Skocz do zawartości

lucyna beata

Użytkownicy
  • Zawartość

    326
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez lucyna beata

  1. Sądownictwo w PRL

    23 września 1944 r. PKWN wydał dekret "Kodeks Karny Wojska Polskiego" z rozdziałem XVII artykułami 85-103 mówiącymi o zbrodni stanu. Dopuszczał on karanie osób cywilnych, kara śmierci mogła być orzeczona za czynności przygotowawcze, usiłowanie, kontakty osobami dopuszczającymi się czynów niezgodnych z prawem. Równocześnie z nim był uchwalone Prawo o ustroju Sądów Wojskowych i Prokuratur Wojskowych - dekret PKWN z 23 września 1944 r., które także dopuszczało karanie cywili. Potem był dekret o Ochronie Państwa 30 października 1944 r. 6 listopada zatwierdzono dekret O przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa, tu także jurysdykcja wojskowa. Co ciekawe mały kodeks obejmował tzw. przestępstwa urzędnicze i czyny wymierzone przeciwko interesom państwa. Potem go jeszcze zaostrzono, dekret Przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu publicznemu, zwieńczeniem był dekret O ochronie tajemnicy państwowej. Konstytucja PRL z 1952 r.: "Podstawowym zadaniem sadownictwa Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej jest więc ochrona naszego ustroju ludowego, ochrona zdobyczy mas pracujących. Przed sadem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej stoją wrogowie narodu, występne jednostki, które chciały przewrócić w Polsce panowanie burżuazji, zbrodniczy ustrój kapitalistyczny. Nasze sądy rozpatrują sprawy zdrajców ojczyzny, którzy nie zawahali się przed współpracą z okupantem hitlerowskim, wydawali w jego ręce patriotów, członków Polskiej Partii Robotniczej. Nasze sądy ludowe karzą członków band podziemnych, którzy z bronią w ręku dążyli do obalenia ustroju demokracji ludowej."
  2. Książka, którą właśnie czytam to...

    Polecam ciekawą książeczkę wydaną w czasie realizacji projektu Dolina Wiaru - ocalić od zapomnienia. Uczniowie szkoły podstawowej w Wojtkowej i gimnazjum w Wojtkówce zbierali informacje o przeszłości swojej rodzinnej ziemi, o tutejszych obyczajach i tradycji. Mały fragmencik "Pierwsza wiosenna burza Pierwsza wiosenna burza występowała najczęściej na przełomie marca i kwietnia, w zależności od długości zimy. Jeśli nie było liści i zagrzmiało na gołe drzewa, zapowiadano ciężki rok z dużą ilością opadów i nieurodzaje, zaś, gdy zagrzmiało, a na drzewach były liście,wróżono obfite plony i ładną pogodę. Po uderzeniu pioruna ziemia otwierała się na przyjęcie nowych roślin. Uważano, że gdy pierwsza burza wiosenna występuje na zachodzie i północy, to rok będzie mokry, a gdy pojawia się na wschodzie lub południu, to rok będzie urodzajny. Jeżeli między błyskawicą, a piorunem upłynie czas około 1 sekundy, to uderzenie pioruna nastąpiło w obrębie 1 kilometra. Mówiono, że dopiero po pierwszej burzy mleko dobrze się skwasi. Podczas grzmotów, w maju należało stanąć przy ścianie domu i dźwignąć węgła, prostować się, żeby przez cały rok nie bolał kręgosłup. Niektórzy kładli się na ziemię i przewracali się, żeby być mocnym, i żeby wszystko na pol dobrze rosło. Będąc na dworze najlepiej było, jak twierdzono, chować się pod leszczynę, tak podobno chowała się Matka Boska. W czasie burzy lub innych żywiołów należało zaświecić i postawić w oknie poświęconą gromnicę, by chroniła domostwo i cały dobytek od nieszczęścia. Gromnica gromiła złe moce, przekazywano ją z pokolenia na pokolenie."
  3. Książka, którą właśnie czytam to...

    Jak zwykle jestem obłożona książkami. Dziś polecam Zygmunt Rygiel "Wspomnienia bieszczadzkiego leśnika" "Pełnomocnik rządu w Ustrzykach Dolnych" str. 32-33 "Zamiana pomiędzy Polską i ZSRR części terenów Lubelskiego (Bełza, Uhnowa)na rejon Ustrzyk nastąpiła we wrześniu 1951 r. Granica została wyprostowana, ale łączyło się to z tragedią tysięcy ludzi po obu stronach. Akcja przesiedleńcza był wadliwie zorganizowana, nie przygotowana z obu stron, a zwłaszcza z tej drugiej. Gdyby to były warunki frontowe... ale nie były. Jesienią 1951 r. i zimą 1951/52 przyjeżdżały całe transporty kolejowe przesiedleńców z Lubelszczyzny , a dwa czy trzy miesiące później - obywateli greckich z okolic Żagania. Były to resztki żołnierzy dawnej armii gen. Morcosa z rodzinami. Kierowano ich do Krościenka i Liskowatego. Przesiedleńców rozwoziły liczne ciężarówki wojskowe, rozwoziły tam, gdzie były wsie i domy. Jak wspomniałem, akcja była źle przygotowana, brak było rozeznania co do stanu i chłonności domów i gruntów, dotychczasowych i proponowanych warunków bytowych mieszkańców, różnic związanych z warunkami produkcji (większość stanowili rolnicy), warunków glebowych i klimatycznych, konfiguracji terenu, itd. Większość domów w Ustrzykach i chałup we wsiach był w złym stanie i wymagała remontów; tymczasem szła śnieżna i mroźna zima. Pełnomocnikiem rządu do spraw akcji przesiedleńczej był dyrektor jakiegoś departamentu - nie przypominam sobie, którego ministerstwa. Nazywał się Mazja. Nadzorował całą akcję przesiedleńczą, popisywał protokół zdawczo-odbiorczy, miał znaczne uprawnienia decyzyjne. Był średniego wzrostu, około 45 lat, dość korpulentny brunet, ruchliwy i rozmowny, z charakterystycznym akcentem z okolic Tel-Awiwu. Po prostu "nasz człowiek". Cechowała go duża pewność siebie. Ponieważ w owym czasie w Ustrzykach nie było gdzie mieszkać, udostępniono mu jeden z lepiej zachowanych pokoi w budynku organizującego się Rejonu Lasów Państwowych. Ściankę "działową" stanowiły rozwieszone koce. Razem z nim mieszkał jego osobisty kierowca "Pobiedy", który oprócz sprawowanych funkcji zawodowych pełnił dodatkowo rolę doradcy, powiernika i kopiował zachowaniem swego szefa. Ot, warszawski cwaniaczek ... [...]"
  4. Diablo trudne pytanie. Moim zdaniem należałoby go opracować, zajmę się nim w sezonie zimowym. Owocowała, niewiele zachowało się jednak na ten temat informacji. Polecam pamiętniki Wiktora Schramma "Prywatna podróż pamięci", są dosłownie cudne, co za kultura słowa. Profesor pochodzi ze specyficznej rodziny, długo przed nim ukrywano prawdę. Jego dziadek utrzymywał stosunki seksualne z chłopką, która urodziła mu cztery córki. Szlachcic zaopiekował się swoją kobietą i dziećmi, kupił im Olchową. Najwięcej informacji jest właśnie o dzieciach poczętych z nieprawego łoża wśród szlachty. Tu obyczaj był taki, że dziewczyna dostawała posag, wychodziła za mąż i dziecko było uznawane przez męża kobiety. Czasami jak Krasicki, panowie odwiedzali swoje liczne nieślubne dzieci np. w Wigilię, hrabia zaczynał rano, a wieczorem ze swoją prawowitą rodziną siadał do Wieczerzy. Panny z dzieckiem żyły przy swoich rodzinach, służyły we dworze. Informacje o nich przetrwały szczątkowe. Przeważnie w opowieści o wielkiej nieszczęśliwej miłości. Młody człowiek ukrywający się pod pseudonimem Andaw pisze w 1882 r. o nieszczęsnej Kaśce, porzuciła znienawidzonego męża, urodziła dziecko kochankowi, który ją porzucił dla innej. Ta zrozpaczona powiesiła się. Dziecko zostawiła siostrze. Sprawa wypłynęła jednak dlatego, że gmina dopuściła się wykopania nieszczęsnej z grobu i spalenia jej ciała jak każe tradycja na stosie. Ognień bowiem oczyszcza duszę. Bardzo znana legenda o objawieniu w Łopience. To ta słynna ikona MB Łopieńkiej. Wersja poprawna chrześcijańsko mówi, że MB ukazała się słabowitej niemowie córeczce wdowy. Mi Mama mówiła o pannie z dzieckiem. Inne przykłady to nasze kołomyjki, piosenki. I tu pojawia się problem cenzury obyczajowej. Ja dotarłam do bardzo wielu zgoła pornograficznych, ale niestety są opublikowane tylko te przyzwoite. Seks przedmałżeński był objęty tabu w literaturze, każdy o tym wiedział, ale przyzwoitość nakazywała o tym nie mówić.
  5. Wątpię, aby obyczaje zmieniły się drastycznie w XX w. Były kultywowane, związane było to, moim zdaniem, z potrzebą zapewnienia świeżej krwi, nowych genów. Jak mogły wyglądać dawne wsie, gdzie ludzie byli ze sobą spokrewnieni można było się przekonać jeszcze kilka lat temu w Libuchorze, wsi położonej w ukraińskich Bieszczadach, tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Duży odsetek osób niepełnosprawnych, ludzie bardzo do siebie podobni. Tak kiedyś musiało być w każdej wsi, więc nie dziwię się, że u nas bywał zwyczaj, że panienki spały w komorze z otwartym oknem, głowa rodziny mógł dać na noc ważnemu gościowi swoją żonę lub córkę na noc, a związki nieformalne były na porządku dziennym. Czasami ślub był udzielany przez miejscowych, a związek błogosławił i przy okazji chrzcił dzieci ksiądz jak przyjechał do osady. Poza tym mieliśmy w regionie targi na żonę. Najbliższy znany mi był w Krasnym Brodzie na dzisiejszej Słowacji, kilkanaście kilometrów od granicy. Tam można było ubić transakcję czyli kupić żonę, byli swatowie, ksiądz, wszystko mogło odbyć się jednego dnia. Hucułki miały takie same prawa jak Hucułowie, czasami kilku kochanków.
  6. W Bieszczadach, że o Huculszczyźnie nie wspomnę kwestia wierności była kwestią dość specyficzną. Kiła endymiczna była plagą Huculszczyzny. Tak o tym Orłowicz w "Ilustrowanym przewodniku po Galicyi, Bukowinie, Spiszu, Orawie i Śląsku Cieszyńskim" "Do najorginalniejszych stron życia huculskiego, należy bardzo wolny stosunek kobiet do mężczyzn, szczególnie w dalej wysuniętych wsiach jak Żabie, Krzyworównia, Jasieniów. Prawie każdy żonaty Hucuł ma kochankę (lubaskę) i odwrotnie; stosunki erotyczne w rodzinie nie należą do rzadkości. Najciekawszym jest to, że pożycie takie wydaje się Hucułom rzeczą najzupełniej normalną - a obowiązek wierności małżeńskiej nie istnieje dla nich wcale. Przy takich stosunkach kiła stała się chorobą nagminną.Hacquet w swoim sprawozdaniu z r. 1793 winę jej zawleczenia w Kosowskie przypisuje Ormianom z Kut; w nadwórniańskim pojawiła się w roku 1893, zawleczona przez robotników, budujących kolej ze Stanisławowa do Woronienki. Skutkiem tego jest ogromna śmiertelność u dzieci (są rodziny u których ich wymiera kilkanaścioro), brak wzrostu ludności i fizyczny upadek Huculszczyzny. W Żabiem i Zielonej są nawet krajowe szpitale dla syfilików." Dane ze strony internetowej "W latach 1917 — 18 ok. 7% ludności chorowało na kiłę objawową (Mi Igrom). W r. 1928 przeprowadzono akcję zwalcza­nia kiły endemicznej, przy czym na terenach ognisk zba­dano serologicznie 60,7% ludności, wykrywając w 17,9% odczyny dodatnie przy 38,3% zakażonych rodzin. U dzieci do lat 5 wykryto 1,9% dodatnich wyników, a do lat 15— — 15%, co wskazuje na szerzenie się pozapłciowe kiły wśród dzieci." Dotyczy to wprawdzie późniejszego okresu ale proszę wierzcie mi na słowo u nas obyczaje kultywowało się z pokolenia na pokolenie. Do XX w. dotrwały np. fragmenty prawodawstwa Jarosława Mądrego.
  7. O "dobrych" gadach w wierzeniach ludowych

    Dziękuję bardzo za wszystkie informacje. Jestem tak zaskoczona Waszą życzliwością, że od dwóch dni usiłuję napisać coś mądrego i nic mi spod palców nie che ukazać się. Postaram się ochłonąć, na razie mogę tylko podziękować.
  8. Książka, którą właśnie czytam to...

    Dzięki, zaglądnę po powrocie do domu. Jak wspomniałam jestem dosłownie obłożona książkami. Dziś na tapecie mam publikacje przyrodnicze, więc wspomnę o ciekawej książce Edwarda Marszałka "Ballady o drzewach". To forum historyczne więc kilka słów o zwyczajach żywieniowych na naszym terenie. "Drzewa te były często specjalnie okaleczane, co "zmuszało" je do większego urodzaju nasion. Poprzez odłamywanie gałęzi i formowanie koron drzew wykształciła się forma buka "pastwiskowego", którą w górach można spotkać dość często. Z bukowych orzeszków wytwarzano również olej, który na równi z olejem z orzechów laskowych i siemienia lnianego mógł być używany do kraszenia postnych potraw, a nawet smarowania chleba. Bukiew zawiera faginę, związek, który w większych ilościach może mieć działanie toksyczne i halucynogenne, w skutkach podobne do alkoholu. Natomiast olej z bukwy nie zawiera faginy. "
  9. O "dobrych" gadach w wierzeniach ludowych

    Bardzo, bardzo dziękuję za ten jakże ciekawy wątek. Na razie szukam informacji, mam natłok pracy, ale jak skończy się sezon to coś skrobnę na ten temat.
  10. Książka, którą właśnie czytam to...

    Mariusz sam ze sobą gada, tak nie godzi się. Wrzucę swoje trzy grosze. Mam porozkładane książki wokół siebie, siedzę nad stronką jak zwykle szukając smaczków i weryfikując informacje. Wczoraj to był Łopiennik, przy okazji grzebiąc w notatkach natrafiłam na fr. pamiętnika płk Georga Veith'a (cytat z "Wielkiej wojny" Dąbrowskiego): "Dnia pierwszego marca przyszła mgła i śnieżyca. Wszelka orientacja staje się niemożliwa, całe pułki błądzą, w rezultacie straty są ogromne; 6 marca nowa zmiana pogody: niebo bez chmur, w dzień odwilż, w nocy zimno do 20 stopni. W następstwie tego obmarzają stoki gór, tak, że każdy atak, nawet bez przeciwdziałania nieprzyjaciela, urasta do roli wyczynu turystycznego. Gdy się to wszystko pokona kończy się słońce ogrzewające choć trochę w ciągu dnia walczących, a mroźny wiatr północno-zachodni wyciąga z ludzi resztki ciepła. Na całym terenie walki ani jednej kwatery, nikt dniami i tygodniami nie zdejmuje z siebie ubrania, które u wielu zamieniło się w pancerz lodowy. Ziemia zamarznięta na kamień uniemożliwia atakującym okopywanie się przed ogniem nieprzyjacielskim. Straty wzrastają ogromnie: ranni, których wysyłka jest niemożliwie trudna, giną masami Ludzie wyczerpani przez wielotygodniowe walki i braki nie mogą nawet w nocy myśleć o śnie, bo oznacza on natychmiastową śmierć przez zamarznięcie. Dnia 10 marca przeszła burza śnieżna: atak utknął, całe linie tyrarierskie pokrył raz na zawsze śnieżny całun. Piechota stanęła bez osłony przed przeszkodami, wznoszonymi przez nieprzyjaciela: gros artylerii było ciągle jeszcze o 3-4 marsze za frontem. Mimo to wojska wytrzymały; mimo meldunków dowódców, zapewniających od tygodni o ich zupełnym wyczerpaniu, wytrwały w tym białym piekle." Cytat zrobił na mnie wyjątkowe wrażenie, znając konfigurację terenu, wiedząc jak wygląda u nas zima, wyobraziłam sobie tych ludzi umierających tam, gzie stali.
  11. Kuchnia regionalna - polecane lokale

    Także odkryłam bardzo fajne miejsce w Ustrzykach Dolnych. To Piwniczka, świeże, dobre jedzonko, mi zasmakowały naleśniki z owocami w takim lekkim sosie. Piwniczka mieści się obok Muzeum Przyrodniczego, ceny są naprawdę rewelacyjnie niskie. Na dodatek właścicielka działa na rzecz swojej społeczności, dla dzieciaków z Kolegą fotografem Mariuszem Strusiewiczem zorganizowała dzień dziecka, warsztaty fotografii przyrodniczej połączone z czymś co nie co.
  12. Zwierzaki

    Wojomir Wojciechowski "Czar Bieszczadów Opowiadania Woja" "Przezabawne historie stwarzała również dzika bieszczadzka przyroda. Jedna z pań bała się spać w nocy. Mówiła, że pod materac może coś się wślizgnąć, na przykład wąż, bo wokoło były węże Eskulapa i zaskrońce. Żmije zostały raczej wypłoszone, bo wtedy chodziło za dużo ludzi. Rano wstaliśmy do swoich zajęć i tylko czekaliśmy, kiedy wiaterek zwieje. Wtedy wsiadaliśmy do łodzi i wypływaliśmy o 5-6 rano przy wietrznej pogodzie. Ta pani dopiero układała się do snu, gdy było już widno. Raz po powrocie siedzimy, jemy przy ognisku śniadanie i nagle słyszymy krzyk w hangarze. Biegniemy, a ona dosłownie wypadła ze śpiwora, wymachuje rękami i pokazuje, że wąż jet pod jej materacem. Faktycznie, podnosimy ten materac, a pod nim usadowił się piękny eskulap, który poczuł ciepło i zwinięty odpoczywał . Rzeczywiście, można było dostać zawału serca, jeżeli ktoś, jak nasza znajoma, panicznie bał się węży.
  13. Zwierzaki

    Węże mogą być zwierzakami domowymi, takie dzikie Krzysztof Potaczała "Bieszczady w PRL-u" W Dwerniku położony niedaleko Sanu drewniany dom pewnej rodziny od lat był kryjówką dla Eskulapów. Mieszkający sami długo o tym nie wiedzieli - aż do czasu, kiedy odpoczywali pod rozłożystą lipą, popijali kawę i nagle nie bez lęku dostrzegli wypełzającego ze szczeliny na poddaszu ogromnego oliwkowego gada. Wtedy nie mieli jeszcze wiedzy o gatunkach rodzimej herpetofauny, więc w pierwszym odruchu chcieli go zatłuc strażackim bosakiemm jednakże wąż był szybszy i skrył się w dziurze pod stopową belką. Gdy opowiedzieli swoje przeżycie znajomemu leśnikowi i opisali węża,mogli odetchnąć z ulgą. Przyrzekli też solennie, że nie będą na niego czyhać z widłami, ale dadzą mu spokojnie żyć. - W naszym letnim domku w Bieszczadach Eskulapy były od dawna, raz trzy, innym razem tylko jeden - opowiada mieszkanka Sanoka. - Ich obecność nam nie przeszkadzała, nawet mieliśmy nieraz ubaw. Jedliśmy kolację, a tu nagle spod dachu wypełzło długie cielsko i po chwili owijało się wokół nogi stołu. Nie do uwierzenia? Tak właśnie było.
  14. Książka, którą właśnie czytam to...

    Książkę na której wychowało się bardzo wielu miłośników przyrody Bieszczadów. Kazimierz Zarzycki, Głowaciński "Bieszczady" "Wracamy na przełęcz oddzielającą masyw Szerokiego Wierchu od Tarnicy i kierujemy się na północ, u pobliskiemu skalistemu Krzemieniowi. W tych rejonach grupuje się przeważająca większość wschodniokarpackich wysokogórskich gatunków roślin: wilczomlecz karpacki, wężymord górski, chaber Kotschy'ego. Na miejscach nieco wilgotniejszych, w zagłębieniach, wzdłuż potoczków, zarośla tworzy olsza kosa. Na przełęczy pomiędzy Tarnicą, a Krzemieniem występują najliczniejsze w Bieszczadach drozdy obrożne. Wspinamy się na grzbiet Krzemienia. Na półkach skalnych Krzemienia i w ich najbliższym sąsiedztwie rośni niepozorna turzyca skalna, zawilec narcyzowy, skalnica gronkowa, okrzyn karpacki, kostrzewa niska, rojnik górki i in., a w szczelinach paproć zanokcica północna.Czasami można tu dostrzec kopciuszka. Gnieżdżą się corocznie pustułki, harcują kruki; tu też można spotkać płochacza halnego. Silnie nasłonecznione ściany skalne o wystawie południowej porastają mchy - hedwigia Hedwigia alicans i strzechwa Grimmia funalis, z pospolitych porostów misecznica Lecanora rupicola i krążnik Lecidea confluenes oraz rzadkie gatunki arktyczno-aplpejskie jak jaskrawiec Caloplaca tiroliensis. Na skałkach o wystawie zachodniej lub północnej - bardziej wilgotnych - pojawiają się mszaki, a ich kobierzec jest bardziej zwarty. Partie grzbietu eksponowane na północ zajmują borówczyska i bażyniska. Zachowała się tu wysepka krzywulców świerkowych z charakterystycznymi chorągiewkowatymi koronami, utworzonymi przez przeważające wiatry południowo-zachodnie." To był powód korekty tego szlaku
  15. Zwierzaki

    Moja zemsta będzie okrutna, naślę na Was małego Matiasza, kociaka bojowego. Jestem dumną własnością psa Kretyna i kilkorga kotów: Sońki staruszki , która traktuje wszystkich jak swoje dzieci, jej największe życiowe niepowodzenie, to nienauczenie mnie polowania na myszy; Dżembroni jej córki i matki 5 kotów: starszych kociaków naramiennych: Gorgana i Breskuła oraz trójki młodzików: Mariasza kaleki ale siły ma niespożyte i pomysły z nie z tej ziemi, ciągle bije Kretyna, super grzecznej Szagi i pięknej Olgi. Ojcem tej gromadki jest Szymek kot spod mostu przyniesiony przez mego poprzedniego psa geniusza Burana. Niestety, kilka kotów ostatnio mi odeszło na niebieskie połoniny.
  16. Kuchnia regionalna - polecane lokale

    Byłam, widziała, okolica cudna. Nie pamiętam co jadłam, chyba mi smakowało. Zamek polecam z całego serca.
  17. Kuchnia regionalna - polecane lokale

    Maczanka 2/3 litra mleka, 1/3 litra wody, 4 jajka, mąka, sól i pieprz do smaku, przysmażona na tłuszczu cebulka. Mleko z wodą zagotowuje się, wrzące odstawia się aby trochę ostygło, wbija się do niego jajka, dokładnie "rozkłóca" i gotuje na bardzo małym ogniu. Do dotowanej cieczy dodaje się mąkę, tyle ile wlezie, tak aby potrawa miała konsystencję budyniu. Po zakipieniu dodaje się do niej przyprawy i cebulkę. Można cebulę przysmażyć na wędlinie np. boczku czy szynce, potrawa wtedy jest jeszcze smaczniejsza. Smacznego!
  18. Kuchnia regionalna - polecane lokale

    Miejsc, gdzie dobrze karmią mamy kilka, polecam ośrodek Unitra w Polańczyku, w wakacje można tam kupić obiad: pierwsze i drugie danie plus kompot za 16 zł, ceny w ośrodku są wyższe ale jedzenie znakomite, pstrągi rewelacyjne. W ub. roku starali się podawać potrawy regionalne ale nie cieszyły się popularnością. W Smereku jest świetnie karmiąca Oberża Dolny Smerek, potrawy ale kuchni kresowej np solanka, wędzone ryby, wędzona słonina, domowe przetwory, smalec itd. Były i surówki z niedźwiedziego czosnku ale nie cieszyły się popularnością. W tym roku weszli w pierogi, to chyba będzie to. W Sanoku jest dwie restauracje z jadłem regionalnym, jedna koło skansenu. Tej nie polecam, druga na rynku. Skleroza nie boli, ale jest uciążliwa. Nie pamiętam jak nazywa się ta karczma. Bardzo dobrze, w miarę tanio i obficie dają jeść w knajpce obok pomnika Szwejka, chyba nazywa się U Szwejka. Kuchnia jednak galicyjska, pyyyycha.
  19. Książka, którą właśnie czytam to...

    Dziękuję, szukam wszelakich informacji. Od pewnego czasu zaangażowałam się w próbę ratowania gadów, konkretnie węży. Usiłuję także poprzez moją stronkę trafić do ludzi, wytłumaczyć im, że te zwierzęta są nieszkodliwe, wręcz pożyteczne. Przez długie dziesiątki lat były u nas w specyficzny sposób chronione, obejmowało je tabu. Takie węże żyły wśród ludzi, były niezmiernie pożyteczne, bo zabijały gryzonie, wiązały się z nimi legendy. Starzy ludzie je jeszcze pamiętają. Niewiele w sumie o tych wierzeniach wiadomo, przetrwały bajki. Wczoraj słyszałam o legendzie z Serednicy. Wóz przejechał króla węży, niechcący. Po zabiciu gada woły stanęły, wóz zepsuł się. Ludzie poszli po pomoc do sąsiedniej wsi. Gdy wrócili zastali kłębowisko węży, które mściły się zajadając wóz kawałek po kawałeczku. To oczywiście bardzo skrócona gawęda. Próba ratowania gadów jest podjęta przez naukowców. Piszę o tym w wątku poniżej, na dzień dzisiejszy mamy tylko około 200 osobników węża Eskulapa, to cała polska populacja, zaskrońce są non stop zabijane. Chcę przypomnieć ludziom, że tu kiedyś te zwierzęta chroniono. Wysiedlenia od 1939 do 1951 r. (akcja "Wisła" była tylko jednym z nich) spowodowały zanik ciągłości kulturowej, chcę ludziom przybliżyć problem. Już jedna mała żmija został uratowana, opowiadała mi o tym pani Biliotekarka z Olszanicy, nie pozwoliła zabić. Węży boi się ale mimo to nie pozwala ich zabijać. Prosiła abym pospieszyła się, będzie ludzi odsyłać na stronkę, może przypomnienie o tabu pomoże wężom. Franciszek Kotula "Po rzeszowskim podgórzu błądząc" Podrozdział "Gady". Dom o którym opowiada autor był jednocześnie zamieszkały przez ludzi i zwierzęta: bydło, świnie, króliki itd. "[...]W izbie była jeszcze jedna gromada mieszkańców i tę zastawiłem na końcu. Była to liczna rodzina wężów, liczniejsza od ludzi razem z bydłem wziąwszy. Co więcej; byli to mieszkańcy nie tylko uprzywilejowani, ale jeszcze wyjątkowo honorowani. Mimo, że co do jakości pomieszczenia ci mieszkańcy chałupy dziadka Szury wcale nie byli wymagający - byli nawet bardzo skromni.[...]Między dylami były liczne szpary, pod dylami zaś od strony łbów bydlęcych liczne chodniki, wyrobione przez myszy, a często i szczury. To był faktycznie "podziemny świat",istny labirynt.Grub nigdy nikt nie uszczelniał, ścian nie tynkował. Między kamieniami - podobnie jak między dylami - były szczeliny i dziury. Gruba pod nalepą i chodniki pod bylami były mieszkaniem wspomnianych już uprzywilejowanych mieszkańców - wężów. Ciepło im tam było, zacisznie, przytulnie, wygodnie. Czuły się też doskonale, może i dlatego, że były w rodowej wspólnocie. Prawda! W izbie mieszkał jeszcze kot, ale ten przychodził raczej spać, wygrzać się na nalepie i mleka napić.
  20. Książka, którą właśnie czytam to...

    Wertuję książki poszukując informacji np. o wierzeniach w dobre gady. Natrafiłam na smaczek ‎"Obok duchów domowych bywały też po niektórych chałupach "dobre gady", zadomowione węże, mieszkające pod zagatą lub wprost w izbie w norze pod ścianą. Niechętnie o nich wspominano, ale były. Szanowano je i otaczano czcią, dostawały mleko z jednej miski razem z dziećmi. Niektórzy mieli szczęście hodować króla wężów z koroną na głowie. Miał takiego do ostatnich czasów stary Maksym Łuczka w Olchowie pod Ostrą Górką - nie przyznawał się do tego, ale ludzie wiedzieli. Niektóre gady stanowiły niejako własność społeczną wraz z zamieszkiwanymi i chronionymi przez nie budowlami. Taki stary, szeroko znany i szanowany gad mieszkał pod "maślaną" kapliczką w Machawie, tuż koło gościnca do Baligrodu." Tak o gadach pisał Wiktor Schramm w swoich cudnych wspomnieniach "Prywatna podróż pamięci".
  21. Bieszczadzki Park Narodowy to największy górski park narodowy w kraju. Powstał w wersji "kadłubowej" 1973 r., kilkakrotnie powiększany w chwili obecnej liczy sobie 292,01 km2, z czego ochrona ścisła wynosi 184,25 km2, a częściowa 107,77 km. To jeden z najcenniejszych pod względem przyrodniczym, parków w Europie. BdPN wraz ze swoją otuliną Ciśniańsko-Wetlińskim Parkiem Krajobrazowym i Parkiem Krajobrazowym Doliny Sanu tworzy Obszar NATURA 2000: PLC 180001 Bieszczady oraz jest częścią Międzynarodowego Rezerwatu Biosfery "Karpaty Wschodnie" utworzonego w ramach programu "Człowiek i Biosfera" przez UNESCO. Jako jedyny park narodowy w naszym kraju posiada Dyplom Rady Europy (drugi otrzymał Białowieski Park Narodowy, z tego co orientuję się jest on zawieszony, gdyż kolejne polskie rządy nie wywiązują się z nałożonych reżimów ochronnych). W Polsce jego walory są niżej oceniane i według waloryzacji przeprowadzone przez Denisiuka i in. lokuje się w na trzeci miejscu po Tatrzańskim Parku Narodowym i Pienińskim Parku Narodowym. Dlaczego występują aż takie różnice w postrzeganiu naszego parku narodowego? Moim zdaniem Europa stawia na ochronę kompleksową transgraniczną, tu BdPN wyróżnia się, gdyż znajduje się w bardzo korzystnym położeniu. Rezerwat Biosfery "Karpaty Wschodnie" w chwili obecnej tworzą słowacki Park Narodowy "Połoniny" i ukraiński Użański Park Narodowy i Nadsański Park Krajobrazowy. Te tereny są jedną z największych w Europie ostoi fauny puszczańskiej, występują tu naturalne ekosystemy m.in. karpackiej puszczy, rzadkie gatunki zwierząt bezkręgowych. Bieszczadzki Park Narodowy - walory przyrodnicze - jedyny na terytorium Polski fragment przyrody Karpat Wschodnich z charakterystycznym układem piętr roślinno-klimatycznych: piętro pogórza, regiel dolny, połoniny, - naturalne biocenozy puszczańskie z fauną dużych ssaków kopytnych m.in: żubry linii nizinno-górskiej, jelenie w ekotypie karpackim, - jedna z największych w Europie i największa w Polsce ostoja dużych ssaków drapieżnych: niedźwiedzi brunatnych, wilków, rysi, żbików (żyją tu żbiki "czystej krwi"), - cenna populacja ptaków drapieżnych m.in. orlik krzykliwy, orzeł przedni i sów m.in. puchacz i puszczyk uralski, - połoniny z osobliwymi zbiorowiskami z florą subalpejską i wschodniokarpacką, - fenomen przyrodniczo-kulturowy "kraina dolin" z torfowiskami wysokimi, półnaturalnymi łąkami, pastwiskami, ziołoroślami i szuwarami, - bogata fauna zwierząt bezkręgowych, w tym endemicznych.
  22. Książka, którą właśnie czytam to...

    Szukam informacji o dziejach naszych wioseczek, przeglądam bardzo wiele książek. To powinno Was zaciekawić " Tak było w Bieszczadach Walki polsko-ukraińskie" Grzegorz Motyka "Przerzuty graniczne" str. 76-77 " Jeszcze trwały ostatnie walki kampanii wrześniowej, kiedy w Bieszczady i Beskid Niski napłynęli uciekinierzy z całej Polski, mający zamiar przedostania się na Zachód. Pochodzili z różnych warstw społecznych, byli wśród nich tak wojskowi, jak cywile. Przybywali nie mając żadnych kontaktów, a często nawet nie orientując się w specyfice górskiego terenu. Uciekinierzy spotkali się od razu ze spontaniczną pomocą miejscowej ludności pochodzenia polskiego z osiedli leżących w pobliżu granicy. Systemem sztafetowym przekazywano sobie ludzi z miejscowości do miejscowości. Miejscami schronienia były polskie dwory, leśniczówki, plebanie i zagrody polskich chłopów. Przez granicę przeprowadzali za odpowiednią opłatą miejscowi przemytnicy. Niemcy dość szybko zorientowali się w sytuacji i próbowali temu exodusowi przeciwdziałać. Wykorzystywali w tym celu miejscową ludność ukraińską, która już od października zaczęła masowo wyłapywać uciekinierów. Oprócz względów narodowych grał tu rolę czynnik ekonomiczny, gdyż za każdego złapanego zbiega hitlerowcy płacili nagrodę 25-50 zł. Dla biednego mieszkańca Bieszczadów była to suma niebagatelna. W przechwytywaniu przechodzących przez granicę szczególnie "zasłużyła się" ukraińska policja, której posterunki Niemcy rozmieścili wzdłuż całego pasa górskiego. W okresie grudzień 1939 - marzec 1940 tylko w okolicy Komańczy schwytano 80 uciekinierów, Baligrodu 43, a Bukowska 24. O ile w Bieszczadach uciekinierzy nie mogli liczyć na pomoc ze strony ludności ukraińskiej, to w Beskidzie Niskim nie należała ona do rzadkości. Takie łemkowskie czy ukraińskie wioski jak Ruska Wola, Jarobina. Litmanowa, Muszynka, a po słowackiej stronie Hrabske, były wypróbowanymi bazami dla polskich przerzutów. Wśród pomagających Polakom Łemków warto wymienić takie nazwiska jak Stefan Chowaniec, Antoni Koczański, Jan Peregryn czy Garbera, którzy osobiście przeprowadził przez granice kilkaset osób. Samorzutne formy pomocy uciekinierom Polacy dość szybko ujęli w ramy organizacyjne różnych ugrupowań konspiracyjnych. Pierwsze takie próby podjęła Organizacja Orła Bialego (OOB). Z jej ramienia przerzutami kierował m.in. inżynier Stankiewicz z Cisnej. Inną organizacją była Polska Organizacja Zbrojna (POZ). Już zimą 1939/1940 r. niosła ona doraźną pomoc m.in. idącym przez Zagórz, Tarnawę, Huzele, Hoczew, Nowosiółki, Baligród, Cisnę. Każda z powstałych placówek POZ otrzymała rozkaz udzielania wszelkiej możliwej pomocy uciekinierom. W tym celu w Zagórzu powołano nawet specjalną sekcję kolejową. [...]."
  23. Książka, którą właśnie czytam to...

    Prawdę powiedziawszy to wie tylko Pan Bóg. Szacuje się, że w Bieszczadach rozumianych w granicach sieci Natura 2000 jest około 20 dorosłych osobników, w Górach Sanocko-Turczańskich (są traktowane przez większość jako część Bieszczadów) około 8. W wątku na mojej stronce podałam trochę informacji ze szkolenia prowadzonego przez dr. Śmietanę i zapodam fragmenty książek. Mam nadzieję, że taki misz masz spodoba się Gościom zaglądającym na stronkę. Niewątpliwą ozdobą są przepiękne zdjęcia Forumowych Kolegów. Mały fragmencik książki prof. Schramma "Wincenty Pol w przypisach do pierwszego (bez miejsca i daty) wydania "Mohorta", zwanego "Wieczory Kalenickie" (bo w Kalnicy był rapsod pisany) na stronie XII notuje, że w Czulni ubito dwa rysie. Opisuje, jak pierwszy raz w życiu widział ubitego przez K. Krasickiego rysia, "...polowanie na rysia jest niebezpieczne, bo psuje bardzo psiarnię, a przyparty ostro ryś rzuca się nawet na ludzi...", po ubiciu "...uwiązano go do drzewa za nogi, a do łba wiązano tak ciężkie kamienie, że się cały wyciągnął ja struna i wówczas dopiero wystąpiły na skórze ozdobne ciemne cętki jeszcze widoczniej. Zatajony w zwaliskach leśnych, skryty, nocą samotnie polujący, tajemniczy, ryś czy rodzina rysia zagarniała duże rejony myśliwskie, znacząc krwawe swe żniwo". Będą też fragmenty pamiętników PS. I jeszcze jeden z świetnej książki Edwarda Marszałka "Z karpackich lasów". Polecam. "Ciekawy przypadek zdarzył się jesienią 2001 roku. W obejściu jednego z gospodarzy w bieszczadzkiej wiosce Smerek pojawił się młody, osierocony ryś. Błąkał się po podwórzu, wywołując zaniepokojenie drobiu. Był wyraźnie osłabiony; próbował polować na kury, został odpędzony przez koguta. Kotkiem zaopiekował się kilkunastoletni Paweł Reszko. Przez kilka dni "Rysiek", jak go nazwano, był karmiony różnymi przysmakami, co niewątpliwie uratowało mu życie. Jego - również osierocony - brat bliźniak nie miał tyle szczęścia; został znaleziony tydzień później martwy. Wkrótce sprawą zainteresowało się Nadleśnictwo Wetlina, które po uzyskaniu zgody ministra środowiska na przetrzymywanie rysia, rozpoczęło starania o przywrócenie go naturze. Tymczasowo zamknięto go w pomieszczeniach Nadleśnictwa. Po kilku dniach zamieszkał obok leśniczówki Okrąglik w nowej klatce z wybiegiem. Najważniejsze było odizolowanie go odludzi. Po kilku miesiącach ryś miał zostać wypuszczony do lasu i nie można było pozwolić mu się oswajać."
  24. Książka, którą właśnie czytam to...

    Nie mam czasu na poważniejszą lekturę, mogę sobie pozwolić tylko na podczytywanie więc dziś wspomnę o świetnych "Monografiach bieszczadzkich" wydawanych przez Bieszczadzki Park Narodowy. Od kilku dni usiłuję opracować temat bieszczadzkich rysi więc nie zdziwcie się, że zacytuję coś takiego: "Monografie Bieszczadzkie" Wojciech Śmietana , Henryk Okarma, Stanisław Śnieżko "Bieszczadzka populacja rysia" "Wyniki i dyskusja Areał osobniczy i ocena liczebności populacji Rysie są zwierzętami terytorialnymi, co oznacza, że poszczególne dorosłe osobniki zajmują indywidualne areały osobnicze, przy czym samice konkurują o przestrzeń z samicami, a samce z samcami. Terytoria samic i samców nakładają się na siebie (Okarma 2000). Śledzona radiotelemetrycznie samica w Bieszczadach zajmowała areał wynoszący 87 km2 (wielkość areału określono na podstawie 52 pozycji (ryc.2). W okresach od maja do czerwca 1999 oraz 2000 roku areał penetrowany przez śledzoną rysicę wynosił zaledwie 8 km2, co wiązało się z porodem i opieką nad nowonarodzonym potomstwem (ryc.2). Samiec śledzony telemetrycznie w Beskidzie Sądeckim, penetrował obszar około 140 km2 (Śnieżko i in. 2000). Areały osobnicze rysi stwierdzone w Karpatach są znacznie mniejsze niż te stwierdzone w innych częściach Europy. Badania telemetryczne prowadzone w Puszczy Białowieskiej wykazały, że wielkość terytoriów samców wynosiła 182-343 km2 (średnio 248 km2), natomiast samic 99-157 km2 (średnio 133 km2) (Schmidt i in. 1997). W Alpach i Jurze (Szwajcaria) areały samic wynoszą 98-337 km2 (średnio 216 km2), a samców 304-465 km2 (średnio 364 km2) (Breitenmoser i in. 1993)."
  25. Przewodniki turystyczne

    Proszę nie traktuj moich słów jako głupawego komplementu, miałam okazję przemyśleć sprawę. Z miłą chęcią kupiłabym przewodnik, który wyszedłby spod Twego pióra. Rozumiem, że autor tego rodzaju książek nie może być w każdym miejscu, ale... nie powinien powiadać jakieś minimum wiedzy. Osiągnięcie tego pułapu jest możliwe chociażby na kursie przewodnickim. Moim zdaniem pani Rusin nie miałaby problemu, gdyby posiadała chociaż minimalny zasób wiadomości o przyrodzie Karpat. Sądzę, że popełnić błąd jest łatwo, jednak udowodnić komuś, że napisać coś niedorzecznego jest trudniej.Ta pani dostała potem do pomocy inną panią, następne wydania przewodnika są już podpisane przez dwie osoby. Moim zdaniem problem tkwi w czymś innym. Pascal zatrudnia swoich autorów, którzy są specyficzni. Przewodniki po Bieszczadach pana Motaka są wyśmiewane. Polecam recenzję pana Potockiego. Jedna z ich autorek dość dużo informacji wrzuciła do sieci o polityce wydawniczej tego wydawnictwa. niezbyt ciekawe informacje, liczy się ilość i sprzedaż, a nie jakość. Bez mała jej współczułam czytając o perypetiach. Na szczęście jest na rynku coraz więcej dobrych wydawnictw, polecam książki pana Marszałka, Bańkosza i wielu innych dobrych autorów będących specjalistami i znających znakomicie teren. Spod ich pióra wychodzą perełki. I taką książkę promujemy. A'propos Kuba zrecenzował ciekawą publikację http://www.historia.org.pl/index.php/recenzje/recenzje/przekrojowe-i-inne/3065-leksykon-architektury-sakralnej-podkarpacia-t-i-ii-k-zieliski-red-recenzja.html Warto zajrzeć.
×

Powiadomienie o plikach cookie

Przed wyrażeniem zgody na Warunki użytkowania forum koniecznie zapoznaj się z naszą Polityka prywatności. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.