Skocz do zawartości

Domen

Użytkownicy
  • Zawartość

    331
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Domen

  1. W sensie brygadier Andersa (dowódca jednej z jego brygad). Może to i anachronizm, określanie dowódcy brygady brygadierem...
  2. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Spytałem na forum Axis History i odpowiedzieli mi, że "Strassenpanzer" (czyli podpis pod jednym ze zdjęć) tłumaczy się jako samochód pancerny. Spytałem też o typ tego dziennika lekarskiego. Tak więc "Strassenpanzer" zgadza się z relacją Bardzika. Nie wiem czy ta kwestia była już wcześniej wyjaśniona? Jeśli tak to sorry za wracanie do tego. PS: Na pytanie o typ dziennika (a raczej jaki doktor mógł go pisać na podstawie wyglądu dziennika) - nie wiedzą.
  3. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Inna możliwość jest taka, że w miejscu które widział autor "Unser..." rozstrzelano tylko pewną grupę, natomiast resztę ciał zwieziono tam z innych miejsc kaźni np. ciężarówkami, już po zastrzeleniu ich.
  4. Co do gen. Władysława Andersa: Anders - owszem - osobiście nie dał się rozbić. Gorzej ze sporą częścią jego żołnierzy. W dodatku z winy Andersa. Wieczorem 23 września zmienił nagle kierunek przebijania się i rejon koncentracji ustalone na odprawie z 22 września i nie czekając na resztę oddziałów ruszył na Puszczę Różaniecką (zamiast na Nowiny w Puszczy Solskiej). W dodatku nie wydał żadnych rozkazów tym spośród swoich oddziałów (gł. Wołyńska BK i BK Zakrzewskiego), które nadal toczyły walki, gdyż osłaniały jego akcję przebojową. Pułkownik Zakrzewski chyba słusznie oskarżył więc Andersa o to, że to przez jego postępowanie BK Zakrzewskiego została pobita. W rezultacie obie brygady musiały po raz kolejny przebijać przez pozycje niemieckie w tym samym rejonie i to na własną rękę. Ponadto obie brygady nie wiedziały (bo skąd), że Anders zmienił kierunek marszu. W efekcie jedynie 19 puł i resztki 2 dak z Wołyńskiej BK zdołały ponownie dołączyć do Andersa. Brygadier Zakrzewski surowo ocenił postawę generała: "Z przemówienia gen. Andersa widać było, że jest on zdecydowany nie wykonywać otrzymanego [od gen. Dęba-Biernackiego] zadania i nie chce bić się z Niemcami ani łącznie z wojskami Dęba-Biernackiego, ani łącznie z brygadami swego zgrupowania. Postanawia on natomiast przebijać się na Węgry, czym się da i jak się da, i przede wszystkim przebijać się samemu... Obecny na odprawie oficer łącznikowy gen. Dęba-Biernackiego (zdaje się ppłk Słowikowski) zwraca uwagę Andersowi, że w ten sposób piechota zostanie porzucona przez kawalerię. "Tak" - padła odpowiedź - "bo nic innego oprócz ruchu naprzód już wykonać nie mogę. Muszę iść na Węgry". W tej odpowiedzi i zarządzeniach, jakie zostały wydane kawalerii (a co potem potwierdził przebieg wypadków), tkwił wyraźny cel - za wszelką cenę na Węgry musi przedostać się sam Anders, a reszta to tylko asekuracja i osłona jego zamiaru. W tym rozkazie w całej pełni ujawnił się charakter Andersa." Jakby tego było mało to Anders - i jego niesubordunacja względem przełożonego, Dęba Biernackiego - jest odpowiedzialny za klęskę i zniszczenie 1. DP Legionowej w bitwie w rejonie Tarnawatka - Antoniówka. Już na odprawie wieczorem 22 IX Anders postanowił, że zignoruje rozkazy gen. Dęba. Dywizja ta od 22 września toczyła z powodzeniem zwycięskie walki z Niemcami, będąc cały czas w natarciu. Jednakże dobra passa nagle przeminęła: Oddajmy głos w tej sprawie dowódcy 1. Dywizji Piechoty Legionowej - gen. Kowalskiemu: "23 września o świcie oddziały dywizji przekroczyły szosę Zamość - Tomaszów Lubelski i posuwały się dalej. Wkrótce jednak rozpoczęły się przeciwnatarcia nieprzyjaciela świeżymi oddziałami podwożonymi samochodami spod Tomaszowa. Jak się póżniej bowiem okazało, zgrupowanie gen. Andersa, posuwające się w tym dniu w ślad za mną, natknęło się na oddziały nieprzyjaciela i zmuszone było zawrócić. Byłem więc zewsząd otoczony." Nie tyle zmuszone było zawrócić, co Anders tak sobie postanowił - zamiast niszczyć wroga i osłaniać tyły oraz skrzydła 1. DP Leg., co mu rozkazał Dąb. W rezultacie rozpoczęła się pod Tarnawatką - Antoniówką istna jatka, w wyniku której poległo co najmniej ok. 450 polskich żołnierzy (z czego do dziś tylko ok. 110 nazwisk zidentyfikowano, reszta to nieznani, pochowani głównie na cmentarzu w Antoniówce). Można szacować, że dwukrotnie więcej było rannych. Straty niemieckie pod Tarnawatką - Antoniówką 23 IX też były bardzo znaczne (nawet powyżej 200 poległych, a nie mniej niż 150) - ale co to zmienia? Jeszcze opinia T. Jurgi i W. Karbowskiego dotycząca walk gen. Andersa pod Krasnobrodem: "Analizując wykonanie zadania przez gen. Andersa stwierdzić musimy, że rozpoczęło się dobrze i rokowało duże nadzieje. Wykorzystał on bowiem istniejącą w niemieckich liniach lukę na odcinku Rachodoszcze - Feliksówka, dzięki której opanował przejścia nad Wieprz i rejon Ciotusza - Majdan Sopocki - Nowiny. Zaskoczył dowódcę VIII korpusu niemieckiego, gen. Buscha i zaangażowawszy wszystkie siły znalazł się pod Krasnobrodem w bardzo korzystnej sytuacji. Gdyby gen. Anders kontynuował swe natarcie z dążeniem do całkowitego pobicia nieprzyjaciela [zamiast decyzji o marszu na Węgry i to zaledwie częścią swoich sił, bez czekania na resztę - Domen], skutki mogłyby być daleko idące. Generał nie marzył już jednak o zwycięskich laurach, chciał wykonać pomyślnie tylko skromniutką akcję - przebicia się na Węgry [co mu się nie udało, było to zresztą oczywiste w obliczu szybkich postępów Armii Czerwonej - Domen]." Podsumowując - ani za dowodzenie ani tym bardziej za postawę żołnierską w bitwie pod Tomaszowem Lubelskim Andersowi laury się nie należą. PS: Straty krwawe (zabici i ranni) Niemców pod Tarnawatką były prawdopodobnie nieco większe niż pod Krasnobrodem (jest znanych więcej nazwisk niem. oficerów, którzy tam polegli) - co dowodzi ogromnej desperacji otoczonych ze wszystkich stron w dolinie i ostrzeliwanych ze wzgórz huraganowym ogniem artylerii, jednocześnie walcząc o każdy dom z niemiecką piechotą (zwłaszcza wieś Antoniówka przechodziła wiele razy z rąk do rąk), legionistów 1 DP. Natomiast kawalerzystom pod Krasnobrodem trzeba oddać, że wzięli bardzo dużo jeńców do niewoli i zniszczyli Niemcom sporo sprzętu i pojazdów. ----------------------------------------- Natomiast co do dowódcy kawalerii, który faktycznie nie przegrał żadnej bitwy we Wrześniu (nawet mniejszej) - w dodatku prawie cały czas jego oddziały walczyły w natarciu, poza jednym krótkim epizodem defensywnym pod Chruślinem i Piotrowicami w czasie pierwszej fazy bitwy nad Bzurą - był nim generał brygady Roman Abraham. Pobił w walce i pokonał najpierw m.in. całą Kampfgruppe Hartlieb z 4. Dywizji Pancernej, później oddziały m.in. 1. Dywizji Lekkiej i 29. Dywizji Zmotoryzowanej. Wywalczył sobie z powodzeniem drogę do Warszawy. Dlatego ze swojej strony dopisuję gen. bryg. Romana Abrahama do tej listy, a Andersa ja bym skreślił. Tutaj opinia o działaniach Abraham i jego oddziałów z książki "Lance do boju", str. 315 i 317: "Walczące w składzie Armii "Poznań" obydwie brygady kawalerii z powodzeniem wykonywały postawione przed nimi zadania bojowe, co było niewątpliwą zasługą doświadczonych dowódców, jak i doskonale wyszkolonych i bitnych żołnierzy. [...] Cały szlak bojowy Wielkopolskiej BK, poza przejściową obroną w rejonie Głowna, polegał na działaniach zaczepnych i kolejnych natarciach przeciwko nieprzyjacielowi stojącemu na drodze marszu odwrotowego na wschód. Z pewnością nieprzeciętną postacią był dowódca Brygady - gen. bryg. dr Roman Abraham. Rzutki, energiczny i doskonale zorientowany w szybko zmieniających się warunkach współczesnego pola walki, także osobistym przykładem i odwagą potrafił przełamać niejeden kryzys. Również dowódcy oddziałów oraz większość oficerów i podoficerów wykazywała dużą inicjatywę i zdecydowanie. Często właśnie brawura, mająca na celu podniesienie ducha żołnierskiego, była przyczyną dużych strat w korpusie oficerskim, szczególnie podczas działań zaczepnych. Przeciętne straty w kadrze dowódczej poszczególnych pułków wynosiły około 20 oficerów. Na wysokim poziomie było morale kadry podoficerskiej i szeregowych żołnierzy, którzy dali wiele przykładów odwagi i woli walki z najeźdźcą. Gen. Abraham dysponował świetnie funkcjonującym sztabem z mjr. dypl. Grzeżułką na czele. Duże trudności wystąpiły jednak w utrzymaniu łączności z dowództwem armii i podległymi oddziałami. Łączność radiowa, ze względu na nie najlepszą jakość sprzętu i możliwość podsłuchu, była stosowana rzadko. Łączność telefoniczna była najczęściej uszkodzona (naloty i działania dywersyjne), a łączność kablowa nie spełniała swego zadania podczas działań odwrotowych. Z tych powodów wzajemny kontakt utrzymywano prawie wyłącznie za pośrednictwem oficerów łącznikowych i gońców wyposażonych w dostępne środki transportu (pojazdy mechaniczne, konie). Przy drogach zatłoczonych uciekinierami posługiwanie się łącznikami powodowało często późne dostarczanie rozkazów ze szczebla armii. Bardzo źle przedstawiało się natomiast zaopatrzenie materiałowe i żywnościowe, a także ewakuacja sanitarna. Transport kolejowy przestał praktycznie istnieć w pierwszych dniach wojny, a konne tabory zaopatrzeniowe z trudem nadążały za oddziałami. Pochodzący w większości z mobilizacji tabor konny posuwając się po bezdrożach często się psuł i był narażony na naloty. Przebijając się przez Puszczę Kampinoską oddziały cierpiały nieraz głód i pragnienie. Poważnym problemem było także napojenie i wyżywienie koni. By utrzymać je w dobrej kondycji, od której wiele zależało, pułk kawalerii potrzebował dziennie około 4 ton obroku. Posiadane w taborach zapasy szybko się skończyły. Po drodze młócono więc zboże (zarówno na potrzeby piekarń polowych, jak i na obrok dla koni) oraz korzystano z zapasów chłopskich i dworskich. Najgorzej przedstawiała się jednak sprawa pomocy lekarskiej i ewakuacji rannych. Lżej ranni zabierani byli przez kolumny sanitarne, natomiast ciężko rannych umieszczano w szpitalach najbliższych miast lub nawet u osób prywatnych. W wielu przypadkach służba medyczna, mimo poświęcenia i ofiarności była bezradna, gdyż szybko zabrakło środków lekarskich. Mimo tego z Puszczy Kampinoskiej udało się wywieźć znaczną liczbę rannych i umieścić w szpitalach stolicy. Do tego celu użyto kolumn amunicyjnych. Pociski, które przez dziesiątki kilometrów wieziono z Poznania zostały zakopane, a ich miejsce zajęli ranni. Pomimo niedostatecznego wyżywienia i nadludzkiego zmęczenia, wola walki z najeźdźcą i karność w szeregach była tak duża, że odnotowano tylko nieliczne przypadki dezercji, a oddziały Wielkopolskiej i Podolskiej BK do końca działań wojennych zachowały wysoką dyscyplinę i zwartość organizacyjną." Nie brakuje też jednak negatywnej opinii gen. Rómmla o gen. Abrahamie (chociaż w świetle kontrowersyjnych poczynań Rómmla raczej nie jestem skłonny do dawania wiary jego wersji wydarzeń odnośnie Abrahama): Z artykułu pt. "Refleksje D - cy Armii "Łódź" i "Warszawa"": http://www.historycy.org/index.php?showtop...st&p=576524 "Bielany miały być obsadzone przez grupę gen. Knolla, a Palmiry przez Wielkopolską BK gen Abrahama, gdyż zdawałem sobie sprawę, że oddział Juniewicza jest za słaby. Ponieważ gen. Abraham nie zameldował się u mnie w Warszawie, jak to zrobili wszyscy inni generałowie, poczynając od Kutrzeby, liczyłem że wykonał on ten rozkaz i znajduje się gdzieś w rejonie Palmir. Lecz kiedy otrzymałem wiadomość, że mjr Juniewicz i jego oddział zginęli w nierównej walce,wykonując bez reszty rozkaz po żołniersku, zacząłem rozpytywać się,gdzie jest gen. Abraham ze swoją brygadą? Gen. Kutrzeba zażenowany moim zapytaniem, opowiedział mi, że gen Abraham, otrzymawszy taki rozkaz, zaprotestował gwałtownie, żądając rozkazu pisemnego, a gdy go od gen. Kutrzeby otrzymał, chyłkiem zamiast do Palmir, pojechał do Warszawy, do hotelu, gdzie się zadekował, iż go już więcej nie zobaczyłem. Gen. Kutrzeba w swoich pamiętnikach wspomina o tym i dodaje, że gen. Abraham zameldował mu, jakobym ja zwolnił go od tego obowiązku. (s 183) Stwierdzam, że tego nie uczyniłem, bo przecież Palmiry stanowiły dla obrony Warszawy obiekt tak ważny, że gdyby Wielkopolska BK nie była w stanie tego wykonać,to miałem jeszcze do dyspozycji gen. Altera z jego doskonałą 25 DP." Już prędzej byłbym (i nawet jestem) skłonny uwierzyć w tłumaczenia gen. Rómmla odnośnie wydarzeń w Armii "Łódź" w dniach 5 i 6 września niż w ten opis rzekomych działań Abrahama i rzekomego niewykonania rozkazu.
  5. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Nie wspominając już o tym, że fragment z "Unser..." mówiący że "ujrzałem w rowie 300 rozstrzelanych polskich jeńców" należy traktować z pewną rezerwą (jak i wszystkie inne dane liczbowe wynikające z szacunkowej oceny), gdyż nawet jeśli świadek zobaczył w rowie (np. 100-metrowej długości, o jakim pisze Zuba) wielu zamordowanych jeńców, to z pewnością dokładnie ich nie policzył - więc liczba 300 to w najlepszym wypadku szacunek. Jasnym jest, że taki widok musi być szokujący - a wrażenia zmysłowe odebrane przez człowieka będącego pod wpływem szoku są odbierane w sposób zniekształcony, często wyolbrzymia on ich skalę (stąd "300 ciał"). Być może świadek najpierw zobaczył jeden rów z dużą ilością ciał, a później obiło mu się gdzieś o uszy, że zginęło w tamtej okolicy około 250 - 300 Polaków (jak podają niemieckie źródła) - więc nie myśląc zbyt wiele od razu przyporządkował zasłyszaną liczbę do makabrycznego i wstrząsającego widoku jaki wtedy ujrzał. To bardzo prawdopodobne. Wiadomo przecież, że relacji tej nie spisał tego samego dnia lub na drugi dzień po bitwie tylko później. Chociażby z tego prostego faktu, że żołnierze na froncie nie mają przy sobie maszyn do pisania. ------------------------- Na koniec podam jeszcze taki przykład: Adam Epler napisał o boju pod Milanowem z Sowietami: "Dobre ponad sto trupów żołnierzy sowieckich zostało na polu walki. [...] Straty nasze były minimalne: 1 oficer 179 pp ranny, kilku strzelców zabitych i rannych w obu pułkach." Tymczasem źródła rosyjskie podają, że pod Milanowem stracili oni 36 żołnierzy zabitych (nie licząc 41 rannych). A przecież Epler raczej nie był pod wpływem szoku po zwycięskiej bitwie - mimo to znacznie przeszacował liczbę trupów.
  6. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Tomaszu, przeanalizowałem dokładnie całą relację Ciesielskiego. I moim skromnym zdaniem ona właśnie potwierdza - a nie obala - moją tezę o początkowym nie braniu jeńców do niewoli (natomiast później - może po interwencji Joachima Lemelsena - zaprzestano ich zabijać). W dodatku Tomaszu, w opracowaniu twierdzisz (str. 24), że relacje które wspominają o małych grupkach jeńców lub wręcz pojedynczych żołnierzach rozwalanych tu i tam, zaprzeczają tezie o mordzie i o 300 jego ofiarach. Ja tak wcale nie uważam - czy rozwalano pojedynczo, czy 300 naraz, czy w mniejszych grupach (jak dużych - kilka / kilkanaście / paredziesiąt / kilkadziesiąt / 100) - to wszystko NIE determinuje ogólnej liczby ofiar! Przykładowo - Ciesielski najpierw pisze (przeanalizujmy jego relację pod tym kątem): "W głębi lasu, gdzie było dowództwo, zgromadziło się około 100 naszych żołnierzy (...) W tym momencie zauważyłem ppor. rez. Stanisława Pińskiego z Piotrkowa, z naszego pułku. Zaproponowałem mu trzymanie się razem, nawet wówczas gdybyśmy mieli zginąć. Mieliśmy tylko jeden ręczny granat zaczepny. Postanowiliśmy wejść w bardzo gęste kolące krzaki i tam poczekać do wieczora. (...) " Jak widać Polacy nie stawiali już Niemcom oporu, tylko gromadzili się grupkami w głębi lasu, próbując przetrwać i uniknąć śmierci. To był ich jedyny cel. Słaby opór polski w czasie drugiej walki potwierdzają też źródła niemieckie (np. historia 29. DP). Zresztą Polacy nie mogli stawiać oporu, bo nie mieli amunicji (sam Ciesielski wspomina, że jemu oraz grupce jego kolegów + ten oficer, został 1 granat i 0 amunicji do kb - prawie zupełny brak amunicji do kb oraz granatów ręcznych już na początku drugiej walk - a co dopiero pod koniec - potwierdza też Bardzik). Skoro Polacy nie walczyli, tylko chowali się w krzakach lub poddawali (niemiecka relacja Juliusa Schmidta - chyba nie przekręciłem nazwiska - wspomina bodajże o grupkach nawet po 20 Polaków poddających się nagminnie nawet pojedynczym Niemcom !!!) - to automatycznie nie mogli stracić 300 zabitych w boju (pamiętaj, że w pierwszej walce zginęło tylko kilku - skąd więc nagle 295 w drugiej walce, gdzie opór był dużo słabszy ?!). Ciężkie straty w przegranej walce może ponieść tylko oddział, który stawiał zaciekły opór. Jeśli prawie nie stawiał oporu, to nie mógł ponieść tak dużych strat w wyniku bezpośredniego boju (a przypomnę że w pierwszej walce poległo tylko kilku Polaków a kolejnych kilkunastu było rannych - w dodatku część z nich od "friendly fire"). Jedźmy więc dalej z analizą relacji Cieselskiego: "Wokół było słychać jakieś serie z broni automatycznej i krzyki rozpaczy polskich żołnierzy." Co to oznacza? Żołnierze polscy nie próbowali już stawiać oporu - jasno to wynika z tego co napisałem wyżej. Ponadto - żołnierze, którzy walczą a nawet tacy, którzy w walce umierają, nie wydają krzyków rozpaczy, co najwyżej jęki bólu. To już kolejny dowód, że Niemcy nie brali Polaków do niewoli, tylko zabijali jak leci. Krzyki rozpaczy to może być płacz albo wołania typu "Nie! Oszczędź mnie! / Nie zabijaj!" - , a nie "Aaaaa!", etc. Idziemy dalej z relacją Cieselskiego: "Po upływie pół godziny około godz. 16.00, wbrew naszym nadziejom, przyszło do nas, przez te same gęste, kolczaste krzaki, trzech młodych oficerów niemieckich z dwoma żołnierzami. Najpierw nas zrewidowano, później oficer pytał po niemiecku i pokazywał na mapę. Nie rozumieliśmy i wtedy użył kilku wyrazów czeskich (...) Może dzięki temu uniknęliśmy zastrzelenia w pierwszej chwili ?" Jakie wnioski powinny wypłynąc z tego fragmentu?: - w ciągu tych 30 minut wszelkie "walki" (a raczej rozstrzeliwania krzyczących z rozpaczy, próbujących się poddać lub ukryć lub uciec - polskich żołnierzy) całkowicie wygasły. Skąd taka konkluzja? Po pierwsze - Ciesielski nie pisze o żadnych dalszych odgłosach czy też zgiełku dookoła. Po drugie - i ważniejsze - trzej niemieccy oficerowie nigdy nie zjawiliby się razem i jednocześnie w tym samym miejscu gdyby dookoła cały czas toczyły się walki lub jakakolwiek inna zawierucha (utrata 1 oficera to wielka strata - a co dopiero jednoczesna utrata od jednego pocisku lub granata 3 lekkomyślnych oficerów - w dodatku za darmo, bez żadnej korzyści, bo z powodu zwykłej głupoty -, którzy takie głupstwo popełniają, zamiast wysłać tam szeregowców / podoficerów). - po drugie, Niemcy (a raczej Niemcy i Czesi - bo był wśród nich jeden Czech, jak twierdzi Ciesielski) byli mocno zdziewieni faktem, że w tym miejscu (w krzakach) są jeszcze jacyś żywi Polacy. Zapewne przeczesywali okolicę w poszukiwaniu trupów (może chcieli je policzyć) lub rannych (może chcieli ich dobić / udzielić pomocy). Natomiast ci oficerowie zapewne przybyli na inspekcję pobojowiska i aby skontrolować jak idzie przeczesywanie. - po trzecie, Ciesielski sugeruje, że nie zabito go od razu (tylko wzięto do niewoli), bo oficer, który odnalazł jego kryjówkę, był Czechem a nie Niemcem (a tym samym Ciesielski sugeruje również, że nie był to Nazista). ----------------------- Dalszy fragment relacji Ciesielskiego - już po wzięciu go do niewoli: "Zaprowadzono nas do środka lasu gdzie było już kilkudziesięciu kolegów i rannych. Wszystkim kazali zdjąć mundury, niektórzy hitlerowcy obchodzili się z nami brutalnie. Nikt z nas nie domyślał się po co kazano nam zdjąć mundury w lesie." Do tego fragmentu nie mam (przynajmniej na razie) żadnych szczegółowych uwag, poza taką, że relacja Ciesielskiego wyraźnie i jednoznacznie potwierdza to co mówi "Unser..." o zdejmowaniu bluz mundurowych. Jedziemy więc dalej: "Grupami wyprowadzano nas z rękami do góry z różnych punktów lasu, na pole, a właściwie rżysko, około 100 m od drogi głównej Lipsko ? Ciepielów." Ciesielski wyraźnie pisze tutaj o wielu grupach - a więc grup jeńców było wiele (zapewne rozdzielono tamtą grupę zgromadzoną wcześniej w środku lasu wraz z rannymi) i różne grupy jeńców wyprowadzono do różnych punktów lasu i okolic lasu. Akurat jego grupę, wcześniej wydzieloną z tej większej w środku lasu (do której dołączono następnie jakieś mniejsze z innych punktów lasu) wyprowadzono w to miejsce - 100 metrów od głównej drogi Lipsko - Ciepielów. Pod koniec swojej relacji Ciesielski potwierdza, że jeńców podzielono na wiele grup po czym zaprowadzono w wiele różnych miejsc (od głębi lasu poprzez skraj lasu i obszar wzdłuż szosy) - o czym za chwilę. Dalszej części relacji nie będę już - na ten moment - cytował. Dodam tylko, że akurat grupy Ciesielskiego ostatecznie nie rozstrzelano, mimo karygodnego traktowania tych jeńców, gróźb, ustawiania w szeregu pod lufami 4 ckm i w dodatku nieudzielania przez ponad 1,5 h pomocy tamtym rannym i umierającym polskim żołnierzom, których widział Ciesielski gdy stawiano go pod lufami ckm. Być może do faktu nie rozstrzelania grupy Ciesielskiego przyczynił się - o czym już wyżej wspomniałem - generał Joachim Lemelsen. Może następnie ten sam Lemelsen przyjechał osobiście sprawdzić co się dzieje (i może to właśnie jego widział Ciesielski pośród grupy wysiadających z samochodów wyższych oficerów niemieckich). Ale inne grupy - które zabrano do innych punktów lasu - zapewne zabito, gdyż Ciesielski pisze wyraźnie, że po przetransportowaniu jego grupy do Lipska, zobaczył tam jedynie 1/3 tej grupy jeńców (oddziału), którą początkowo zgromadzono w środku lasu razem z rannymi tuż po wzięciu Ciesielskiego do niewoli. Czyli chronologicznie od momentu wzięcia Ciesielskiego do niewoli układa się to wszystko następująco: 1. Główna / e grupa / y jeńców zebrana / e na kilku (jednym) punktach (punkcie) zbornych / ym (akurat grupa z Ciesielskim została zebrana w środku lasu - lasu Dąbrowa) 2. Grupy jeńców rozdzielone na mniejsze i zasilone małymi grupkami z innych punktów lasu - zapewne dlatego, że mniejsze grupy łatwiej jest rozstrzelać nie zostawiając śladów i świadków niż jedną dużą 3. Grupa w której jest Ciesielski oczekuje 1,5 h na wyrok, ale nie zostaje on ostatecznie wykonany, do czego być może przyczyniła się ekipa wyższych oficerów, która następnie przyjechała osobiście rozpoznać sytuację 4. Grupa Ciesielskiego jest załadowana na samochody i ponownie zebrana razem z innymi grupami - w Lipsku 5. Ciesielski jednak widzi (i nie tylko on - żołnierze wszędzie o tym dyskutują), że jeńców po zebraniu ich w Lipsku jest tylko pomiędzy 1/3 a 1/2 tej liczby, którą początkowo widział w lesie tuż po wzięciu go do niewoli I na sam koniec - Ciesielski pod koniec swojej relacji wyraźnie podkreśla to o czym pisałem wyżej - czyli że jeńców podzielono i zabijano grupami (a nie w jednej, ogromnej, 300-osobowej grupie) w wielu miejscach: "Zaczęły krążyć przerażające wieści o rozstrzelaniu połowy naszego oddziału, dużymi grupami, w lesie i na skraju lasu, wzdłuż szosy (...). Słowo "dużymi" to w tym przypadku pojęcie zupełnie względne (mogło być po kilkunastu, mogło po parudziesięciu - Ciesielski i tak nie widział tych grup, poza swoją własną, zapewne parodziesięcioosobową). W każdym razie mord pod Ciepielowem to najprawdopodobniej początkowo zabijanie pojedynczych, próbujących się poddać żołnierzy w trakcie "oczyszczania" lasu Dąbrowa - następnie natomiast podzielenie grupy tych, którzy przetrwali początkowe "polowanie na ludzi" i zostali wzięci do niewoli / schwytani w swoich kryjówkach na (zapewne) kilkanaście mniejszych grup - i na samym końcu eliminacja kilku spośród nich w różnych miejscach. Pozostałe grupy nie zostały wyeliminowane, lecz zebrane z powrotem "do kupy" - tym razem w Lipsku. Być może stało się tak za sprawą interwencji Lemelsena? To by było (jak na razie) na tyle. Moim zdaniem układa się to w całkiem spójną, logiczną całość (być może jednak nie orientuję się w pełnym stopniu w pewnych źródłach, informacje z których mogłyby ewentualnie tą logiczną całość podważyć). Na sam koniec chciałbym coś bardzo wyraźnie podkreślić: Taka jest moja teoria - nie twierdzę, że tak na 100% było i jest to prawda objawiona (to na wypadek gdyby mogło się Wam tak właśnie wydawać po przeczytaniu któregoś z fragmentów powyższej wypowiedzi). Być może przeoczyłem pewne fakty i być może informacje z innych relacji / źródeł obalają to co wywnioskowałem z dotychczas mi znanych, które przeanalizowałem. Jeśli tak to proszę o korektę. Z niecierpliwością czekam na odpowiedzi i komentarze, zwłaszcza od was, Tomaszu i Atrixie. -------------- Edit: Atrix napisał: Pełna zgoda, Atrixie. Logiczny wniosek. Informacja - nawet jeśli przeradza się w plotkę - nie powstaje samoistnie. I Salomon z pustego nie naleje. Coś musi więc być na rzeczy.
  7. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Mam jeszcze takie pytanie: Skąd (i czy w ogóle) wiadomo, że osoba widoczna na piątym zdjęciu monachijskim to Walter Wessel?
  8. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Może źle zinterpretował informacje lub się przejęzyczył. Lekarz dywizji a lekarz dywizyjny to dwie rózne rzeczy. Lekarzem dywizji jest każdy lekarz w niej służący. Lekarzem dywizyjnym jest główny lekarz danej dywizji.
  9. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    No tak - ale co świadczy o tym, że był on lekarzem dywizji a nie np. pułku albo jakiegoś stopnia pośredniego?
  10. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    A mam takie pytanie - Tomaszu, wiesz jaka tam jest liczba Tote podana w jego dzienniku pod datą 11.09.39? Bo z opracowania nie można się rozczytać z powodu białej plamy / dziury po dziurkaczu. Ale liczba rannych jest 18 więc wnioskuję że pewnie albo kilku albo 10 - kilkunastu zabitych. I jeszcze jedno - czy dysponujesz może całym tym dziennikiem, a nie tylko za okres 8 IX - 13 IX? Wtedy można by porównać z danymi dot. strat 29. DP przytoczonymi przeze mnie wyżej. To by ostatecznie wyjaśniło czy lekarz podaje pełne straty całej dywizji czy tylko niektórych jednostek a nawet samego 15 PP. ---------------------------------------------- Edit: Moim zdaniem ten dziennik to jednak jest dziennik lekarza pułkowego a nie dywizyjnego. Dlaczego tak sądzę? Po pierwsze, czy lekarz dywizyjny napisałby w swoim dzienniku: "Przez lekarza naczelnego i na rozkaz lekarza dywizji zostaje w majątku Daniszów [...]" Czyli pisze o sobie samym w trzeciej osobie? Co najmniej dziwne. Po drugie: W tym całym dzienniku na dole każdej strony jest napisane odnośnie rubryki dotyczącej zużycia amunicji: " **) bis Regt. [...] " - Regt. to skrót od Regiment (pułk), nie Division. Po trzecie: Praktycznie nic tam nie ma o działaniach innych jednostek dywizji, a jedynie 15 PP Zmot. i jednostek które go wspierały (czyli Aufklarungs Abteilung 29. oraz te dwa dywizjony artylerii - jeden lekki i jeden ciężki). Ale zostawiam ostateczny głos w tej sprawie Tomaszowi bo to on jest posiadaczem dziennika.
  11. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Ja nie mam pojęcia czy to był lekarz dywizji czy pułku. To Ty napisałeś w opracowaniu, że to był lekarz dywizji. Mi nic na ten temat nie wiadomo. Co do strat niemieckiej 29. Infanterie-Division (mot.) - mam dane dotyczące strat tej dywizji za okres 01.09.1939 - 28.09.1939 (czyli bez Kocka). Wg. dokumentu z rolki mikrofilmu 10. Armii (T312/76/7596575): 279 poległych (w tym 16 oficerów), 37 zaginionych (w tym 1 oficer), 434 rannych (w tym 15 oficerów) = 750 Czyli straty znaczne - średnio dziennie wychodzi 11,3 zabitych lub zaginionych oraz 15,5 rannych. Ale przecież nie każdego dnia ta dywizja toczyła ciężkie walki, np. takie jak w lesie Dąbrowa.
  12. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Tomaszu, na stronie 11 opracowania napisałeś: "Błędna jest również ilość zabitych. Bo jakim cudem miała ich czternastu 10. kompania, jeżeli cały pułk miał ich jedenastu?" Ale coś mi tu nie gra. W dzienniku niby lekarz 29. DP pisze, że Inf.Rgt 15. miał tego dnia 11 zabitych i 18 rannych, ale przecież tuż obok podaje straty jako 11 + 10 = 21 zabitych oraz 18 + 4 + 11 = 33 rannych. Czyli jednak więcej. Zapewne pierwsza liczba (11 Tote + 18 Verwundete) oznacza albo straty 10. kompanii albo straty w czasie pierwszego ataku, natomiast druga liczba (10 Tote i 4 + 11 = 14 Verwundete) oznacza albo straty 9. kompanii albo straty w czasie drugiego (zakończonego sukcesem) ataku. Jeżeli straty odnoszą się do dwóch kolejno przeprowadzonych ataków (co uważam za bardziej prawdopodobne), to w takim razie nie widzę przeszkód żeby 10. kompania nie mogła stracić 14 poległych. W dodatku może to wyjaśniać dlaczego lekarz niemiecki początkowo określił straty jako 11 zabitych - po prostu kiedy robił ten wpis, nie miał jeszcze informacji o stratach poniesionych w czasie drugiegio natarcia. Kiedy już takie informacje otrzymał, wykonał odręczny dopisek pod poprzednio podanymi liczbami - przemawia za tym także podwójnie podana liczba rannych (4 a następnie jeszcze + 11). Jeżeli natomiast pierwsza liczba odnosi się do strat 10. kompanii a druga do strat 9. kompanii (co też jest możliwe), to zabitych z jakiegoś powodu jest 11 a nie 14 - może lekarz popełnił literówkę i zamiast 4 wpisał 1? Poza tym było już tutaj pisane, że łącznie ekshumowano 28 żołnierzy niemieckich (w tym 1 samobójca). Zapewne wliczają się w to również straty innych jednostek jakie brały udział w tej walce (m.in. Aufkl.Abt.). Inne wyjaśnienie jest takie, że początkowe raporty lekarza podają niekompletne dane - a de facto poległo w 15. Inf.Rgt. 28 ludzi. A co podaje na temat strat Inf.Rgt.15 oraz 29. DP ogółem w tamtych walkach historia 29. DP? No i jeszcze jedna sprawa - straty z 9 września, wymienione w dzienniku lekarza - gdzie je poniesiono ???
  13. Rozumiem to, ale Twoje tezy z poprzedniego postu (Post numer 1301) to wcale nie mniejsze "domniemania i uogólnienia", niż moja teza dotycząca zabijania przez Niemców poddających się żołnierzy polskich. Poza tym ewentualne pozostawienie w lesie ponad setki rannych też nie przysparza chwały Wehrmachtowi. To akurat jest trafna puenta. Moim zdaniem określanie całego Wehrmachtu jako zbrodniczy lub niezbrodniczy to już uogólnienie. Wszystko nie jest takie jednoznaczne.
  14. A dlaczego wszyscy pozostawieni ranni mieliby umrzeć w lesie? Jaka jest proporcja pomiędzy ciężko rannymi a lekko i "średnio" rannymi? Zwykle liczba ciężko rannych nie przekracza 50% wszystkich rannych (a najczęściej jest jeszcze mniejsza). Przykładowo - żołnierz, który dostał pociskiem z ckm w nogę i kula pogruchotała mu kość, nie jest w stanie się ruszać, ale szansa że taka rana spowoduje jego śmierć - nawet gdyby nie udzielono mu pomocy - jest mała (chyba że kula przebiła tętnicę). Z pewnością 100% nie było na tyle ciężko rannych, żeby umrzeć. Las Dąbrowa w Polsce w miesiącu wrześniu to nie są spartańskie warunki dżungli na Guadalcanal czy tajgi w Finlandii w czasie Wojny Zimowej. Po drugie - znacznie bardziej prawdopodobne jest, że zostaną liczni i bezpośredni świadkowie (uczestnicy wydarzenia) pozostawienia w lesie ponad setki rannych bez opieki medycznej na pastwę losu, niż że zostaną jacykolwiek świadkowie przeprowadzenia mordu na żołnierzach, którzy próbowali się poddać. Tymczasem nie ma chyba jakichkolwiek świadków, którzy by zeznali, że walczyli w Dąbrowie i zostawiono ich na pastwę losu w lesie po tym jak zostali ranni. Czyli bardziej prawdopodobne że wszystkich rannych dobito. PS: Tomaszu, czasami mam wrażenie, że za bardzo (za zbyt wysoką cenę - utratę obiektywizmu) - bronisz rzekomej "rycerskości" żołnierzy niemieckiego Wehrmachtu w Polsce, rzekomo "większej" niż w innych armiach (gdzie bestialstwa też się przecież zdarzały). Pamiętaj, że w Wehrmachie Anno Domini 1939 byli zarówno oficerowie "starego, pruskiego typu" - czyli ceniący sobie honor żołnierski i zasady sprawiedliwej wojny, jak też bardzo liczni "oficerowie nowego typu" - po prostu bestialscy i wychowani przez chorą ideologię Naziści. Co więcej - mimo że kiedyś Niemcy zaprzeczali swoim zbrodniom w 1939 roku, to najnowsze publikacje niemieckie (Jochen Böhler, "Auftakt zum Vernichtungskrieg" - "Preludium Wojny na Wytępienie") potwierdzają, że już wtedy zaczęły się bestialskie praktyki stosowane później w czasie walk w Rosji, zwłaszcza w 1941 roku. To tak na marginesie.
  15. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Dodam jeszcze, że to może wyjaśniać, dlaczego brak jest śladów jakiegokolwiek rowu wypełnionego setkami ciał żołnierzy, rozstrzelanych w jednym miejscu. "Rozwalanie" niedoszłych jeńców lub żołnierzy schwytanych niedługo przed zamordowaniem "gdzie popadnie" po części wyjaśniałoby brak takiego miejsca masowej kaźni.
  16. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Czyli mamy nawet potwierdzenie w relacji świadka. Btw - zabijanie żołnierzy poddających się lub rannych leżących na ziemi i nie będących w stanie dłużej walczyć, tak jak pisałem wyżej, jest znacznie łatwiej "zamaskować" (i następnie napisać, że ci żołnierze zginęli w walce), aniżeli zaplanowaną i zorganizowaną egzekucję na 300 jeńcach, podobną do zbrodni katyńskiej.
  17. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Przede wszystkim to w każdej normalnej bitwie wojska walczące tracą około dwukrotnie więcej rannych niż zabitych (czyli jeżeli było 250 zabitych to powinno być 400 - 500 rannych - i to wcale nie rannych śmiertelnie, tylko takich co przeżyją - a na pewno ogromna większość z nich). Co innego w przypadku ofiar mordów. A teraz odpowiedzcie mi proszę na pytanie - ilu było rannych polskich pod Ciepielowem? Co zrobili z nimi Niemcy? Setek rannych nie da się "ukryć" (chyba że ich zamordowano) - jeśli faktycznie Polacy mieli tak wysokie straty w zabitych, to rannych powinny być setki - a dla setek rannych konieczny jest jakiś szpital i pomoc medyczna. Bez echa nie powinno to przejść w źródłach. A chyba przeszło. Jeśli nie to gdzie jest opisany sposób w jaki Niemcy udzielali pomocy medycznej naszym rannym? A może wcale im nie udzielili pomocy, tylko ich dobili? Cytat z tego tematu: https://forum.historia.org.pl/index.php?sho...&start=1290 Natomiast jeśli źródła niemieckie wspominają o 250 zabitych i zupełnym braku rannych (lub przynajmniej znacznie mniejszej ilości rannych niż zabitych, jeśli przyjąć wersję tłumaczenia "250 jeńców, w części rannych" zamiast "250 śmiertelnie rannych"), to znaczy, że albo część spośród tych 250 zabitych to zamordowani po wzięciu do niewoli, albo tak zwani "Shot on the spot" - czyli zabici w trakcie poddawania się (innymi słowy - Niemcy nie brali żadnych jeńców, przynajmniej do pewnego momentu - być może tą rzeź bezbronnych przerwał Lemelsen, o czym napisano wyżej, zakazując "Shot on the spot" - i tylko dlatego ostatecznie Niemcy wzięli do niewoli pewną liczbę Polaków). Tak czy inaczej - "Shot on the spot" - czyli nieuznawanie poddawania się przeciwnika, nie branie jeńców, jest tak samo niezgodne z prawami wojny jak mordowanie jeńców już wziętych do niewoli - lecz znacznie trudniejsze do wykrycia i udowodnienia, gdyż zwykle świadków nie ma a trudno jednoznacznie określić kto zginął stawiając opór, a kto zginął w czasie próby poddania się lub został dobity kulką w łeb leżąc na ziemi ciężko ranny. Jednym z podobnych przykładów - gdzie Niemcy nie uznawali brania Polaków do niewoli - jest w kampanii wrześniowej bitwa pod Seroczynem, toczona przeciwko Dywizji Pancernej "Kempf". Tam straty polskie wyniosły wg. źródeł polskich 146 zabitych oraz 40 rannych (zwraca uwagę proporcja zabici - ranni, rannych jest zdecydowanie mniej, co zapewne wynikało właśnie z "Shot on the spot") a wg. relacji niemieckich 300 zabitych. Bitwę pod Seroczynem oczywiście wygrali Niemcy, ale jeńców żadnych w jej wyniku nie wzięli (mimo długotrwałego pościgu za wycofującymi się Polakami z użyciem czołgów i "oczyszczania terenu" z użyciem czołgów). Natomiast straty Niemców pod Seroczynem były również znaczne, ale proporcja zabici : ranni była całkowicie odwrotna niż u nas - Dywizja "Kempf" straciła tam (wg. źródeł niemieckich) 40 zabitych i 120 rannych !!! Longinówka to "Last Stand", gdzie Polacy zostali otoczeni przez czołgi wsparte piechotą z 4 stron. Poza tym Niemcy mieli tam niemałe straty bo stracili około 40 pojazdów (w tym wiele czołgów) i zapewne kilkudziesięciu zabitych i dwukrotnie więcej rannych (moim zdaniem - dokładnych danych o stratach w ludziach nie mam, mam jedynie dane dotyczące strat 1. Dywizji Pancernej za całą kampanię i na tej podstawie szacuję). Moim zdaniem to bardziej podobne do Ćwiklic niż do Ciepielowa - gdzie Niemcy czołgów nie mieli. Apropos Ćwiklic - nawet pod Ćwiklicami, jak sam pisałeś Tomaszu, było 2 razy więcej rannych polskich niż zabitych. Ponadto istnieją opisy udzielania im pomocy medycznej przez Niemców (cytowałeś je nawet na forum). Tymczasem pod Ciepielowem czy też pod Seroczynem sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Może więc Ciepielów to nie był mord na setkach jeńców lecz raczej mord na setkach NIEDOSZŁYCH jeńców? - to znaczy "Shot on the spot" ("Rozstrzeliwanie po zauważeniu" - w dosłownym tłumaczeniu, w mniej dosłownym - "Rozwalanie gdzieś na boku pod płotem" lub jeszcze na polu walki, po prostu nieuznawanie podniesionych rąk). Co sądzicie o takiej interpretacji wydarzeń? ------------------------------ Edit: Dodam jeszcze, że w przypadku Bitwy pod Seroczynem źródła niemieckie (a konkretniej oficer Dywizji Pancernej "Kempf", Wimm Brandt, w swoich wspomnieniach pt. "Eine motorierte Aufklarungsabteilung in Polenfeldzug", na stronach 191 - 192) jednoznacznie potwierdzają fakt zabijania przez Niemców wszystkich - nawet poddających się i dopadniętych w pościgu lub schwytanych leżących na ziemi rannych - żołnierzy polskich i nie brania przez stronę niemiecką w trakcie tej bitwy jakichkolwiek jeńców. Brandt wspomina też, że z powodu takiego postępowania u pewnej części (a może nawet większości) żołnierzy niemieckich było po bitwie - cytuję - "WIELKIE ROZGORYCZENIE" Tutaj można dodać, że takie samo rozgoryczenie wprost emanuje z relacji anonimowego autora "Unsere..." !!!
  18. Mord pod Ciepielowem - opracowanie

    Tomaszu, co do Twojego komentarza w przypisie numer 39 na stronie 20 "Mordu pod Ciepielowem", to nie zgodziłbym się z taką interpretacją. Nie zapominaj, że pod Ćwiklicami Niemcy mieli czołgi a Polacy piechotę zaskoczoną w trakcie przciwnatarcia w szczerym polu, przyciśniętą ogniem ze wszystkich stron do płaskiego, odsłoniętego pola. Tak więc do ogromnej przewagi technicznej i faktu, że Niemcy praktycznie nie użyli tam siły żywej a jedynie same czołgi, dochodzą jeszcze niekorzystne dla obrońców warunki terenowe i sytuacja ogólna. Tutaj natomiast Niemcy walczą w lesie z dobrze ukrytymi polskimi obrońcami, używają do tego celu siły żywej (co prawda zmotoryzowanej), zamiast nielicznych czołgistów chronionych przez pancerze licznych czołgów. Pod Ćwiklicami straty Niemców w sile żywej były znacznie mniejsze, ale za to utracili oni tam kilkanaście czołgów rozbitych - niewliczanie czołgów do rachunku strat starcia wojska pancerne vs piechota to imho błąd. To tak jakby pominąć fakt, że na Okinawie Amerykanie stracili minimum 221 Shermanów (z około 800 użytych) - przy 15-stokrotnie mniejszych stratach w czołgach u Japończyków (co źródła amerykańskie zresztą czynią). Dlatego uważam ten komentarz za niezbyt trafny. Nie można starcia samych Panzerów z piechotą w otwartym polu porównywać do starcia piechoty z piechotą w lesie, nawet gdy strona atakująca ma przewagę ogniową. Owszem - pod Ciepielowem w trakcie drugiego natarcia Niemców Polacy nie mieli już amunicji, więc na pewno straty niemieckie w czasie tego natarcia były znacznie mniejsze od naszych, ale mimo to taki stosunek strat w sile żywej - mowa o stratach w walce, bez zamordowanych - jak pod Ćwiklicami jest zupełnie nieprawdopodobny.
  19. MG 34 to raczej broń automatyczna samoczyna a nie samopowtarzalna: http://www.opisybroni.republika.pl/Auto%20Bron.html Ale Atrix moim zdaniem ma rację - częściej stosuje się określenia broń automatyczna w stosunku do PM niż do CKM. Mając na myśli CKM mówimy raczej o [ciężkiej] broni maszynowej. Niemieckie oddziały pod Ciepielowem dysponowały przecież pistoletami maszynowymi.
  20. A tutaj kilka informacji o tym jak ta liczba - 8773 - rozłożyła się między poszczególne jednostki: http://www.dws.org.pl/viewtopic.php?f=95&a...039&start=0
  21. Jeśli chodzi o straty 3. Dywizji Lekkiej pod Iłżą, to tak jak pisze Atrix, Polacy naliczyli po bitwie 87 grobów niemieckich, natomiast źródła niemieckie mówią o 179 rannych z 3. Dywizji Lekkiej przewiezionych w trakcie lub po walkach pod Iłżą do szpitala w Ostrowcu - czyli co najmniej tylu rannych miała ta dywizja w bitwie w rejonie Iłży, ale prawdopodobnie więcej (jako że lekko rannych zapewne nie przewożono do tego szpitala). Z kolei w bitwie w rejonie Samsonów - Krasna - Luta, która miała miejsce 06.09.1939, Niemcy stracili wg. Piotra Zarzyckiego 103 poległych. Sam tylko II. batalion 8. Pułku Strzelców Motocyklowych stracił w walkach pod miejscowością Krasna w dniu 6 września 14 poległych (w tym 1 oficer) oraz 41 rannych. II. batalion Flak-Regiment 22., o którym również wspominał Atrix, pisząc że Hitler wymienił nawet nazwiska poległych z tego batalionu, stracił w walkach w dniu 9 wześnia 17 poległych - w tym 4 oficerów. Co do motywów mordu pod Ciepielowem - to tak jak już pisałem w tym temacie (a raczej w tym poprzednim - zbrodnie niemieckie w Polsce - który chyba został wykasowany), Piotr Zarzycki twierdzi, że zbrodnia pod Ciepielowem była zemstą za wysokie straty poniesione przez Niemców w walkach w rejonie Samsonów - Krasna - Luta w dniu 06.09.1939, a nie za straty pod Iłżą - jak zasugerował Atrix.
  22. Sposoby walki piechoty z czołgami

    1939, wrzesień 9, Brześć nad Bugiem. - Instrukcja Naczelnego Wodza do walki z oddziałami pancernymi nieprzyjaciela: [...] Broń pancerna przeciwnika [...] poczyna działać coraz bardziej śmiało, stwarzając dla naszej armii wiele trudnych sytuacji. Rozkazuję i czynię odpowiedzialnymi dowódców wszelkich szczebli za zdecydowane, nieustępliwe, przy wykorzystaniu wszystkich możliwych środków i pomysłów zwalczanie broni pancernej. Przy zwalczaniu broni pancernej poza wskazaniami zawartymi w "Instrukcji zwalczania broni pancernej" nakazuję stosować następujące zasadnicze metody: 1. Przede wszystkim obsadzać tereny niedogodne do działań czołgów. 2. Zasadzki minowe. Żądam bezwzględnie, aby każdy dowódca działający na samodzielnym kierunku, na którym działa broń pancerna nieprzyjaciela, urządzał zasadzki minowe pozostawiając obok zasadzki ochotników zdolnych do poświęcenia, w przebraniu cywilnym, celem zapalenia kabla minerskiego, w chwili gdy broń pancerna znajduje się w rejonie zaminowanym. 3. Robić jak najwięcej użytek z dział artylerii polowej, wysuwając je ku przodowi z zadaniem zwalczania broni pancernej. Działa polowe, ukryte przed obserwacją, strzelają z chwilą pojawienia się broni pancernej ogniem na wprost, śmiało na najbliższą nawet odległość, ryzykując chociażby utratę dział. Obsługa tych dział winna być uzbrojona w pęki granaty ręczne i butelki z benzyną dla bezpośredniej obrony, gdy strzelanie z działa ze względu na bliskość będzie już niemożliwe. Ogień rozpoczynać na niedużych odległościach, dążąc do zaskoczenia nieprzyjaciela celnością i gwałtownością ognia. Artylerię przeciwczołgową rzutować w głąb tak jednak, aby większość dział drugiego rzutu mogła rozpocząć ogień równocześnie z rzutem czołowym. 4. Nocne wypady - nie natarcia. Wypady należy wykonywać przez oddziały nieduże, złożone z ochotników zaopatrzonych w pęki granatów ręcznych i butelki z benzyną uzbrojone w lonty. Po dopadnięciu czołgów należy je niszczyć pękami granatów i palić. Dla zwalczania bezpośredniej osłony czołgów oraz dla obrony własnej stosować przede wszystkim granaty ręczne. 5. W razie wykrycia większej ilości czołgów w lesie nie cofać się przed podpaleniem lasu. Obecny okres suszy sprzyja szybkiemu rozszerzaniu się pożaru. 6. W miarę posiadania lotnictwa stosować bombardowanie. Naczelny Wódz Edward Śmigły-Rydz Marszałek Polski" Centralne Archiwum Wojskowe, 11/1816 Ze wspomnień Oberstleutnanta Eberbacha - dowódcy Panzer-Regiment 35. z 4. Dywizji Pancernej: "[...] Dowódca dywizji rozkazuje powtórzenie ataku wszystkimi siłami 9 września, wzmocniony Panzer-Regiment 35 ze swojego obecnego stanowiska, wzmocniony Panzer-Regiment 36 na zachód od niego. O godzinie 7.00, po ostrzelaniu przedmieść przez artylerię, nasz I batalion wraz z batalionem strzelców i plutonem saperów po raz drugi wychodzi do szturmu na Warszawę. Znowu nasze czołgi przetaczają się przez most drogowy, razem z nimi jadący na nich strzelcy. Wraz z saperami zostaje pokonana barykada. Atak wchodzi w wąwozy domów. Miasto broni się z rozpaczliwym męstwem. Pomimo tego zostaje zajęta druga barykada. Strzelcy muszą zdobywać i oczyszczać dom po domu. Gniazda km, granaty ręczne z góry i z piwnic, zrzucane z dachów kamienne bloki sprawiają, że jest to trudne. Czołgi pokusiły się o to, by dalej iść samemu. Dowódca 1. kompanii, Leutnant Class, atakuje dalej główną ulicą. Jego pojazd zostaje trafiony z doskonale zamaskowanego działa. Pomimo to jedzie dalej. Następne trafienie zapala pojazd. Kierowca nie żyje. Classowi i jego radiotelegrafiście udaje się jeszcze opuścić pojazd. Ale wtedy obaj zostają ciężko ranni. Wóz adiutanta pułku zostaje unieruchomiony przez to samo działo. Oberleutnant Guderian wysiada i przez bramę dostaje się do ogródka. Tam napotyka się na czołg Leutnanta von Diera, który ochraniany przez przydzielony pluton strzelców posuwa się powoli do przodu. Inne czołgi starają się przejść przez podwórza i ogrody. Leutnantowi Esserowi z dwoma plutonami udaje się dotrzeć do linii kolejowej, po czym polska obrona niszczy jego radiostację. Feldwebel Ziegler obejmuje dowództwo pozostałych czołgów i atakuje do warszawskiego Dworca Głównego. Sam w środku stolicy wroga musi się ostatecznie wycofać. Leutnant Lange dotarł do stanowisk artylerii wroga i strzela z czego może. Ale odważni Polacy rzucają wiązki ładunków pod jego gąsienice. Jedno z kół jego czołgu zostaje rozerwane, wieża zostaje zablokowana. I on musi się wycofać. Przed 9.00 dowódca pułku włącza wcześniej trzymany w rezerwie, wzmocniony przez baon strzelców II batalion do walki o 1 km na północ od drogi, bo tam obrona wroga wydaje mu się słabiej zorganizowana. Odziały posuwając się do przodu mijają stare umocnienia Warszawy. Zostaje osiągnięty park. Ale tam wiezieni na czołgach strzelcy osłony trafiają pod ostrzał karabinów maszynowych i granatników z budynków po lewej. Podczas gdy rozsypują się, pomiędzy nimi wybuchają pociski. Pojedyncze pojazdy płoną. Obrona ppanc. wroga powstrzymuje atak naszych pojazdów. Dowódca 8. kompanii, Oberleutnant Morgenroth zostaje śmiertelnie trafiony. Z dwóch plutonów które weszły do oczyszczania parku wracają tylko 3 pojazdy. Wtedy dywizja rozkazuje: "Wracać na pozycje wyjściowe!" [...]." Fragment z książki "Panzer greifen an" Kürstena, Leipzig, 1940; dotyczący odcięcia Dywizji Pancernej "Kempf" przez oddziały polskie w dniach 13 - 15 wrzesień 1939 (14 września Niemcy dostarczyli do odciętej dywizji paliwo drogą lotniczą, następnego dnia udało się odzyskać kontakt z oddziałami w rejonie Siedlec): "Na próżno żołnierze pytali: "gdzie właściwie jest front?". Ze wszystkich kierunków padały bowiem strzały. Polacy z męstwem rozpaczy pchali się na wschód, by znaleźć oparcie w lasach i błotach. W nocy macali po osiach marszu małymi oddziałami, za którymi posuwały się większe siły. Niemcy nie ustępowali, ale dlatego też ponieśli niemałe straty. Niejednokrotnie siedzieli już Polacy dosłownie na czołgach. Ciemność i znajomość terenu były im sprzymierzeńcami. Jak koty podkradali się i próbowali podpalać czołgi, ale Niemcy mieli się na baczności." 22 września 1939 - gazeta "Izwiestia" donosi: "Rozbicie band oficerskich pod Tarnopolem Czołgi wyruszyły do natarcia tak niespodziewanie, że udało się błyskawicznie zająć południowo-wschodnią część miasta. Podczas walk o Tarnopol polscy oficerowie strzelali ze spichrzów, z okien, rzucali granaty na nasze czołgi. Załogi czołgów napotkały twardy opór przeciwnika, który oszańcował się w ciasnych uliczkach. Polakom udało się nawet otoczyć oddział pancerny, odcinając go od jego jednostki. W odpowiedzi oddział zajął stanowiska na głównej ulicy i ostrzeliwał oficerów, którzy z dachów zasypywali czołgi gradem kul i granatów." Warto też wspomnieć, że w obronie Warszawy 9 września zastosowano przeciwko czołgom na jednym z odcinków - konkretniej na ulicy Wolskiej, gdzie broniła się 8. kompania porucznika Pacaka-Kuźmirskiego - dosyć oryginalne rozwiązanie - mianowicie około 100 beczek z terpentyną, które poukrywano wzdłuż całej ulicy a następnie podpalono w momencie kiedy pojawili się na niej Niemcy - to było istne piekło.
  23. Zamach na Hitlera

    Pewnie pierwszy raz o tym słyszycie, ale na froncie w Polsce w 1939 roku zginął adiutant Hitlera. Obersturmfuhrer Ernst Bahls z SS-Führerbegleitkommando jest pochowany w Berlinie. Pogrzeb odbył się 19 września a zginął po 9 września (prawdopodobnie 10 września lub później) - w tym czasie - w dniach 9 / 10 - 12 września 1939 roku - Hitler odbywał swoje trzecią oraz czwartą z kolei wyprawy frontowe do Polski. W czasie trzeciej wyprawy frontowej Hitler odwiedził rejon Końskie - Kielce natomiast w trakcie czwarter wyprawy rejon Piotrków Trybunalski - Tomaszów Mazowiecki - Rawa Mazowiecka - Grodzisk Mazowiecki, docierając aż na przedmieścia Warszawy (to wtedy obserwował ostrzał stolicy przez niemiecką artylerię). Piąta z kolei wyprawa Hitlera miała miejsce w dniach 13 - 14 IX, Hitler odwiedził wtedy wojska nad Bzurą. Śmierć tego adiutanta Fuhrera została nawet opisana przez australijską "Canberra Times" w artykule z 19 IX: "Unexplained Death of Hitler Associate. BERLIN, Monday.The death of Herr Ernst Bahls, one of Hitler's adjutants, has created much speculation throughout Germany.The obituary notice states that he died suddenly while at the front with Hitler, but no details are given. Notice of his death gave rise to many rumours, as Bahls was a close associate of Hitler." "Niewyjaśniona Śmierć Współpracownika Hitlera. BERLIN, Poniedziałek. Śmierć Pana Ernsta Bahlsa, jednego z adiutantów Hitlera, wywowała sporo spekulacji w Niemczech. Nekrolog stwierdza, że zginął on nagle podczas pobytu na froncie z Hitlerem, ale żadne szczegóły nie są podane. Wiadomość o jego śmierci wywołała wiele plotek, gdyż Bahls był bliskim współpracownikiem Hitlera." Jak na razie nie udało mi się wyjaśnić okoliczności jego śmierci - dowiedziałem się jedynie, że niekoniecznie musiał zginąć akurat gdy był na froncie razem z Hitlerem, gdyż podobno oficerowie z SS-Führerbegleitkommando wymieniali się w trakcie kampanii z oficerami frontowymi z pułku zmotoryzowanego SS Leibstandarte Adolf Hitler - więc istnieje możliwość, że zginął w trakcie walk w szeregach Leibstandarte. Ale przejdźmy do rzeczy - to znaczy do tego, dlaczego akurat w tym temacie o tym napisałem. Otóż zastanawiam się, czy istnieje taka możliwość, że życie Hitlera również było w pewnym momencie zagrożone w trakcie kampanii w Polsce? Czy jego adiutanta zabili Polscy żołnierze? Jak wiadomo rejony, które odwiedził Hitler w trakcie swoich 3, 4 oraz 5 wypraw frontowych do Polski - były ciągle jeszcze niebezpieczne, gdyż kręciły się tam cały czas niedobitki wojsk polskich (zwłaszcza w rejonie Kielce - Końskie operowało w okolicach 10 - 11 września cały czas sporo polskich jednostek wojskowych). Co o tym sądzicie? Wiadomo Wam coś o tej sprawie?
  24. Zgadłeś. Pisanie o polskich obozach koncentracyjnych, to tak jak pisanie o mapkach Vissa. Ale, zdaje się, nie rozumiesz znaczenia obu tych sformułowań. Polacy czepiają się "Polish concentration camps", tymczasem znaczy to ni mniej ni więcej jak tylko obozy koncentracyjne w Polsce - a nie obozy koncentracyjne założone i prowadzone przez Polaków. Podobnie "mapki Vissa" znaczy w tym przypadku "mapki wstawione przez Vissa" - skrót myślowy. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż był Polakiem mieszkającym na Litwie. Austriacy są tak samo odrębnym narodem jak Bawarczycy lub Sasi. A de facto wszyscy oni są Germanami - Niemcami. Całkowicie nie masz racji. Owszem, zgadza się, że nie tylko Żydzi emigrowali - ale nie ma to nic do rzeczy. Liczebność Żydów w Polsce stale się zmniejszała od końca XIX wieku aż do 1939 roku (później zresztą też, o czym wszyscy wiemy). Natomiast liczebność Polaków stale rosła aż do 1939. W przypadku Polaków przyrost rzeczywisty był dodatni (choć nie przeczę, że też niektórzy emigrowali), natomiast w przypadku Żydów wręcz przeciwnie - był ujemny - na co wpływało głównie ujemne saldo migracji. Nawet po uwzględnieniu przyrostu naturalnego przyrost rzeczywisty był ujemny.
  25. Najlepsza kampania wojsk Osi

    Stawiam na kampanię na Bałkanach w kwietniu 1941 roku. To był chyba najbardziej zbliżony do ideału Blitzkrieg. Milionowa armia jugosławiańska, liczebnością zbliżona a wg. niektórych źródeł nawet przewyższająca naszą z 39 roku, mająca liczniejszą artylerię niż my w 1939, uległa w zaledwie 12 dni. Grecja, dysponująca łącznie z posiłkami brytyjskimi ponad półmilionową armią, skapitulowała już 23 kwietnia - po 18 dniach walk, a do końca miesiąca Niemcy zajęli cały obszar państwa, pokonując ostatnie stawiające jeszcze opór oddziały grecko-brytyjskie. To wszystko zostało osiągnięte przez Niemców przy użyciu sił mniejszych liczebnie od wojsk przeciwnika. Straty niemieckie w trakcie tej kampanii były relatywnie niskie - wojska lądowe łącznie z Waffen-SS straciły 1593 zabitych, 644 zaginionych (razem 2237 zabitych lub zaginionych) oraz 4845 rannych - większa część tych strat została poniesiona w Grecji. Co ciekawe takie straty poniesiono mimo zaciętego oporu Greków (np. ciężkie walki na linii Metaksasa; pod Termopilami) i Brytyjczyków oraz pewnej części armi jugosławiańskiej (głównie Serbowie). Na drugim miejscu stawiam kampanię na Zachodzie w 1940 roku, a dokładniej jej pierwszą fazę - Fall Gelb - w trakcie którego wojska niemieckie jednym silnym uderzeniem korpusów pancernych wspartych przez Luftwaffe rozstrzygnęły losy wojny w niewiele więcej niż tydzień, w ciągu pierwszych 10 dni natarcia pokonując ponad 300 kilometrów z Ardenów i osiągając (XVI Korpus Panc.) wybrzeże kanału La Manche na zachód od Dunkierki. Również w trakcie tej kampanii Belgia - której siły zbrojne liczyły 500 - 600 tysięcy żołnierzy - została podbita przez Niemców w ciągu 18 dni, a więc tak samo szybko jak rok później dysponująca podobną armią Grecja.
×

Powiadomienie o plikach cookie

Przed wyrażeniem zgody na Warunki użytkowania forum koniecznie zapoznaj się z naszą Polityka prywatności. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.