Jump to content
  • Announcements

    • Jarpen Zigrin

      Zostań naszym fanem. Obserwuj nas w social mediach : )   12/11/2016

      Daj się poznać jako nasz fan oraz miej łatwy i szybki dostęp do najnowszych informacji poprzez swój ulubiony portal społecznościowy.    Obecnie można nas znaleźć m.in tutaj:   Facebook: http://www.facebook.com/pages/Historiaorgp...19230928?ref=ts Twitter: http://twitter.com/historia_org_pl Instagram: https://www.instagram.com/historia.org.pl/
    • Jarpen Zigrin

      Przewodnik użytkownika - jak pisać na forum   12/12/2016

      Przewodnik użytkownika - jak pisać na forum. Krótki przewodnik o tym, jak poprawnie pisać i cytować posty: http://forum.historia.org.pl/topic/14455-przewodnik-uzytkownika-jak-pisac-na-forum/
Sign in to follow this  
Albinos

Rzeź Woli - wspomnienia, dokumenty, relacje

Recommended Posts

Albinos   

Warszawska Wola podczas Powstania została doświadczona w sposób szczególny. Nie dość że przez pierwsze niespełna dwa tygodnie toczyły się na niej ciężkie walki (bitwa o trasy przelotowe), to jeszcze niemalże od początku trwała tam masowa eksterminacja ludności cywilnej, która w dniach 4-7 sierpnia przybrała niemożliwe do ogarnięcia rozmiary. Zamordowano wówczas około 40 tys. ludzi, z czego blisko 20 tys. w dniu 5 sierpnia (tzw. czarna sobota). Ogółem na Woli i terenach przygranicznych wymordowano w początkowym okresie Powstania od 50-60 tys. ludności cywilnej. W tym temacie chciałbym zebrać wszelkie znane relacje odnoszące się do tamtych dni. Zarówno dokumenty, jak i zeznania czy też wspomnienia.

Protokół nr 89:

świadek Wanda Lurie, wykształcenie średnie,

protokołowała Irena Trawińska dn. 2. IX. 44 w ambulatorium P.C.K.

w Podkowie Leśnej

Dnia 30 lipca, w dzień, do domu przy ul. Młynarskiej nr 43 wpadło 30 lotników niemieckich, którzy otoczyli dom, obrzucili go granatami, paląc i zabijając ludzi wewnątrz.

Cały dom spalono. Podobno miało to związek z zabiciem Niemca gdzieś w pobliżu.

-------------------------

Protokół nr 227:

świadek Czesława Szczerbińska, lat 28, absolwentka U.W.,

zamieszkała w Warszawie, ul. Wolska 25;

protokołowała Maria Małaszek 4.IX.44 r. w Brwinowie.

O powstaniu dowiedziałam się o godz. 3.30... Już w niedzielę 29.VII paliły się baraki, gdzie dotychczas stacjonowało wojsko (pożar wzniecony przez Niemców). Tegoż dnia w gmachu Ubezpieczalni Społecznej na ul. Działdowskiej palą papiery i pospiesznie wyjeżdżają. W nocy z 29 na 30 lipca szalenie dużo przejeżdża samochodów wzdłuż Wolskiej- trudno spać...

Od rana 1.VIII Niemcy uzbrojeni rozjeżdżają po peryferiach miasta, jakby oczekując na powstanie. Dużo samochodów było od rana na ul. Skierniewickiej, Sławińskiej. Na Sławińskiej oficer pewnej grupy pancernej, widząc ludzi grupujących się przy samochodach, które tu nigdy się nie zatrzymywały, powiedział: "Jeżeli chociaż jeden strzał padnie, nie zostanie tu ani jeden dom". Mówiło to kilka osób z ul. Sławińskiej. O godz. 4, min. 30 Niemcy szykowali granaty na ul. Wolskiej. O godz. 5 dały się słyszeć pierwsze strzały do Niemców przejeżdżających samochodami, ci jednak szybko przejeżdżają, nie zatrzymując się. Pierwszego dnia żadnych ważniejszych wydarzeń nie było.

W nocy z 1. na 2. VIII Polacy... zbudowali dużą barykadę, sięgającą pierwszego piętra, wszerz ul. Wolskiej do Młynarskiej z wagonów tramwajowych, belek. Ludność zaniepokojona był tym, co się dzieje, bo już 1 sierpnia o godz. 6 przez megafony wzywano Polaków do zawrócenia z obranej drogi, bo inaczej Niemcy zrównają Warszawę z ziemią. W ciągu 2. VIII Niemcy starają się przebić barykady, podjeżdżając do nich czołgami. Dnia 3. VIII pojawiają się pierwsze samoloty; pierwsze strzały padły na kościół Redemptorystów raniąc ludzi. W ciągu 4. VIII sytuacja się nie zmienia.

Od tej pory Niemcy usuwają ludność i palą domy od Woli, tj. od cmentarza katolickiego do Młynarskiej. Reszta ludzi nie wyniszczonych z tych ulic brana była do kościoła św. Wojciecha na Wolskiej poprzez palące się domy i stosy trupów- niekiedy zwęglone- około Michlera (piekarza na ul. Wolskiej), gdzie palono ciała.

Już trzeciego dnia po wybuchu powstania przeniosłam się ze swoimi manatkami na ul. Wolską nr 25, tj. na drugą stronę ulicy do posesji ss. Karmelitanek Bosych (dawny pałac Biernackich), ponieważ pobyt w naszej kamienicy stał się niemożliwy z powodu stałego ostrzeliwania z tanków naszego domu i częściowego już zniszczenia (z okien tego domu rzucone były na tanki bomby benzynowe).

U sióstr przeważnie przebywałyśmy w schronie. Dnia 5. VIII fala pożarów doszła i do nas. Początkowo nie bardzo orientowałyśmy się, co się dzieje na ulicy, ponieważ dom, w którym przebywałyśmy, stał w ogrodzie z dala od ulicy. Siostry po 8 wieczorem zostały uprzedzone, że Niemcy są na terenie ich posesji i że dom jest podpalony. Rzeczywiście wrzucili granat do jednej z piwnic, nie czyniąc żadnych szkód. Siostry proszą zebranych o zachowanie spokoju. Jedna z sióstr wejściem ukrytym wydostała się na zewnątrz. Zastała tam kilkunastu żołnierzy z ręcznymi karabinami maszynowymi... Jedna lufa karabinu maszynowego skierowana była wprost na siostrę, która jednak nie straciła zupełnie zimnej krwi (znała dobrze język niemiecki i metody, jakimi należy do nich się odnosić), przeto chwytając za lufę karabinu powiedziała: "Na śmierć mamy jeszcze czas, możemy porozmawiać". Sprowadziła zaraz matkę przełożoną. Przełożona, starsza już kobieta, wyszła z krzyżem i puszków komunikatów i w ten sposób odezwała się: "Strzelajcie, jeżeli chcecie". Rozkazano wszystkim wyjść ze schronu. Około 40 osób znalazło się w ogrodzie obok domu. Mężczyznom kazano oddzielić się- było ich około 15. Scena okropna: niektórzy mężczyźni mieli dzieci na rękach, Niemcy wydzieraj je, powstał okropny krzyk, płacz przeraźliwy. Kobiety stoją zbite w gromadkę, którą otaczają Niemcy z bronią. W tej samej chwili mężczyznom każą iść naprzód. Następnie kobietom każą położyć się twarzą do ziemi; o kilka kroków przed nami odbywa się egzekucja: do mężczyzn strzelają w tył głowy. Spodziewamy się, że lada chwila podzielimy los mężczyzn. Siostra przełożona, wykorzystując sytuację, że znajdujemy się w zwartej grupie, rozdaje komunikaty po kilka każdej z kobiet- tak, żeby się nic nie pozostało, aby profanacji Hostia nie uległa. Obok leżą zabici mężczyźni- my klęczymy i komunikujemy- cisza zapanowała, nie słychać płaczu ani krzyku dzieci. Ja byłam na końcu, bezpośrednio przy lufie "rozpylacza", spodziewałam się, że to są moje ostatnie chwile; byłam zrezygnowana zupełnie, ale i spokojna. Spojrzałam na twarze kobiet skupione, opanowane, następnie zawróciłam wzrok na Niemców za nami stojących. Lecz o dziwo, cóż się dzieje? Karabiny pospuszczane, odwracają twarze od siostry "Kapłanki", zwyczajnie: konsternacja. Chwila przedłużała się. następnie jeden z Niemców kazał nam wstać i iść do bramy. Zdawało nam się, że widocznie Niemcy uznali to miejsce za nieodpowiednie do egzekucji i dlatego każą nam iść dalej. Później jednak okazało się, że jesteśmy wolne, a życie zawdzięczamy jednemu z Niemców, który miał siostrę zakonnicę w Wirtembergii.; on zdecydował o naszym losie (sam o tym powiedział nam później). poprowadzono nas (była wtedy godz. 9,15 wiecz.) do szpitala zakaźnego na ulicę Wolską. Tutaj przybyłyśmy akurat po "oczyszczeniu" szpitala z mężczyzn (nie wiadomo, co z nimi zrobiono- wypędzono ze szpitala), tutaj spędziłyśmy półtorej dobry. 7. VIII około godziny czwartej SS kazało nam opuścić szpital.

mężczyźni, którzy napłynęli do szpitala w ciągu ostatnich dni, zostali najpierw wyprowadzeni w stronę miasta (nie wiem, co się z nimi stało), z rękami podniesionymi do góry. Nam zaś kazano kierować się w stronę Woli poza miasto (ulicą Wolską). Szłyśmy szeregami, ja prowadziłam 2 swoje staruszki. Doprowadzono nas do Szpitala Wolskiego pod eskortą, dalej już szłyśmy same. Dotarłyśmy do Jelonek, zbliżała się godzina policyjna, z trudem dostałyśmy nocleg.

Za: Zbrodnia niemiecka w Warszawie 1944 r., pod red. Serwański E., Trawińska I., Poznań 1946, s. 30-32.

Kolejne relacje i dokumenty będą się pojawiać co jakiś czas.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Albinos   

Protokół nr 80:

świadek Jan Bęcwałek, zamieszkały w Garwolinie;

protokołowała Irena Trawińska dnia 10.IX.44 w szpitalu w Grodzisku.

Przez 3 i pół lat byłem na robotach w Niemczech. W 1940 r. wraz z rodziną zostałem wysiedlony z Poznańskiego do Garwolina; w r. 1941 byłem złapany w Garwolinie i wywieziony na roboty do Niemiec. W lecie rb. przesłano mnie jako chorego do Warszawy, do Szpitala Wolskiego, gdzie zastała mnie wojna; byłem chory na zapalenie opłucnej z wysiękiem. W dniu 3 sierpnia o godzinie 1 przybyli do szpitala Niemcy. Leżałem w schronie, w piwnicy razem z wieloma rannymi i chorymi. Wpadając do nas do piwnicy, tuż przy samej sali, "pociągnęli" z karabinu maszynowego i kilku rannych, stojących przy wyjściu, zostało od razu zabitych. W kilka minut potem wydano rozkaz opuszczenia szpitala. Wszyscy ranni i chorzy mogący chodzić, z personelem i kilkoma rannymi na noszach, opuścili szpital. Pochód był okropny. Ja czułem się bardzo źle- miałem założone dreny w boku. Popędzono nas do szop- kilkadziesiąt metrów za tunelem- na ul. Górczewskiej. W szopie było już dużo ludzi. Po przejrzeniu dokumentów podzielili nas na grupy i potem zaczęli wyprowadzać. Wkrótce grupa, do której i ja należałem, została wyprowadzona na egzekucję. Podprowadzono nas do palącego się już wielkiego domu, również niedaleko od tunelu, i tam ustawiając nas w dwunastki, wpędzono do bramy tego domu; w bramie Ukraińcy w liczbie 6 strzałem z bliska zabijali wchodzących, w ten sposób zabici padali w płomienie palącego się domu. Widziałem z bliska, czekając na moją kolej, jak w pierwszej dwunastce rozstrzelano doktorów, asystentów w białych fartuchach oraz- zdaje się- księży. Wśród doktorów był prof. Grzybowski; w dalszych dwunastkach podpędzano rannych, chorych, a gdy przypędzono rannych na noszach, następnie tych, którzy nieśli nosze. Ja cudem uniknąłem śmierci. Podprowadzony w dwunastce tuż pod bramę, zwróciłem się do jakiegoś oficera i powiedziałem, że ja i moi dwaj towarzysze jesteśmy Volksdeutschami (mówię dobrze po niemiecku). Niemiec kazał nad odejść i iść ze sobą, zaprowadził nas do sanitarnego punktu niemieckiego, który znajdował się w pobliżu. Przy mnie rozstrzelano około 500 osób, w tym masę ludzi ze Szpitala Wolskiego, byli z nami ludzie spędzeni z innych ulic na Woli. Salwy trwały do późnej nocy. Wieczorem na stosy trupów rzucano granaty, a rano następnego dnia przyjechał czołg. Gruzował dom, okrywając rumowiskiem zabitych (a już częściowo popalonych) i miejsce egzekucji. Zaduch palących się ciał był okropny. Widziałem to wszystko dobrze, bo byłem do następnego dnia rano w niemieckim punkcie sanitarnym, znajdującym się w pobliżu.

-------------------------

Protokół nr 95:

świadek Jan Bęcwałek, zamieszkały w Garwolinie;

protokołowała Irena Trawińska dnia 10.IX.44 w szpitalu w Podkowie Leśnej.

Dnia 5 sierpnia 1944 r. przy ul. Staszica nr. 4 wraz z mieszkańcami domu siedziałem w piwnicach. W pewnym momencie wpadli Niemcy i wypędzono nas. Przy wyjściu wydzierano rzeczy, które mieliśmy ze sobą. Oddzielano kobiety od mężczyzn. Kobiety pędzono w kierunku ul. Działdowskiej. W grupie mężczyzn zostałem przeprowadzony na podwórze domu przy ul. Staszica nr. 15. Spędzono tam kilkuset mężczyzn i wkrótce rozpoczęto egzekucję. Strzelano z karabinów maszynowych do zbitej gromady. Od pierwszej chwili wycofałem się do tyłu, tak że zanim padły pierwsze szeregi- zdołałem się położyć i ukryć. Strzały nie dosięgały mnie. Po jakimś czasie wydostałem się spod masy trupów. Gdy na podwórzu w jakiś czas potem zjawił się oficer niemiecki- nie kazał kilku żywych, ocalałych, dobijać, lecz pozwolił nam wyjść na ulicę Górczewską, a stamtąd na Moczydło. W tym czasie przechodziłem koło domu Staszica nr. 26; z podwórza dochodziły odgłosy strzałów- odbywała się tam egzekucja.

-------------------------

Protokół nr 78:

świadek Jan Bęcwałek, zamieszkały w Garwolinie;

protokołowała Irena Trawińska dnia 10.IX.44 w szpitalu w Grodzisku.

Staliśmy przed bramą budynku szpitalnego od ul. Górczewskiej. Dochodziły odgłosy dalszych egzekucyj z miejsca, skąd wyratowaliśmy się przed chwilą. W podwórzu szpitala znajdowały się budynki-szopy, z których w pewnym momencie Niemcy zaczęli wypędzać zgromadzonych tam ludzi. Byli to sami mężczyźni, przeważnie młodzi, nawet mali chłopcy 10-12 lat, większość ubrana jak powstańcy, w różne mundury i bluzy z opaskami- tak jak latali po ulicach "za rozkazem". Musieli być długo zamknięci, bo wychodzili jakby pijani i błędni. Niemcy dali im łopaty i kazali kopać po przeciwnej stronie ulicy Górczewskiej- naprzeciw bramy szpitala- przy której stałem- w ogrodzie na kartoflisku, dół głęboki na 5 m. Słyszałem i rozumiałem rozkazy; obok mnie przechodzili. Po wykopaniu doły przeprowadzano ich po 25 bez koszul, tylko w spodniach, z podniesionymi rękami, ustawiono dokoła twarzą do dołu i Ukraińcy z rewolwerów strzałem z tyłu w kark zabijali ich. Trupy padały do dołu- przyprowadzano następnych. Nikt nie krzyczał, nie błagał, nie opierał się. Tak rozstrzelano kilkaset ludzi. Ostatnia niewielka grupa pozostałych zasypała dół ziemią. Była to druga egzekucja, którą tego dnia widziałem.

Za: Zbrodnia niemiecka w Warszawie 1944 r., pod red. Serwański E., Trawińska I., Poznań 1946, s. 33-35.

Jedna uwaga do pierwszego protokołu. Wydarzenia przedstawione w nich miały miejsce nie 3 a 5 sierpnia. Przede wszystkim w dniu 3 sierpnia nikogo nie zabrano ze Szpitala Wolskiego [Woźniewski Z., Książka raportów lekarza dyżurnego. Szpital Wolski w okresie Powstania Warszawskiego, Warszawa 1974, s. 15-19]. Do tego dochodzi jeszcze jedno. Prof. dr med. Józef Grzybowski został zamordowany u zbiegu Górczewskiej i Zagłoby w dniu 5 sierpnia, co potwierdza chociażby relacja wówczas studenta medycyny, Jana Napiórkowskiego [Tamże, s. 134: Nas zatrzymano na końcu szeregu. Znalazłem się w pierwszej trójce pośrodku. Obok mnie z lewej strony kol. Mikulski, z prawej Banasiewicz. Drugą trójkę stanowili: Opiłkowski, Sieragowski i Łągiewka, trzecią- felczer Łempicki, dr Chwojka i kol. Sułkowski. Grupę naszą zamykali: dr Drozdowski, prof. Grzybowski i dr Sokołowski.]. I tak teraz dochodzę do wniosku, że stawia to pod dużym znakiem zapytania kwestię autorstwa tego tekstu. Bo skoro wszystkie trzy zeznania złożył Jan Bęcwałek, to skoro wiemy, iż w pierwszej relacji pomylił daty, to musiał to zrobić także w drugim przypadku. A jeśli daty jednak zgadzają się, to musiała być to inna osoba. Sprawa byłaby prostsza, gdybym znał daty egzekucji opisanych w dwóch kolejnych tekstach. Niestety nigdzie nie mogę się do nich dokopać.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Albinos   

Protokół nr 53:

świadek Aleksandra Kreczkiewicz, zamieszkała w Warszawie, Górczewska 45;

protokołowała Irena Trawińska dnia 8. IX. 44 w szpitalu w Podkowie Leśnej.

Mieszkałam na Woli przy ul. Górczewskiej 45; 2 sierpnia SS-owcy wydali rozkaz przeniesienia się do kamienicy po przeciwnej stronie, dom nasz i sąsiednie zostały podpalone; dnia 3 sierpnia otrzymaliśmy wiadomość, że z nami będzie źle, że zostaniemy rozstrzelani; w kamienicy zgromadziło się kilkaset osób; 4 sierpnia godz. 11: Niemcy otaczają kamienicę, wydają rozkaz opuszczenia mieszkań; straszny krzyk dzieci, kobiet, u wyjścia padają strzały- kilka osób zabitych i rannych już przy wyjściu na ulicę; wypędzają na kartoflisko, każą się kłaść w bruzdy- wokoło pilnują- nie ma mowy o ucieczce; po kilku minutach każą wstać- prowadzą pod pobliski most: nie ma wątpliwości, co z nami będzie; na pytanie jakiejś pani, gdzie nas prowadzą- odpowiadają: "Z waszej winy giną niemieckie kobiety i dzieci, dlatego wy wszyscy musicie ginąć". Ustawiają nas; odłączają grupę 70 ludzi i każą jej iść za most na wzgórze; pozostałych (wśród nich ja) ustawiają przy murze między drutami; w różnych punktach w pobliżu słychać serie strzałów; giną ofiary niemieckich katów; jesteśmy zbici w gromadkę, ja stoję na brzegu; w odległości 5 m przed nami jeden z oprawców z największym spokojem przygotowuje do strzału karabin maszynowy; drugi z nich nastawia aparat fotograficzny- chcą utrwalić egzekucję- kilku Niemców pilnuje nas; pada seria strzałów- wrzask, jęki- padam zraniona, tracąc przytomność. Po pewnym czasie ocknęłam się; słyszę, jak dobijają rannych- nie poruszam się i udaję zabitą; pozostawiają na straży jednego Niemca- reszta odchodzi. Oprawcy podpalają pobliskie domki i kamienice; żar piecze, dymy duszą, suknia na mnie się tli; Niemiec pilnuje dalej; gaszę ogień na sobie dyskretnie- nogi mam poparzone, myślę o wydostaniu się z tego piekła. Od przodu zasłania mnie kosz od kartofli; gdy Niemiec odwraca się, przesuwam kosz, czołgając się za nim- tak oddaliłam się o kilka metrów; wtem wiatr rzucił kłąb dymu w naszym kierunku i wartownik nie mógł mnie widzieć; zerwałam się wtedy i pobiegłam do piwnicy w palącym się domu; tam spotkałam kilka osób mniej rannych- szczęśliwców, którym się udało wydostać spod stosu trupów. Pracujemy nad podkopem; ciężka praca wśród żaru i dymu- niebezpieczeństwo uduszenia się, wreszcie po wielu godzinach nadludzkich wysiłków- podkop wyprowadził nas na podwórze sąsiedniego domu, nie objętego pożarem; jest godz. 12 min. 30 w nocy; ktoś wyprowadza nas w pole z obrębu walk i pożogi; upadam z wysiłku; do dziś leżę w szpitalu; rozstrzelana przy mnie grupa liczyć mogła około 500 osób- uratowały się 3 czy 4 osoby. Oprawcami byli SS-owcy.

-------------------------

Protokół nr 94:

świadek ksiądz; który nie podał swego nazwiska,

ze Szpitala Wolskiego przy ul. Płockiej;

nazwisko protokołującego nieznane.

Dnia 5 sierpnia 1944 r. około godz. 14 do Szpitala Wolskiego przy ulicy Płockiej wpadli Niemcy. Rozpoczęły się rabunki, rewidowano personel i rannych, wyrywając pieniądze, zegarki, kosztowności; około godz. 15 wpadli do gabinetu dyrektora szpitala i po chwili padły tam strzały: zastrzelono dyrektora Mariana Józefa Piaseckiego, prof. Zeylanda i ks. kapelana Kazimierza Ciecierskiego (tego ostatniego zawezwano specjalnie do gabinetu). Wkrótce potem nakazano ewakuację szpitala personelowi i chodzącym rannym. Pochód był straszny: na czele lekarze, asystenci, dalej szli chorzy, słaniający się na nogach, podtrzymywani przez silniejszych, z rękami na szynach, na kulach, wszyscy prawie w bieliźnie często niekompletnej, poruszający się z największym wysiłkiem. Popędzono nas za przejazd kolejowy do szopy, a raczej hali fabrycznej, na tzw. Moczydło, gdzie zastaliśmy już kilkaset osób. Wśród krzyków i gróźb posegregowano nas. Po pewnym czasie zażądano 4 osób, następnie 25- przy wyjściu zażądano od nich zegarków. Wkrótce usłyszeliśmy strzały. Ponieważ żadnych działań w pobliżu nie było, wiedzieliśmy, że w pobliżu odbywają się egzekucje; słychać było typowe strzały seryjne z karabinów maszynowych i w jakiś czas po nich strzały pojedyncze- dobijające.

Nie było wątpliwości, że wyprowadzeni poszli na rozstrzał. Jako kapłan, objaśniłem obecnym, co ich może czekać, i udzieliłem absolucji pozostałym. Po chwili Niemcy wywołali 50 mężczyzn. W szopie unosiła się już atmosfera śmierci- wezwani ociągali się. Dalej wezwano 70 mężczyzn- i znowu słychać było strzały; wreszcie wyprowadzono ostatnią grupę- w tej lekarzy, asystentów, sanitariuszy, obsługę męską- do tej grupy należałem i ja, i drugi ksiądz, Antoni Branszweig (alumn); w ostatniej chwili zdołałem się wycofać z wychodzącej grupy, odłączyć się i ukryć w grupie sióstr zakonnych; grupa z lekarzami w moich oczach została wyprowadzona na rozstrzelanie; samej egzekucji nie widziałem, słyszałem tylko serie strzałów egzekucyjnych. Mówiono mi później, że egzekucja odbywała się w palących się domach i w podwórzach palących się domów- w kilku miejscach przy ulicy Górczewskiej. Widziałem, jak w ostatniej grupie prowadzono prof. Grzybowskiego, dra Drozdowskiego, prof. Sokołowskiego i dra Łempickiego.

Na drugi dzień, przebrany za zakonnicę, wydostałem się w z masą pozostałych kobiet do Fortu Wilskiego, a następnie w czasie transportu zbiegłem.

Ze Szpitala Wolskiego rozstrzelano wtedy ponad 200 osób.

Oprawcy rekrutowali się z oddziałów SS i Ukraińców.

Za: Zbrodnia niemiecka w Warszawie 1944 r., pod red. Serwański E., Trawińska I., Poznań 1946, s. 35-37.

Miejsce rozstrzeliwań podane w pierwszym protokole to Górczewska 32, tuż za wiaduktem. W dniu 5 sierpnia rozstrzelano tam około 400 mieszkańców ściągniętych z Górczewskiej, Gostyńskiej i Płockiej. Niedaleko od tego miejsca, na rogu Zagłoby i Moczydła oraz za wałem kolejowym, rozstrzelano około 3000 chorych i pracowników Szpitala Wolskiego oraz mieszkańców z jego sąsiedztwa. Przy Górczewskiej 52 znajduje się obecnie monolit na skarpie wału kolejowego:

Tu od 5 do 12 sierpnia 1944 r. w masowych egzekucjach ludności cywilnej hitlerowcy rozstrzelali 12000 Polaków.1

1 Warszawskie Termopile 1944: Wola, pod red. Mórawski K., Oktabiński K., Świerczek L., Warszawa 2000, s. 130-131.

Historię z prof. Zeylandem, drem Piaseckim i ks. Ciecierskim dokładnie opisał dr Zbigniew Woźniewski:

Kiedy powróciłem na parter, zastałem w hallu uwijające się mundury niemieckie. Jeden z tych "Niemców" doskoczył do mnie i krzyknąwszy: "Hande hoch!", zaharkotał: "Dawaj czasy!", drożąc mi rewolwerem. Posłusznie podniosłem ręce i ze spokojem odpowiedziałem mu po niemiecku, że nie rozumiem, o co mu chodzi. Kiedy zostałem otoczony przez grupkę tych niemieckich Azjatów, zobaczyłem, że do gabinetu dyrektora prowadzeni są: profesor Zeyland, doktor Piasecki i kapelan szpital, ksiądz Ciecierski, który ubrany w komżę i stułę udzielał wśród chorych ostatniej pociechy religijnej. Hall zaczął się wypełniać personelem i chorymi, których spędzali z łóżek biegający po szpitalu Mongoli, każąc wszystkim zbierać się na parterze z rękoma podniesionymi do góry.

Widząc wśród tej dziczy jakąś europejską twarz, która wydawała mi się szarżą (w szarżach niemieckich nie orientowałem się), podszedłem i przedstawiłem się jako lekarz tego szpitala i spytałem o cel spędzania wszystkich tych ludzi. Otrzymałem odpowiedź, że wszyscy muszą szpital opuścić i żebym ja, który znam język niemiecki, zechciał w tej sprawie pomóc, tłumacząc wydawane przez Niemców rozkazy.

Zgodziłem się na to chętnie, prosząc, żeby ów oficer zechciał wydać polecenie opuszczenia rąk, a ja po porozumieniu się z dyrektorem dołożę wszelkich starań, by sytuacja ta została wyjaśniona. Otrzymałem zgodę. Mając ręce wolne poszedłem do gabinetu dyrektora nie wprost od korytarza, lecz przez pokój kierownika kancelarii.

Tu oczom moim przedstawił się następujący widok: pięciu Mongołów wraz z jakimś oficerem niemieckim stało przed biurkiem dyrektora. Za biurkiem stał dyrektor z księdzem kapelanem, a obok biurka, profesor Zeyland, rozmawiając po niemiecku z owym oficerem. Kiedy chciałem przestąpić próg gabinetu, dwóch Mongołów stojących w drzwiach zastąpiło mi drogę, a jeden z nich okrzykiem: "Kuda?", kopnął mnie z całej siły w udo. Kulejąc wyszedłem na hall, który tymczasem coraz bardziej zapełniał się spędzonymi chorymi, pracownikami, szarytkami i lekarzami.

(...)

Mój "opiekun" podszedł do mnie i poprosił, żebym z nimi [chodzi o Mongołów, z którymi starł się dr Woźniewski- A.] nie rozmawiał.

- Das sinde wilde Leute, Herr Doktor, z nimi nie należy się w ogóle zadawać. Jak pan będzie się przy mnie trzymał, nic panu nie zrobią. Ich trzeba trzymać krótko przy pysku. Niech mi pan lepiej powie, który z nich był profesorem.

Zrobiłem zdziwioną minę nic nie rozumiejąc. Poprosiłem, by powtórzył pytanie, gdyż sądziłem, że nie zrozumiałem dobrze użytego zwrotu.

- Tak- powtórzył Niemiec- pan dobrze zrozumiał, który z tych zastrzelonych był profesorem?

- Który z zastrzelonych był profesorem? Naprawdę nie rozumiem, o co panu chodzi.

- No, to zaraz pan zrozumie- odpadł mój "opiekun" i biorąc mnie za rękę, skierował swoje kroki do gabinetu dyrektora.

Stanęliśmy w posiekanych kulami drzwiach gabinetu. Widok wnętrza nie pozwolił mi na przestąpienie progu.

Na podłodze przy biurku leżały trzy powalone ciała.

- Boże- wyrwało mi się z zaciśniętej krtani- Zeyland, Piasecki i kapelan!

Pierwszy z brzegu, profesor Janusz Zeyland, leżał na plecach wyprostowany sztywno, jakby z uśmiechem na zaciśniętych ustach. Gdyby nie kałuża zastygłej krwi, w której umoczona była lewa dłoń, sądzić by można, że zaraz wstanie, gdyż nie było widać żadnego znaku od śmiercionośnej kuli. Na dworze już szarzało, wszedłem do pokoju z moim "opiekunem" i dopiero teraz zauważyłem na czole nad lewym okiem otwór wlotu. Strzał celny i pewny.

Tuż przy samym biurku leżały zwłoki księdza kapelana, ubrane w białą komżę, ze stułą na szyi. Ksiądz kapelan trzymał w uścisku koniec stuły z ręką nieznacznie wzniesioną, jakby w ostatniej chwili chciał się zasłonić. Otrzymał taki sam strzał- w głowę od przodu.

W lewym kącie gabinetu, również tuż przy biurku, przy wywróconym krześle, wywalonym telefonie i otwartej szufladzie, leżał dyrektor. Odniosłem wrażenie, że szufladę tę pociągnął padając ugodzony strzałem w czoło. Wyglądał niesamowicie. Oczy na wpół otwarte, usta wykrzywione grymasem pogardy. Na biurku rozrzucone w nieładzie leżały ich otwarte dowody osobiste.

Osłupienie moje przerwało odezwanie się mojego "opiekuna":

- Który z nich był profesorem?

- Ten- pokazałem palcem na Zeylanda i wybiegłem z gabinetu tłumiąc szloch, który rozrywał mi piersi. Oparłem się o ścianę i płakałem jak dziecko. "Za co? dlaczego?"- szeptałem do siebie, nie mogąc się uspokoić.

Mój "opiekun" podszedł do mnie i częstując mnie papierosem przemówił:

- Niech się pan opanuje, niech pan nie pokazuje się w takim stanie tej hołocie. Jest wojna, wy Polacy sami to powstanie zaczęliście. Muszą być ofiary. Mogę pana tylko zapewnić, że zaszła tu jakaś pomyłka, ten profesor nie miał być zastrzelony...

(...)

Zwołałem naszą gromadkę i zajęliśmy się pogrzebaniem zwłok z gabinetu dyrektora. Rozpostarliśmy prześcieradło i pierwszego położyliśmy profesora Zeylanda. Już mieliśmy zawinąć całun, gdy we drzwiach gabinetu stanął jakiś wojskowy, który zwrócił się do mnie:

- Pan jest lekarzem, prawda? Proszę mi powiedzieć, kto są ci zabici? Jestem doktor (Oberarzt) Pucher.

Odpowiedziałem mu tłumiąc łkanie:

- Dyrektor tego szpitala doktor Piasecki, ksiądz kapelan i profesor Zeyland.

- Zeyland!- zawołał głosem zdziwionym- ten znany Zeyland od gruźlicy!

A wtedy kiwnąłem głową potakująco, powiedział głosem przyciszonym, jakby do siebie:

- To straszne, naprawdę straszne!

Wynieśliśmy ciało profesora Zeylanda i złożyliśmy je w wykopanym dnia poprzedniego długim a wąskim grobie na dziedzińcu szpitalnym. Przezorny doktor Piasecki przewidział i tę ewentualność, że trzeba będzie grzebać zmarłych na podwórzu szpitalnym, i polecił wykopanie jednej wspólnej mogiły. Nie sądził jednak, że jego jako jednego z pierwszych piasek tej mogiły przysypie sen wieczny.

Oberarzt Pucher towarzyszył nam na dziedzieniec i pozostał do momentu złożenia ciała w grobie. Jako drugiego z kolei złożyliśmy do mogiły księdza kapelana Kazimierza Ciecierskiego, a trzecim był dyrektor szpitala, dr med. Józef Marian Piasecki. Na kawałku znalezionej ustrużki wypisałem czarnym atramentem nazwiska poległych i nad tą pierwszą mogiłą zwarliśmy się w niemej modlitwie za dusze naszych bliskich.

Za: Woźniewski Z., Książka raportów lekarza dyżurnego. Szpital Wolski w okresie Powstania Warszawskiego, Warszawa 1974, s. 22-23, 29-31, 43.

Share this post


Link to post
Share on other sites
bavarsky   

Choćby przez powyższy fakt, Nazistom należało się Drezno.

Wstrząsające Albinosie.

Kłaniam Się

B.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Albinos   

Prawdę mówiąc, momentami aż brakuje słów, żeby opisać odczucia w tym temacie, relacje mówią same za siebie. Oto kolejne dokumenty:

Protokół nr 276:

świadek ks. Marian Chwilczyński, lat 28, kapelan;

protokołowała Irena Trawińska.

Należałem do personelu Szpitala Wolskiego i przez cały czas powstania byłem w tymże szpitalu na hali. Miałem możność obserwowania wielu tragedyj tej dzielnicy.

Między innymi zwróciło moją uwagę to, że do szpitala znoszono rannych z bardzo odległych ulic- podobno nigdzie żaden punkt sanitarny (przynajmniej ja nie słyszałem) pomocy nie udzielał. Zastanawiało mnie to, dlaczego- co się stało z punktami w tej dzielnicy? Powstaje przypuszczenie, że Niemcy zlikwidowali te placówki sanitarne, mordując rannych i personel. Twierdzić na pewno nie mogę- jest to moje przypuszczenie.

-------------------------

Protokół nr 74:

świadek ks. Marian Chwilczyński, lat 28, kapelan;

protokołowała Irena Trawińska.

Dnia 3 sierpnia 1944 roku w Warszawie idąc ulicą Górczewską jakieś 300-400 m za Płocką w godz. 4-6 pp. widziałem na ziemi trupy kobiet z dziećmi na rękach, leżące w kałużach świeżej krwi- widocznie przed chwilą były zastrzelone, prawdopodobnie strzałami w głowę.

-------------------------

Protokół nr 73:

świadek ks. Marian Chwilczyński, lat 28, kapelan;

protokołowała Irena Trawińska w październiku 1944, w Podkowie Leśnej.

Dnia 5 sierpnia 1944 r. między godz. 12 a 14, widziałem przez okno Szpitala Wolskiego na I piętrze, jak z piwnic domu przy ulicy Płockiej nr 28 Niemcy wyciągali kobiety i na podwórzu rozstrzeliwali z karabinu maszynowego. W tym samym prawie czasie na podwórzu domu nr 30 ulicy Płockiej widziałem zza płotu wzniesione ręce kilkunastu osób (samych postaci nie było widać), które po seryjnym strzale opadły z postaciami- była to jedna z wielu egzekucyj na Woli.

-------------------------

Protokół nr 175:

poniższy dokument wręczono za pośrednictwem R.G.O. w Pruszkowie

Edwardowi Serwańskiemu od rodziny prof. Grzybowskiego.

Treść karteczki przytoczona dosłownie.

Dnia 5.VIII.1944 r. wszedł do szpitala oddział SS i zastrzelił na miejscu w gabinecie lekarskim dyrektora szpitala dra Piaseckiego, ordynatora dra prof. Zeylanda i kapelana.

W parę godzin potem wyprowadzono cały szpital, zarówno personel jak i rannych, którzy tam przebywali, razem kilkaset osób. Zaprowadzono ich do jakiejś szopy na Woli. Po upływie paru godzin wywołano wszystkich lekarzy-mężczyzn. Wystąpili oni w liczbie 12. Uprowadzono ich na jakiejś zgliszcza i postawiono wobec karabinów maszynowych, które zaczął repetować oddział Gestapo.

Do tej chwili opowiadania wszystkich świadków są zgodne, a dalej wszelkie ślady znikają.

Żaden z tych 12 lekarzy dotychczas się nie odnalazł.

Wśród nich byli: dr Olgierd Sokołowski, prof. Grzybowski, dr Drozdowski.

-------------------------

Protokół nr 183:

świadek Tadeusz Manteufel; nazwisko protokołującego nieznane.

Dr X mówił mi o swym bracie lekarzu ze Szpitala Wolskiego, że w pierwszych dniach sierpnia przy zajmowaniu Woli przez pomocnicze oddziały niemieckie- cała ludność była wybijana co do nogi; domy palone. Z personelu lekarskiego Szpitala Wolskiego ocalało tylko 3 lekarzy (razem z drem X), przypadkowo zajmowali się oni wtedy opatrunkami rannych żołnierzy niemieckich. W pewnym momencie przed szpitalem dr N. widział taką scenę: płonące domy dokoła, pod nimi stosy trupów dochodzące do 1 i 1/2 metra wysokości.

Za: Zbrodnia niemiecka w Warszawie 1944 r., pod red. Serwański E., Trawińska I., Poznań 1946, s. 38-39.

Teraz kilka uwag. W pierwszym tekście jest mowa o placówkach sanitarnych. Na Woli punkty ratowniczo-sanitarne znajdowały się pod następującymi adresami: Obozowa 85; Wolska 140 (kościół św. Wawrzyńca), 82 (kościół św. Wojciecha), 52, 37, 26; Leszno 136, 96, 77 i w Sądach; Spokojna 15; Chłodna 11; Grzybowska 7, 16 i nr posesji nieznany; Mireckiego numer posesji nieznany; Szkolna w szkole św. Kingi. I pytanie, które ewentualnie placówki mogły dostać się przed 5 sierpnia w ręce niemieckie. Na pewno Obozowa 85 oraz Wolska 140 i 82. O pozostałych nic nie wiadomo. Reszta wymienionych znajdowała się na terenie, który Powstańcy kontrolowali jeszcze do 5 sierpnia, czyli do dnia kiedy Niemcy zajęli także Szpital Wolski. W sprawie tekstu trzeciego. Niemcy zajęli Płocką w dniu 2 sierpnia. Natychmiast zaczęli mordy na mieszkańcach tej ulicy. Rozstrzelano mieszkańców z domów przy posesjach nr 3, 7, 25, 27 i 28. W dniu 5 sierpnia na podwórku domu przy numerze 23 rozstrzelano mieszkańców tego właśnie domu. Większość zwłok mieszkańców z tej ulicy została spalona na terenie fabryki "Ursus" i przy Wolskiej 60. Jeśli chodzi o czwarty tekst, to podejrzewam iż autor jednak popełnił błąd. Nie słyszałem bowiem o ani jednej jednostce Gestapo, która dokonywała by masowych mordów na Woli. Tak samo nie do końca można zgodzić się z fragmentem nt. 12 lekarzy i o ani jednym uratowanym. Jeszcze raz wspominany tutaj fragment wspomnień Jana Napiórkowskiego [Woźniewski Z., Książka raportów lekarza dyżurnego. Szpital Wolski w okresie Powstania Warszawskiego, Warszawa 1974, s. 134]: Nas zatrzymano na końcu szeregu. Znalazłem się w pierwszej trójce pośrodku. Obok mnie z lewej strony kol. Mikulski, z prawej Banasiewicz. Drugą trójkę stanowili: Opiłkowski, Sieragowski i Łągiewka, trzecią- felczer Łempicki, dr Chwojka i kol. Sułkowski. Grupę naszą zamykali: dr Drozdowski, prof. Grzybowski i dr Sokołowski.

Nie wszyscy byli lekarzami, co najmniej jedna osoba uratowała się. I jeszcze w sprawie ostatniego fragmentu. W Szpitalu Wolskim uratował się jeden lekarz. Był nim dr Woźniewski. Dopiero później dołączyli do niego dr Manteuffel i Wesołowski, a w następne kolejności personel szpitala Karola i Marii.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.