Jump to content
  • Announcements

    • Jarpen Zigrin

      Zostań naszym fanem. Obserwuj nas w social mediach : )   12/11/2016

      Daj się poznać jako nasz fan oraz miej łatwy i szybki dostęp do najnowszych informacji poprzez swój ulubiony portal społecznościowy.    Obecnie można nas znaleźć m.in tutaj:   Facebook: http://www.facebook.com/pages/Historiaorgp...19230928?ref=ts Twitter: http://twitter.com/historia_org_pl Instagram: https://www.instagram.com/historia.org.pl/
    • Jarpen Zigrin

      Przewodnik użytkownika - jak pisać na forum   12/12/2016

      Przewodnik użytkownika - jak pisać na forum. Krótki przewodnik o tym, jak poprawnie pisać i cytować posty: http://forum.historia.org.pl/topic/14455-przewodnik-uzytkownika-jak-pisac-na-forum/
Sign in to follow this  
Albinos

Powstańcze szpitale - ratunek, "trupiarnia"...

Recommended Posts

Albinos   

O tym jak wielką pracę wykonywał personel szpitalny podczas Powstania Warszawskiego nikogo przekonywać nie trzeba. Przerażająco trudne warunki, praca 24 godziny na dobę, ciągły brak lekarstw, opatrunków, podstawowego sprzętu. I ten ciągły strach. A to ostrzał artyleryjski, a to naloty, a to oddziały niemieckie, które szpital - już po zajęciu - oszczędzały w zasadzie tylko wtedy, kiedy za personelem i pacjentami wstawiali się sami Niemcy, którzy wcześniej tam się znaleźli. Jeśli takiego wstawiennictwa nie było, zdecydowana większość przypadków kończyła się mordowaniem wszystkich obecnych w budynku, paleniem samego gmachu razem z ciałami pomordowanych. Opisy, wspomnienia, relacje dotyczące historii szpitali powstańczych należą do tych najbardziej dramatycznych, jeśli chodzi o Powstanie Warszawskie. Stąd też nie dziwią wspomnienia, w których Powstańcy przyznawali, że jeśli tylko byli w stanie, starali się unikać pobytu w szpitalu. Szczególnie widoczne jest to w relacjach tych, którzy przeżyli koszmar Starego Miasta. Przepełnione szpitale, brak wody, doskonale znane opowieści o tym, co wyrabiali Niemcy na Woli w szpitalu Wolskim, w szpitalu św. Łazarza, Karola i Marii, dookoła umierający, dla których nie było ratunku. Robert Bielecki w opracowaniu poświęconym historii batalionu "Wigry" opisując losy szpitala przy Długiej 7 podawał, że tam nawet nie można było przejść przez salę czy korytarz, aby nie potrącić kogoś ciężko rannego, nie stanąć na kimś przez przypadek [R. Bielecki, Batalion harcerski "Wigry", Warszawa 1991, s. 131-136]. Dlatego też jeśli ktoś był w stanie, uciekał ze szpitala i wracał do swojego oddziału, na linię. Niejednokrotnie odbywało się to wbrew rozkazom dowódców. Ale żołnierze jednak potrafili znaleźć sposób, aby postawić na swoim. Przykładem niech będzie Oddział Dyspozycyjny "A"/pluton "Śnicy". W okresie walk sierpniowych ponad dziesięciu żołnierzy tego oddziału opuściło szpital z niezaleczonymi ranami/obrażeniami. Większość przypadków miała miejsce po 20 sierpnia, czyli w okresie ostatecznego szturmu niemieckiego na kocioł staromiejski. Przykładowo w dniu 25 sierpnia (dane za dziennikiem bojowym oddziału) przy oddziale było 9 rannych na 41 żołnierzy, dzień później 12 na 42, a 30 sierpnia 14 na 43! Kto tylko mógł uciekał ze szpitala, bądź też nawet nie chciał do niego iść. Ale to, co było normą na Starym Mieście, nie było także niczym dziwnym na Woli [A. Subocz, Zdrada. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego - 1944, Londyn 1988, s. 12]:

Albo tego starszego sierżanta "Todka" - kawał d... mu urwało. Tak samo unieruchomili chłopaka. Koledzy odstawili do do szpitala na Woli - a tam, to już umarł w butach. Szpital? Niech tylko Niemcy wykapują, w którym domu jest zorganizowany, zaraz nadlecą sztukasami i bombami zniwelują pod inszą budowlę. Szpital teraz jest zbiorową i ciemną mogiłą...

Wola i Stare Miasto to przypadki dość oczywiste. A jak to wyglądało w innych częściach Warszawy? Czy na Żoliborzu czy Mokotowie było podobnie? A może dysponujemy danymi nt. tego, ilu żołnierzy opuszczało szpitale z niezaleczonymi ranami, czy też ilu rannych przebywało na linii ze swoimi oddziałami?

Share this post


Link to post
Share on other sites
Albinos   

Całkiem sporo o powstańczych szpitalach pisał w swoich wspomnieniach L.J. Wójcicki "Leszek" z "Czaty". Pierwszy fragment odnosi się do wydarzeń z 17 sierpnia [L.J. Wójciki, Życie na stos. Pamiętnik z Powstania Warszawskiego 1944 r., Londyn 1985, s. 62]:

Znalezienie miejsca w szpitalu nie jest łatwe. W szpitalu na Długiej 23 pełno ludzi i przyjmują tylko ciężko rannych. Żeby tu kwalifikować na pacjenta, musiałby, co najmniej postrzelić się w drugą nogę, lub wyrżnąć się łbem w mur parę razy. W szpitalu Pod Krzywą Latarnią sytuacja kwaterunkowa jeszcze gorsza. Ranni leżą w piwnicach na kocach, na materacach, a nowo przybyli na podłodze. Lekarze operują przy świtle świeczek. Brak morfiny, brak lekarstw. Smród wewnątrz niesamowity.

W "Czatowskim" szpitalu polowym na Podwalu Nr 15/17 sytuacja nie lepsza. Rannych kupy. Na salach krzyki, jęki, oczy błyszczące gorączką, zakrwawione bandaże, ropiejące rany. Żywi leżą obok konających. Pomiędzy szpalerami żyjących stygną zwłoki tych, którzy już dali za wygraną w tej ostatniej, najważniejszej walce o egzystencję. Ostatni krzyk bólu zastyga w rozwartych ustach, w bezwiednim skurczu rąk, w agonijnych rysach twarzy. Inni jeszcze walczą o łyk powietrza, o dodatkowe uderzenie serca - ożycie. Ich nagrodą za zwycięstwo nie są Krzyże Walecznych i Virtuti Militari, nie są cytaty pochwalne, lecz prosta, ludzka możliwość dalszej egzystencji. Toż to miejsce nie dla mnie. Ja należę do żywych, do tych chodzących po ulicach, do tych co martwią się brakiem żywności, do tych co reagują normalnie na lęk, którzy kryją się na odgłos samolotu i schylają się na świst kuli.

- Nie, ja nie idę do szpitala - mówię stanowczo.

- No to gdzie pójdziesz? - mówi Długi. - Gdzie znajdziesz mieszkanie i opiekę? Do oddziału cię zaprowadzić z powrotem nie możemy, bo się "Zgoda" wścieknie.

Autor ostatecznie trafił do domu swoich ciotek mieszkających wówczas przy ulicy Nowomiejskiej. Po jakimś czasie postanowił wrócić do oddziału. A tam [tamże, s. 66 - zapis pod datą 24 sierpnia]:

Kompania "Zgody" zajmuje pozycje obronne na rogu ul. Konwiktorskiej i Zakroczymskiej. "Zgoda" na powitanie piekli się, że nie jestem w szpitalu, lecz uspokaja się, gdy mu opisuję, jakie są okropne warunki w szpitalach.

- No dobrze, możesz zostać, tylko nie szwendaj się z tą nogą. Będziesz tylko przeszkadzał.

Kilka dni później, już 27 sierpnia, "Leszek" ponownie został ranny. I po raz kolejny zanosiło się na to, że "Zgoda" rozkaże wysłać go do szpitala [tamże, s. 73-74]:

Przychodzi "Czesia". "Gdzieś dostał?" - pyta.

- Nie wiem, gdzieś w prawy bok.

Ściągają panterkę. Na koszuli jest trochę krwi, ściągają koszulę. Zaciskam zęby, gdyż operacja ta jest bolesna. Ostrożnie skręcam głowę, by obejrzeć zdrętwiały prawy bok. Wąska stróżka krwi sączy się z prawej strony klatki piersiowej. "Czesia" starannie zmywa krew.

- No co? - pytam.

- Masz przestrzał przez klatkę piersiową. Kulka przeszła pomiędzy żebrami. Na szczęście przestrzał jest płytki. Nie martw się, będziesz żył - pociesza "Czesia'.

- No co teraz będzie? Chcę wiedzieć.

- Nic. Zabandażuję cię i idziesz do szpitala.

Myśl bezwiednie powraca do moich reminiscencji ze szpitali Starówki kilka dni temu. Ludzi leżących na podłogach, żywi obok konających, smród, beznadziejność.

- O nie, ja nie idę do szpitala. Ty nie wiesz, jaka tam jest trupiarnia.

- No, zobaczymy, co kapitan zadecyduje - wymawia się "Czesia" dyplomatycznie.

- No co znów dostałeś? - pyta "Zgoda".

- Tak, ale tylko zadraśnięcie - mówię przekonywająco - mało co krwawi.

- Ma przestrzał prze klatkę piersiową, na szczęście płytki - mówi "Czesia".

- Niemniej jednak uważam, że doktór powinien do opatrzyć w szpitalu.

- Nie ja stanowczo nie idę nigdzie. Możecie mnie zastrzelić tutaj na miejscu, a ja nie idę do szpitala.

- No dobrze. Zabierzcie go na kwaterę, jutro zobaczymy, co z nim zrobić - decyduje "Zgoda".

Share this post


Link to post
Share on other sites
Albinos   

Jeszcze przed upadkiem Woli ze szpitala (Maltańskiego) uciekać próbował Stanisław Likiernik z Oddziału Dyspozycyjnego "A" [s. Likiernik, Diabelne szczęście czy palec Boży?, Warszawa 1994, s. 119]:

Po trzech dniach zacząłem łazić, kulejąc na prawą nogę. Chciałem jak najszybciej opuścić szpital obawiając się nowego przybycia Niemców. Miałem rację. Szpital został zajęty, rannych jednak nie rozstrzelano. Dwudziestu jeńców niemieckich leżało w nim i zaświadczyło, że byli leczeni na równi z nami. Dzięki temu świadectwu cały szpital - ranni, siostry, lekarze - dostał pozwolenie na przejście do Śródmieścia do rejonu zajmowanego przez powstańców. Naturalnie dowiedziałem się o tym dużo, dużo później.

Dla realizacji mego planu potrzebowałem odzienia. Koc z mego łóżka zakrywał moją nagość (byłem tylko w koszuli, i to bardzo krótkiej). Tak udrapowany zwróciłem się do jednej z sióstr: czy mogłaby znaleźć mi spodnie, buty i marynarkę. - Nie mam - odpowiedziała mi bardzo szorstko. Nie mając innego wyjścia, wybacz mi, Boże, rozkrzyżowałem ramiona, ukazując siostrze moją niemal kompletną nagość. - Co pan robi! - krzyknęła i w pięć minut byłem ubrany, może nie szykownie, ale całkowicie.

Przez ogród szpitala i dziurę w murze udałem się w kierunku Starego Miasta

Share this post


Link to post
Share on other sites
Albinos   

Oba tematy jednak trochę się różnią... Tamten dotyczy przede wszystkim organizacji służby medycznej, pracy personelu szpitali, punktów medycznych itd., ten natomiast stosunku Powstańców (a jeśli się trafi jakaś relacja, to i ludności cywilnej) do szpitali.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.