odległość od baz i brak rezerw - Cumberland był silniej uzbrojony, niż Exeter. Wszystko to prawda. Ale prawdą jest też, że przy strzelaniu z odległości 20 km pocisk leci pewnie 40 s, może nawet minutę. W tym czasie okręt, w który celowano, przesuwa się o pół kilometra. Lepszy system kierowania ogniem szybciej da nakrycie - ale niekoniecznie trafienie, a już na pewno nie zapewni trafienia w komorę amunicyjną itp. Ale fakt - bez nakrycia to i trafienia nie będzie.
  18. Szczerze... głęboko gardzę "specjalistami":, którzy dokopali się do jakiegoś archiwalnego dokumentu trzeciego rzędu i na tej podstawie usiłują budować jakieś bezsensowne tezy. Poldas ma 100% racji - do czego służy latarniowiec, każdy wie. Podział na 4 kategorie nie dotyczy ich funkcji, tylko statusu prawnego. Podejrzewam z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że statek czy okręt, namierzający położenie znanego mu latarniowca, jego status prawny ma w głębokim poważaniu.
  19. OK, Gregski, no to w takim razie z jakimi "pełnokrwistymi krążownikami", których budowę zaczęto w latach 20-ych, powinienem "Grafa" porównywać?
  20. Nie dostrzegam żadnej sprzeczności pomiędzy dostarczaniem wiedzy i rozrywki. Zdarzyło mi się przeczytać jakieś naukowe książki i artykuły o historii i czyniłem to tylko i wyłącznie dla rozrywki. Nie dostrzegam żadnego powodu, dla którego komiks nie miałby dostarczać wiedzy. Plastyczna forma komiksu pozwala poznać nie tylko przebieg bitwy, ale i postacie głównych bohaterów owych wydarzeń, czy wygląd żołnierzy rożnych formacji wojskowych tego okresu. To cytat z recenzji komiksu "Bitwa pod Dębem Wielkim 1831". Można ją znaleźć tu: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/302572/bitwa-pod-debem-wielkim-1831-komiks-historyczny . Nie kupiłem. Wystarczyła mi okładka. Na pierwszym planie mamy żołnierzy piechoty liniowej, fizylierów, co poznajemy po białych pomponach. Zauważyłem następujące błędy: 1) kolor mundurów powinien być znacznie ciemniejszy, granatowy, a nie niebieski; 2) białe, płócienne spodnie noszono w okresie letnim, 31 marca noszono z pewnością granatowe, sukienne; 3) płaszcze rolowane przez ramię noszono do roku 1819, przy czym noszono je na lewym, a nie prawym ramieniu i były one wówczas białe, a nie szare; w 1831 płaszcze były rolowane na tornistrze lub ładownicy, tyle że w marcu żołnierze zapewne mieli je na sobie (tak przynajmniej to opisuje Majewski), 4) orzeł na kaszkietach był mniejszy, zaś tarcza amazonek była wyraźnie szersza niż skrzydła; 5) pod głową orła powinna znajdować się biało-czerwona kokarda, był to wówczas nasz podstawowy symbol narodowy, więc jego brak to skandal; 6) z prawej strony kaszkietu powinien znajdować się kordon, wprawdzie od 1829 roku był krótki, ale jednak był; 7) żołnierze przedstawieni są w ubiorze zupełnym, podczas gdy bardziej jest prawdopodobne, że byli w ubiorze marszowym (znów Majewski), czyli z kaszkietem okrytym czarnym pokrowcem; 8) przyjmując, że Majewski się mylił i byli w ubiorze zupełnym, to oficer też powinien być w ubiorze zupełnym "małym", czyli mieć pióropusz na kapeluszu, 9) rysownik pozbawił żołnierzy tornistrów, 10) za to kołnierze przyozdobił białymi galonami, które przysługiwały jedynie podoficerom, 11) uwidocznieni na drugim planie kawalerzyści z 2 pułku strzelców konnych zostali pozbawieni karabinków, które powinny wisieć na bandolecie u prawego boku, 12) lampas na czapraku w 2 psk był zielony z białą wypustką, a nie biały, 13) kawalerzyści powinni nosić rękawiczki, 14) uwagi, dotyczące orła, kokardy, kordonów na kaszkietach oraz ubioru do marzu, opisane dla piechoty liniowej, dotyczą także strzelców konnych. Ponoć siłą komiksu jest obraz. Ponoć komiks ten "pozwala poznać [...] wygląd żołnierzy różnych formacji". Tymczasem na samej okładce jest 14 błędów. Chciałbym podkreślić, że wiedza na temat umundurowania żołnierzy z owej wojny jest łatwo dostępna - wystarczy sięgnąć do książki "Żołnierz polski. Ubiór, uzbrojenie i oporządzenie. Tom III od 1815 do 1831 roku, WMEN, Warszawa 1966", opartej na zbiorach Gembarzewskiego. Wprawdzie wydano tylko 3303 egzemplarze, ale w CBW jest, a do tej biblioteki z Dębego można dojechać w pół godziny. Na okładkach książek historycznych też są błędy. Np. w HB Strzeżeka "Iganie 1831" (obejmuje także bitwę pod Dębem Wielkim) mundury rosyjskie mają kolor niemal turkusowy, a powinna być zieleń chromowa; podobnie jak w komiksie w kwietniu noszą letnie spodnie, a oba wojska uszykowane są w coś, co ani tyralierą, ani linią być nie może. No ale w habeku ważny jest tekst, obraz ma charakter pomocniczy.
  21. O wartości publikacji Baliszewskiego mądrzejsi ode mnie już się wypowiedzieli i fakt, że sam Secesjonista wypowiedzi tego autora przytoczył, niczego nie zmienia. Ja się przyznam, że twórczości Baliszewskiego nie znam, ale w świetle wypowiedzi mądrzejszych ode mnie Amona i Secesjonisty (kolejność alfabetyczna) nie mam czego żałować. Pytanie więc powinno brzmieć nie "Dlaczego Niemcy, to zignorowali?: ale "Dlaczego Niemcy mieliby to zignorować?". Ustosunkowując się do tak postawionego pytania, moim zdaniem generalicja Wehrmachtu może by i podjęła rozmowy na tych warunkach, ale jednak ówczesne Niemcy to była dyktatura. Hitler we wręcz genialny sposób przewidywał wypadki polityczne i militarne aż do jesieni 1940 roku. Ale wobec postawy Wielkiej Brytanii Churchilla i niepowodzenie w bitwie o Anglię samo rozpoczęcie wojny z ZSRR, swym aktualnym sojusznikiem, było raczej sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. No a po tym, jak się już tą kompletnie absurdalną wojnę wszczęło, to trzeba było tej koncepcji bronić. Za wszelką cenę. Wódz nie mógł przed "swym" narodem przyznać się do popełnienia aż tak hańbiącego błędu. Bez względu na sytuację i zabiegi dyplomatyczne Stalina.
  22. Pogrubienia moje. Różnica oczywista. Nie zmienia to faktu, że był lepiej opancerzony (i uzbrojony) od większości krążowników w latach 20-ych. No i wolniejszy - tu zgoda, to był poważny mankament. Nie wiem skąd przekonanie, że takie były założenia. Ja raczej obstaję, że założeniem było zbudowanie ciężkiego krążownika, który będzie udawać, że jest zgodny z traktatami, a jednocześnie będzie najsilniejszy w tej klasie, taki "prawie-pancernik". Skuteczność okrętu wyznaczają z grubsza cztery mierzalne parametry - uzbrojenie, opancerzenie, prędkość, zasięg (i trochę niemierzalnych, typu "dzielność morska". Niemcy postawili na bardzo silne uzbrojenie, typowe opancerzenie i zasięg, no i - coś za coś - niższą prędkość. Był to projekt bardzo nowatorski - nie wiem, czy mnie pamięć nie zawodzi, ale chyba były to pierwsze ciężkie krążowniki o konstrukcji spawanej (a nie nitowanej) i napędzane silnikami Diesla. Doceńmy przewagę uzbrojenia. Pocisk kalibru 280 mm jest ponad 2,5 raza cięższy od pocisku 203 mm, oraz ponad 6 razy cięższy od 152 milimetrowego. Nie na zresztą co teoretyzować - wystarczy przypomnieć, co się działo w zatoce La Plata w grudniu 39. Kieszonkowca dopadły 3 "normalne" krążowniki, w tym jeden ciężki, będący z grubsza jego rówieśnikiem. "Graf Spee" potrzebował raptem 20 minut, żeby "Exetera" uszkodzić bardzo poważnie. Na tyle poważnie, że tak rozsądnie rzecz biorąc, powinien wyłączyć się z walki i dużo ryzykował, walcząc dalej przez kolejne 40 minut. Cudem nie zatonął. Tymczasem "Graf Spee", choć też dostał wiele trafień pociskami 203 mm i 152 mm, był nadal sprawny. I - pomimo mniejszej prędkości maksymalnej - omal nie udało mu się zgubić dwóch lekkich krążowników. Które - nota bene - nawet nie próbowały walki ogniowej po wycofaniu się "Exetera". Gdybyśmy zakończyli naszą narrację 13 grudnia w południe, wyszło by, że "kieszonkowiec" wygrał walkę z trzema "normalnymi" krążownikami. No to chyba nieźle, nie? Porównując okręty "Graf Spee" i "Exeter", okaże się, że "kieszonkowiec" udając, że ma wyporność tylko trochę większą (w rzeczywistości większą o 53%), miał też lepsze opancerzenie (burty o 5%, ale wieże artylerii glównej o o 560%), o 60% lepszy zasięg, o 8-9% gorszą prędkość maksymalną, za to siła jego pełnej salwy była 3 razy (300%) większa, licząc tylko masę pocisków, pomijając donośność. Trudno mówić o nieudanej konstrukcji.
  23. Słabe w porównaniu z czym? Z normalnymi pancernikami - oczywiście że tak. Z innymi ciężkimi krążownikami z lat 20-ych (a przecież wtedy były projektowane i formalnie były ciężkimi krążownikami) - to już niekoniecznie. A Republika Weimarska taka zupełnie nieagresywna nie była. Tendencje rewanżystowskie nie pojawiły się w 1933.
  24. Ja tam nie wiem, czy Wojciech Duch i Jarpen Zigrin to ta sama osoba, czy też nie. Generalnie uważam, że byt internetowy i realny to dwa różne podmioty. Jeśli Jarpen Zigrin na forum napisze coś, co uważam za głupie, bez chwili wahania wytknę mu tę głupotę, nie przebierając w słowach. A jeśli Wojciech Duch napisze do mnie e-mail, odpowiedź sformułuję w sposób, który uwzględnia to, że adresat jest założycielem i właścicielem portalu (i forum też). Natomiast nie za bardzo łapię, dlaczego to pokojowej nagrody Nobla nie można otrzymać za intencje, a jedynie za rezultaty. Przykład - Wałęsa. Gdyby nagrodę dostał w 1990 - można by mówić o rezultatach. A;le w 1983 Wałęsa żadnych rezultatów nie osiągnął. Dostał Nobla za dobre chęci. Czemu, przyznając nagrodę Wałęsie, Komitet był OK, a przyznając nagrodę Obamie - był "be"?
  25. Podstawową bronią palna rosyjskiej piechoty był karabin kapiszonowy 18 mm wz. 1845, odprzodowy, gwintowany, z celownikiem żłobkowo-ramkowym i muszką, czyli nadający się do precyzyjnego celowania. Produkowany - rzecz jasna - w Tule. Lufa 94 cm, waga karabiny - 3,27 kg + bagnet 0,4 kg. Generalnie broń typowa dla tamtej epoki, podobna do tej, stosowanej w wojnie krymskiej, a także prusko-austriackiej, prusko-duńskiej i prusko-francuskiej przez przeciwników Prus. No bo tych piechota dysponowała odtylcowym karabinem Dreyse'go. Dla porównania karabin austriacki 18 mm wz. 1842 miał krótszą lufę (84.5 cm), a był znacznie cięższy - 4,59 kg + bagnet 0,4 kg. Karabin belgijski, używany ponoć przez powstańców, miał lufę długą na 108 cm, kaliber 17 mm i ważył 3,95 kg. Na tym tle karabin rosyjski wyróżnia się małą masą. na ile jest to zaleta - nie wiem. Lekką broń żołnierz z pewnością doceniał w marszu, ale podczas strzelania z zasady zachowania pędu wynika, że lżejszy karabin z dłuższą lufą (wiec pewnie z większą prędkością wylotową pocisku) dawał silniejszego "kopa" w bark, przyjmując taki sam ładunek miotający. Więc istotnie tylko praktyk, jak Rasorblade, być może może coś rozsądnego powiedzieć o tym, jak się z niego strzela i trafia. Ale jakiejś zasadniczej różnicy taktycznej bym się nie spodziewał (z wyłączeniem pruskiej odtylcówki, rzecz jasna). Dane liczbowe za: "Powstanie styczniowe w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego", WMON, Warszawa 1966.