jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    1925
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    2

Zawartość dodana przez jancet

  1. Ja nie mam nawet bladego pojęcia o tej bitwie, ale Twój wywód jakoś mnie nie przekonuje. Jeśli armia X spychała armię Y i zdobywała pole, choć nie mogła zniszczyć armii Y, to nie musiała urządzać odwrotu - mogła pozostać na osiągniętej pozycji, a jeśli ta była z jakiś powodów bardzo niekorzystna - zepchnąć armię Y tak, by zająć rubież korzystną. Odwrót jest - jak sam piszesz - "najtrudniejszym manewrem", po co więc podjęto decyzję o odwrocie, jeśli sytuacja taktyczna do niego nie zmuszała?
  2. Generalnie się z Tobą, Tomaszu, zgadzam co do oceny większości tez ministra ds. niszczenia środowiska. Kilka detali uzasadnienia jednak budzi moje wątpliwości. Na razie dołączam się do pastwienia nad tekstem ministra. Minister zdaje się uważać, że im mniej popiołu w węglu, tym mniej popiołu w spalinach. To jest powiedzmy - ćwierćprawda. Każdy, kto palił w zwykłym rusztowym piecu doskonale wie, jak dużo popiołu opada przez ruszt do popielnika. Kolejna część tworzy żużel. Tylko niewielka jego część przyjmuje formę popiołu lotnego, który wylatuje kominem. Ile popiołu wyleci kominem, zależy przede wszystkim od prędkości powietrza, przepływającego przez palenisko - czym większa, tym więcej popiołu powietrze ze sobą porywa. Przy ciągu naturalnym im wyższa temperatura spalin, tym większa prędkość przepływu powietrza i tym więcej popiołu lotnego. Oczywiście to dotyczy kotłów z paleniskami rusztowym czy retortowymi, kotły pyłowe to inna bajka, ale takich nikt w domu nie stosuje. Natomiast zaprojektowanie automatyki kotła "wyłączającego się samoczynnie jak dostanie gorsze paliwo" teoretycznie jest łatwe i nie potrzeba gaśnicy. Jeśli temperatura spalin przed wymiennikiem spada poniżej założonej wartości, wyłącza się dozownik, podający paliwo. Takie układy są montowane w kotłach gazowych, tyle że ze względów bezpieczeństwa - spadek temperatury oznacza, że gaz zgasł lub może zgasnąć, co grozi wybuchem. Masz jednak rację, że wymagałoby to używania węgla o stałych parametrach, co jest trudne do osiągnięcia w instalacji domowej. Co do klas kotłów to nie masz racji, że "nie może być pieców niskoemisyjnych o niższej sprawności". Takie kotły jak najbardziej być mogą, tylko nie dostaną certyfikatu na 5. klasę. Ale to w sumie dygresja. Także mylisz się, pisząc że spaliny są "nominalnie" cięższe z racji chociażby wzbogacenia w cięższy od powietrza dwutlenek węgla i parę wodną. To znaczy dwutlenek węgla jest cięższy od powietrza, ale para wodna - lżejsza. Suma sumarum gęstość "nominalna" spalin różni się od gęstości powietrza suchego o 1,5 promila, czyli tyle, co nic. Zweryfikowałem dane z przytoczonych przez Ciebie tabel przedwojennych. No cóż - porównywałem je z tabelami komunistycznymi, więc ideologicznie niesłusznymi (Wiesław Gogół, "Wymiana ciepła. Tablice i wykresy", Wydawnictwa Politechniki Warszawskiej, Warszawa 1972). Dane dotyczące powietrza zgadzają się co do 4. cyfry znaczącej (tyle, że dla 760 mmHg), natomiast dane, dotyczące przedwojennych "gazów" zupełnie rozmijają się z tym, co podaje Gogół dla typowych spalin: +100°C - 0,950 kg/m3 +200°C - 0,748 kg/m3. Nie mam pojęcia, skąd ta różnica. Nie ze składu spalin - aby osiągnąć gęstość z Tabeli II spaliny musiałyby zawierać 59% CO2 i 41% N2 oraz nie zawierać pary wodnej, co jest absurdalne. No właśnie. InstalReporter też mija się z prawdą, i to wielokrotnie. Weźmy np. ten fragment: Przy stosowaniu wilgotnego paliwa, po spaleniu w palniku w spalinach w dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z wilgocią. W zależności od ciśnienia składnikowego, cząstkowego, możemy określić temperaturę wykraplania się spalin. W tym wykraplania się siarki zawartej wskutek niezupełnego spalania. Co to oznacza? Zwiększone ryzyko korodowania wylotowych części wymiennika ciepła kotła spowodowane działaniem żrących skroplin w postaci kwasu siarkowego. Aby zatem zwiększyć żywotność kotła, w wysokosprawnych kotłach należy stosować suchy opał lub po prostu dosuszać go we własnym zakresie poprzez stałą wentylację paliwa. Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na wykraplającą się siarkę, która się bierze z niezupełnego spalania i w skroplinach tworzy kwas siarkowy. W węglu nie ma siarki rodzimej, tylko jest zawarta w związkach organicznych. Czy spalanie jest zupełne, czy niezupełne, w spalinach będzie SO2, a nie siarka. SO2 rozpuszczone w wodzie nie tworzy kwasu siarkowego H2SO4, tylko siarkawy H2SO3, o wiele słabszy. Ale to drobiazgi. Gorsze są wywody, że jak będziemy suszyć paliwo, to nie będziemy mieć pary wodnej w spalinach. Bzdura. Wg zapewnień producenta http://www.khw.pl/oferta/orzech.html w 1 kg "orzecha" powinno być 30-80 g wody i tyle powstanie z niej pary wodnej. Jak będziemy węgiel wietrzyć, to może wilgotność spadnie do 25 g na kg. W źle przechowywanym może wzrośnie do 100, a nawet do 150 g na kg. Jednocześnie w kg węgla (już z uwzględnieniem popiołu i wilgoci) znajduje się 4-5 g wodoru organicznego (http://home.agh.edu.pl/~kepw/student/plik/an_e_k.pdf). Przy spalaniu powstanie z niego 360-450 g pary wodnej na kg. Choć byśmy nie wiem jak suszyli węgiel, i tak w spalinach będzie dużo pary wodnej. Gogół twierdzi, że w typowych spalinach jest 11% pary wodnej. InstalReporter twierdzi, że zależności od ciśnienia składnikowego, cząstkowego, możemy określić temperaturę wykraplania się spalin. Pomijając już, że nie chodzi o wykraplanie się spalin, tylko wody ze spalin, zdaje się, że autor wie, iż można, ale tego nie zrobił. No to go wyręczę. Z wykresu powietrza wilgotnego wynika, że przy 11% zawartości pary wodnej punkt rosy wypada gdzieś przy 56°C. 70°C jest całkowicie bezpieczne pod tym względem. Czy w kominie temperatura spadnie o 14°? Komin na ogół niemal cały znajduje się wewnątrz ogrzewanych pomieszczeń, więc wątpię. Chyba że na początku sezonu grzewczego, gdy jest zimny. No i wróćmy do tego ciągu naturalnego. Opierając się na danych Gogóła i przyjmując temperaturę powietrza atmosferycznego 10°C, wyszło mi, że identyczną gęstość będą mieć spaliny o temperaturze niecałych 14°C. Przy temperaturze spalin 70°C ich gęstość wyniesie 1,05 kg/m3, a gęstość powietrza wynosić będzie 1,247 kg/m3. Różnica powinna być wystarczająca, aby spaliny były wynoszone w górę do atmosfery. A że ciąg słabszy, to i popiołu mniej ze sobą uniesie. Choć dla najdrobniejszych frakcji różnica będzie nieznaczna. Jeśli stosujemy palnik retortowy (a taki jest na ilustracji InstalReportera), to wentylator jest niezbędny - bez niego palnik nie będzie dobrze działał. Wystarczy jednak wentylator o niewielkim przepływie, zaś spaliny opuszczą instalację dzięki konwekcji naturalnej, czyli wykorzystamy ciąg kominowy. Mam jeszcze parę wątpliwości, ale to jutro lub kiedy indziej.
  3. A gdzie ja napisałem, że Ty tak napisałeś? Tak możemy "ad mortem defecatum". Opisałem to, co słyszałem o genezie krzyża dwuramiennego w herbach Węgier i Słowacji i w swej bezczelności pozwoliłem sobie na podanie informacji, które nie odnoszą się bezpośrednio do Twych słów, tylko ukazują szerszy kontekst zagadnienia. Dalszy fragment Twych wywodów - ten z cudzysłowami, "pośrednictwem" i "zapożyczeniem" pozostaje dla mnie niezrozumiały. Stwierdziłeś Jeśli chodzi o te dwa ostatnie państwa [Węgry i Litwa] możemy chyba mówić o nieprzypadkowej zbieżności i pewnym "pośrednictwie" naszego kraju. Postawiłeś zatem pewną hipotezę, którą - jak mniemam - uznałeś ją za uzasadnioną. W moim przekonaniu uzasadnienie to jest nader słabe, żeby nie powiedzieć - żadne. Określiłem to słowami "zagalopowałeś się". Dla jasności sformułuję kontrargumenty: - podwójny nie był zbyt popularny w Polsce w XIV wieku, przynajmniej nic o tym nie wiem, - podwójny krzyż był wówczas w Polsce kojarzony z dynastią andegaweńską, a Ludwik nie był u nas postacią zbyt popularną; jego córki Jadwigi współcześni jej możnowładcy też przeważnie nie lubili - jakoś nie uszanowali dokonanego przez nią wyboru małżonka; świętą została później i nieco wbrew własnej woli; - Jagiełło - bardzo drażliwy w kwestii wielkości i starożytności swego rodu - raczej nie przyjąłby symbolu, jednoznacznie kojarzonego z rodem małżonki, jako swego herbu; - o wiele bardziej prawdopodobne jest dla mnie, że symbol ten wywodzi się z pogańskiej tradycji Giedyminowiczów; - jeżeli już podwójny krzyż miałby być zapożyczony z symboliki chrześcijańskiej, to przecież był on Litwinom doskonale znany ze sto lat wcześniej, już za czasów Mendoga, który rozpoczął proces wyzwalania ziem ruskich spod jarzma tatarskiego (czy - jak kto woli - podboju tych ziem); w każdym razie w chwili unii krewskiej większość poddanych Jagiełły była chrześcijanami obrządku wschodniego, gdzie znacznie częściej, niż w obrządku zachodnim, posługiwano się podwójnym (i potrójnym) krzyżem; - "krzyż" Jagiellonów miał dwa równe ramiona, a patriarszy - nie; uważam to za bardzo istotną różnicę; szczerze mówiąc nie znam przypadków, by w symbolice chrześcijańskiej stosowano krzyż podwójny równoramienny (przynajmniej nie w Średniowieczu); stąd moje domniemanie, że herb Jagiellonów zapewne jest pogańskiej proweniencji. Co do długości ramion, Secesjonista twierdzi, że gdybym nieco zgłębił temat, to odkryłby, że ów krzyż na Litwie w dawniejszych czasach miał nierówne ramiona. I ślady tego wciąż pozostają w heraldyce miast litewskich. Strzał niby celny, tylko że cel łatwy, bo pisałem, że żadnym specjalistą w tym zakresie nie jestem i analizuję fakty powszechnie znane oraz powtarzam poglądy zasłyszane. Ja odnosiłem się do herbu Jagiellonów, który znajduje się na tarczy Pogoni. Przyznaję, że nie zetknąłem się w pochodzących z epoki jagiellońskiej źródłach ikonograficznych, przedstawiających herb Jagiellonów z krzyżem podwójnym nierównoramiennym. W heraldyce miast litewskich (i białoruskich) oczywiście może mieć miejsce i krzyż podwójny nierównoramienny. Byłoby bardzo interesujące, gdyby Secesjonista podał nam przykłady, pochodzące z epoki Średniowiecza. No cóż, hipoteza iż Polska "pośredniczyła" pomiędzy Węgrami a Litwą w procesie przyjęcia przez Litwę krzyża patriarszego jako symbolu narodowego wydaje mi się nadal "zagalopowaniem" , gdyż to nie krzyż patriarszy jest symbolem narodowym Litwy, a nawet gdyby był, to raczej Litwini przejęliby by go od chrześcijańskiej ludności swego państwa, niż od Węgrów z naszym pośrednictwem.
  4. Oj, chyba się trochę zagalopowałeś. Wydaje mi się, że podwójny krzyż, którego górne ramię symbolizowało tablicę na Krzyżu Męki Pańskiej (więc było krótsze od dolnego), był dość popularny na wschodzie, w Cesarstwie Bizantyńskim - stąd nazwa "krzyż patriarszy", bo wszyscy patriarchowie tam mieli swe siedziby. Stamtąd - zapewne - wraz z Konstantynem i Metodym w IX wieku pojawił się w Państwie Wielkomorawskim. Choć chyba udowodnić to trudno. Na pewno zaś był używany jako symbol monarchii węgierskiej przez Bélę III w XIII wieku. Także królowie węgierscy z dynastii Anjou (Karol Robert i Ludwik Wielki) używali tego symbolu. Gdy Ludwik - przez nas nie uważany za "wielkiego" - został też królem Polski, podwójny krzyż był częścią jego herbu monarszego, podobnie jak biały orzeł i inne symbole. Zapewne używała go też królowa Jadwiga, jednak nie był częścią herbu Królestwa Polskiego. Krzyżem Anjou stał się dopiero później. W krajach łacińskich używany był też jako symbol religijny, jednak dość rzadko. Znacznie częściej w prawosławiu, także na Rusi, gdzie używano go obok krzyża potrójnego i pojedynczego. Natomiast podwójny krzyż na Pogoni ma równe ramiona, jest więc innym symbolem i wiąże się go z rodem Jagiełły. Z pewnością używali go władcy z rodu Jagiellonów, także węgierscy. Wprawdzie francuska wiki odnotowuje istnienie wersji krzyża lotaryńskiego o równych ramionach, ale to było później. Na Słowacji, zwany także krzyżem św. Stefana, jako symbol narodowy zaczął być używany w 1848, z tym że słowacki stoi na niebieskich górkach, a węgierski - na zielonych. Ponoć w symbolice węgierskiej, poziome białe i czerwone pasy oznaczały Dolne Węgry, a krzyż patriarszy - Górne, których terytorium z grubsza odpowiada terytorium dzisiejszej Słowacji. Nasz kraj z całą pewnością nie "pośredniczył" w przyjęciu podwójnego krzyża przez Węgrów czy Słowaków jako ich godła czy jego części. Natomiast czy herb Jagiellonów, który przetrwał w godle Litwy, a także Białorusi w latach 1991-95 (oraz Siedlec i pewnie paru innych miast) w ogóle jest krzyżem w sensie symboliki chrześcijańskiej - to już niech mądrzejsze głowy się wypowiedzą.
  5. Tak... Zbrocza nie ma, raczej byłoby widoczne. Przejrzałem jeszcze raz Żygulskiego - podaje 24 typy głowni mieczy średniowiecznych - wszystkie mają zbrocza. 8 typów trzonów rękojeści - żadna nie jest podobna do tej na zdjęciu. 12 stylów jelców - też żaden nie przypomina tego na zdjęciu. Ciekawe, że ta broń ze zdjęcia nie ma głowicy - a miecze średniowieczne raczej miały głowice, i to dość masywne. Głowica stanowiła przeciwwagę dla głowni no i umożliwiała solidne zamocowanie okładzin rękojeści. W szablach często nie było głowicy, np. w karabeli i okładziny były mocowane do trzonu nitami, ale wtedy trzon powinien mieć otwór. Jelec jest nader mikry, wygląda na wycięty z dość cienkiej blachy. Że nie jest to średniowieczny miecz - mogę się założyć. Nie wydaje mi się, żeby to w ogóle była broń, no może tasak piechoty z XVIII czy XIX wieku, który raczej był wykorzystywany do cięcia gałęzi na ognisko, niż do walki, choć i to się zdarzało. Może Poldas ma rację, że to myśliwski kordelas, tylko że znana mi historyczna broń myśliwska jest bogato zdobiona, a to coś razi tandetnością. Ja bym raczej stawiał na rekwizyt teatralny. Jeszcze przed wojną dość modne było na ziemiańskich dworach odgrywanie krótkich scen teatralnych czy tworzenie tzw. żywych obrazów, do tego się taki sprzęt nadawał. Oczywiście wymiary dużo by pomogły, a także opis tego "miejsca pod wylewkę",
  6. Czy nie powinno być raczej "SPR" - Szkoła Podchorążych Rezerwy ? Czyli "bażanty".
  7. Oczywiście, ograniczamy się do epoki zaborów, czyli do lat 1794-1864. W zasadzie problem ten nie nurtował mnie przesadnie, ale ostatnio (choćby z okazji rocznicy) dość często słyszę w mediach stwierdzenie, że styczniowe było największe. Dalibóg - dlaczego? W czym było największe? Trwało najdłużej, ale najdłuższe to przecież nie największe. A i ta długość jest wątpliwa. Bo kiedy skończyło się powstanie wielkopolskie 1806 roku? W jego wyniku powstało Księstwo Warszawskie, więc chyba wypada odtrąbić koniec powstania na 1814 rok. Ile mieliśmy powstań? Kościuszkowskie 1794, wielkopolskie 1806, listopadowe 1830, krakowskie 1846, lwowskie 1848, poznańskie 1848, styczniowe 1863. Lwowskie 1848 to zdecydowany niewypał, trwało chyba dobę niecałą. Krakowskie 1846 to też niewypał i są to dwa nasze najmniejsze powstania. Ale styczniowe bym uznał za trzecie najmniejsze, bowiem nie udało nam się opanować trwale żadnego znaczącego terytorium, nie utworzyliśmy regularnego wojska (dywizje, brygady, pułki, bataliony) ani nie stawiliśmy oporu żadnym wojskom przeciwnika w sile dywizji, a i o brygadę trudno. Dla mnie największe było wielkopolskie 1806, bo zwycięskie. Potem listopadowe 1830, bo doprowadziło do regularnej wojny, w której rozbijaliśmy korpusy npla (w sumie raz, ale i to dobre) i podejmowaliśmy walkę z jego siłami głównymi (3 razy). Następnie kościuszkowskie 1794 - Racławice to drobiazg, ale wygrana obrona Warszawy przed armią pruską to nie byle co!!! Poznańskie 1848 chociaż dysponowało jakimś zwartym terytorium. Ale dlaczego styczniowe największe?
  8. Ciekawy sięgnął do tekstów Jarpena Zigrina z 2006 roku. To na tyle głęboko, że możemy po prostu uznać, że rozpoczynamy dyskusję od nowa. To tak zgodnie z pamiętnikami Churchilla, za które dostał nagrodę Nobla. Literacką. Pierwszy moment, w którym Hitler mógł zrealizować swoje marzenia, to lato 1940 roku. Polska zmiażdżona w 2 tygodnie, Francja w 4 tygodnie, Sojusz Hitlera ze Stalinem, Jedyne światełko w mroźnym tunelu to obrona Finlandii w wojnie zimowej. Jednak Churchill powiedział "NIE", obiecując Brytyjczykom "pot, krew i łzy". Drugi moment, to luty 1942 roku. Kiedy Japończycy zdobyli Singapur i wszystko, co było do wzięcia - Indonezję, Filipiny etc. Australijskie dywizje z frontu egipskiego zostały raptownie wycofane z frontu egipskiego i nie było kim ich zastąpić. I znów Winston Churchill powiedział "NIE".
  9. Nie podoba mi się jakikolwiek zabieg, dokonywany na liczbie uczestników powstania. Równie dobrze można by powiedzieć, że uczestnik powstania styczniowego to ochotnik, podczas gdy żołnierz wojny polsko-rosyjskiej 1831 r to przeważnie poborowy, więc tego pierwszego powinniśmy mnożyć przez 2 czy 3. No nie. Istnieje epoka rozbiorów, od I do III, czyli 1772-1795. Czas, gdy Rzplita była rozbierana. I istnieje epoka zaborów, od 1794 do 1918. Czas, gdy niepodległej Polski nie było, bądź pojawiała się jako byt nietrwały.
  10. Bardzo mnie cieszy ta informacja, jednakże nie dotyczy ona kwestii zasadniczych, które - nie chcę się kłócić, czy to Ty je określiłeś, czy też ja pod Twoim wpływem - dotyczą liczby osób, które przewinęły się przez wojska powstańcze, bądź maksymalnego stanu sił zbrojnych.
  11. O szpiegach zwykle nie wiadomo zbyt wiele? Możemy śmiało założyć, że o 99 na 100 szpiegów żadna wzmianka się nie zachowała.
  12. A możesz rozwinąć ten pogląd?
  13. Nie, nie chodzi mi o historię alternatywną. Wkurza mnie, że jeśli mówimy o wojnie polsko-rosyjskiej 1831 roku, do dominuje jakieś biadolenie, że nam się nie udało rzucić Rosji na kolana. Nie udało się, bo udać się (bez pomocy innych państw, choćby finansowej i materiałowej) udać nie mogło. Natomiast te 8 miesięcy działań wojennych obfitowało w szereg sytuacji, w której nasze siły zbrojne wykazywały wyższość nas rosyjskimi. A że kondycja wojsk jest wynikiem kondycji państwa - oznacza to, że stworzyliśmy sprawnie działający mechanizm państwowy, zasady administracyjne, także sprawnie zbieraliśmy podatki. Dzięki zbiorowemu wysiłkowi narodu udało nam się stawiać opór przez długich 8 miesięcy, przynajmniej raz zmuszając nieprzyjaciela do strategicznego odwrotu. Jak to mogło się udać przy takiej dysproporcji sił?
  14. Na sztuki nie policzę, ale np. jeśli chodzi o bitwę pod Siemiatyczami, to jak się tam skoncentrowało kilka grup powstańczych, to trochę mieszkańców się do nich przyłączyło. Bitwa była teoretycznie dwudniowa, faktycznie trwała co najwyżej 24 h, więc niektórzy powstańcy siemiatyccy brali udział w powstaniu przez kilkanaście godzin. Kilka godzin to zapewne wyjątki, ale takich kilkutygodniowych powstańców zda się, że było bardzo wielu. W powiecie pojawia się partia, więc panicz dogaduje się z oficjalistą, zabierają konie, szable, dwururki i parobka do pomocy i idą do partii. W pierwszym poważniejszym starciu partia zostaje rozbita i jedyne, co pozostaje, to przedostać się do dworu i udawać, że nic nie było. To chyba model typowy. Piszę to z ogromnym szacunkiem dla tych, którzy odważyli się iść. Nie było tu moją intencją tworzenie podziału powstańcy - żołnierze, można przyjąć, że żołnierze to też powstańcy. Ale warto podkreślić, że nie tylko żołnierze to powstańcy. Członkowie różnego typu "gwardii", formacji nieregularnych, partyzanci to - wg mnie - powstańcy, choć formalnie nie żołnierze. Nie dysponuję żadną poważną monografią na temat powstania styczniowego, w której by oszacowano liczbę uczestników powstania styczniowego. Hupert i Kukiel uciekają od takiej konstatacji, natomiast Kozłowski, Wrzosek Dzieje Oręża Polskiego 1794-1938, WMON, Warszawa 1973 stwierdzają, że "przez szeregi powstańcze przewinęło się ponad 150 000 żołnierzy, ale pod bronią nigdy nie było więcej niż 25 000 - 30 000" latem 1863. Nie mam żadnych podstaw, by dyskutować z tymi liczbami, choć o metodzie ich określenia nie wiem nic. Z kolei ww. autorzy nie podali podobnych liczb dla powstania listopadowego, czy wojny polsko-rosyjskiej 1831 roku. Tu jednak dysponuję literaturą, która może pozwolić mi oszacować tę liczbę, choć wcale nie jest to łatwe. Co do maksymalnego stanu: Raporty "stanu obecnych do boju" sporządzane dla Komisji Rządowej Wojny, wskazują na 87 tysięcy żołnierzy pod koniec kwietnia. Jednak do tej liczby należy doliczyć: - korpus Dwernickiego, - powstańców litewskich, - 3. (rezerwowe) bataliony nowych pułków piechoty, bataliony i szwadrony zakładowe, - Gwardię Narodową Warszawską, - resztki gwardii ruchomych, - oddziały partyzanckie, - powstańców wołyńskich. Jeśli ich uwzględnimy, dostaniemy trochę ponad 100 tysięcy. Podobnie na początku lipca, gdy wg KRW mieliśmy też prawie 87 tysięcy żołnierzy, a do tego korpus Giełguda (liczniejszy, niż Dwernickiego) i powstańców na Podolu, Ukrainie i Wołyniu. Zapewne wtedy osiągnęliśmy maksimum i na pewno było to ponad 100 tysięcy. Więc styczniowe pod tym względem na pewno nie było większe, niż listopadowe.
  15. Określenie "piosenka" trochę mi nie pasuje do tego utworu. Tekst w oczywisty sposób dotyczy wszystkich osób, zesłanych w "Магадан". W tym radzieckich jeńców wojennych. którzy popadli w niewolę niemiecką. A także innych żołnierzy radzieckich, którym nie dane było wrócić do domu, bo Вставал впереди Магадан. Podałem to jako przykład możliwych losów советского солдата po wojnie.Statystycznie zapewne niezbyt częsty. Tyle że ówczesnej skali 1:1000 może oznaczać dziesiątki tysięcy zesłanych в Магадан i gdzie indziej. A tekstu chyba nie należy wiązać geograficznie z jednym miejscem. Przecież tak naprawdę chodzi o to, że ONA GO nawet nie rozpozna: А если придешь – не узнаешь . Nie wiem dokładnie, kiedy poznałem ten tekst. W każdym razie w ramach działalności statutowej reżimowej organizacji - SZSP lub PTTK. A raczej obydwu z nich. I że - zanim do mnie trafiły - przechodziły z ust do ust, tylko przekaz ustny zapewniał im istnienie. No czasem proszono mnie o spisanie tekstu. Miałem bardzo dobrą pamięć - no to spisywałem.
  16. Nie. Jest tam mowa o "chemicznych lub fotochemicznych przemianach". Te chemiczne zachodzą w środowisku wodnym, najgroźniejsze dla nas są wtedy, gdy zachodzą we mgle (smog londyński). To się dzieje zwykle w zimnej połowie roku. Te fotochemiczne zachodzą pod wpływem bardzo intensywnego promieniowania słonecznego (smog ateński). Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że na początku stycznia w Warszawie powstał smog ateński. 4 lutego? Czy ja gdziekolwiek i kiedykolwiek odnosiłem się do sytuacji z 4 lutego? O ile pamiętam, pogoda była dość paskudna, była mgła, więc dobre warunki do powstania smogi typu londyńskiego. Poza tym oczywiście masowość błędnego użycia pojęcia "smog" rodzi swoje skutki i być może naukowcy się temu rozumieniu poddadzą. Już się raz poddali, godzą się na "smog ateński", w którym mgły też nie ma, choć są "produkty przemian". A komunikaty ostrzegawcze - bo te zapewne znalazł Secesjonista na stronie WIOŚ - muszą być zredagowane w sposób zrozumiały dla ogółu. Jeśli "ogół" używa pojęcia "smog", to i tam będzie użyte pojęcie "smog". Przykład z innej branży - z IMGW. Podaje on informacje o stężeniach popularnych alergenów, wynikających z kwitnienia roślin, najczęściej drzew. Rośnie sobie w Polsce drzewo, zwane popularnie "akacją". Nie jest to akacja, lecz "grochodrzew" (jak kto lubi nazwy swojskie) albo "robinia" (jak kto woli nazwy obce). W okresie kwitnienia tego drzewka IMGW ostrzega przed pyłkami akacji, choć jestem przekonany że pracownicy IMGW wiedzą, że to nie jest akacja. Ale komunikaty ostrzegawcze nie są dla pracowników IMGW. Jakby pisali o pyłkach "grochodrzewu" ich komunikat nie byłby zrozumiały. Dendrolodzy jednak twardo obstają, że to nie jest akacja. I tak trzymać. Wprawdzie Kaczmarski na płycie 20(5) lat później prorokował, że od 2005 nastaną czasy "gdy mędrcy przed głupotą łby schylają w hołdzie" , ale na razie wciąż nie jest to regułą. I oby się stało jak najpóźniej.
  17. Pięć pierwszych postów zostało przeniesione tu z dyskusji Janusz Korwin-Mikke, gdyż bardziej dotyczą oceny polityki społecznej i gospodarczej PiS, niż postaci JKM. Bruno W. Problem tkwi w określeniu, co jest prawicą, co centrum, a co lewicą. Ponieważ dla mnie przesłanki gospodarcze są ważniejsze, niż obyczajowe, to wg mnie najbardziej prawicową partią w poprzednim parlamencie była PO. Potem SLD, PSL, Palikot - i na skrajnej lewicy - PiS. Nic bardziej lewicowego, niż PiS, po 1989 roku w naszej polityce nie zaistniało. Szczerze mówiąc - jeśli chodzi o ekonomię, to jest to ugrupowanie wręcz lewackie. Przynajmniej dzięki lewackim hasłom wygrało ostatnie wybory. Nawet "Razem" było nieco bardziej centrowe. Koalicja KORWiN z PiS byłaby kompletnie nielogiczna, gdyż w zakresie ekonomii ugrupowania te głoszą skrajnie odmienne poglądy. Skrajne aż do bólu. KORWiNowi najbliżej do .Nowoczesnej, potem do PO lub PSL. Człowieku, czy JKM popiera sztandarowe wyborcze projekty PiS? 500 zł na drugie i następne dziecko, by tatuś miał na flaszkę? Oddłużenie cwaniaków, którzy wzięli kredyty we frankach kosztem tych, którzy wzięli w PLN? Po kursie z dnia zaciągnięcia kredytu? Podwyższenie kwoty przychodów, wolnych od podatku, do jakiejś niebotycznej liczby, podczas gdy JKM postuluje zniesienie kwoty wolnej, a w następnych etapach - podatek liniowy i na koniec jedyny sprawiedliwy - podatek pogłówny. Przyznaję, że cieszyłbym się z koalicji prawicowych ugrupowań, czyli KORWiN, .Nowoczesna, PO i PSL przeciw lewackiemu totalizmowi PiS. A przy okazji namawiałbym Cię do przyglądania się działaniom poszczególnych ugrupowań, a nie etykietkom, które same sobie przypinają. Choć z PiS to różnie bywa. Poprzednio rządziła raptem dwa lata, cały czas głosiła, jak to będzie dzielnie wspierać najuboższych, po czym obniżyła podatki najbogatszym !!!
  18. Ta mapa to kompletna fantazja, bowiem zakłada odrębność Czech i Słowacji (co jeszcze się jakoś mieści w realiach) oraz niezależność Ukrainy, Białorusi i Litwy, co zdecydowanie wykracze poza owe realia. Oczywiście wujaszek Stalin mógł wyznaczyć naszą wschodnią granicę, tak ja powyżej narysowano. Pamiętajmy jednak, że ten deal był złożony: 1. Stalin daje nam taką granicę wschodnią, jaką uważa za stosowną. 2. Stalin może forsować na forum międzynarodowym naszą granicę zachodnią, ale musi do tej koncepcji przekonać zachodnich "sojuszników". 3. Stalin może się zgodzić na przesiedlenie Polaków z Litwy i Ukrainy do Polski, lecz może też nie wyrazić tej zgody. Gdyby Stalin zaakceptował granice Polski, takie ja powyżej nakreślono, a jednocześnie nie zgodził się na przesiedlenie Polaków z dalszej Litwy i Ukrainy na "ziemie odzyskane" to: - na ziemiach odzyskanych (jednostki 1., 9., 5., 13, 19, 17, 14) mamy partyzantkę niemiecką, nie mamy kogo przesiedlać, - na ziemiach wschodnich (jednostki 2, 4, 12) mamy partyzantkę UPA, związaną z dominacją ludności ukraińskiej na tych obszarach. Jest to NAJGORSZY scenariusz dla Polski, jaki w ogóle można było sobie wówczas wyobrazić.
  19. No właśnie. Bo trudno nie być wdzięcznym Secesjoniście za tak obszerną kwestę. Tyle, że przytoczone materiały są dość rozproszone w czasie i przestrzeni. Mamy Wielkie Księstwo Litewskie, ale mamy i Wielkie Księstwo Poznańskie. Mamy wiek XV i wiek XX. Mamy też trochę problemów pojęciowych. Zapewne zdecydowana większość użytkowników tego forum czuje różnicę między państwowym a publicznym. Oraz publicznym i prywatnym. Choć mogą pojawić się problemy. No bo jeśli na twoim prywatnym terenie znajduje się droga, użytkowana publicznie, to nie możesz jej zlikwidować. W swoim czasie (czyli w latach 1969-1977) miałem (będąc niepełnoletnim nastolatkiem) okazję obserwowania stosunków na mazowieckiej wsi, bowiem często bywałem we wsi Siedliska koło Piaseczna. Wieś Siedliska to była wtedy dość klasyczna ulicówka, przy czym główna ulica ciągnęła się równolegle do rzeki Jeziorki, a między nią a rzeką ciągnął się smug, trudny do przebycia przez większość roku, który odcinał wieś od nadjeziorkańskich łąk i pastwisk. Naszym sąsiadem był niejaki Suruda (a może Surudo?) i na jego terenie znajdowało się jedyne miejsce, gdzie smug był na tyle płytki, by poprowadzić przez niego drogę. Olszyna, ale dawało się przejechać, o ile od czasu do czasu podsypie się tam piachu czy żwiru, oczyści rowy etc. Surudy nie poczuwali się do obowiązku wykonywania tych czynności, ale inni mieszkańcy wsi mieli o tym zgoła odmienne zdanie. Problem szarwarku można przeciągnąć aż do lat 70-ych XX wieku.
  20. Tak naprędce - ja dotychczas rozumiałem obowiązek utrzymania dróg jako powinność dziedzica wobec państwa. Ale oczywiście dziedzic przenosił ten obowiązek na poddanych. Czy szarwark wchodził w zakres pańszczyzny, czy też wyznaczano jego wymiar poza pańszczyzną - nie wiem, i podejrzewam, że było różnie. Przy czym zastrzegam, że biegłym w tej materii się nie czuję.
  21. A ja się kompletnie pogubiłem. Euklides zadał całkiem ciekawe pytanie, jak szlachta folwarczna wykorzystywała powinności pańszczyźniane w okresie zimowym. Tak generalnie to bym udzielił odpowiedzi takiej, że jak dziedzic był zmyślny, to robotę znalazł i obrastał w majątek. A jak był d..., to nie znalazł i majątek tracił. Secesjonista przytoczył szereg przykładów, jak zmyślni dziedzice wykorzystywali pracę pańszczyźnianych chłopów zimą. Na koniec nie wiem, do czego Euklides nie do końca jet przekonany.
  22. Ale jak ich liczyć? Bo insurgent, jeśli w wyniku insurekcji nastąpiła regularna wojna, a tak było w 1794, 1806 i 1831 jest po prostu żołnierzem i walczy do końca - zwykle kilka miesięcy. A jeśli nie - jego udział w insurekcji trwa kilka godzin, kilka dni czy kilka tygodni. Trudno to porównywać. Szacować osobodnie?
  23. Pisałem, że zbiory MWP w Warszawie nie dają podstaw, by twierdzić, że w powstaniu styczniowym używano skałkówek. A nie, że w ogóle nie ma podstaw, by twierdzić, że w tym powstaniu nie używano skałkówek. Ze względu na swą wiedzę ogólną to drugie stwierdzenie uważam za absurdalne. Choć akurat zbiory tego konkretnego muzeum jemu nie zaprzeczają. To mi przypomina stary dowcip: A: Wiecie, okazało się że w Mezopotamii już w X wieku przed naszą erą znano telegraf !!! B: A skąd to wiadomo? A: Bo archeolodzy znaleźli parę równoległych przewodów miedzianych między Abrdax i Burbumdum w Mezopotamii, pochodzących sprzed X wieku p.n.e. . B: Ano tak. Ale w tym czasie to Izraelici znali już radio. A: A Skąd to wiadomo? B. No bo w Izraelu żadnych takich drutów nie znaleziono.
  24. Ja - przyznaję - nie pojąłem, co to jest ów "pacior". Gdyby koledzy mi to jakoś prosto wytłumaczyli, byłbym wdzięczny.
  25. No właśnie. Nawet Encyklopedia PWN stwierdza jednoznacznie, że smog tworzą zanieczyszczenia pierwotne i produkty ich przemian. Same zanieczyszczenia pierwotne to jeszcze nie smog. Akurat smog kwaśny to taki, któremu towarzyszy mgła. Smog typu Los Angeles, zwany też ateńskim, faktycznie powstaje bez udziału H2O w stanie ciekłym, ale jednak powstaje w wyniku fotochemicznych przemian zanieczyszczeń pierwotnych i tak jest opisywany w podręcznikach. Upieram się, że to, z czym mieliśmy do czynienia w pierwszej połowie styczna w Warszawie (sorry, mniej uważnie obserwowałem dane z innych miejscowości), było po prostu bardzo wysokim zapyleniem powietrza, które jest zanieczyszczeniem pierwotnym. Uogólniając - w zjawiskach smogowych duży udział mają bardzo agresywne związki chemiczne - SO2, NOx, O3, emitowane w postaci gazowej. Dopiero w wyniku powstawania smogu przechodzą do fazy ciekłej, czyli mgły (smog londyński) lub stałej (smog ateński). Przy czym tego ostatniego i tak w Polsce nie uświadczysz, bo intensywność promieniowania słonecznego nawet latem jest zbyt mała. Oczywiście nie twierdzę, że gazowe SO2, NOx i O3 są neutralne za zdrowia, tak samo jak pierwotne zapylenie. Przy tym te gazowe charakteryzują się tym, że bardzo szybko rozprzestrzeniają się w powietrzu (jak to gaz z gazie). Czyli - jeżeli gdzieś są emitowane te związki, to skażony zostanie duży obszar, który będzie się przemieszczać wraz z wiatrem. Natomiast pyły, nawet te PM 2,5 sedymentują, choć bardzo powoli. Dlatego ich stężenie jest bardzo trudne do monitorowania. I kilka przecznic dalej (lub kilka godzin później) sytuacja może być całkiem inna. W dzielnicy, w której mieszkam, nie ma żadnej stacji monitoringu. Więc nie ma bladego pojęcia, czy wietrzyć, czy też wręcz przeciwnie. W pewnym zakresie zgadzam się z ministrem Szyszko, który - nota bene - też nie wie, czy ma wietrzyć, czy własne smrody wdychać, bo mieszka w tej samej co ja dzielnicy. Przy tak ubogiej sieci monitoringu zanieczyszczeń ogłaszanie jakichkolwiek alarmów na podstawie przekroczeń jakiegoś stanu zapylenia jest raczej abstrakcją. Stacji monitoringu musiałoby by być ze 100 razy więcej, żeby mieszkaniec punktu XY mógł się dowiedzieć, jakie stężenie szkodliwych substancji jest w jego okolicy. Budowa i obsługa tych stacji monitoringu kosztowałaby zapewne 1/1000 tego, co kosztuje program 500+, a mogłaby się przysłużyć w bardzo znaczącym stopniu do poprawy poziomu życia. No ale nawet, gdyby minister Szyszko chciał rozbudować sieć monitoringu, to doskonale wie, że pieniędzy na to nie będzie. W tym zakresie PiS kontynuuje politykę PO-PSL, tylko że czyni to bardziej ... dosadnie.