Jump to content
  • Announcements

    • Jarpen Zigrin

      Zostań naszym fanem. Obserwuj nas w social mediach : )   12/11/2016

      Daj się poznać jako nasz fan oraz miej łatwy i szybki dostęp do najnowszych informacji poprzez swój ulubiony portal społecznościowy.    Obecnie można nas znaleźć m.in tutaj:   Facebook: http://www.facebook.com/pages/Historiaorgp...19230928?ref=ts Twitter: http://twitter.com/historia_org_pl Instagram: https://www.instagram.com/historia.org.pl/
    • Jarpen Zigrin

      Przewodnik użytkownika - jak pisać na forum   12/12/2016

      Przewodnik użytkownika - jak pisać na forum. Krótki przewodnik o tym, jak poprawnie pisać i cytować posty: http://forum.historia.org.pl/topic/14455-przewodnik-uzytkownika-jak-pisac-na-forum/
ciekawy

Fala w Siłach Zbrojnych PRL

Recommended Posts

ciekawy   

Myśl założenia tego tematu podsunął mi user Amon, w wypowiedzi z innego wątku:

"też się dołączy chętnie , o fali , trepach , kociarstwie , wickach i dziadach mimo upływu czasu pamięć nie pozwala zapomnieć . Były radiotelegrafista z JW 2016 , Wałcz."

Na początek, gwoli przypomnienia - czym była fala w PRL - u ? (wklejki z moich wypowiedzi z innego wątku):

Nie istnieje dokładne i jednoznaczne pojęcie "fali" - przypomnę, że już np. w II RP młodzi żołnierze (ale i oficerowie) nie mieli lekko w kawalerii... "Fala" jako zjawisko subkulturowe nie miała jakiegoś określonego rytału (charakteru) w jednostkach zlokalizowanych w różnych częściach kraju. Cechowały ją pewne elementy wspólne (np. podział na falę jesienną i wiosenną, które darzyły się wzajemną niechęcią, rytuał pasowania, popuszczania dziurek w opinaczach w zalezności od dni służby, wyginanie w "siodło" czapki i orzełka, opuszczanie pasa, etc.), ale w róznych jw miała ona zmienny charakter wystepowania (tj. im cięższa, liniowa jednostka, tym "fala" i jej rytuał był przestrzegany z większą pieczołowitością i konsekwencją). Jednak mit o "fali" jako o zjawisku nagminnym i patologicznym jest mitem wyolbrzymionym, i najczęściej rozpowszechnianym przez ludzi, którzy nie mieli z wojskiem nic wspólnego. Znam ją autopsji - służyłem w liniowej jednostce łączności (pierwszorzutowej). Też odczułem "falę" na własnej skórze, ale do jej samej byłem przygotowany - wszak słuchałem jeszcze w cywilu opowieści starszych kolegów. W innym wątku tego forum podkresliłem - w każdej, nawet najmniejszej zbiorowości ludzkiej trafią się dewianci lub sadyści, którzy ciężką służbę (brak dziewczyny, alkoholu, wolnego czasu, imprez) będą odreagowywać na innych - i to właśnie o nich, a nie o prawdziwej "fali" piszą rozgorączkowani dziennikarze, lub opowiadają byli żołnierze, świadkowie tych zdarzeń. Powtarzam - prawdziwa "fala" niewiele (lub z goła nic) z przemocą ma wspólnego. Służy do uregulowania życia w jednostce po godz. 15.00 (ale nie tylko). Na poligonie "fala" zostaje zawieszona - wszyscy zasuwają równo, bo liczy się rezultat - jeżeli dadzą "ciała", to wszyscy, nie tylko "koty" dostna po du..e. W warunkach wojennych brak "fali" jest chyba oczywistą oczywistością.

Spróbuję w naprawdę dużym skrócie rozwinąć problematykę "fali" (dla ułatwienia przedstawię mój cykl, 2-letni):

Jak powszechnie wiadomo, poborowy przychodzący do wojska (720 dni do cywila - ddc) mial przechlapane - na razie szedł na 2 - miesięczne przeszkolenie unitarne, i jako taki nie miał większego kontaktu ze starym wojskiem. Jednak wyjątek stanowili kaprale - ci potrafili sadystycznie "docenić" rekruta, szczegolnie, gdy im podpadł, lub okazywal się być ofermą. Ten okres był naistotniejszy - chodziło o to, by zrobić z ciebie maszynę do natychmiastowego wykonywania rozkazów (przez to ciągła musztra, marsze, piosenki, zgranie na poziomie drużyna/ pluton/ kompania). Żołnierz ma natychmiast i bezwłocznie wykonywac rozkaz - żołnierz myślący jest żołnierzem niepewnym, ktory może sprawić kłopoty reszcie oddziału (od myślenia są przełożeni). Po dwóch miesiącach "lepienia i formowania" materiału żołnierskiego jest uroczysta przysięga, i przejśce rekrutów na (już) macierzyste kompanie.

I teraz czas na "falę" - rekrut przez pierwsze pół roku będzie "kotem" - nosi opinacze zapięte na pierwszą dziurkę, pas "pod pachami", niewygiętą czapkę (i orła - jest to charakterystyczny, z daleka rozpoznawalny znak fali), zawsze elegancki, wyprasowany i ... czujny . Nie ma żadnych praw - po obiedzie może jedynie siedzieć na stołku, nie może leżyć, nie może oglądać filmu po dzienniku. słucha poleceń (czasami głupawych) starszych kolegow, sprząta, jest uczynny, zasuwa za dwóch, i co najważniejsze - nie donosi. Po pół roku slużby następowało pasowanie - zostawał "ogonem" (prawo popuszczenia opinaczy o jedną dziurkę. pas już delikatnie może "zwisać", prawo oglądania filmów, a także za pozwoleniem "starych" leżenie po obiedzie. W skrajnych przypadkach wspomaga "kotów" przy sprzątaniu rejonu). Ogon" jednak miał sytuację nieporównywalnie lepszą pd "kota".

Po roku służby, i przestrzegania niepisanych zasad i reguł "fali" "ogon" po pasowaniu* stawał się "starym" ("wickiem - skrót od wice - rezerwisty). "Stary" - to już elita wojska (od 366 ddc w dół). Miał mnóstwo przywilejów, to jego polecanie musiały wykonywac "koty" (i częściowo "ogony"). Jeżeli spotkałeś go na przepustce, z daleka był rozpoznawalny - słychać było charakterystyczne "dzwonienie" (popuszczone opinacze o 2 dziurki, i wyrobione klamry), czapka wygięta w sidło, pas na "jaj..ch", - jednym słowem - zazdrość wśród młodszych roczników. Na kompanii był panem ...

Na pół roku przed końcem służby (180 ddc) po pasowaniu "stary" stawał się "dziadkiem" (opinacze popuszczone na ostatnią dziurkę). "Dziadkowie" to już wierchuszka Służby Zasadniczej - należał im sie szacunek, byli (w miarę możliwości) zastępowani żołnierzami młodszego rocznika przy pracach. Z chwilą, gdy "dziadek" do cywila miał 120 dni (120 ddc) wchodził na "falę"**. Z chwilą, gdy do cywila brakowało mu 50 dni (50ddc) "dziadek" stawał się "cywilem". Był to bardzo ciekawy okres, ponieważ w zasadzie cywil miał w założeniu tracić ... zainteresowanie wojskiem (!) [ żołnierski wierszyk brzmiał:

"Cywil nie fala.

Do wojska się nie wpie...la" .

Ostatnia noc w MON-e (wedle tradycji) należało spędzić na gołych sprężynach, bez materaca ...

* Pasowanie to radosna chwila dla żołnierzy. Odbywało się zazwyczaj gdzieś w piwnicy lub w magazynie, wiara zazwyczaj byla już przebrana w piżamy, a za akcesoria służył taboret i pas. Delikwent kładł się na taborecie, a starsi "falą" z tekstem "pasuję cię na ..." lali go raz pasem w wiadomą część ciała (oczywiście, tu tez mógł się trafić sadysta). a później wóda lała się strumieniami, i szczęśliwy delikwent, z boląca pupą wracał na kompanię jako wyższy w hierarchii.

** Był to popularny centrymetr krawiecki (150 cm), z ktorego ścierało się jedna stronę acetonem, celem wypisanie wierdszyków, lub wykonania rysunków. Niektóre "fale" były naprawdę majstersztykami wykonania. Po zjedzaniu obiadu "dziadek" meldował cyfrę (np. 98ddc), i walił niezbędnikiem w talerz. Oczywiście, praktyki te były ścigane przez kadrę, ale największa wściekłość budził meldujący żołnierz podczas ostatniego obiadu - tradycja mówiła, iż trzeba (i to zdrowo) pierdyknąć przy meldunku drewnianym taboretem w blat stołu ...

P.S W nagłej sytuacji (np. podczas alarmu) fala nie miala mocy - każdy żołnierz musiał jak najszybciej udac się na wyznaczone stanowiska.

Zapraszam do wspomnień (i rzecz jasna - do dyskusji).

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niewiele mogę powiedzieć, ale dodam tylko, że tzw. "fala" jest zjawiskiem powszechnym w wielu armiach świata, z jednym bodajże wyjątkiem. Legia Cudzoziemska. Legioności tak dostają w "tyłek", że nawet nikt nie ma czasu pomyśleć o fali, jak przychodzi pora odpoczynku to dosłownie każdy wali się na wyro gdzie może (ex-szwagier dosłużył się kaprala w Legii).

Za moich czasów były SPR'y (Szkoła Podchorążych Rezerwy), po studiach szło się tylko na rok (potem zmniejszono do 4 miesięcy) i nie było żadnej fali. Sami studenci, funkcje podoficerskie pełnili oficerowie młodsi (najczęściej podporucznicy), było raczej wesoło i całkiem miło, niezłe jaja i podśmiechujki na apelach się robiło, istna sielanka :wink:

Pozdrawiam.

Share this post


Link to post
Share on other sites
amon   

Na amona się powołałeś, ciekawy , a fala to temat rzeka . Ciekawe czy damy radę :D

W Twoim poście z grubsza nakreśliłeś schemat , zasady i funkcjonowanie fali . Zwyczaje falowe , w wymiarze jak wyżej zagościły w LWP w latach 70 - tych . Rozmawiałem z ludźmi służącymi w latach 40-60 i takie zjawisko nie było zauważane. Przynajmniej w takiej formie.

Zajmowałem się tym tematem , ze szczególnym naciskiem na ustalenie skąd i kiedy fala zagościła w LWP. Tropy są dwa , od Armii Sowieckiej , gdzie fala była bardzo brutalna , rozmawiałem na ten temat z sowieckimi oficerami , stąd moja wiedza w tym temacie , zbierałem też informacje na temat "noszenia" się sowieckich falowców. Drugi trop prowadzi do polskich więzień , bowiem wcielano ludzi karanych , którzy pewne zachowania wprowadzali w życie. Najlepszym tego przykładem był status "mistrza" czyli więzienny odpowiednik "cwela " czy "frajera" . " Mistrz" był to nieobcięty kot . Brak obcinki był karą za donosicielstwo ( najczęściej) bądź "burzenie się " przeciw wickom i dziadom . Powodów mogło być więcej , jednak pozostawienie "kity" sprawiało że "mistrz" nie był szanowany przez swoją falę ani przez kociarstwo , które w jawny sposób okazywało mu pogardę i nie usługiwało mu w żadnej formie . Falowy sposób zachowań sprawiał że "mistrz" ostatni ze swojego rocznika dostawał posiłki , często musiał sprzątać mimo upływu służby , nie wolno mu było siadać i leżeć na koju ( łóżko)bowiem kita która nosił powodowała "pożary" , co skutkowało laniem wody do koja. Wystawiano go do najgorszych i najbardziej uciążliwych służb . Słowem jego przykład miał być odstraszający dla kotów którym przyszłoby do głowy współpracować z kadrą zawodową , czy skarżyć się w domu .

Share this post


Link to post
Share on other sites
ciekawy   
Drugi trop prowadzi do polskich więzień , bowiem wcielano ludzi karanych , którzy pewne zachowania wprowadzali w życie

I ja przychylam sie do tej teorii - przeciez "kot", to nic innego jak "nowy" w więzieniu, który pod baczną obserwacją współwięźniów musi dowieść swoim zachowaniem i charakterem, iż godzien jest, by go przyjąć do ferajny ("grypsery"). Żołnierz, który nie chciał brać udziału w fali, pozostawał kimś w rodzaju więziennego "frajera".

Najlepszym tego przykładem był status "mistrza" czyli więzienny odpowiednik "cwela " czy "frajera" .

Oczywiście - jak mogłem o tem zapomnieć ? "Mistrzu" to żołnierz, który zapisał się do ZSMP (lub co gorsza - do PZPR), donosił politycznemu, podlizywał się kadrze, nie akceptowal zasad i reguł fali - jednym słowem - wyłamywał się z żołnierskiej społeczności. Sposoby na niego były różne - od ostentacyjnego ostracyzmu, poprzez zlecanie mu najgorszych prac, służb poza kolejnością, opóźnienie w doręczeniu poczty (bardzo dotkliwe dla np. zakochanego żołnierza), robieniu "pilota", aż do dotkliwych nocnych "koców" (bicia "marchewami"*) włącznie. Zazwyczaj delikwent musiał się przenosić na inną komapnię - a tam znowu od nowa ...

Nadmienić przy tym wypada, iz w wojsku najważniejsze są tzw. "ruchy"**. Tutaj najjaskrawiej uwidaczniają się ofermy kompanijne/batalionowe. Nasz pluton (24 chłopa ściśniętych na niewielkiej sali, na piętrowych łóżkach) dostawał na unitarce 6 (sześć) minut na umycie się w łazience. Dowcip polegał na tym, iż było tylko 6 (sześć) umywalek ... Sadystyczny kapral B. z Warszawy zakręcał ciepłą wodę (a był przełom listopada /grudzień) .... Jeżeli pluton nie wykonał toalety w tym czasie - była powtórka: pluton wbiegał do łazienki, ale z własnymi, metalowymi szafkami (jedna szafka na dwóch żołnierzy)***. Tak wyrabiało się w wojsku "ruchy" ...

________________________

* "marchewa" - specjalnie zwinięty, zmoczony ręcznik ...

** "ruchy" - szybkość i spryt żołnierza w wykonywaniu poszczególnych (zleconych) czynności.

*** Znaleźliśmy i na to sposób - otóż część nas wstawała grubo przed pobudką, i spokojnie dokonywała toalety w ciepłej wodzie. Ale do czasu - przyuważyli nas kaprale ...

Share this post


Link to post
Share on other sites
amon   
"Mistrzu" to żołnierz, który zapisał się do ZSMP

ZSMP to był najmniejszy problem . Były kompanie gdzie do ZSMP zapisywano z "klucza" . Przynależność do tej organizacji z wyboru też nie była w jakiś szczególny sposób dyskryminowana . Przewodniczącego tej organizacji przezywano "czerwonym pająkiem" ale jego użyteczność był dosyć istotna, bowiem był on członkiem sądów koleżeńskich , gdzie w istocie był obrońcą oskarżanego przez kadrę żołnierza . Poza tym ZSMP to była tzw. "sztuka"

Natomiast tzw. "ruchy" , było to sformułowanie często używane przez kadrę i żołnierzy . Mówiono : wykazywać ruchy , bądź :ruchy , ruchy, ruchy ..... Istota tego zwrotu dotyczyła prędkości w wykonywaniu różnych poleceń .

Wracając do "mistrza" , były jednostki , głównie "lotnicze" gdzie wprost pytano "kota" czy ma być traktowany "falowo" czy nie . Ci co opowiadali się za falą byli poddani zwyczajom falowym , a ci którzy chcieli traktowania regulaminowego byli obrabiani przez kaprali .

Share this post


Link to post
Share on other sites
ciekawy   
ZSMP to był najmniejszy problem . Były kompanie gdzie do ZSMP zapisywano z "klucza" . Przynależność do tej organizacji z wyboru też nie była w jakiś szczególny sposób dyskryminowana .

To zależy, jak i gdzie. Były u nas w pułku przypadki, iż żołnierze Służby Zasadniczej, należący do ZSMP, zapisywali się później do PZPR.

Przewodniczącego tej organizacji przezywano "czerwonym pająkiem"

To prawda. Pamiętam, jak na samym poczatku slużby przylazł do nas ów pułkowy "czerwony pająk" (po wcześniejszym dowiedzeniu się, iż byłem absolwentem PLSP), i zlecił mi wykonanie plaktau (rzecz jasna - popołudniami) o Rewolucji październikowej. Pamiętam do dzisiaj malunek na brystolu krążownika "Aurora" z podpisem: "WIELKI PAŹDZIERNIK TRWA DO DZIŚ"! :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

Natomiast tzw. "ruchy" , było to sformułowanie często używane przez kadrę i żołnierzy . Mówiono : wykazywać ruchy , bądź :ruchy , ruchy, ruchy ..... Istota tego zwrotu dotyczyła prędkości w wykonywaniu różnych poleceń .

Tak. Co ciekawe, nierzadko używano tej formy w stosunku do "mistrzów" - "Ruchy, mistrzu pier...ny" !!!

Skoro jesteśmy przy ruchach - proponuję odtworzyć mini słownik gwary żolnierskiej (z góry przepraszam wszystkich, którzy mogą się poczuć zniesmaczeni lub zdegustowani używanym słownictwem, ale język żołnierski jest prosty, dosadny, i obfity w epitety, oraz słowa powszechnie uważane za obelżywe. Rzecz jasna - bluzgi będą wykropkowane :roll: )

- Kogoś "docenić" - mieć na niego oko, i go "obrobić", zmusić do szczególnie precyznego wykonania zadania, po prostu - uwziąść sie w danej chwili na niego;

- użyica słowa (o sobie) "ja". Takie słowo w WP nie istnieje - natychmiast ci odpowiedzą, że "ja to w wojsku d..pa";

- użycie słowa "ale" - natychmiast spotkasz się z ripostą, że "ale to górale na hali, wy ....li"

cdn...

Share this post


Link to post
Share on other sites
amon   
To zależy, jak i gdzie. Były u nas w pułku przypadki, iż żołnierze Służby Zasadniczej, należący do ZSMP, zapisywali się później do PZPR.

Były , wprowadzającymi byli żołnierze zawodowi , kandydatowi na "członka' i tak należał się urlop nagrodowy , więc wielu "kandydowało" w drugim roku służby , urlop wpadał a członkiem PZPR i tak się nie zostawało bo delikwent był już w "cywilu" .

Słownik : liczy się sztuka- głownie dotyczyło części wyposażenia wojskowego które ginęło z pomocą starszych roczników , lub przedmiotów w ogóle , na polski : nie ważne co dołożysz ilość musi się zgadzać np. z jednego prześcieradła zrobić trzy i zdać je jako trzy właśnie.

sztuka dla sztuki - czyli markować jakieś działania , zrobić coś a w efekcie nie zrobić niczego

wyrobić - okraść , oszukać .

Ze słownika potocznych zwrotów :

jakie są rzeczy niemożliwe w wojsku ? wywrócić hełm na lewą stronę i wyru-ać sprzątaczkę

co odpowiada pluton na słowo "dobranoc wojsku" ? Wojsko śpi ale czuwa .

dlaczego żołnierz nie kupuje biletu PKP /PKS ? Bo ochrona granic nie płaci za nic.

Ile pasków ma szlaban wartowniczy ? Dwa , czerwony i czarny .

Share this post


Link to post
Share on other sites

Służba wojskowa, temat rzeka... :thumbup:

Świetny opis kolegi ciekawego, gratuluję.

Ale zawsze coś można uzupełnić.

Pobory.

Pobory były dwa, jesienny i wiosenny. Plus pobory tzw "dzikie", jakieś zimowe i letnie uzupełnienie.

W jednostkach gdzie główny trzon tworzyli żołnierze z poboru np jesiennego uzupełnienie specjalistów z wiosny po tzw "szkółkach" mogło załapać status "dzików". Ale było to określenie żartobliwe, po obcince oczywiście docinki ustawały. Gdy żołnierze z poboru wiosennego stanowili już na kompani jakąś większą grupę, ich dziadkowie też z wiosny brali ich pod swoją "opiekę", a "stara" jesień opiekowała się "młodą" jesienią. I starano się nie wchodzić sobie w drogę i pilnować falowych interesów, łącznie z "obcinką".

Bycie żołnierzem "po szkółce" nie było zbyt szczęśliwe, co prawda przychodziło się na macierzysty pododdział majac już 5 miesięcy służby za sobą, ale wciskano na służby które powinni pełnić podoficerowie, służby "podoficera dyżurnego", "dyżurnego stołówki", "biura przepustek" czy "rozprowadzających" na warcie często pełnili starsi szeregowi.

Wyganianie rano na poranną zaprawę fizyczną całego stanu kompanii zawsze było komentowane. Tak jakby kaprale pozwalali zostać połowie kompanii na salach...

Z drugiej strony wartość takiego z pozoru "dzikiego poboru" nabierała na kompanii wartości, trzeba było poinformować kumpla z sali który miał "podoficera" że się będzie na "lewiźnie", czyli o właściwe wpisanie do książki wychodzących z koszar, lub dopisanie do "drużynki". Głupio było wołać na niego "dziku" bo mógł by się odnieść z dezaprobatą o takiej "lewiźnie" ;)

Co do przynależności do ZSMP kadra starała się o zapisanie 100% składu kompanii do wzmiankowanej organizacji. Outsajderm było ciężko, zazwyczaj trafiał się w czasie zebrania organizacji młodzieżowej niejako w nagrodę "rejon toaleta" do posprzątania, ale można było wytrzymać ;)

Sąd koleżeński dla szeregowych wybierali sami żołnierze i przynależność do ZSMP nie miała tutaj żadnego znaczenia. Za najgorszą karę dla ukaranego żołnierza kadra uważała wysłanie listu do rodziców żołnierza o jego niewłaściwym zachowaniu. List taki był pisany przez pisarza, podpisywał go dowódca kompanii i drogą służbową był wysyłany do domu ukaranego żołnierza. Oczywiście ten rodzaj kary był w naszej jednostce "rozgryziony" i uznawany za najbezpieczniejszy, za stosowny "dowód wdzięczności" pisarz z kancelarii w sztabie oddawał niewysłany do domu list :lol:

Ale wcześniej trzeba było pogadać o tym z przewodniczącym sądu lub jego zastępcą ;)

Najgroźniejsza alternatywa kary to wnioskowanie sądu koleżeńskiego o "ukaranie przez dowódcę kompanii", ale na takie coś decydowano się tylko wtedy gdy sprawca dopuścił się czynu "haniebnego" np drobnej kradzieży pieniędzy koledze lub był "kapusiem". Bo dowódca lubił wtedy "przyłożyć" na grzbiet :angry:

Niby "fala" to zachowanie naganne.

Ale zapominamy że w życiu też jest się "młodym", lub po jakimś czasie "starym", ot choćby w pracy.

To "młody" w ramach z"dobywania doświadczenia zawodowego" robi najbardziej przykrą lub uciążliwą prace w brygadzie lub zespole, to "młody" musi ustąpić gdy następuje konflikt z urlopem wypoczynkowym ze "starym" pracownikiem.

Koja co prawda nie musi słać "starym", ale taki rodzaj zachowań to jest rodzaj "fali". Dobrze gdy szybko zaprosi po pierwszej wypłacie swoich kolegów "na obcinkę" :thumbup:

ps film "Fala" uważam za przejaskrawiony, nigdy nie widziałem kaprala który meldował by się szeregowemu, choćby ten drugi był "rekinem" lub "tygrysem"

Kaprale mieli swoją "falę", szeregowi "swoją". Jako podoficer dyżurny kompanii nie raz widziałem młodych kaprali którzy za zamkniętymi drzwiami "podoficerki" jechali na mokro podłogę, w ramach "falowego" docierania młodszego rocznika :lol:

Share this post


Link to post
Share on other sites
jancet   

W sumie jako "bażant" nie powinienem wypowiadać się "w tym temacie", ale i tak swe 3 grosze wtrącę.

W Szkołach Podchorążych Rezerwy, choć tzw. "szkółka", czyli pierwsze 4 miesiące służby, nie różniły się nadto od SZ, fala nie występowała, lub prawie nie występowała. W zasadzie wystąpić nie mogła, bo po 4 miesiącach rozjeżdżaliśmy się do jednostek, zostawali tylko podoficerowie. Ci czasem coś w rodzaju fali usiłowali kombinować, ale bez większych rezultatów, z resztą "wiek" łączył się tu z oficjalnym stopniem.

Bo cała kompania, poza dowódcami plutonów, była z jednego poboru.

Bardziej istotny był konflikt między podchorążymi a niektórymi "trepami", czyli młodszą kadrą oficerską.

język żołnierski jest prosty, dosadny, i obfity w epitety, oraz słowa powszechnie uważane za obelżywe

Tu przytoczę pewną zabawną historyjkę. Pierwszy dzień na Montelupich, właśnie zabrano nam cywilki, ostrzyżono wszystkich tak samo, ubrano w identyczne zielonawe wdzianka - czyli pozbawiono wszelkich oznak indywidualnej osobowości. Niby każdy wiedział, że tak będzie, ale to i tak wielki szok. Sala nr 26, sypialna na 2 plutony, piętrowe prycze na 50 osób, kilkanaście krzesełek. Przychodzą kolejni nowi, nie znamy się, patrzymy na kolejne, tak samo wyglądające osobniki, wszystko zdaje się być wyblakłe, ostrzyżone i zielonawe. Wiemy, że też tacy jesteśmy - przy wyjściu od fryzjera było takie duże lustro, człowiek stawał przed nim i szukał swego odbicia, a widział jakiegoś dziwnego, zupełnie mu nieznanego, zielonawego stwora. Kolejne zielonawe stwory przychodzą na salę i zajmują kolejne krzesełka. Patrzymy na nie i milczymy.

Choć trwa to tylko kilka godzin, to i tak powstaje pewna hierarchia - ci, godzinę czy dwie starsi, są lepsi, bardziej już oswojeni z sytuacją. Zaczynają rozmawiać. Któryś z nowych siada na krzesełku i mówi to, co każdemu ciśnie się na usta, czyli wiązankę bluzgów.

W tym momencie jeden z bardziej zasiedziałych głośno rzuca:

"Nie bluzgaj, przecież nie jesteśmy w koszarach !!!"

I nagle tych kilkunastu zielonkawych ufoludków wybuchło gwałtownym śmiechem, radością dziką i niepowstrzymaną, bo naglę Andrzej Zięba uświadomił nam, że nic się nie zmieniło, że jesteśmy wciąż tacy sami, jak przedtem.

Przez następne 4 miesiące słowa "nie bluzgaj, przecież nie jesteśmy w koszarach" były wręcz hasłem rozpoznawczym 22 plutonu. Odnoszę wrażenie, że większość z nas na Montelupich wyrażała się łagodniej, niż w codziennym życiu.

Mogę dodać parę historyjek, jak - dzięki spójności grupy - udawało się nam zrobić trepów. Jeśli ktoś ma ochotę czytać.

Edited by jancet

Share this post


Link to post
Share on other sites
amon   

Opowieści o wojsku są zwkle mile widziane.

Miałem z "bażantami" przeprawę na swojej kompanii. Ot niby ludzie kształceni, kandydaci na oficerów rezerwy, ale wynikła z nimi ciekawa przygoda, dotycząca własnie zwyczajów falowych.

Początek lat 80-tych. Fala w jednostkach była wielkości tsunami. Trepy chętnie to zjawisko popierają, bo i porządek na batalionie i spokój z młodym wojskiem.

W cały ten rozgardiasz dorzucają nam czterech "bażantów". Jak rzadko, mają kwaterować na kompanii i spać na naszej sali podoficerskiej. Wszyscy kolesie od plutonowego do sierżanta podchorążego, śmiałe szarże, pewne siebie, a jednak trochę wystraszone dzikością na batalionie, no i falą. Ciekawi życia garnizonowego. Lepiej traktowani przez trepów, słowem goście niemile widziani wśród służby zasadniczej.

To co zainteresowało "bażantów" najbardziej to własnie fala i korzyści z tego płynące. Nie wiem co działo się w głowach tych kolesi, ale przystali nawet na obcinkę, aby z tych dobrodziejstw korzystać.

Starszy fali nie przystał na ten wyjątek. Do obcinki nie doszło. Kiedy jeden z "bażantów" uderzył w brzuch "kota", który odmówił usług słania koja, doszło do małej kocówy na sali podoficerskiej. Na nastepny dzień "bażanty" zakwaterowano w innym miejscu. Przychodzili na szkolenia, ale byli grzeczni, szło się z nimi dogadać.

Jednak mnie,od tego czasu "bażant" nie kojarzył się dobrze. Co mogli wiedzieć o fali, o życiu kota, o zwyczajach panujących wśród poborów. Tam zabawy nie było, hierarchia była sztywna i nie do podważenia. Zwyczaje falowe to opowieść rzeka.

Byc może Moltke był autorem słów, że wojsko które przez 20 lat nie znaznaje wojny, staje się przedszkolem. Tak było w przypadku W.P do roku 1989, a być może i później.

Zwyczaje falowe, które były popularne w armii rosyjskiej, a później sowieckiej , wraz z kryminalistami których zaczęto powoływać pod broń, przeszły na naszych żołnierzy.

Edited by amon

Share this post


Link to post
Share on other sites
Tomasz N   

Lepiej traktowani przez trepów, słowem goście niemile widziani wśród służby zasadniczej.

To co zainteresowało "bażantów" najbardziej to własnie fala i korzyści z tego płynące. Nie wiem co działo się w głowach tych kolesi, ale przystali nawet na obcinkę, aby z tych dobrodziejstw korzystać.

Starszy fali nie przystał na ten wyjątek. Do obcinki nie doszło.

A to ciekawe bo u mnie było odwrotnie. To falowcy próbowali mnie pod nią podciągnąć. Chodziłem dla zasady w ciasno opiętych opinaczach (inni podchorążacy po 2 miesiącach nosili się jak rezerwa), więc próbowali mnie taktować jak kota. Ale krótko i potem był wzajemny szacunek. Natomiast bażanty z pasem na jajach jakoś go nie miały i od kadry i od szwejków.

Share this post


Link to post
Share on other sites
amon   

Wszystko zależy od człowieka i jego zasad. Miałem takie doświadczenia, a nie inne. Jednostka była duża, możliwości na batalionach było wiele. Generalnie "bażanty" to był element nie falowy, obcy. A to że niektórzy z nich wykazali chęć przyłączenia się do fali, stanowiło tyle że zwykle przez tą falę byli odrzucani. Trep to trep. Biało czerowna lamówka na pagonach oznaczała wroga. Wszak "bażant" to nie żołnierz.

Edited by amon

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.