jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    1971
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    2

Zawartość dodana przez jancet

  1. Tak konkretnie - to w 1945 roku stanął na czele Polskiej Partii Socjalistycznej jako sekretarz generalny. W owej partii zaczynał działać jako nastolatek, choć nie była ona wówczas pupilem władzy. O okupacji nie wspomnę. W lutym 1947 zaproponowano mu stanowisko premiera w rządzie, w którym władza należała do PPR. Nie za bardzo mogę sobie wyobrazić sytuację, w której odmawia. Naraziłoby to na szykany nie tylko jego, ale całą PPS. Tak, w całej epoce realnego socjalizmu nie można było odmówić propozycji awansu. Nawet, jeśli się go nie chciało. Z tym, że nie mam pojęcia, czy Cyrankiewicz chciał zostać w 1947 roku premierem, czy nie. Wydawało mi się, Secesjonisto, że nie dyskutujemy w wątku "historia alternatywna". Byłoby bardzo fajnie, gdyby nikt nigdy nie poparł Stalina i zostałby on np. popem w jakiejś wsi. No ale Cyrankiewicz wszedł do polityki w epoce, gdy niejaki Stalin już rządził ZSRR oraz powiedzmy... zarządzał szeregiem innych państw, w tym Polski. Nie wydaje mi się, by Cyrankiewicz mógł cokolwiek w tej materii zmienić. Ani nikt inny. Ty tak serio, czy tylko dla jaj? Nie, no OK, nie będę Cię zmuszał do oglądania TVPiS. Ale gdybyś jednak tam zajrzał, to byś pewnie dostrzegł, że "nie tylko jancet". Przewodniczącym Rady Państwa Cyrankiewicz został, będąc już w "odstawce". Serio uważasz, że w ówczesnych realiach mógł przebierać w propozycjach pracy? Nie tylko, a nawet nie głównie. Praca premiera na pewno jest ciężka, ale to, czy Cyrankiewicz wykonywał ją uczciwie, to już temat na bardzo poważną dyskusję. Czy to, co robił, robił z myślą o dobru Polski? A jeśli tak, to czy właściwie sobie to dobro przedstawiał? A jeśli nie, to czy realnie mógł mieć informacje, że należy postępować inaczej? Myślę że ciężko pracował, żeby Polska była jak najmniej zła w historycznych realiach, w których żył.
  2. Bardzo ciekawa dyskusja. Wyróżniłbym w niej dwie kwestie: 1. Czy osoby, typu Osóbka "Morawski", "Rola" Żymierski, Cyrankiewicz, Jabłoński czy w końcu Jaruzelski mogły powiedzieć "nie, nie chcę tego awansu, nie chcę obejmować tego stanowiska" bez narażenia się na poważne fizyczne czy ekonomiczne szykany? 2. Czy gdyby takie osoby odmawiały przyjęcia awansu i obejmowania ważnych stanowisk, to dla Polski (z pełni nacjonalistycznego punktu widzenia) byłoby lepiej, czy gorzej? A wiąże się z tym trzecie pytanie: 3. Czy ciężka, uczciwa praca, tak na maksimum swoich możliwości, w epoce realnego socjalizmu, gdy to SOCJALISTYCZNE PAŃSTWO było głównym, a niekiedy jedynym pracodawcą, było zbrodnią, czy zasługą ? Moje odpowiedzi brzmią: 1. Nie, nie było takiej możliwości. Podkreślam - niby była, ale była związana z co najmniej ekonomicznymi szykanami. Np. mój ojciec konsekwentnie odmawiał wstąpienia do PZPR, więc zawsze był wice-, i nie miał dostępu do materialnych przywilejów, związanych ze stanowiskiem. Głodny nie chodziłem, ale żyliśmy biednie. 2. Byłoby gorzej. USA i inne państwa "Zachodu" nie zdecydowały się na III wojnę światową po sfałszowanym referendum, wyborach i ucieczce Mikołajczyka, i gdyby ówczesne władze zadeklarowały chęć stania się kolejną republiką radziecką, bylibyśmy przyjęci. Później też zawsze istniał wybór między silniejszą lub luźniejszą integracją. Za niewątpliwą zasługę dla Polski uważam forsowanie wariantu "luźniejszej integracji". 3. Ciężka, uczciwa praca zawsze jest zasługą dla kraju, w którym żyjemy. Także ciężka, uczciwa praca w wojsku czy milicji.
  3. A co to ma do walorów obronnych Gibraltaru?
  4. Chodziło mi o to, dlaczego dość popularne określenie gnieść kogoś jak wszy znaczy tyle, co pokonywać go z łatwością. Jedną wesz faktycznie łatwo zgnieść, ale tą metodą wszy się nie pozbędziesz. Różnica istnieje, tyle że politycy państw demokratycznych wiedzą, że żołnierz, a także jego rodzina, przyjaciele i sąsiedzi są wyborcami, którzy zdecydują o tym, czy wojna będzie trwać (i kolejni żołnierze ginąć), czy też powiedzą wojnie "nie".
  5. I tak, i nie. Niby te siły, wzmiankowane przez Secesjonistę (niepełna dywizja piechoty + w krążowniki i lotniskowiec + eskadra myśliwców) to niedużo w skali imperium, ale żeby je rzucić na Kanary, skądś trzeba je zabrać. W realiach 40 czy 41 roku nie było to takie proste. Z drugiej strony, gdyby Brytyjczycy utracili Gibraltar, to musieliby zająć Kanary, albo od razu ewakuować się z Egiptu i Śródziemnomorza. Więc wtedy te siły by się jakoś znalazły. Podejrzewam, że samo przystąpienie Hiszpanii do wojny spowodowałoby zajęcie Kanarów. Przy okazji zastanawia mnie potencjał obronny Gibraltaru. Owszem, to tylko skała, ale znajdując się ponad 200 lat jako osamotniony posterunek imperium, zapewne została zryta wieloma kilometrami podziemnych korytarzy i mieszcząca tysiące kubików magazynów, odpornych nawet na najcięższe bomby i pociski artyleryjskie. Połączenie z lądem jest tak wątłe, że jej zdobycie z tej strony wydaje się nierealne. Pozostaje atak z morza - jednak na morzu to Wielka Brytania jednak miała przewagę - i z powietrza. Czyli głównie z powietrza. Znaczy - powtórka z Malty. Malta się obroniła. Jeśli mam rację, to przystąpienie Hiszpanii do wojny wcale nie zapewniało zdobycia Gibraltaru. I pewnie dlatego Hitler nie naciskał na to. Argument o 90 czterodziałowych bateriach artylerii polowej raczej mnie nie przekonuje. 360 armat 88-mm - no to w zamian za Gibraltar by się Hitlerowi opłacało.
  6. Niewątpliwie. Raczej trudno byłoby znaleźć dowody, jak ktoś zachowa się w sytuacji, która nigdy nie zaistniała. Andreas oczywiście takie rzeczy po prostu wie, bo wie, ale ja nie mam takich mocy. Tak, tak. I dowodów na to mamy mnóstwo. Np. w Korei - wygnietli sowieckich popleczników jak wszy. Z komunistycznej Korei ani śladu nie zostało. Nie oddali ni piędzi ziemi. Albo na Kubie. No dobra - tam najpierw Fidel ich zaskoczył, no ale potem jak wspierane przez nich oddziały wylądowały w Zatoce Świń to wygniotły komunistów swą jakością jak wszy. Jak wszy. Nie wspominając już o Wietnamie. Co Francuzi schrzanili, to Amerykanie naprawili. Jakiś Vietcong czy Ho Chi Min? Szans przy amerykańskiej armii nie mieli !!! Jak wszy!!! Swoją drogą - skąd to powiedzenie? Czy ktokolwiek pozbył się wszy przez ich gniecenie?
  7. Przypomnę pierwsze zdanie swego poprzedniego postu - uważam tak gwałtowną zmianę sojuszy za nierealną. To tylko taka dywagacja na temat, co by było, gdyby jednak Stalin 10 maja wydał rozkaz "идем вперед". Byłoby to - tak mniemam - kompletnym zaskoczeniem zarówno dla aliantów zachodnich, jak i dla mniej czy bardziej przymusowych sojuszników Stalina. Armia amerykańsko-brytyjska tereny między Renem a Łabą zajęła bardzo szybko, przy dość słabym oporze wojsk niemieckich. To powoduje zwykle rozproszenie formacji frontowych, ich wymieszanie z tyłowymi, tym bardziej, że nie spodziewano się dalszych walk. No i nieuniknione rozprężenie, spowodowane przekonaniem, że wojna się skończyła. No i chyba byłaby dość ważna trudność w wytłumaczeniu amerykańskim i brytyjskim żołnierzom, że przedtem ginęli w walce przeciw Niemcom, a teraz mają bronić tych strasznych Niemców przed swoimi wczorajszymi sojusznikami. Armia Czerwona znacznie mniejszy teren między Odrą a Łabą zajęła w wyniku ciężkich walk, więc do takich zjawisk nie doszło, a przynajmniej nie w takim stopniu. To był wciąż taran, a po drugiej stronie raczej gąbka. Dlatego głównie w efekcie zaskoczenia spodziewałbym się dużych sukcesów Armii Czerwonej w pierwszych dniach i tygodniach hipotetycznej wojny. Armie sojusznicze - poza LWP to wojska rumuńskie i bułgarskie - działały raczej nad Dunajem, czyli na pobocznym teatrze działań. Dla Rumunów głównym przeciwnikiem byli Węgrzy. Ci natomiast byli nader wiernymi sojusznikami Hitlera i nic nie wiem o jakiś węgierskich związkach taktycznych, walczących u boku Stalina w maju 45. Bułgarzy z kolei bali się z jednej strony Turcji, a z drugiej titowskiej Jugosławii. W moim przekonaniu - dopóki Armia Czerwona by zwyciężała, to walczyłyby wiernie u jej boku. Dla mnie dużo ważniejszym, niż stosunek sił, byłoby morale. A ludzie radzieccy byli od niemowlęctwa kształceni w duchu, że wszyscy imperialiści to nasz wróg. I Niemcy, i Amerykanie czy Brytyjczycy. Dla nich dalszy atak byłby zrozumiały, tym bardziej że zdobywano by jednak tereny Niemiec. No i skoro taka wola Stalina, to walczymy. Dla żołnierzy państw demokratycznych to nie było takie proste. Wyruszyli na wojnę z Niemcami i Włochami, w sojuszu z Rosją Radziecką. Jednak celem tej wojny nie było zdobycie jakiś terytoriów. Więc jeśli nasz sojusznik, Stalin, uważa, że całe terytorium Niemiec powinno się znaleźć w jego strefie wpływów, no to niech bierze. Co mi do tego?
  8. No cóż, przede wszystkim uważam tak gwałtowne odwrócenie sojuszy za nierealne, ale zapomnijmy o tym. Kto z kim miał walczyć? Po stronie stalinowskiej była Armia Czerwona, Ludowe Wojsko Polskie, wojska Rumunii, Bułgarii, titowskiej Jugosławii, komunistyczna partyzantka w Grecji, Włoszech i we Francji, jakieś resztki partyzantki słowackiej. Jak by się zachowały wojska rumuńskie i bułgarskie, a także Tito wobec takiego konfliktu - nie mam pojęcia. Ale tylko Tito miał realną możliwość zmiany frontu. Po stronie zachodniej mamy armię brytyjską i amerykańską, kilka polskich dywizji, trochę jednostek sformowanych z Rosjan, Ukraińców i Chorwatów pod opieką III Rzeszy. Trochę łatwiej było sięgnąć po nie, niż po dywizje Wehrmachtu, nie mówiąc już o SS niemieckim. Legalne wojska Grecji i Włoch raczej ograniczałyby się do zwalczania komunistycznej partyzantki, a i z tym by sobie zapewne nie poradziły. No i nasza partyzantka. Zagadką jest potencjał wojskowy Francji, niewątpliwie duży w dłuższej czasowej perspektywie, ale politycznie uwarunkowany. Wątpię, żeby de Gaulle się tak od razu zaangażował. Natomiast masowe włączenie wojsk niemieckich do wojny wydaje mi się niemożliwe. W takiej konfiguracji Stalin miałby przewagę w siłach lądowych, wyraźnie byłby słabszy w powietrzu, choć jego fabryki i tak byłyby często poza zasięgiem zachodniego lotnictwa, więc nie miałoby to tak wielkiego znaczenia. Podobnie jak stosunek sił na morzu. Obawiam się, że gdyby Stalin podjął decyzję o ataku na aliantów zachodnich powiedzmy 10 maja, to do lata osiągnąłby Ren. Potem Amerykanie pewnie by się ewakuowali z Europy, tym bardziej, że miesiąc wcześniej zmienił się prezydent USA. De Gaulle ze Stalinem by się zaprzyjaźnił, a Brytyjczycy co najwyżej by bronili wysp. Potem Stalin wraz z de Gaulle'm interweniowaliby w Hiszpanii, Portugalia to już pikuś, a we Włoszech i Grecji komuniści by wygrali demokratycznie. Gdyby jednak Armia Czerwona przegrała "bitwę o Niemcy", to i tak wątpię, by alianci zachodni kontynuowali ofensywę po Ural. Zapewne skończyłoby się na linii Curzona i rzeki Prut. Na zachodzie może byśmy uzyskali cały Górny Śląsk, na północy Gdańsk i Prusy Wschodnie z Królewcem - to wariant bardzo optymistyczny. Ja tam się bardzo cieszę, że do III wojny światowej jednak nie doszło. Dlaczego Stalin nie zaatakował? Poza setkami innych argumentów zapewne wiedział, że Amerykanie dysponują bombą atomową, a jeśli nawet jeszcze nie, to jest to kwestia tygodni. I że nie jest w stanie im w dokończeniu tego dzieła przeszkodzić.
  9. Mi zaś generalnie chodzi o to, że status Polski jako rosyjskiego protektoratu powstał w wyniku bitwy pod Połtawą, a następnie zajęcia Warszawy przez Rosjan i powrót Augusta II Wettina na tron przy pomocy rosyjskich bagnetów. To stało się cca 80 lat wcześniej. "Reformy sejmu niemego", który obradował pod osłoną rosyjskich żołnierzy przypieczętowały sprawę. Wprawdzie w kwestii obecności wojsk rosyjskich na terenie Rzplitej trwał swoisty kontredans - o ile dobrze pamiętam, wycofały się po obiorze Stasia (był przecież kandydatem popieranym przez Rosję), aby powrócić w dobie konfederacji barskiej i koliwszczyzny i znów się wycofać po rozbiorze. Bez względu na silniejszą czy słabszą obecność wojsk rosyjskich raczej dla wszystkich było jasne, że ambasador rosyjski był co najmniej drugą osobą w Rzplitej po królu, a może raczej pierwszą, przed królem. Nie wydaje mi się, żeby przemarsz wojsk rosyjskich przez Ukrainę i Podole podczas wojny rosyjsko-tureckiej był czymś bardzo istotnym. Bardziej ważne wydaje mi się upokorzenie Stanisława Augusta odmową udziału wojsk polskich w tej wojnie. Katarzyna miała większy talent polityczny, lepszych dyplomatów, szpiegów, generałów no i więcej żołnierzy. Oszukać by się nie dała. Gdyby jednak wśród naszych ówczesnych reformatorów była szczera wola współpracy z Rosją, to kto wie? Wydaje mi się, że trochę przeceniasz wpływ seksualnych emocji na polityczne decyzje Katarzyny. Tak mi się zdaje, że jak którykolwiek z jej "kochanków" ubzdurał sobie, że będzie samodzielnym politykiem, to kończył smutno. Jak długo Stanisław byłby jej wierny w polityce, to niegdysiejsze emocje nie miałyby najmniejszego znaczenia. No a ponadto Katarzyna była już po 60-tce i wiadomo było, że żyć nie będzie wiecznie. Jej następcy mieli trochę odmienne poglądy na prowadzenie polityki. Polityka małych reform w sojuszu z Rosją, zda się że preferowana przez króla i "familię", miałaby przynajmniej tę zaletę, że w XIX wiek wkroczylibyśmy z jakąś tam armią i z jakimiś granicami. Antyrosyjska retoryka, towarzysząca nowej konstytucji, oraz wiara w pomoc Prus tylko przyśpieszała zagładę. Choć trudno bagatelizować fakt, że jednak dzięki temu sformułowano ideę nowoczesnej Polski.
  10. Byłem w Kijowie. Służbowo. W ramach programu Erazmus+, znaczy Unia zafundowała mi wycieczkę. Tak przynajmniej myślałem, na miejscu okazało się, że obowiązków, wykładów, spotkań mam na tyle dużo, ze zwiedzać nie miałem ni siły, ni czasu. Nawet Złotej Bramy nie widziałem. Do żadnej cerkwi nie wszedłem. Na Ławrę Peczerską nie dotarłem. Kijów jest duży. Miejscowi mówią o 5 milionach faktycznych mieszkańców, zameldowanych ma być połowa. Nawet jeśli to przesada, to i tak Kijów jest duży. Ulice 2 razy szersze, niż w Warszawie. Mieszkałem przy ul. Saksahanskoho - tam mieściły się tylko 3 pasy, więc zrobili ją jednokierunkową. Chreszczatik - 6 pasów. To są ulice, wytyczone ponad 100 lat temu. Podziwiam ówczesnych kijowskich urbanistów. Nie ma starówki, rozumianej jako fragment miasta z zachowanym średniowiecznym układem urbanistycznym. Tak jakby Kijów powstał pod koniec XIX wieku. Zabudowa przeważnie z początku XX wieku dobrze zachowana. Szokuje w Kijowie mnogość "punktowców" - bloków mieszkalnych o wysokości 30-40 pięter, Jak patrzę na panoramę Warszawy to takich budynków mamy kilkanaście. W Kijowie - chyba setki. Knajp dużo, jedzenie smaczne, ceny podobne do warszawskich. Trudno w restauracji znaleźć ukraińskie piwo czy wino - a bardzo szkoda, bo są całkiem smaczne. Panuje jakaś niesamowita moda na kuchnię gruzińską - w restauracjach tego typu wszystkie miejsca zajęte, a tuż obok - połowa wolnych. Trzeba przyznać, że ruch w restauracjach duży. I są to raczej rodowici mieszkańcy, nie turyści. Jak na nizinne miasto Kijów ma bardzo dużo nierówności terenu. Przy moich problemach zdrowotnych poruszanie się po mieście było trudne - wciąć w górę lub w dół. O windach do stacji metra nikt tu nie słyszał, schodów do pokonania mnóstwo.
  11. Znaczy, nasze poglądy w tej kwestii nie różnią się zasadniczo. Sorry, ale co to jest the SHC?
  12. Rozumiem, że to dział "Historia alternatywna", ale aż tak daleko idącego oderwania od faktycznego przebiegu zdarzeń się po Tobie, Furiuszu, nie spodziewałem. Zacznijmy od I Rozbioru. Teoretycznie Rosja oderwała największe terytorium, ale o niewielkim znaczeniu. Polaków tam praktycznie nie było. Prusy oderwały najmniejszy kawałek - ale o znaczeniu ogromnym. Największy łup dostał się Austrii - choć właśnie z jej terytorium konfederaci dostawali wsparcie i naiwnością byłoby sądzić, że działo się to bez aprobaty Wiednia. Całkiem nie rozumiem, o co Ci chodzi z tymi Turkami. Wspólnej granicy z Turcją nie mieliśmy od dość dawna. To, że Staś napraszał się o udział naszych wojsk w kolejnej wojnie z Turcją, było mądre lub głupie, ale i tak spotkało się z odmową, więc żadnych realnych skutków nie miało. A wracając do samej Konstytucji - miałaby realne szanse zostać wprowadzona w życie, gdyby nie towarzysząca jej antyrosyjska retoryka. Należało przekonywać Carycę, że unowocześnienie Rzplitej - jej wiernego sojusznika - służy jej interesom. Mrzonki o pruskiej pomocy w konflikcie z Rosją to przykład myślenia całkiem oderwanego od realiów - to właśnie Prusy najbardziej nie chciały odbudowy podmiotowości państwa polskiego i były naszym największym wrogiem. Co do samej konstytucji - gdyby towarzyszyła jej prorosyjska retoryka, miałaby duże szanse zaistnieć. I w 1806 czy 1812 mielibyśmy własną armię, która mogłaby się opowiedzieć po którejś stronie. Gdyby konstytucji w ogóle nie było? Generalnie chyba lepiej było naprawiać państwo drobnymi kroczkami. Ale koncepcja "nie naprawiać wcale" zupełnie mnie nie przekonuje. Armia "sejmu niemego" to w sumie brak armii. "Europejskie qui pro quo" zastałoby nas bez siły i bez idei. Dzięki Konstytucji dostaliśmy choć ideę.
  13. No tak... Przyznaję, że Secesjonista, w sposób zapewne niezamierzony, wielce łechce mą miłość własną. Mą krótką wypowiedź przez ponad dwa lata miał w pamięci i teraz raczył był przytoczyć wypowiedzi trzech... autorytetów, którzy jednak uważają, że nasz polski "sarmatyzm" z naszym polskim "mesjanizmem" coś jednak łączy. Wielce mi to schlebia, aczkolwiek bezczelnie pozostaję przy swym poglądzie sprzed lat i twierdzę, że argumenty o w miarę ścisłym powiązaniu sarmatyzmu z mesjanizmem dęte są nad miarę. Mój pogląd zatem jest znany. A co Secesjonista o tym myśli? No bo ja nie wiem, czy on się zgadza z poglądami, wyrażonymi przez Koehlera, Ziemkiewicza i Obremskiego? Czy też wręcz przeciwnie.
  14. Ja się w tym wątku jednak wypowiadałem - ale dość dawno. Kluczowa w tej dyskusji jest geneza państwa Mieszka. Czy powstało ono w wyniku rozwoju sił własnych terytorium, zwanego dziś Wielkopolską, czy też w wyniku działania sił obcych? Do wielkomorawsko-centryzmu rad się przyznam, tyle że ogranicza się on do dowodzenia tezy, iż - być może - znaczący udział w powstaniu państwa Mieszka mieli uciekinierzy z upadającej wielkomorawskiej rzeszy. Ta teza wydaje mi się bardziej prawdopodobna, niż hipoteza "wikińska". Co do publikacji pana Janickiego - to chyba za bardzo nie ma o czym gadać. Już chyba w ramach dyskusji o innych epokach ten "pan" się pojawiał. Generalnie - dno. Ten pan na siłę szuka sensacji, by sprzedać swoje książki. Trudno sobie wyobrazić gorsze... Coś mi się zawiesiło
  15. Nie, nie chodzi mi o agenta "Bolka", tylko o bar "Bolek". "Bolka" już nie ma. W tym miejscu jeść sieciówka "Sfinks". Istniał niecałe 40 lat. Powstał pod koniec lat 70-ych jako obiekt w ramach utworzonego wówczas parku "Pole Mokotowskie" w Warszawie, tuż przy Alei Niepodległości. Jako uczeń liceum byliśmy bodajże na dwa czy trzy dni w roku kierowani na tzw. "prace społeczne" i w ich ramach porządkowaliśmy teren wokół miejsca, w którym miał ów bar powstać. Powstanie tego baru było też związane z akcją likwidowania "budek z piwem" i zastępowania ich lokalami, w których klasa robotnicza będzie mogła zaspokajać swoje pragnienie w lepszych - i mniej rzucających się w oczy. Miejsce było o tyle szczególne, że znajduje się o kilka minut drogi pieszo od ówczesnych gmachów SGGW, SGPiS (dziś SGH) i od IICh PW, na którym wkrótce zacząłem studia, a i niedaleko od innych gmachów Politechniki. Zatem równie częstymi gośćmi tego lokalu, co przedstawiciele klasy robotniczej, byli studenci ww. uczelni. Fakt, że ci z uniwerku tu raczej nie chodzili też miał swoje znaczenie. Inaczej mówiąc - bar "Bolek" stał się miejscem integracji klasy robotniczej ze studentami kierunków inżynierskich i ekonomicznych. W "Bolku" zawsze było piwo. Sprzedawano tam piwo butelkowe. Krzesełka i stoliki na metalowych nóżkach. Dość często trzeba było czekać chwilę na wolny stolik. Stolików w zasadzie nie sprzątano, choć jak puste butelki już nie mieściły się na blacie, to ktoś z obsługi je zbierał. Piwo można było nabyć wyłącznie do konsumpcji. Jednak większość klientów niczego, poza piwem, konsumować nie chciała. Ale przepis jest przepisem. Żeby pozostawać z nim w zgodzie wprowadzono możliwość wypożyczenia dania konsumpcyjnego. Było to kilka kawałków sera, posypane mieloną czerwoną papryką, i kromka chleba, przekrojona na pół. Takie danie musiało stać na stole w trakcie picia piwa, więc wypożyczano je, uiściwszy uprzednio kaucję. Opuszczając lokal, zwracano danie i odzyskiwało się kaucję, którą zwykle zamieniano na dwa piwa, które trzeba było opróżnić już poza lokalem. Ponadto nad barem widniał napis "Lokal uczestniczy w konkursie Dobra kawa w każdej filiżance". Ani kawy, ani filiżanki nigdy tam nie widziałem. cdn.
  16. Tak trochę wracając do tematu. Nie chcę bronić koncepcji Ziuka i jego epigonów, ale tak szczerze, to coś mi się tu nie zgadza... Jeżeli wierchuszka naszej armii zdecydowała, że górnopłat P-11 doskonały jest i lepszego nam nie trzeba, to jakim cudem powstał projekt dolnopłata P-50 "Jastrząb"? Kto ten projekt zamówił? PZL chyba jednak było państwowe. Co do "Łosi" to 100 poważnych (jak na owe czasy) bombowców mogłoby - moim skromnym zdaniem - mieć ważne taktyczne znaczenie, o ile latałyby pod osłoną dobrych myśliwców
  17. W tej dyskusji to akurat to jest dla mnie najważniejsze. O ile wiem - utrzymało się w sądzie. Zapadły prawomocne wyroki. Z tym że "funkcjonariuszem publicznym lub inną osobą" są przede wszystkim ci, którzy składają podpisy na dyplomie - czyli rektor i dziekan. Promotor nie jest nawet wymieniony w tzw. "suplemencie". A wg mnie - powinien być. Co do prawa autorskiego, to rzeczywiście chodzi wyłącznie o punkt pierwszy. A jeśli chodzi o rzeczywistego autora, to w KK istnieje art. 18 §3: "Odpowiada za pomocnictwo, kto w zamiarze, aby inna osoba dokonała czynu zabronionego, swoim zachowaniem ułatwia jego popełnienie, w szczególności dostarczając narzędzie, środek przewozu, udzielając rady lub informacji; odpowiada za pomocnictwo także ten, kto wbrew prawnemu, szczególnemu obowiązkowi niedopuszczenia do popełnienia czynu zabronionego swoim zaniechaniem ułatwia innej osobie jego popełnienie". No i mam przekonanie graniczące z pewnością, że autor, który sprzedał (albo i oddał za "dziękuję") swe dzieło, by zostało ona przez inną osobę przedstawione jako jej praca dyplomowa, pod ten paragraf podpada. A także niedbały promotor - poprzez zaniechanie.
  18. Zdecydowanie przestępstwo - nr artykułu KK już podawałem. Co do tego, czy faktyczny autor pracy też popełnia przestępstwo, to wydaje mi się, że tak, ponieważ ogólnie świadome pomaganie w popełnieniu przestępstwa też jest przestępstwem. Ale może się mylę. W każdym razie - wg mnie - czyn etycznie naganny. Konkretnie to można (co Secesjonista wykazał), ale nie zawsze wolno. Nie wolno, gdy ma to służyć uzyskaniu dokumentu państwowego, a takim jest dyplom czy inny dokument, nadający tytuł zawodowy, stopień czy tytuł naukowy. Wynika z tego, że profesor zwyczajny już może. Tylko nie ma po co. Egzaminator ??? Nie, on raczej nie ma takiej możliwości. Oczywiście zakładam, że dyplomant nie jest kompletnym idiotą i przed egzaminem zapoznał się z pracą, którą przedstawia jako swoją. Choć i tacy się zdarzają. Natomiast promotor - i owszem, on powinien się zorientować. Tylko trudno byłoby mu dowieść, że się zorientował, a mimo to zaakceptował pracę.
  19. Mnie trochę tak. Uważam, że dyplomant, a tym bardziej doktorant, powinien wykazać, że samodzielnie potrafi wyszukiwać materiały bibliograficzne. No i chwała Bogu. Tylko że jednoznacznie w swej wypowiedzi zawarłem stwierdzenie, że szokuje mnie to, iż Administrator podaje fakt uczestniczenia w tym przestępstwie jako coś chwalebnego, nie zaś fakt samego uczestniczenia. Lista moich występków też jest długa. Zacząłem w wieku 16 lat. Prowadzenie działalności gospodarczej bez zezwolenia, nielegalna sprzedaż napojów alkoholowych. Potem było nielegalne przekraczanie granicy polsko-radzieckiej i bezczeszczenie symbolów państwowych zaprzyjaźnionego mocarstwa. Zdarzało mi się też kreślić za kogoś projekt, albo układać programy komputerowe na zaliczenie za pieniądze lub flaszkę. Uczestniczyłem w przemycie futra z lisów do Belgii. Nielegalnie produkowałem wysokoprocentowe napoje alkoholowe - choć na użytek własny. Wódka była wtedy na kartki. Raz rozliczyłem diety za swój prywatny wyjazd. Przewoziłem przez granicę dewizy bez zezwolenia w ramach działalności gospodarczej (w kantorach było taniej, niż w banku). Na tym zostałem nawet przyłapany (13 grudnia w piątek) i zapłaciłem niebagatelny mandat w wysokości 50 milionów PLZ. Więcej grzechów nie pamiętam. Nie za wszystkie żałuję. Nie wszystkie przypadki naruszenia prawa przeze mnie uważam za moralnie naganne. Znaczna ich część była swoistym sprzeciwem przeciwko nadmiernej opresyjności real-socjalistycznego państwa. Niekiedy dokonywanym za cichym przyzwoleniem jego funkcjonariuszy. Nawet się chwalę swym zmysłem przedsiębiorczości, że jako szesnastolatek potrafiłem uczciwie, choć nielegalnie, zarabiać pieniądze, a nie tylko wyciągać rękę do rodziców. W domu się nie przelewało. I tym, jak świetny bimber, a raczej spirytus rektyfikowany, pędziłem. W momencie pewnego zakrętu życiowego całkiem poważnie zastanawiałem się nad podjęciem się zarobkowego pisania prac dyplomowych. Z czegoś żyć trzeba. Na szczęście do tego nie doszło. Ale gdyby doszło, to bym się tym na forum raczej nie chwalił.
  20. Uparcie mi wmawiasz pogląd, iż uważam, że jak kogoś nie ma w bazie to jego głos należy traktować z pewną dozą powątpiewania. Odwrotnie. Każdą publikację należy traktować z dużą dozą powątpiewania. Jeśli jednak skądkolwiek - np z bazy "Ludzie nauki" - wiem, że dana osoba ma stopień lub tytuł naukowy i specjalizuje się w danej tematyce, to to powątpiewanie jest mniejsze. Nota bene nie trzeba mieć tytułu (ani nawet stopnia) naukowego, żeby się w tej bazie znaleźć, ale - dalibóg - nie mam pojęcia, czy można się samemu do tej bazy dopisać. W każdym razie kustosz MWP powinien w niej się znaleźć. Po to ją stworzono, aby w niej szukać informacji o "ludziach nauki". Natomiast nieco szokuje mnie, że sam Administrator forum, które - mam wrażenie - ma na celu propagowanie wiedzy, jako powód do chwały podaje, że "zawodowo" uczestniczy w popełnianiu przestępstwa z art. 115 ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych oraz z art. 272 KK.
  21. Ten sam autor, to samo źródło wiedzy, ta sama interpretacja, co w Twym poprzednim poście na ten temat. Powtarzanie tych samych treści w kolejnych publikacjach nie czyni ich bardziej wiarygodnymi. No może o tyle, że dwóch redaktorów i (zapewne) dwóch recenzentów to zaakceptowało. Tyle że dobrze wiem, że akceptuje się w zasadzie wszystko, a szczególnie to, o czym nie ma się bladego pojęcia. W ministerialnej bazie ludzi nauki http://nauka-polska.pl/dhtml/raportyWyszukiwanie/listaLudzieNauki.fs W. Krajewski nie występuje, a jeżeli chodzi o T. Skoczek, to mamy dr. Tadeusza Skoczka, socjologa, politologa i medioznawcę. Jak na razie ich autorytety mnie nie przygniatają, tym bardziej, że sam W. Krajewski wydaje się początkowo relacjonować jedynie znaleziska archeologiczne. No ale w kwestii ich interpretacji trochę galopuje. Jako czytelnik tych informacji i interpretacji jestem wdzięczny Secesjoniście, że mnie z nimi zapoznał. Jednak nie narzuca to dla mnie obowiązku, bym tym interpretacjom dał wiarę (samą informację traktując jako wiarygodną). Więc o ile trudno mi dyskutować z faktem, że 1-3% kul, znalezionych na polach bitew wojny polsko-rosyjskiej 1831 r nosiło ślady nacięć, a raczej cechy, zinterpretowane przez Krajewskiego jako nacięcia. Nie wiem też, dlaczego Krajewski uznał, że te nacięcia musiały być zatem wykonywane samowolnie, z własnej inicjatywy poszczególnych żołnierzy . Natomiast dalszy rozwój tych tez to już gorzej: być może posiadających jakieś wcześniejsze doświadczenia z udziału w polowaniach na dużą zwierzynę, mających świadomość jak śmiercionośne są skutki stosowania takich pocisków. Jest raczej faktem ogólnie znanym, że chłopom na dużą zwierzynę polować było zakazane. I - że jeśli już ten zakaz łamali - to metodami kłusowniczymi, tj, wnykami, paściami i itd. Zwykli żołnierze nie mogli mieć tego typu doświadczeń - nawet gdyby w stwierdzeniu autora tkwiła jakaś prawda. Ale raczej nie tkwiła. Nota bene Krajewski nic o efekcie grzybkowania nie pisze. Pocisk dum-dum ma swój sens dla broni gwintowanej, a chodzi w tym o to, że zwykły pocisk ma swój ołowiany rdzeń (wykorzystuje się dużą gęstość ołowiu), okryty płaszczem ze stali lub stopów miedzi, które zapewniają mu dobre cechy aerodynamiczne. Natomiast w pocisku dum-dum płaszcz jest osłabiony, nacięty czy wręcz czubek pocisku jest ścięty. Po to, by miękki ołów "grzybkował" w ciele ofiary. No ale w 1831 roku pociski żadnego płaszcza nie miały, były to po prostu kule z ołowiu. Nie trzeba było niczego nacinać. Tak na uboczu tych spostrzeżeń, to zważywszy że w 1831 roku żołnierz otrzymywał naboje zespolone w kartonowej tulei, aby dokonać nacięcia na kuli, musiałby: - rozerwać kartonową tuleję, - wyjąć pocisk (kulę), - naciąć ów pocisk, - wsadzić go na powrót do kartonowej tulei, - skleć nabój. I tego miałby dokonać niepiśmienny солдат spod Grochowa czy Igań. Bo pod Ostrołęką i w szturmie Woli uczestniczyli gwardziści, ci częściej umieli pisać i czytać.
  22. Na wstępie chciałbym podkreślić, że nie tyle prezentuję tu swoje poglądy, ile chcę jakoś zracjonalizować fakt, wykryty w badaniach archeologicznych, a przytoczony przez Secesjonistę. Dlaczego taka "prawie kula" (no bo już nie całkiem kulista kula) miałaby skończyć się obracać? Ano dlatego, że ponoć każde ciało, poruszające się w płynie (np. takim, jak powietrze) będzie się ustawiać tak, by jego ruch powodował najmniejszy opór. Więc gładką stroną do przodu, a nacięciem do tyłu. Oczwiście przy dość Tak szczerze, to ja też nie łapię. No ale pamiętajmy, że to już epoka seryjnej produkcji broni i amunicji, i taki pomysł, jak "siekańce", raczej w grę nie wchodził. Musiało to się zmieścić w gabarytach naboju zespolonego w kartonowej tulei. Z tym, że dostrzegając jakiś sens w kuli, przekrojonej na ćwiartki, nie za bardzo widzę go w kuli naciętej,
  23. Teza, iż wręcz początki naszej państwowości były zrealizowane dzięki intratnemu eksportowi niewolników, ostatnio stała się modna w literaturze popularnonaukowej. M. in. ma świadczyć o tym wyludnienie grodów nad Obrą mniej więcej w tym czasie. Kiedyś Furiusz wypowiadał swój pogląd w tej sprawie, jeśli dobrze pamiętam - potwierdzał, iż źródła archeologiczne potwierdzają sam fakt wyludnienia tych terenów. Pojmanie ich mieszkańców w niewolę może być wytłumaczeniem tego wyludnienia, choć nie da się dowieść, że Obodrytów pojmali Polanie. A nie np. wikingowie. Traktowanie jeńców jako zdobycz wojenną przetrwało w Rzplitej aż do końca XVII wieku, zapewne w krajach ościennych było podobnie, To też ni nowość, ni sensacja. A w XVIII wieku znikło, bośmy już jeńców nie brali. Co do interpretacji znalezisk w Maroku - nie każdy, kto w glinie na garnku wyciśnie krzyżyk, jest chrześcijaninem. Ale są tu mądrzejsi ode mnie w te klocki.
  24. Niezwykle mnie zaintrygowała ta informacja. Żołnierze rosyjscy w 1831 roku, w tym żołnierze gwardii cesarskiej, nie mogli samowolnie nacinać swych kul w celu uzyskania efektu "dum-dum", bo efekt ten był wówczas nieznany. Ponadto - jak słusznie zauważył Speedy - nie wiadomo, którą stroną taka kula (co nie ma ni przód, ni tył) trafi w przeciwnika. Ale to tylko część prawdy. Nacięta strona będzie stawiać większy opór, więc kula i tak się obróci gładką stroną do nieprzyjaciela. W dodatku znacznie zboczy z prostej linii strzału, no ale żołnierze rosyjscy i tak nie byli szkoleni do precyzyjnego celowania (może w wyjątkiem strzelców gwardii). Samowolne nacinanie kul było dodatkowo utrudnione, ponieważ wojsko otrzymywało naboje zintegrowane w kartonowej tulei. Żeby naciąć kulę, trzeba by uszkodzić nabój. Być może kule były nacinane (może i przy produkcji nabojów) nie ze względu na efekt "grzybkowania" w ciele ludzkim (o którym raczej wówczas nikt nie wiedział), ile ze względu na nadzieję, że taka nacięta kula rozpadnie się na kawałki, zanim kogoś trafi. Czyli będzie niczym siekańce z garłacza. Przyjmując to założenie, trzeba zarazem przyjąć, że te 1-3% to kule, nacięte wadliwie, które się nie rozpadły. Generalnie miałoby to sens. Żołnierz miał w ładownicy 50 nabojów, kilka z nich mogłyby być nabojami specjalnymi, którymi miał nabijać broń tylko wtedy, gdy przeciwnik jest bardzo blisko. Bo taki rozpadający się pocisk będzie miał bardzo małą donośność. Nie można też wykluczyć tezy, że owe kule z nacięciami są po prostu wybrakowane. Puzyrewski pisze o problemach z zaopatrzeniem wojsk Paskiewicza, związanych z wprowadzeniem kordonu sanitarnego przez Prusy. Bardzo proszę o opinie...
  25. Istotnie - słowo produkować nie jest oczywiste. Mój błąd - używając słowa "produkować" miałem na myśli produkcję fabryczną. Zatem, Wasze Secesjonisto powątpiewanie jest całkiem słuszne. Bez względu na zalety gruboziarnistości ferrytu i perlitu oraz wtrąceń żużla.