Skocz do zawartości

Komar

Użytkownicy
  • Zawartość

    123
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Komar

  1. Przez wiele lat moi rodzice kupowali gazetę "Życie Warszawy". Pamiętam, że tytuł gazety zawsze był napisany przez Z przekreślone. I nikt Henrykowi Korotyńskiemu nie robił awantury - ani ze strony językoznawców, ani po linii partyjnej - że to nie jest po polsku.
  2. Napalm nie jest zaliczony do broni chemicznych i nie podlega kontroli, jaka obejmuje broń chemiczną i środki do jej wytwarzania. Nie dotyczą napalmu postanowienia Konwencji o zakazie broni chemicznej, uchwalonej w roku 1993.
  3. Ja nie wiem, kto i kiedy składał przysięgę prezydentowi. Od dnia 22 lipca 1944 roku do dziś ogłaszano 6 kolejnych wersji roty przysięgi wojskowej. Według dekretu PKWN (Dziennik Ustaw rok 1944, nr 3 poz. 13) był tam zwrot: "Przysięgam uroczyście skrwawionej Ziemi Polskiej i Narodowi Polskiemu". Kolejne wersje z lat 1947, 1950 i 1952: "Przysięgam Narodowi Polskiemu". Wersje z 1988 i 1992 nie są skierowane do konkretnego adresata. Wersja z roku 1988 zawiera sformułowanie: "Przysięgam służyć wiernie Ojczyźnie i narodowi swemu". Zatem żołnierze nie przysięgali i nie przysięgają żadnemu prezydentowi, przewodniczącemu Rady Państwa ani I sekretarzowi PZPR. Nie przysięgali też państwu polskiemu. W każdym z tych aktów prawnych jest artykuł, który mówi, że przysięgę wojskową według obowiązującej roty składa każdy żołnierz Sił Zbrojnych. Ale to sformułowanie nie oznacza, że po zmianie wersji roty przysięgi każdy żołnierz ma odnowić przysięgę. Przysięgę wojskową złożoną według wcześniejszych wersji wtedy, gdy były one obowiązujące, uznawano za ważną. Jedynie ustawa o przysiędze wojskowej z 1992 roku zawiera dodatkowy artykuł o treści: "Przysięgę wojskową według nowej roty złożą również żołnierze zawodowi oraz żołnierze rezerwy powoływani do służby wojskowej". To było prawne unieważnienie dotychczas składanej przysięgi wojskowej według poprzednich wersji roty przysięgi.
  4. Gdy ja przechodziłem szkolenie wojskowe, to jeszcze nie było stopnia "strasznego" kaprala, wymyślili go później. Pisałem o przysiędze wojskowej w czasie pierwszego obozu w jednostce wojskowej. To była duża uroczystość. Kompania studentów (połączone siły chemików z politechniki i uniwersytetu) zebrana na apelu z udziałem wszystkich żołnierzy służby czynnej z macierzystej jednostki (batalion wojsk chemicznych w Biskupcu Reszelskim). Dowództwo zaprosiło na uroczystość rodziny studentów. Po przysiędze zespół studencki (chórek kolegów z akompaniamentem gitary) dał koncert piosenek o treści wojskowej. Oczywiście "O mój rozmarynie" czy "Jak to na wojence ładnie", ale także piosenki Okudżawy, który wtedy był szalenie modny. No i piosenka z repertuaru Yves Montanda: "Quand un soldat". "... Gdy żołnierz ruszyć ma na front, to wie: w plecaku ma buławę swą na dnie, A jeśli wróci, niesie chwat zza mórz, Bieliznę brudną, parę łat - i już..." Dowódca jednostki pochwalił występ, dziwiąc się tylko, że większość piosenek miała wydźwięk silnie pacyfistyczny. W latach dziewięćdziesiątych okazało się, że przysięga wojskowa złożona przeze mnie w roku 1966 okazała się nieważna. W związku z tym dostałem wezwanie do stawienia się w wyznaczonym miejscu i czasie. W kilka osób wygłosiliśmy nowy, słuszny tekst przysięgi, stojąc w mrocznym piwnicznym korytarzu budynku miejscowej Komendy Uzupełnień, w obecności oficera zajmującego się w tej Komendzie sprawami oficerów rezerwy. Cała formalność (bo nie uroczystość) trwała nie dłużej niż dziesięć minut.
  5. Myślę, że należy tu doprecyzować: Tomasz N pisze o przebiegu szkolenia wojskowego studentów uczelni "cywilnych" w konkretnych latach. Ja też studiowałem na uczelni "cywilnej" w II połowie lat sześćdziesiątych - i w moim przypadku szkolenie wojskowe wyglądało inaczej. Przez trzy lata - na drugim, trzecim i czwartym roku - mieliśmy szkolenie wojskowe w studium wojskowym jeden dzień w tygodniu. Ponadto po II i po IV roku mieliśmy w czasie wakacji miesięczny obóz wojskowy. W czasie pierwszego obozu wojskowego (po II roku studiów) mieliśmy uroczystą przysięgę wojskową. Pod koniec drugiego obozu wojskowego (po czwartym roku studiów) zdawaliśmy egzamin z nabytej wiedzy wojskowej, a na zakończenie obozu otrzymywaliśmy awans na stopnie podoficerskie z przeniesieniem do rezerwy. Średniacy dostawali stopień: kapral podchorąży rezerwy; wybitnie zaangażowani - plutonowy podchorąży rezerwy; Nadzwyczajny był przypadek mojego kolegi z roku: był największym leserem i za karę dostał stopień: starszy szeregowy podchorąży rezerwy. Dopiero kilka lat później - po ukończeniu studiów, po podjęciu pracy (nierzadko w innym rejonie Polski) absolwent z ustabilizowaną już sytuacją życiową dostawał przydział mobilizacyjny do jednostki, w której później odbywał ćwiczenia. O ile sobie przypominam, warunkiem awansu na stopień oficerski było zaliczenie 21 dni ćwiczeń wojskowych, rozciągniętych na kilka lat: studia ukończyłem w roku 1969, a nominację na stopień oficerski - podporucznik - uzyskałem w roku 1978. Kolega Jasmol - to zupełnie inny przypadek. On studiował na wyższej uczelni wojskowej, kształcącej zawodowych oficerów. Tam przebieg szkolenia i służby musiał być zupełnie inny, niż w opisanym przeze mnie i przez Tomasza N szkoleniu wojskowym studentów uczelni "cywilnych".
  6. Rozumiem, że chodzi o oficerską szkołę wojsk chemicznych, a nie o sąsiednią instytucję... Tak jak napisał Tomasz N, po szkoleniu wojskowym w trakcie wyższych studiów trzeba było odbyć określoną liczbę dni ćwiczeń wojskowych (w moim przypadku były to ćwiczenia zarówno jednodniowe - w jednostce wojskowej, jak i dłuższe, w tym również na poligonie. Brałem udział m. in. w ćwiczeniach Śląskiego Okręgu Wojskowego na terenie od Bolesławca do Żagania). Po uzyskaniu pozytywnej opinii z tych ćwiczeń otrzymywało się najniższy stopień oficerski, czyli: podporucznik.
  7. Okolice połowy lat pięćdziesiątych - to okres, gdy akcja BSPO utrwaliła się w mojej pamięci. W każdym razie przed rokiem 1956.
  8. Z dzieciństwa pamiętam (bodajże z lektury "Płomyczka" czy też "Płomyka"), że istniały odznaki SPO (Sprawny do Pracy i Obrony) oraz BSPO (Bądź Sprawny do Pracy i Obrony). Wystarczy wpisać do wyszukiwarki skrót BSPO, a pokaże się duża liczba odnośników.
  9. "Wielki Brat" na Litwie, Łotwie czy Estonii

    Obserwowanie "przez płot" garnizonów sił NATO czy też rozpytywanie miejscowych o takowe może dostarczyć dodatkowych atrakcji i niespodziewanych przeżyć. Proponowałbym, aby takie zwiedzanie rozpocząć od obiektów położonych na terenie Polski. Zawsze to przyjemniej jest siedzieć w polskim, niż zagranicznym areszcie - za szpiegostwo.
  10. Dla sprostowania - podejście mocarstw zachodnich do praw człowieka, zbrodni ludobójstwa itp. uległo radykalnej zmianie dopiero w połowie lat siedemdziesiątych, a okazją była Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Wcześniej wojny kolonialne i postkolonialne (na przykład Korea, Wietnam, Algieria, Kongo czy Angola) były bardzo krwawe.
  11. Zdaję sobie sprawę, że przejaskrawiłem, ale chciałem zwrócić uwagę - na jakie manowce możemy zbłądzić, wplatając do dyskusji historycznej wątki ideologiczne. Mowa o ludowym Wojsku Polskim. Pytanie, czy oddziały Polskich Sił Zbrojnych podległych prozachodnim władzom państwa polskiego też by się tak samoograniczały. Jeśli wspomnimy np Pawłokomę... Na paru forach historycznych zadawałem już pytanie: jeśli władze RP na uchodźstwie zdecydowanie żądały przywrócenia po wojnie granicy ryskiej, to czy te władze miały wypracowaną na "po wojnie" koncepcję rozwiązania problemu ukraińskiego - inną, niż wyrżnięcie Ukraińców? Odpowiedzi nie uzyskałem. Może tu ktoś odpowie... W sytuacji wciągnięcia Rzeczypospolitej w wyniszczającą wojnę różne siły zewnętrzne wykorzystywałyby tę sytuację na swoją korzyść. Czy terytorialną, czy polityczną. Czy bezpośrednio wspierając UPA, czy też wykorzystując osłabienie państwa polskiego. To oczywiste, że wynik tej wojny jest łatwy do przewidzenia. Dlatego ja pytałem o bilans: liczbę ofiar po stronie polskiej i ukraińskiej, skalę zniszczeń, obciążenie materialne powodujące opóźnienie powojennej odbudowy Polski. I nie byłaby to jedyna wojna. O Wileńszczyznę musielibyśmy walczyć z litewskimi szaulisami, równie zdeterminowanymi jak UPA.
  12. Chodziło mi o to, że - moim zdaniem - w przypadku sporów terytorialnych - plebiscyt jest cywilizowanym rozwiązaniem takich sporów. I to jest ogólna zasada, mająca zastosowanie nie tylko w konkretnym przypadku wspomnianym przez Janceta. tak na marginesie: w pokonaniu hitlerowskich Niemiec największy udział miały trzy mocarstwa: największe państwo totalitarne - ZSRR, największe państwo rasistowskie - USA oraz największe imperium kolonialne - Wielka Brytania. Zatem w tych trzech przypadkach mieliśmy do czynienia z trzema modelami demokracji: demokracją totalitarną, demokracją rasistowską i demokracją kolonialną. Pół wieku później granice ustalone po II wojnie światowej na terenach opanowanych przez Armię Czerwoną uznawano za święte i nienaruszalne. To było podstawowe założenie przemian po roku 1989 - mimo, że ZSRR przestał istnieć. Co ciekawe - linia Curzona, negowana jako granica Polski przez polskich antykomunistów w latach 1945 - 1989, została przez nich w pełni zaakceptowana po zdobyciu przez nich władzy. Zaakceptowali ją właśnie wtedy, gdy pojawiła się szansa na jej zmianę po rozpadzie ZSRR. Gdyby w roku 1945 Polska miała zawładnąć terenami Kresów wschodnich, niezależnie od wariantu - czy to do granicy Ryskiej, czy też do "Linii Mareckiego", to w pierwszej kolejności musiałaby stoczyć wojnę przeciwko UPA. I to nie z niedobitkami UPA, jak to było w realu, gdy granicą była linia Curzona, ale z głównymi siłami UPA. Ciekawe, jaki byłby bilans tej wojny.
  13. W spornych kwestiach dotyczących przynależności jakiegoś terytorium cywilizowanym rozwiązaniem jest plebiscyt. Tak jak na Śląsku po I wojnie światowej.
  14. Dzieła Lenina

    ...z Wikipedii. A co do podwójnej daty - już o tym pisałem: Natomiast data 15 grudnia 1917 roku prawdopodobnie jest datą publikacji Deklaracji w "Wiadomościach Komisariatu".
  15. Dzieła Lenina

    A z jakiego tłumacza trzeba korzystać, żeby przetłumaczyć z polskiego na nasze? Na stronie Instytutu Brzozowskiego jest podany tekst Deklaracji w języku polskim i - cytując ten tekst - czuję się zwolniony z obowiązku przeprowadzenia analizy lingwistycznej. Możemy oczywiście podjąć dyskusję o tym, jak ZSRR stosował się do zasady samostanowienia narodów, a w jaki sposób zasadę samostanowienia narodów - umieszczoną przez prezydenta Wilsona wśród jego 14 punktów - respektowali kolejni prezydenci USA, następcy prezydenta Wilsona. Ale obawiam się, że wtedy wypłynęlibyśmy na burzliwy ocean niekończących się polemik. Kwestia zasady samostanowienia narodów jest tu wątkiem ubocznym. A wypłynęła dlatego, że w 2007 roku użytkownik Gnome stwierdził, że Lenin ukradł (Gnome dosłownie napisał: "rąbną", co chyba miało oznaczać: "rąbnął") zasadę samostanowienia narodów z 14 punktów Wilsona. Ja tylko zwróciłem uwagę, że najpierw powstała bolszewicka Deklaracja praw narodów Rosji, a dopiero potem Wilson ogłosił swoje 14 punktów. Tak że chyba mamy jasność, kto od kogo "rąbnął" tę koncepcję.
  16. Dzieła Lenina

    2 listopada 1917 roku i 15 listopada 1917 roku - tu chodzi o ten sam dzień. 2 listopada według kalendarza juliańskiego / 15 listopada według kalendarza gregoriańskiego. 8 dni po przejęciu władzy przez bolszewików i po utworzeniu Rady Komisarzy Ludowych. W dniu 2 listopada 1917 roku (według kalendarza gregoriańskiego) Rada Komisarzy Ludowych jeszcze nie istniała. A jeśli chodzi o samą Deklarację praw narodów Rosji - to o tym dokumencie uczono mnie w szkole średniej na lekcji historii.
  17. Dzieła Lenina

    Akurat wtedy Lenin był przewodniczącym Rady Komisarzy Ludowych, więc trudno mówić, że nie miał nic wspólnego z tą deklaracją. Chciałbym zwrócić uwagę na zakończenie tej Deklaracji: >>W imieniu Republiki Rosyjskiej Prezes Rady Komisarzy Ludowych Komisarz Ludowy do spraw narodowości << Po pierwsze: mamy oficjalną nazwę państwa kilka tygodni po rewolucji: "Republika Rosyjska". Po drugie: Deklarację firmował Prezes Rady Komisarzy Ludowych, którym był Lenin, a oprócz niego także Komisarz Ludowy do spraw narodowości. Podobno ten Komisarz ds narodowości był autorem tekstu całej deklaracji. I nazywał się Józef Stalin.
  18. Dzieła Lenina

    Deklaracja praw narodów Rosji (pełny tekst tego dokumentu, w tłumaczeniu na język polski, tutaj: http://instytut-brzozowskiego.pl/?p=895 ) >>2 listopada rząd pod jego kierownictwem opublikował Deklarację praw narodów Rosji, w którym stwierdzono, że wszystkie nierosyjskie grupy etniczne żyjące na terenie dawnego Imperium Rosyjskiego mają prawo do samostanowienia i mogą tworzyć niezależne państwa narodowe[208]. Powołując się na ten dekret w grudniu 1917 roku niepodległość ogłosiły Finlandia i Litwa, Łotwa. W styczniu 1918 roku suwerenność ogłosiła Ukraina, w lutym Estonia, Zakaukazie w kwietniu, a Polska w listopadzie[209].<< Źródło: Wikipedia, hasło: Lenin, link: https://pl.wikipedia.org/wiki/Włodzimierz_Lenin Deklaracja uchwalona 2 (15) listopada 1917 roku zawierała postanowienie: " 2) Prawo narodów Rosji ido swobodnego samookreślenia aż do oddzielenia się i utworzenia samodzielnego państwa."
  19. Dzieła Lenina

    No oczywiście samostanowienie narodów (które zresztą "rąbną" z 14 punktów Wilsona), Faktycznie - Lenin musiał być jasnowidzem, skoro przewidział, zawłaszczył i ogłosił (w listopadzie 1917 roku) koncepcję, którą Wilson opublikował dwa miesiące później (8 stycznia 1918 roku).
  20. Nowy kalendarz

    Ja nie pisałem o systemie czterozmianowym. W systemie, o którym piszę, zmiana robocza trwała 8 godzin. Doba ma 24 godziny. Zatem w ciągu doby mieszczą się trzy zmiany. Czwarta by się po prostu nie zmieściła. Owszem, o ile się orientuję, w górnictwie mieli 6-godzinne zmiany robocze - i wtedy pracowano w systemie czterozmianowym. Ile w tym systemie było brygad i jak wyglądał harmonogram pracy - tego nie wiem. Gdy pracownicy dniówkowi w sobotę kończyli pracę o godzinie 13, to nawet dla nich weekend był pojęciem abstrakcyjnym. Owszem, były wycieczki zakładowe jednodniowe lub półtoradniowe (i to były te "wyjazdy weekendowe"), ale już na wyjazd dwudniowy trzeba było brać urlop. Ustawowy czas pracy w sobotę - to było 6 godzin. Gdy pracownicy dniówkowi o godzinie 13 szli do domu, to pracownicy zmianowi musieli przepracować jeszcze 2 godziny. I te 2 godziny były rozliczane jako nadgodziny.Przynajmniej w firmie, w której pracowałem. W zakładach o ruchu ciągłym proces biegnie samorzutnie wewnątrz urządzeń w warunkach ustalonych jako optymalne. Przyspieszanie procesu może zwiększyć straty i odbić się na jakości produktu. Rolą obsługi jest nadzorowanie prawidłowości przebiegu procesu. Nie ma miejsca na akord np przy wytopie surówki w hutniczych wielkich piecach czy przy produkcji chemicznej prowadzonej w sposób ciągły.
  21. Nowy kalendarz

    Zaczynałem pracę zawodową w roku 1970 i to, co napisałem, dotyczyło lat siedemdziesiątych. Nie mam dokumentów dotyczących tych sposobów organizacji pracy i piszę o tym, co zdołałem zapamiętać. Starsi pracownicy mówili o tym, że w poprzednim systemie był tygodniowy cykl pracy i "krótkie przejścia" przy przechodzeniu na inną zmianę, co było uciążliwe. To, co obecnie wygląda jak jakieś nadzwyczajne dobrodziejstwa, wtedy - w latach siedemdziesiątych - było normalną sytuacją uregulowaną prawnie. Pracownicy mieli ustawowo zagwarantowany 46-godzinny tydzień pracy: 5 dni w tygodniu po 8 godzin plus 6 godzin pracy w sobotę. Jeśli pracował ktoś dłużej, to nadwyżka była liczona jako nadgodziny. Ogólny przepis był taki, że za pierwsze dwie godziny pracy w ramach nadgodzin stawka godzinowa była o 50% wyższa niż normalna. Za następne godziny pracy w ramach nadgodzin stawka godzinowa była o 100% wyższa, niż normalna. Praca w sobotę powyżej 6 godzin liczyła się jako nadgodziny wynagradzane według stawki o 50% wyższej, niż normalna. Wynagrodzenie za pracę w niedziele i święta - o ile sobie przypominam - liczone było według stawek godzinowych o 100% wyższych, czyli - popularnie mówiąc - podwójnych. Z kolei za pracę w nocy też przysługiwały stawki wyższe, tak że najkorzystniej było pracować na nocki w niedziele. Gdy po roku 1980 zaczęto wprowadzać wolne soboty, to pojawiła się rozbieżność między czasem pracy pracowników dniówkowych i zmianowych zatrudnionych w ruchu ciągłym. Dniówkowi po prostu nie przychodzili w soboty. Zmianowi otrzymywali rekompensatę w postaci dodatkowych urlopów. Gdzieś w latach '80 (nie pamiętam, czy to było w czasie "karnawału Solidarności", czy też już po wprowadzeniu stanu wojennego, a może to było już po zmianie ustroju) zmieniono system rozliczania czasu pracy i szczegółowe rozliczenia zastąpiono ryczałtowym dodatkiem, zawierającym w sobie ekwiwalent wynagrodzenia za pracę w czasie nocnym oraz w niedziele i święta.
  22. Nowy kalendarz

    Zakłady o ruchu ciągłym musiały mieć zapewnioną stałą obsługę, niezależnie od systemu organizacji pracy tej obsługi. Gdy zaczynałem pracę, było wielu pracowników pamiętających poprzedni system - i oni chwalili sobie czterobrygadówkę. Co do pracy w święta - przecież było coś takiego, jak urlopy. A jeśli ktoś podejmował pracę zmianową, to wiedział, na co się godzi. Były sytuacje, gdy pracownik podejmował szkolenie wieczorowe lub zaoczne. To kolidowało z systemem pracy zmianowej, więc najczęściej był przenoszony na stanowisko, gdzie praca była na jedną zmianę (dzienną). Poza tym praca na zmiany była atrakcyjna finansowo. Stawki godzinowe za pracę w nocy lub za pracę w niedziele i święta były znacznie wyższe. I jeszcze ciekawostka: ponieważ w soboty pracownicy dniówkowi pracowali 6 godzin (od 7 do 13), a pracownicy zmianowi - 8 godzin, to te dodatkowe 2 godziny były rozliczane jako nadgodziny - z wyższą stawką.
  23. Nowy kalendarz

    To był system sprzeczny z kodeksem pracy. I trudno to nazwać czterobrygadówką. Mnie też zdarzyło się przez dwa tygodnie non stop pracować po 14 godzin na dobę, ale to była sytuacja nadzwyczajna - rozruch instalacji produkcyjnej. W latach sześćdziesiątych wprowadzono w zakładach o ruchu ciągłym (przynajmniej w branży chemicznej) czterobrygadowy system pracy zmianowej. Ten system funkcjonuje do dziś - i będzie funkcjonować w przyszłości. Opiera się na zasadzie czterodniowego cyklu pracy w rytmie: cztery dni pracy na zmianę nocną - dzień przerwy - cztery dni pracy na zmianę dzienną - dzień przerwy - cztery dni pracy na zmianę popołudniową - dwa dni przerwy. Ten system był obsługiwany przez cztery brygady pracowników na zasadzie: w danym dniu trzy brygady pracują na poszczególnych zmianach, a czwarta brygada odpoczywa. Gdy jakaś brygada kończy swój czterodniowy cykl pracy i ma mieć dzień wolny, to na jej miejsce wchodzi czwarta brygada, ta odpoczywająca. Ten system był lepszy od systemu trójzmianowego z trzema brygadami, gdzie były tzw. krótkie przejścia, ośmiogodzinne, a cykl pracy był tygodniowy. Każdy pracownik zmianowy dostawał harmonogram pracy czterobrygadowej na cały rok i w ten sposób wiedział, jak wypadnie mu praca na Wielkanoc, a jak - na Sylwestra. A co do kalendarza - na Taiwanie posługiwano się jeszcze niedawno (a być może jest stosowany nadal) kalendarz, w którym rok pierwszy - to był rok powstania Republiki Chińskiej. I to był kalendarz powszechnie stosowany, a nie tylko jakiś dodatkowy. W ten sposób tajwańscy pracownicy robiący notatki w raportach produkcyjnych w roku 1991 datowali swoje zapisy jako rok 81.
  24. Pod tym względem sytuacja Żydów nie była wyjątkowa. To samo dotyczyło Polaków.
  25. Jak to było z tymi kolejkami?

    Kolejne wspomnienie z dzieciństwa: codziennie rano około godziny szóstej mleczarka (kobieta sprzedająca mleko) przychodziła do naszego domu i nalewała półtora litra mleka do bańki wystawionej w sionce. Raz na miesiąc na pokrywce bańki kładło się odliczoną kwotę - należność za dostarczone mleko. Mleczarka przyjeżdżała wozem konnym ze wsi odległej o 10 kilometrów. Nigdy nie skarżyła się na kłopoty ze strony milicji. Nigdy nie było mowy o tym, że to jest działalność nielegalna. Więc skąd wiadomo, że dopuszczała się przestępstwa? A co do masła - ja po prostu nie lubię być oszukiwany, nawet gdy oszustwo ma być kluczowym dowodem na to, że wreszcie mamy ten wymarzony kapitalizm. I jeszcze jeden przykład z masłem: na początku lat dziewięćdziesiątych kupiłem kostkę masła produkcji nowej firmy (która zresztą działa do dziś i jest jednym z bardziej znanych producentów przetworów mlecznych). W domu po rozpakowaniu okazało się, że na powierzchni kostki masła widnieje szarozielona okrągła plama wielkości pięćdziesięciogroszówki. To była dorodna plama pleśni wspaniale rozwijającej się na tym maśle. Przez czterdzieści lat świadomego życia w Polsce Ludowej nie spotkałem się z takim przypadkiem. Masło zjełczałe - owszem, zdarzało się, ale spleśniałe - nigdy. Ani jako kupowane w sklepie, ani takie, które długo przeleżało się w domu. I wtedy zacząłem się zastanawiać: jakich świństw trzeba napakować do masła, aby masło zaczęło pleśnieć? I tu przechodzimy do problemu receptury. Umiejętne manipulowanie recepturą pozwala znacznie zwiększyć masę produktu przez wprowadzanie do niego różnych "wypełniaczy".
×

Powiadomienie o plikach cookie

Przed wyrażeniem zgody na Warunki użytkowania forum koniecznie zapoznaj się z naszą Polityka prywatności. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.