jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    1942
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    2

Zawartość dodana przez jancet

  1. Poczułem się - jako inżynier - wywołanym do odpowiedzi, ale niewiele pomogę. Miałem inżynierię materiałową na studiach, ale pan doktor studentów naszego wydziału olewał do tego stopnia, że wszystkim wystawiał "3". Zdarzało się, że nawet tym, którzy na zaliczenie nie przyszli. Dzięki temu nie musiał się martwić poprawkami i warunkami. No a ja niewiele wiem o ferrytach, perlitach, troostytach i martenzytach. Generalnie - ferryty i perlity to tzw. "żelazo", a troostyty i martenzyty to tzw. "stal". Przekształcenie "żelaza" w "stal" odbywało się w kuźni przez przekuwanie, w trakcie którego też optymalizowano zawartość węgla i fosforu. Dlatego zupełnie mnie nie dziwi inna struktura metalu w poszczególnych częściach jednego narzędzia - jedne części (ostrza) były przekuwane wielokrotnie, a drugie - wcale. Wtrącenia żużla są w zasadzie zjawiskiem niekorzystnym. Aczkolwiek... weźmy np. sierp. Służył do ścinania łodyg zbóż, czyli materiału bardzo miękkiego, choć włóknistego. Coś takiego trudno się tnie gładkim ostrzem, znacznie łatwiej ostrzem ząbkowanym. Ząbkowane ostrza sierpów zaczęto produkować w XIX wieku, ale jeśli sierp będzie wykonany z w zasadzie kiepskiego materiału, gruboziarnistego ferrytu czy perlitu z wtrąceniami żużla, to siłą rzeczy ostrząc go, otrzymamy krawędź nierówną, a o to właśnie chodzi. Dzięki temu działa jak piła, a nie jak siekiera. Dobrze naostrzona i wyklepana kosa ma nierówną krawędź. Stare kosy mają zawsze nierówną krawędź. Nowe - z dobrej stali - nie. Chłopi raczej wolą te stare. Trochę mi to koresponduje z informacją, pozyskaną od Moszyńskiego, że jeszcze w XX wieku na Podlasiu, Polesiu, Wołyniu i Nowogródczyźnie chłopi wytapiali żelazo z lokalnych rud domowym sposobem. W swojej podlaskiej chałupie w Rudzie znalazłem taką gomółkę, z bardzo dziwnego materiału. Niby żelazo, ale takie kruszące się. Pewnie ferryt gruboziarnisty z wtrąceniami żużla.
  2. Nie, niestety nie. To dość zrozumiałe, zważywszy że katalog obejmuje broń, używaną przez powstańców, a broń piechura łatwiej zdobyć, niż broń kawalerzysty. Ogólną praktyką było, że karabinki dragońskie (dragoni to chyba była jedyna wówczas formacja regularnej kawalerii w armii, pomijając jednostki gwardyjskie i nieregularne, typu kozaków) i kawaleryjskie były skróconymi formami karabinów piechoty, o tym samym kalibrze i z tymi samymi nabojami. Ale pewności nie mam żadnej. Informacja, podana przez Secesjonistę za Jadczykiem, za Cabanem i za Zajonczkowskim o dominowaniu karabinów gładkolufowych w armii rosyjskiej podczas działań przeciw powstańcom 1863-64 wydaje mi się dość zaskakującą, ponadto sprzeczną z informacjami, podawanymi w tymże poście Secesjonisty za Staroniem. Natomiast warto dostrzec, że z powodu wagi walki ogniowej piechoty, zapewne wymiana karabinów na gwintowane została wykonana najpierw dla tej formacji, a później dla dragonów, jeszcze później dla kawalerii gwardii, a najpóźniej dla jazdy nieregularnej. Więc bardzo możliwe, że dragoni w latach 63-64 wciąż mieli karabiny gładkolufowe, a Kozacy, Czerkiesi, Kałmucy itp. mieli takie prawie na pewno.
  3. Trochę w tym wątku wymieszały się fakty, stwierdzone na podstawie znalezisk archeologicznych, ich interpretacja oraz domniemania, ocierające się niekiedy o zmyślenia. Co właściwie stwierdzono? "Najstarszym piastowskim grodem był Giecz, a nie Gniezno. A głównym budowniczym państwa Polan był nie Mieszko I, ale jego ojciec Siemomysł - dowodzą najnowsze badania poznańskich archeologów. Badania dendrochronologiczne nie pozostawiają wątpliwości: gród w Gieczu zbudowano w latach 60. IX wieku - gród w Gnieźnie postawiono dopiero około 940 roku." OK, stwierdzono metodą dendrochronologiczną, że badany gród w Gieczu jest o 70-80 lat starszy od badanego grodu w Gnieźnie. Czy należał on do Piastów, czy do innego rodu, np. Popielitów - tego archeologia raczej wykazać nie mogła. Podobnie jak tego, że był to "najstarszy gród" na tych terenach. Może właśnie ktoś się dziś dokopał do starszego? Może istniał jeszcze jakiś, którego śladów nie odkryto? "W latach 30. X w., gdy państwo rządzone było przez Siemomysła, ojca Mieszka I" Nawet przyjmując, że Siemomysł był ojcem Mieszka, a Lestek ojcem Siemomysła, to skąd informacja, że w latach 30. X w. Lestek już nie był władcą? Dość arbitralnie przyjmuje się początek panowania Mieszka na ok. 960 rok, ale Siemomysł mógł objąć władzę np. w 956. W latach 30. X w. raczej panował Lestek, a może ojciec Lestka, albo ktoś zupełnie inny (Popiel?). To stwierdzenie zawiera też inne domniemanie - że w latach 30. X wieku istniało nad Wartą jakieś "państwo". "Wiemy też teraz, że to Siemomysł, a nie Mieszko jako pierwszy rozpoczął ekspansję terytorialną." Mniejsza o imię, ale skąd wiadomo, że poprzednik Mieszka był tym, który rozpoczął ekspansję, a nie kontynuował rozpoczętą przez jego poprzedników? "Archeolodzy mają dowody na spalenie i zniszczenie przez Piastów całej sieci grodów plemiennych położonych między Obrą i Baryczą" Rozumiem, że archeolodzy mają dowody na spalenie i zniszczenie tych grodów, ale nie bardzo mogę sobie wyobrazić, że mają dowody na to, że to Piastowie je spalili. Może wikingowie, a może - nomen omen - Popiel? Jest dość racjonalną hipotezą, że zrobili to ci, którzy panowali w Gieczu, Gnieźnie i Poznaniu, ale to tylko hipoteza. Kiedyś rozmawialiśmy o tym z Furiuszem - którego tym razem ja otwarcie "wywołuję do odpowiedzi". Nigdzie w relacji Jarpena z lektury "Wyborczej" nie pojawia się pojęcie "stolicy".
  4. Bardzo interesujące. Znaczy - "polityka historyczna", rozumiana jako "kto ma władzę, ten układa historię", była świetnie u nas znana już 400 lat temu i wcześniej. W porównaniu np. z epoką zaborów mamy dziś swoisty regres... Ad rem. Wiele szczegółowej wiedzy do tej dyskusji nie wniosę, gdzie mi tam do Tofika np. Ale odnoszę takie ogólne wrażenie, że w publicystyce historycznej, a także w znacznej części dzieł popularnonaukowych nadmiernie krytykuje się Zygmunta, zaś nadmiernie gloryfikuje się jego synów. Oczywiście to, że to za jego panowania Rzplita osiągnęła największą potęgę mogło być rezultatem korzystnej koniunktury, a nie decyzji i talentów władcy, tym bardziej, że panował długo. Ale weźmy chociaż politykę kadrową w stosunku do stanowisk hetmańskich. Jego nominanci to Żółkiewski, Koniecpolski, Chodkiewicz, Krzysztof Radziwiłł "Piorun", Krzysztof Radziwiłł młodszy - naprawdę znakomici dowódcy. No Sapieha mniej mu się udał. Jego synowie takich talentów bądź nie umieli wyszukać, bądź nie umieli wykorzystać. W sumie tylko "Rewera" Potocki i Janusz Radziwiłł byli godni swych stanowisk wśród nominantów Wazowiczów, szczególnie ten ostatni, co pokazał pod Szkłowem. Pozostali to miernoty. W polityce personalnej Jana Kazimierza szczególnie widać tendencję do faworyzowania miernot i tępienia utalentowanych wodzów - najpierw uparcie odmawiał posiłków Radziwiłłowi, a potem buławy Czarnieckiemu.
  5. Pogrubienie moje. Ja bym tak za bardzo nie demonizował tych różnic w prędkości maksymalnej, rzędu 4 km/h. Okręty chyba i tak dość rzadko płynęły z prędkością maksymalną. W trakcie II wś nigdy nie zbudowano tak silnie opancerzonego okrętu, żeby nie musiał się obawiać ataku mniejszych jednostek. W końcu "Yamato" zatonął pod ciosami torped i bomb lotniczych. "Pancernik kieszonkowy" też mógł być zatopiony torpedami niszczycieli i lekkich krążowników - choć pociski ich artylerii robiły na nim umiarkowane wrażenie. Natomiast dla mnie ważne jest stwierdzenie, biorące pod uwagę upływ czasu. W latach 20., gdy te okręty projektowano była to - na owe czasy - konstrukcja całkiem udana, szczególnie zważywszy na ograniczenia wersalskie Niemiec. Dziesięć lat później - już niekoniecznie.
  6. Pisząc te słowa, sam porównujesz - z jednej strony do ciężkich krążowników, a z drugiej do pancerników. Przyznaję, że nie wiem, jak zdefiniować zwycięstwo w bitwie morskiej (w lądowej łatwiej - zwycięzca liczy trupy), ale w samej bitwie "Spee", zaatakowany przez trzy "normalne" krążowniki, chyba zadał im cięższe razy, niż sam dostał. Do następnej - przy takim stosunku sił - się tak samo nie rwał, jak i do pierwszej. Langsdorf zapewne zakładał, że w Montevideo uda mu się dokonać napraw. O jego samozatopieniu zdecydowała odległość od baz i brak rezerw - Cumberland był silniej uzbrojony, niż Exeter. Wszystko to prawda. Ale prawdą jest też, że przy strzelaniu z odległości 20 km pocisk leci pewnie 40 s, może nawet minutę. W tym czasie okręt, w który celowano, przesuwa się o pół kilometra. Lepszy system kierowania ogniem szybciej da nakrycie - ale niekoniecznie trafienie, a już na pewno nie zapewni trafienia w komorę amunicyjną itp. Ale fakt - bez nakrycia to i trafienia nie będzie.
  7. Szczerze... głęboko gardzę "specjalistami":, którzy dokopali się do jakiegoś archiwalnego dokumentu trzeciego rzędu i na tej podstawie usiłują budować jakieś bezsensowne tezy. Poldas ma 100% racji - do czego służy latarniowiec, każdy wie. Podział na 4 kategorie nie dotyczy ich funkcji, tylko statusu prawnego. Podejrzewam z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że statek czy okręt, namierzający położenie znanego mu latarniowca, jego status prawny ma w głębokim poważaniu.
  8. OK, Gregski, no to w takim razie z jakimi "pełnokrwistymi krążownikami", których budowę zaczęto w latach 20-ych, powinienem "Grafa" porównywać?
  9. Nie dostrzegam żadnej sprzeczności pomiędzy dostarczaniem wiedzy i rozrywki. Zdarzyło mi się przeczytać jakieś naukowe książki i artykuły o historii i czyniłem to tylko i wyłącznie dla rozrywki. Nie dostrzegam żadnego powodu, dla którego komiks nie miałby dostarczać wiedzy. Plastyczna forma komiksu pozwala poznać nie tylko przebieg bitwy, ale i postacie głównych bohaterów owych wydarzeń, czy wygląd żołnierzy rożnych formacji wojskowych tego okresu. To cytat z recenzji komiksu "Bitwa pod Dębem Wielkim 1831". Można ją znaleźć tu: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/302572/bitwa-pod-debem-wielkim-1831-komiks-historyczny . Nie kupiłem. Wystarczyła mi okładka. Na pierwszym planie mamy żołnierzy piechoty liniowej, fizylierów, co poznajemy po białych pomponach. Zauważyłem następujące błędy: 1) kolor mundurów powinien być znacznie ciemniejszy, granatowy, a nie niebieski; 2) białe, płócienne spodnie noszono w okresie letnim, 31 marca noszono z pewnością granatowe, sukienne; 3) płaszcze rolowane przez ramię noszono do roku 1819, przy czym noszono je na lewym, a nie prawym ramieniu i były one wówczas białe, a nie szare; w 1831 płaszcze były rolowane na tornistrze lub ładownicy, tyle że w marcu żołnierze zapewne mieli je na sobie (tak przynajmniej to opisuje Majewski), 4) orzeł na kaszkietach był mniejszy, zaś tarcza amazonek była wyraźnie szersza niż skrzydła; 5) pod głową orła powinna znajdować się biało-czerwona kokarda, był to wówczas nasz podstawowy symbol narodowy, więc jego brak to skandal; 6) z prawej strony kaszkietu powinien znajdować się kordon, wprawdzie od 1829 roku był krótki, ale jednak był; 7) żołnierze przedstawieni są w ubiorze zupełnym, podczas gdy bardziej jest prawdopodobne, że byli w ubiorze marszowym (znów Majewski), czyli z kaszkietem okrytym czarnym pokrowcem; 8) przyjmując, że Majewski się mylił i byli w ubiorze zupełnym, to oficer też powinien być w ubiorze zupełnym "małym", czyli mieć pióropusz na kapeluszu, 9) rysownik pozbawił żołnierzy tornistrów, 10) za to kołnierze przyozdobił białymi galonami, które przysługiwały jedynie podoficerom, 11) uwidocznieni na drugim planie kawalerzyści z 2 pułku strzelców konnych zostali pozbawieni karabinków, które powinny wisieć na bandolecie u prawego boku, 12) lampas na czapraku w 2 psk był zielony z białą wypustką, a nie biały, 13) kawalerzyści powinni nosić rękawiczki, 14) uwagi, dotyczące orła, kokardy, kordonów na kaszkietach oraz ubioru do marzu, opisane dla piechoty liniowej, dotyczą także strzelców konnych. Ponoć siłą komiksu jest obraz. Ponoć komiks ten "pozwala poznać [...] wygląd żołnierzy różnych formacji". Tymczasem na samej okładce jest 14 błędów. Chciałbym podkreślić, że wiedza na temat umundurowania żołnierzy z owej wojny jest łatwo dostępna - wystarczy sięgnąć do książki "Żołnierz polski. Ubiór, uzbrojenie i oporządzenie. Tom III od 1815 do 1831 roku, WMEN, Warszawa 1966", opartej na zbiorach Gembarzewskiego. Wprawdzie wydano tylko 3303 egzemplarze, ale w CBW jest, a do tej biblioteki z Dębego można dojechać w pół godziny. Na okładkach książek historycznych też są błędy. Np. w HB Strzeżeka "Iganie 1831" (obejmuje także bitwę pod Dębem Wielkim) mundury rosyjskie mają kolor niemal turkusowy, a powinna być zieleń chromowa; podobnie jak w komiksie w kwietniu noszą letnie spodnie, a oba wojska uszykowane są w coś, co ani tyralierą, ani linią być nie może. No ale w habeku ważny jest tekst, obraz ma charakter pomocniczy.
  10. O wartości publikacji Baliszewskiego mądrzejsi ode mnie już się wypowiedzieli i fakt, że sam Secesjonista wypowiedzi tego autora przytoczył, niczego nie zmienia. Ja się przyznam, że twórczości Baliszewskiego nie znam, ale w świetle wypowiedzi mądrzejszych ode mnie Amona i Secesjonisty (kolejność alfabetyczna) nie mam czego żałować. Pytanie więc powinno brzmieć nie "Dlaczego Niemcy, to zignorowali?: ale "Dlaczego Niemcy mieliby to zignorować?". Ustosunkowując się do tak postawionego pytania, moim zdaniem generalicja Wehrmachtu może by i podjęła rozmowy na tych warunkach, ale jednak ówczesne Niemcy to była dyktatura. Hitler we wręcz genialny sposób przewidywał wypadki polityczne i militarne aż do jesieni 1940 roku. Ale wobec postawy Wielkiej Brytanii Churchilla i niepowodzenie w bitwie o Anglię samo rozpoczęcie wojny z ZSRR, swym aktualnym sojusznikiem, było raczej sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. No a po tym, jak się już tą kompletnie absurdalną wojnę wszczęło, to trzeba było tej koncepcji bronić. Za wszelką cenę. Wódz nie mógł przed "swym" narodem przyznać się do popełnienia aż tak hańbiącego błędu. Bez względu na sytuację i zabiegi dyplomatyczne Stalina.
  11. Pogrubienia moje. Różnica oczywista. Nie zmienia to faktu, że był lepiej opancerzony (i uzbrojony) od większości krążowników w latach 20-ych. No i wolniejszy - tu zgoda, to był poważny mankament. Nie wiem skąd przekonanie, że takie były założenia. Ja raczej obstaję, że założeniem było zbudowanie ciężkiego krążownika, który będzie udawać, że jest zgodny z traktatami, a jednocześnie będzie najsilniejszy w tej klasie, taki "prawie-pancernik". Skuteczność okrętu wyznaczają z grubsza cztery mierzalne parametry - uzbrojenie, opancerzenie, prędkość, zasięg (i trochę niemierzalnych, typu "dzielność morska". Niemcy postawili na bardzo silne uzbrojenie, typowe opancerzenie i zasięg, no i - coś za coś - niższą prędkość. Był to projekt bardzo nowatorski - nie wiem, czy mnie pamięć nie zawodzi, ale chyba były to pierwsze ciężkie krążowniki o konstrukcji spawanej (a nie nitowanej) i napędzane silnikami Diesla. Doceńmy przewagę uzbrojenia. Pocisk kalibru 280 mm jest ponad 2,5 raza cięższy od pocisku 203 mm, oraz ponad 6 razy cięższy od 152 milimetrowego. Nie na zresztą co teoretyzować - wystarczy przypomnieć, co się działo w zatoce La Plata w grudniu 39. Kieszonkowca dopadły 3 "normalne" krążowniki, w tym jeden ciężki, będący z grubsza jego rówieśnikiem. "Graf Spee" potrzebował raptem 20 minut, żeby "Exetera" uszkodzić bardzo poważnie. Na tyle poważnie, że tak rozsądnie rzecz biorąc, powinien wyłączyć się z walki i dużo ryzykował, walcząc dalej przez kolejne 40 minut. Cudem nie zatonął. Tymczasem "Graf Spee", choć też dostał wiele trafień pociskami 203 mm i 152 mm, był nadal sprawny. I - pomimo mniejszej prędkości maksymalnej - omal nie udało mu się zgubić dwóch lekkich krążowników. Które - nota bene - nawet nie próbowały walki ogniowej po wycofaniu się "Exetera". Gdybyśmy zakończyli naszą narrację 13 grudnia w południe, wyszło by, że "kieszonkowiec" wygrał walkę z trzema "normalnymi" krążownikami. No to chyba nieźle, nie? Porównując okręty "Graf Spee" i "Exeter", okaże się, że "kieszonkowiec" udając, że ma wyporność tylko trochę większą (w rzeczywistości większą o 53%), miał też lepsze opancerzenie (burty o 5%, ale wieże artylerii glównej o o 560%), o 60% lepszy zasięg, o 8-9% gorszą prędkość maksymalną, za to siła jego pełnej salwy była 3 razy (300%) większa, licząc tylko masę pocisków, pomijając donośność. Trudno mówić o nieudanej konstrukcji.
  12. Słabe w porównaniu z czym? Z normalnymi pancernikami - oczywiście że tak. Z innymi ciężkimi krążownikami z lat 20-ych (a przecież wtedy były projektowane i formalnie były ciężkimi krążownikami) - to już niekoniecznie. A Republika Weimarska taka zupełnie nieagresywna nie była. Tendencje rewanżystowskie nie pojawiły się w 1933.
  13. Ja tam nie wiem, czy Wojciech Duch i Jarpen Zigrin to ta sama osoba, czy też nie. Generalnie uważam, że byt internetowy i realny to dwa różne podmioty. Jeśli Jarpen Zigrin na forum napisze coś, co uważam za głupie, bez chwili wahania wytknę mu tę głupotę, nie przebierając w słowach. A jeśli Wojciech Duch napisze do mnie e-mail, odpowiedź sformułuję w sposób, który uwzględnia to, że adresat jest założycielem i właścicielem portalu (i forum też). Natomiast nie za bardzo łapię, dlaczego to pokojowej nagrody Nobla nie można otrzymać za intencje, a jedynie za rezultaty. Przykład - Wałęsa. Gdyby nagrodę dostał w 1990 - można by mówić o rezultatach. A;le w 1983 Wałęsa żadnych rezultatów nie osiągnął. Dostał Nobla za dobre chęci. Czemu, przyznając nagrodę Wałęsie, Komitet był OK, a przyznając nagrodę Obamie - był "be"?
  14. Podstawową bronią palna rosyjskiej piechoty był karabin kapiszonowy 18 mm wz. 1845, odprzodowy, gwintowany, z celownikiem żłobkowo-ramkowym i muszką, czyli nadający się do precyzyjnego celowania. Produkowany - rzecz jasna - w Tule. Lufa 94 cm, waga karabiny - 3,27 kg + bagnet 0,4 kg. Generalnie broń typowa dla tamtej epoki, podobna do tej, stosowanej w wojnie krymskiej, a także prusko-austriackiej, prusko-duńskiej i prusko-francuskiej przez przeciwników Prus. No bo tych piechota dysponowała odtylcowym karabinem Dreyse'go. Dla porównania karabin austriacki 18 mm wz. 1842 miał krótszą lufę (84.5 cm), a był znacznie cięższy - 4,59 kg + bagnet 0,4 kg. Karabin belgijski, używany ponoć przez powstańców, miał lufę długą na 108 cm, kaliber 17 mm i ważył 3,95 kg. Na tym tle karabin rosyjski wyróżnia się małą masą. na ile jest to zaleta - nie wiem. Lekką broń żołnierz z pewnością doceniał w marszu, ale podczas strzelania z zasady zachowania pędu wynika, że lżejszy karabin z dłuższą lufą (wiec pewnie z większą prędkością wylotową pocisku) dawał silniejszego "kopa" w bark, przyjmując taki sam ładunek miotający. Więc istotnie tylko praktyk, jak Rasorblade, być może może coś rozsądnego powiedzieć o tym, jak się z niego strzela i trafia. Ale jakiejś zasadniczej różnicy taktycznej bym się nie spodziewał (z wyłączeniem pruskiej odtylcówki, rzecz jasna). Dane liczbowe za: "Powstanie styczniowe w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego", WMON, Warszawa 1966.
  15. 1. Gregski ma rację. Najmniej istotne jest to, że i z mojej wiedzy wynika to, co napisał. Ważniejsze jest to, że gdyby moja wiedza była z tekstem Gregskiego na temat okrętów sprzeczna, to bym starannie zweryfikował swoją wiedzę. Ale najważniejsze jest to, że w sumie "jaki jest koń - każdy widzi". I że raczej każdy wie, co się rozegrało w zatoce La Plata i jak skończył "Admiral graf Spee". I w ogóle - jaką rolę odegrały pancerniki "kieszonkowe" w wojnie? Ile statków zatopiły, tak w porównaniu do U-bootów, czy choćby krążowników pomocniczych (chyba tak nazywano jednostki udające statki, a uzbrojone w krążowniczą artylerię)? 2. Zapewne to już mantra w tym wątku, ale przypomnę, że trudno mówić o najlepszym pancerniku w epoce, w której okazało się, że pancerniki są do .... . Jaką one w ogóle odegrały rolę w tej wojnie? To była taka zabawka bardzo dużych chłopców w bardzo krótkich spodenkach. Zawzięcie ścigano "Bismarcka", żeby się nie przedarł na ocean. A jakby się przedarł, to co? Alianci przegraliby bitwę o Atlantyk z powodu jednego "Bismarcka"? W ciągu miesiąca, dwóch czy trzech dostałby jakąś bombą czy torpedą i musiałby wracać do portu. Najlepszy okręt podwodny czy najlepszy lotniskowiec - to byłyby tematy do dyskusji !!! 3. Co do "fachowości" tych, co kręcili ten film, to fakt, że nakłonili Cię do wypowiedzenia się na forum, świadczy dowodnie o tym, że byli to fachowcy wysokiej klasy. Tyle że byli to fachowcy od "show biznesu", a nie historycy. Ich sukcesem jest to, że zainteresowali znaczną grupę osób. Niektórzy z nich - tak jak Ty - przejawią gotowość do pogłębienia swej wiedzy. No i fajnie. 4. Co do samej koncepcji "pancerników kieszonkowych" to faktycznie Niemcy starali się zbudować okręt, który może udawać, że się mieści w traktatowych ramach ciężkiego krążownika (10 tys. ton wyporności), ale o mocniejszym opancerzeniu i silniejszym uzbrojeniu (działa 280 mm, podczas gdy alianckie ciężkie krążowniki miały 203 mm, czyli strzelały pociskami 2,6 razy lżejszymi). Ale sama koncepcja była wynikiem kompromisu, trudno więc od niej oczekiwać czegoś nadzwyczajnego.
  16. Zaiste precyzyjny opis. Pod podłogą czego? Co to jest "region dolnyśląsk"? Teren województwa dolnośląskiego? Województwo to obejmuje też kawał Łużyc. Czy nie prościej wskazać miejscowość? Co do samego orła - podobne wizerunki naszego godła były popularne w latach 1832-1918. Charakterystyczne są "rozciapirzone" skrzydła i nader fantazyjny ogon. Wg książki Russocki, Kuczyński, Willaume "Godło, barwy i hymn Rzeczypospolitej", Wiedza Powszechna, Warszawa 1963 jest on bardzo podobny do orła, widniejącego na godle z czasów powstania 1863 (s. 51), trochę też do orzełka Polskich Drużyn Strzeleckich z lat 1913-1914, do orła na sztandarze Towarzystwa Demokratycznego Polskiego z 1832 r (po s. 64), a także do orła na kracie Grobu Nieznanego Żołnierza z epoki realnego socjalizmu. Ciekawe jest karmazynowe tło, wskazujące raczej na XIX-wieczną proweniencję lub inspirację. Zaś haniebna bordiura, czyli obramowanie tarczy herbowej, wskazuje raczej na lata 30-e XX wieku, gdy taka znalazła się na oficjalnym godle Polski. Dziwaczny kształt tarczy herbowej wskazuje raczej na dzieło domorosłego artysty, który usiłował nadać wykonywanemu przez siebie przedmiotowi cechy historyczne, choć w historii naszego godła i symbolice heraldycznej orientował się raczej słabo. Wydaje mi się, że zastosowanie bordiury wskazuje na czasy po 1927 roku.
  17. Ja nie mam nawet bladego pojęcia o tej bitwie, ale Twój wywód jakoś mnie nie przekonuje. Jeśli armia X spychała armię Y i zdobywała pole, choć nie mogła zniszczyć armii Y, to nie musiała urządzać odwrotu - mogła pozostać na osiągniętej pozycji, a jeśli ta była z jakiś powodów bardzo niekorzystna - zepchnąć armię Y tak, by zająć rubież korzystną. Odwrót jest - jak sam piszesz - "najtrudniejszym manewrem", po co więc podjęto decyzję o odwrocie, jeśli sytuacja taktyczna do niego nie zmuszała?
  18. Generalnie się z Tobą, Tomaszu, zgadzam co do oceny większości tez ministra ds. niszczenia środowiska. Kilka detali uzasadnienia jednak budzi moje wątpliwości. Na razie dołączam się do pastwienia nad tekstem ministra. Minister zdaje się uważać, że im mniej popiołu w węglu, tym mniej popiołu w spalinach. To jest powiedzmy - ćwierćprawda. Każdy, kto palił w zwykłym rusztowym piecu doskonale wie, jak dużo popiołu opada przez ruszt do popielnika. Kolejna część tworzy żużel. Tylko niewielka jego część przyjmuje formę popiołu lotnego, który wylatuje kominem. Ile popiołu wyleci kominem, zależy przede wszystkim od prędkości powietrza, przepływającego przez palenisko - czym większa, tym więcej popiołu powietrze ze sobą porywa. Przy ciągu naturalnym im wyższa temperatura spalin, tym większa prędkość przepływu powietrza i tym więcej popiołu lotnego. Oczywiście to dotyczy kotłów z paleniskami rusztowym czy retortowymi, kotły pyłowe to inna bajka, ale takich nikt w domu nie stosuje. Natomiast zaprojektowanie automatyki kotła "wyłączającego się samoczynnie jak dostanie gorsze paliwo" teoretycznie jest łatwe i nie potrzeba gaśnicy. Jeśli temperatura spalin przed wymiennikiem spada poniżej założonej wartości, wyłącza się dozownik, podający paliwo. Takie układy są montowane w kotłach gazowych, tyle że ze względów bezpieczeństwa - spadek temperatury oznacza, że gaz zgasł lub może zgasnąć, co grozi wybuchem. Masz jednak rację, że wymagałoby to używania węgla o stałych parametrach, co jest trudne do osiągnięcia w instalacji domowej. Co do klas kotłów to nie masz racji, że "nie może być pieców niskoemisyjnych o niższej sprawności". Takie kotły jak najbardziej być mogą, tylko nie dostaną certyfikatu na 5. klasę. Ale to w sumie dygresja. Także mylisz się, pisząc że spaliny są "nominalnie" cięższe z racji chociażby wzbogacenia w cięższy od powietrza dwutlenek węgla i parę wodną. To znaczy dwutlenek węgla jest cięższy od powietrza, ale para wodna - lżejsza. Suma sumarum gęstość "nominalna" spalin różni się od gęstości powietrza suchego o 1,5 promila, czyli tyle, co nic. Zweryfikowałem dane z przytoczonych przez Ciebie tabel przedwojennych. No cóż - porównywałem je z tabelami komunistycznymi, więc ideologicznie niesłusznymi (Wiesław Gogół, "Wymiana ciepła. Tablice i wykresy", Wydawnictwa Politechniki Warszawskiej, Warszawa 1972). Dane dotyczące powietrza zgadzają się co do 4. cyfry znaczącej (tyle, że dla 760 mmHg), natomiast dane, dotyczące przedwojennych "gazów" zupełnie rozmijają się z tym, co podaje Gogół dla typowych spalin: +100°C - 0,950 kg/m3 +200°C - 0,748 kg/m3. Nie mam pojęcia, skąd ta różnica. Nie ze składu spalin - aby osiągnąć gęstość z Tabeli II spaliny musiałyby zawierać 59% CO2 i 41% N2 oraz nie zawierać pary wodnej, co jest absurdalne. No właśnie. InstalReporter też mija się z prawdą, i to wielokrotnie. Weźmy np. ten fragment: Przy stosowaniu wilgotnego paliwa, po spaleniu w palniku w spalinach w dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z wilgocią. W zależności od ciśnienia składnikowego, cząstkowego, możemy określić temperaturę wykraplania się spalin. W tym wykraplania się siarki zawartej wskutek niezupełnego spalania. Co to oznacza? Zwiększone ryzyko korodowania wylotowych części wymiennika ciepła kotła spowodowane działaniem żrących skroplin w postaci kwasu siarkowego. Aby zatem zwiększyć żywotność kotła, w wysokosprawnych kotłach należy stosować suchy opał lub po prostu dosuszać go we własnym zakresie poprzez stałą wentylację paliwa. Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na wykraplającą się siarkę, która się bierze z niezupełnego spalania i w skroplinach tworzy kwas siarkowy. W węglu nie ma siarki rodzimej, tylko jest zawarta w związkach organicznych. Czy spalanie jest zupełne, czy niezupełne, w spalinach będzie SO2, a nie siarka. SO2 rozpuszczone w wodzie nie tworzy kwasu siarkowego H2SO4, tylko siarkawy H2SO3, o wiele słabszy. Ale to drobiazgi. Gorsze są wywody, że jak będziemy suszyć paliwo, to nie będziemy mieć pary wodnej w spalinach. Bzdura. Wg zapewnień producenta http://www.khw.pl/oferta/orzech.html w 1 kg "orzecha" powinno być 30-80 g wody i tyle powstanie z niej pary wodnej. Jak będziemy węgiel wietrzyć, to może wilgotność spadnie do 25 g na kg. W źle przechowywanym może wzrośnie do 100, a nawet do 150 g na kg. Jednocześnie w kg węgla (już z uwzględnieniem popiołu i wilgoci) znajduje się 4-5 g wodoru organicznego (http://home.agh.edu.pl/~kepw/student/plik/an_e_k.pdf). Przy spalaniu powstanie z niego 360-450 g pary wodnej na kg. Choć byśmy nie wiem jak suszyli węgiel, i tak w spalinach będzie dużo pary wodnej. Gogół twierdzi, że w typowych spalinach jest 11% pary wodnej. InstalReporter twierdzi, że zależności od ciśnienia składnikowego, cząstkowego, możemy określić temperaturę wykraplania się spalin. Pomijając już, że nie chodzi o wykraplanie się spalin, tylko wody ze spalin, zdaje się, że autor wie, iż można, ale tego nie zrobił. No to go wyręczę. Z wykresu powietrza wilgotnego wynika, że przy 11% zawartości pary wodnej punkt rosy wypada gdzieś przy 56°C. 70°C jest całkowicie bezpieczne pod tym względem. Czy w kominie temperatura spadnie o 14°? Komin na ogół niemal cały znajduje się wewnątrz ogrzewanych pomieszczeń, więc wątpię. Chyba że na początku sezonu grzewczego, gdy jest zimny. No i wróćmy do tego ciągu naturalnego. Opierając się na danych Gogóła i przyjmując temperaturę powietrza atmosferycznego 10°C, wyszło mi, że identyczną gęstość będą mieć spaliny o temperaturze niecałych 14°C. Przy temperaturze spalin 70°C ich gęstość wyniesie 1,05 kg/m3, a gęstość powietrza wynosić będzie 1,247 kg/m3. Różnica powinna być wystarczająca, aby spaliny były wynoszone w górę do atmosfery. A że ciąg słabszy, to i popiołu mniej ze sobą uniesie. Choć dla najdrobniejszych frakcji różnica będzie nieznaczna. Jeśli stosujemy palnik retortowy (a taki jest na ilustracji InstalReportera), to wentylator jest niezbędny - bez niego palnik nie będzie dobrze działał. Wystarczy jednak wentylator o niewielkim przepływie, zaś spaliny opuszczą instalację dzięki konwekcji naturalnej, czyli wykorzystamy ciąg kominowy. Mam jeszcze parę wątpliwości, ale to jutro lub kiedy indziej.
  19. A gdzie ja napisałem, że Ty tak napisałeś? Tak możemy "ad mortem defecatum". Opisałem to, co słyszałem o genezie krzyża dwuramiennego w herbach Węgier i Słowacji i w swej bezczelności pozwoliłem sobie na podanie informacji, które nie odnoszą się bezpośrednio do Twych słów, tylko ukazują szerszy kontekst zagadnienia. Dalszy fragment Twych wywodów - ten z cudzysłowami, "pośrednictwem" i "zapożyczeniem" pozostaje dla mnie niezrozumiały. Stwierdziłeś Jeśli chodzi o te dwa ostatnie państwa [Węgry i Litwa] możemy chyba mówić o nieprzypadkowej zbieżności i pewnym "pośrednictwie" naszego kraju. Postawiłeś zatem pewną hipotezę, którą - jak mniemam - uznałeś ją za uzasadnioną. W moim przekonaniu uzasadnienie to jest nader słabe, żeby nie powiedzieć - żadne. Określiłem to słowami "zagalopowałeś się". Dla jasności sformułuję kontrargumenty: - podwójny nie był zbyt popularny w Polsce w XIV wieku, przynajmniej nic o tym nie wiem, - podwójny krzyż był wówczas w Polsce kojarzony z dynastią andegaweńską, a Ludwik nie był u nas postacią zbyt popularną; jego córki Jadwigi współcześni jej możnowładcy też przeważnie nie lubili - jakoś nie uszanowali dokonanego przez nią wyboru małżonka; świętą została później i nieco wbrew własnej woli; - Jagiełło - bardzo drażliwy w kwestii wielkości i starożytności swego rodu - raczej nie przyjąłby symbolu, jednoznacznie kojarzonego z rodem małżonki, jako swego herbu; - o wiele bardziej prawdopodobne jest dla mnie, że symbol ten wywodzi się z pogańskiej tradycji Giedyminowiczów; - jeżeli już podwójny krzyż miałby być zapożyczony z symboliki chrześcijańskiej, to przecież był on Litwinom doskonale znany ze sto lat wcześniej, już za czasów Mendoga, który rozpoczął proces wyzwalania ziem ruskich spod jarzma tatarskiego (czy - jak kto woli - podboju tych ziem); w każdym razie w chwili unii krewskiej większość poddanych Jagiełły była chrześcijanami obrządku wschodniego, gdzie znacznie częściej, niż w obrządku zachodnim, posługiwano się podwójnym (i potrójnym) krzyżem; - "krzyż" Jagiellonów miał dwa równe ramiona, a patriarszy - nie; uważam to za bardzo istotną różnicę; szczerze mówiąc nie znam przypadków, by w symbolice chrześcijańskiej stosowano krzyż podwójny równoramienny (przynajmniej nie w Średniowieczu); stąd moje domniemanie, że herb Jagiellonów zapewne jest pogańskiej proweniencji. Co do długości ramion, Secesjonista twierdzi, że gdybym nieco zgłębił temat, to odkryłby, że ów krzyż na Litwie w dawniejszych czasach miał nierówne ramiona. I ślady tego wciąż pozostają w heraldyce miast litewskich. Strzał niby celny, tylko że cel łatwy, bo pisałem, że żadnym specjalistą w tym zakresie nie jestem i analizuję fakty powszechnie znane oraz powtarzam poglądy zasłyszane. Ja odnosiłem się do herbu Jagiellonów, który znajduje się na tarczy Pogoni. Przyznaję, że nie zetknąłem się w pochodzących z epoki jagiellońskiej źródłach ikonograficznych, przedstawiających herb Jagiellonów z krzyżem podwójnym nierównoramiennym. W heraldyce miast litewskich (i białoruskich) oczywiście może mieć miejsce i krzyż podwójny nierównoramienny. Byłoby bardzo interesujące, gdyby Secesjonista podał nam przykłady, pochodzące z epoki Średniowiecza. No cóż, hipoteza iż Polska "pośredniczyła" pomiędzy Węgrami a Litwą w procesie przyjęcia przez Litwę krzyża patriarszego jako symbolu narodowego wydaje mi się nadal "zagalopowaniem" , gdyż to nie krzyż patriarszy jest symbolem narodowym Litwy, a nawet gdyby był, to raczej Litwini przejęliby by go od chrześcijańskiej ludności swego państwa, niż od Węgrów z naszym pośrednictwem.
  20. Oj, chyba się trochę zagalopowałeś. Wydaje mi się, że podwójny krzyż, którego górne ramię symbolizowało tablicę na Krzyżu Męki Pańskiej (więc było krótsze od dolnego), był dość popularny na wschodzie, w Cesarstwie Bizantyńskim - stąd nazwa "krzyż patriarszy", bo wszyscy patriarchowie tam mieli swe siedziby. Stamtąd - zapewne - wraz z Konstantynem i Metodym w IX wieku pojawił się w Państwie Wielkomorawskim. Choć chyba udowodnić to trudno. Na pewno zaś był używany jako symbol monarchii węgierskiej przez Bélę III w XIII wieku. Także królowie węgierscy z dynastii Anjou (Karol Robert i Ludwik Wielki) używali tego symbolu. Gdy Ludwik - przez nas nie uważany za "wielkiego" - został też królem Polski, podwójny krzyż był częścią jego herbu monarszego, podobnie jak biały orzeł i inne symbole. Zapewne używała go też królowa Jadwiga, jednak nie był częścią herbu Królestwa Polskiego. Krzyżem Anjou stał się dopiero później. W krajach łacińskich używany był też jako symbol religijny, jednak dość rzadko. Znacznie częściej w prawosławiu, także na Rusi, gdzie używano go obok krzyża potrójnego i pojedynczego. Natomiast podwójny krzyż na Pogoni ma równe ramiona, jest więc innym symbolem i wiąże się go z rodem Jagiełły. Z pewnością używali go władcy z rodu Jagiellonów, także węgierscy. Wprawdzie francuska wiki odnotowuje istnienie wersji krzyża lotaryńskiego o równych ramionach, ale to było później. Na Słowacji, zwany także krzyżem św. Stefana, jako symbol narodowy zaczął być używany w 1848, z tym że słowacki stoi na niebieskich górkach, a węgierski - na zielonych. Ponoć w symbolice węgierskiej, poziome białe i czerwone pasy oznaczały Dolne Węgry, a krzyż patriarszy - Górne, których terytorium z grubsza odpowiada terytorium dzisiejszej Słowacji. Nasz kraj z całą pewnością nie "pośredniczył" w przyjęciu podwójnego krzyża przez Węgrów czy Słowaków jako ich godła czy jego części. Natomiast czy herb Jagiellonów, który przetrwał w godle Litwy, a także Białorusi w latach 1991-95 (oraz Siedlec i pewnie paru innych miast) w ogóle jest krzyżem w sensie symboliki chrześcijańskiej - to już niech mądrzejsze głowy się wypowiedzą.
  21. Tak... Zbrocza nie ma, raczej byłoby widoczne. Przejrzałem jeszcze raz Żygulskiego - podaje 24 typy głowni mieczy średniowiecznych - wszystkie mają zbrocza. 8 typów trzonów rękojeści - żadna nie jest podobna do tej na zdjęciu. 12 stylów jelców - też żaden nie przypomina tego na zdjęciu. Ciekawe, że ta broń ze zdjęcia nie ma głowicy - a miecze średniowieczne raczej miały głowice, i to dość masywne. Głowica stanowiła przeciwwagę dla głowni no i umożliwiała solidne zamocowanie okładzin rękojeści. W szablach często nie było głowicy, np. w karabeli i okładziny były mocowane do trzonu nitami, ale wtedy trzon powinien mieć otwór. Jelec jest nader mikry, wygląda na wycięty z dość cienkiej blachy. Że nie jest to średniowieczny miecz - mogę się założyć. Nie wydaje mi się, żeby to w ogóle była broń, no może tasak piechoty z XVIII czy XIX wieku, który raczej był wykorzystywany do cięcia gałęzi na ognisko, niż do walki, choć i to się zdarzało. Może Poldas ma rację, że to myśliwski kordelas, tylko że znana mi historyczna broń myśliwska jest bogato zdobiona, a to coś razi tandetnością. Ja bym raczej stawiał na rekwizyt teatralny. Jeszcze przed wojną dość modne było na ziemiańskich dworach odgrywanie krótkich scen teatralnych czy tworzenie tzw. żywych obrazów, do tego się taki sprzęt nadawał. Oczywiście wymiary dużo by pomogły, a także opis tego "miejsca pod wylewkę",
  22. Czy nie powinno być raczej "SPR" - Szkoła Podchorążych Rezerwy ? Czyli "bażanty".
  23. Oczywiście, ograniczamy się do epoki zaborów, czyli do lat 1794-1864. W zasadzie problem ten nie nurtował mnie przesadnie, ale ostatnio (choćby z okazji rocznicy) dość często słyszę w mediach stwierdzenie, że styczniowe było największe. Dalibóg - dlaczego? W czym było największe? Trwało najdłużej, ale najdłuższe to przecież nie największe. A i ta długość jest wątpliwa. Bo kiedy skończyło się powstanie wielkopolskie 1806 roku? W jego wyniku powstało Księstwo Warszawskie, więc chyba wypada odtrąbić koniec powstania na 1814 rok. Ile mieliśmy powstań? Kościuszkowskie 1794, wielkopolskie 1806, listopadowe 1830, krakowskie 1846, lwowskie 1848, poznańskie 1848, styczniowe 1863. Lwowskie 1848 to zdecydowany niewypał, trwało chyba dobę niecałą. Krakowskie 1846 to też niewypał i są to dwa nasze najmniejsze powstania. Ale styczniowe bym uznał za trzecie najmniejsze, bowiem nie udało nam się opanować trwale żadnego znaczącego terytorium, nie utworzyliśmy regularnego wojska (dywizje, brygady, pułki, bataliony) ani nie stawiliśmy oporu żadnym wojskom przeciwnika w sile dywizji, a i o brygadę trudno. Dla mnie największe było wielkopolskie 1806, bo zwycięskie. Potem listopadowe 1830, bo doprowadziło do regularnej wojny, w której rozbijaliśmy korpusy npla (w sumie raz, ale i to dobre) i podejmowaliśmy walkę z jego siłami głównymi (3 razy). Następnie kościuszkowskie 1794 - Racławice to drobiazg, ale wygrana obrona Warszawy przed armią pruską to nie byle co!!! Poznańskie 1848 chociaż dysponowało jakimś zwartym terytorium. Ale dlaczego styczniowe największe?
  24. Ciekawy sięgnął do tekstów Jarpena Zigrina z 2006 roku. To na tyle głęboko, że możemy po prostu uznać, że rozpoczynamy dyskusję od nowa. To tak zgodnie z pamiętnikami Churchilla, za które dostał nagrodę Nobla. Literacką. Pierwszy moment, w którym Hitler mógł zrealizować swoje marzenia, to lato 1940 roku. Polska zmiażdżona w 2 tygodnie, Francja w 4 tygodnie, Sojusz Hitlera ze Stalinem, Jedyne światełko w mroźnym tunelu to obrona Finlandii w wojnie zimowej. Jednak Churchill powiedział "NIE", obiecując Brytyjczykom "pot, krew i łzy". Drugi moment, to luty 1942 roku. Kiedy Japończycy zdobyli Singapur i wszystko, co było do wzięcia - Indonezję, Filipiny etc. Australijskie dywizje z frontu egipskiego zostały raptownie wycofane z frontu egipskiego i nie było kim ich zastąpić. I znów Winston Churchill powiedział "NIE".
  25. Nie podoba mi się jakikolwiek zabieg, dokonywany na liczbie uczestników powstania. Równie dobrze można by powiedzieć, że uczestnik powstania styczniowego to ochotnik, podczas gdy żołnierz wojny polsko-rosyjskiej 1831 r to przeważnie poborowy, więc tego pierwszego powinniśmy mnożyć przez 2 czy 3. No nie. Istnieje epoka rozbiorów, od I do III, czyli 1772-1795. Czas, gdy Rzplita była rozbierana. I istnieje epoka zaborów, od 1794 do 1918. Czas, gdy niepodległej Polski nie było, bądź pojawiała się jako byt nietrwały.