Jump to content
  • Announcements

    • Jarpen Zigrin

      Zostań naszym fanem. Obserwuj nas w social mediach : )   12/11/2016

      Daj się poznać jako nasz fan oraz miej łatwy i szybki dostęp do najnowszych informacji poprzez swój ulubiony portal społecznościowy.    Obecnie można nas znaleźć m.in tutaj:   Facebook: http://www.facebook.com/pages/Historiaorgp...19230928?ref=ts Twitter: http://twitter.com/historia_org_pl Instagram: https://www.instagram.com/historia.org.pl/
    • Jarpen Zigrin

      Przewodnik użytkownika - jak pisać na forum   12/12/2016

      Przewodnik użytkownika - jak pisać na forum. Krótki przewodnik o tym, jak poprawnie pisać i cytować posty: http://forum.historia.org.pl/topic/14455-przewodnik-uzytkownika-jak-pisac-na-forum/
Sign in to follow this  
ciekawy

"Pancerniacy" z września 1939 r. związani z Powstaniem Warszawskim

Recommended Posts

ciekawy   

Witam !

Na wstępie Albinosie - jeżeli temat nie zaistniał w odpowiednim dziale - to możesz go przenieść, tam gdzie być powinien :) Ale ad rem: jak wiemy, większość żołnierzy walczących we Wrześniu 1939r. podjęła w latach 1940 - 1944 (w różny sposób) walkę z okupantami: III Rzesza i Rosją Sowiecką. Ja chciałbym się skupić na naszych "pancerniakach" z obydwu brygad pancerno - motorowych: WBP-M (Warszawskiej Brygady Pancerno - Motorowej), oraz 10BK (10 Brygadzie Kawalerii).

Mimo, iż los tego żołnierza nie był związany bezpośrednio z PW, to jednak warto go wspomnieć, ponieważ wybuch Powstania kosztował go życie ... Dowódcą WBP-M we wrześniu 1939r. był płk. dypl. Stefan Grot - Rowecki. Po wrześniowych bojach, spod Tomaszowa Lub. przedostaje się do Warszawy. 5 października 1939 zostaje zastępcą komendanta Służby Zwycięstwu Polski (SZP), gen. bryg. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza. 30 czerwca 1940 zostaje komendantem głównym ZWZ i dowódcą Sił Zbrojnych w Kraju. Powołuje komórkę "N" zajmującą się walką propagandową z III Rzeszą. Od 1941r. scala organizacje podziemne, tworząc w 1942r. AK. 30 czerwca 1943 został zdekonspirowany i aresztowany w warszawskim mieszkaniu przy ul. Spiskiej 14/10 przez ekipę Gestapo dowodzoną przez SS-Untersturmführera Ericha Mertena. Odmawia współpracy z III Rzeszą, i trafia do KL Sachsenhausen, jako więzień honorowy. Na wieść o wybuchu Powstania Warszawskiego zostaje zamordowany.

Płk. dypl. Janusz Bokszczanin to kolejna postać związana z Powstaniem Warszawskim. We wrześniu 1939r. dowodził 10 psk (10 pułk strzelców konnych). Pułk ten, obok 24 pu (24 pułk ułanów) wchodził w skład 10BK płk. dypl. Stanisława Maczka. Podczas walk 16 września 1939 roku w czasie walk w obronie Lwowa, pod Zboiskami, płk Bokszczanin został ciężko ranny i zmuszony był opuścić pułk. W 1940r. wstępuje do ZWZ (późniejsza AK). Do 1943 jest szefem Referatu Broni Szybkich lub Wojsk Pancernych w Oddziale III (Operacyjno-Szkoleniowym) Komendy Głównej Armii Krajowej. W 1944 przygotowywał plan "Burza" – przejścia AK do działań zaczepnych. Po wybuchu PW usiłuje się (bezskutecznie) przedrzeć do Stolicy, jednak zostaje ranny, i wywieziony na roboty do III Rzeszy. Po wojnie zostaje członkiem Delegatury WiN.

Kolejnym oficerem "pancerniakiem", związanym z PW (teraz już bezpośrednio) jest por. Romuald Radziwiłłowicz, w 1939r. żołnierz 24pu. Poczytałem trochę o nim - jest to postać barwna i nietuzinkowa, której wojennych losów mam zamiar dociec, a o której chyba wato napomknąć. Przede wszystkim - oficer mojego ulubionego 24 pułku ułanów (d-ca I plutonu w 3 szwadronie tego pułku, nieco później - jego d-ca). Jako żołnierz 24 pu służy pod płk. dypl. Maczkiem w 10BK we wrześniu 1939r. Jego bojowy szlak kończy się pod Radymnem - wypełniając rozkaz dowódcy 24 Pułku Ułanów płk. dypl. Kazimierza Dworaka, por. Romuald Radziwiłłowicz od północy z 9 na 10 września znajdował się we wsi Ostrów pod Radymnem, mając ze sobą samochód osobowo-terenowy z pocztu 3 szwadronu, oraz kilku żołnierzy (ułanów z 24pu - przyp. ciekawy) którym dowodził. Było ich w sumie ośmiu z kierowcą, wszyscy już prawie weterani, bo niemal codziennie bili się z Niemcami. Ich zadaniem było wyłapywanie żołnierzy i pojazdów z fali odwrotowej, a następnie kierowanie ich na przeprawę przez San w Radymnie i dalej do rejonu zbiórki w Makowisku. - Oprócz dzielnego kaprala Kasjańskiego z 1 batalionu 53 Pułku Piechoty - wspomina Romuald Radziwiłłowicz - którego wraz z karabinem przeciwpancernym zwerbowałem do szwadronu kilka dni temu pod Radomyślem, znałem mych chłopców z pocztu i wiedziałem doskonale, że mogę na nich zawsze liczyć. Nie miałem ani cienia wątpliwości, że poszliby za mną wszędzie. Taka w nich już bowiem była kawaleryjska brawura i zaciętość, że nikogo i niczego się nie bali. I tylko dzięki ich męstwu i determinacji udało nam się wtedy, 10 września o świcie, zatrzymać gros sił 4 Dywizji Lekkiej gen. mjr. Alfreda von Hubickiego i, opóźniając jej atak na Jarosław o 4-5 godzin, pokrzyżować misterne plany Sztabu 14 Armii.O brzasku uciekająca w panice przed Niemcami kolumna taborów i żołnierzy kierowała się z Radymna na Ostrów. - Ponieważ wiem - kontynuuje - że strach ma wielkie oczy, nie mogłem uwierzyć uciekającym, że w Radymnie znajdują się niemieckie oddziały zmotoryzowane, tym bardziej iż były to nasze głębsze tyły, a linia Sanu miała być silnie obsadzona. Oceniłem nieprzyjaciela jako drobny oddział spadochroniarzy lub silniejszą grupę dywersyjną i postanowiłem otworzyć drogę na most w Radymnie, opanowując panikę i biorąc w karby uciekających. Pod groźbą użycia broni udało nam się wkrótce zebrać ok. 300 szeregowych i kilku oficerów. Objąwszy nad nimi komendę i wyznaczywszy dowódców, zorganizowałem trzy słabe kompanie i w dwóch rzutach z determinacją uderzyłem na Radymno. Ja wraz z kapralem, z karabinem przeciwpancernym posuwałem się przed tyralierą prawej kompanii, moich sześciu ułanów dodawało piechurom i łazikom bojowego animuszu, pilnując z bronią gotową do strzału, by nikt nie urwał się do tyłu. Po początkowym powodzeniu, po godzinie natarcie utknęło. Ogień licznych cekaemów, moździerzy i artylerii niemieckiej zatrzymał polskie natarcie w połowie drogi między Ostrowem a Radymnem. Ale ponieważ Niemcy nie znali liczebności polskich sił, a zdeterminowane uderzenie Polaków wprowadziło ich w błąd, zamiast silnie zaatakować, również przeszli do obrony. Wreszcie, gdy ok. godz. 9 rozpoczęli atak, został on - mimo poniesienia dużych strat - zatrzymany przez Polaków. Ok. godz. 10 por. Radziwiłłowicz został ciężko ranny, co przesądziło o dalszym boju. Niebawem oddział polski został rozbity i wzięty do niewoli. I teraz najlepsze - oto, co przytrafiło się w niewoli jako jedynemu polskiemu żołnierzowi, bohaterskiemu porucznikowi :) :

A teraz może nieco humorystyczny, niemal zupełnie nieznany incydent z września 1939r. Oto jak sam dowódca GA "Południe", gen. von Rundsted, odznaczył polskiego oficera, por. R. Radziwiłłowicza (d-cę plutonu w szwadronie 24p.u. z 10BK).... Krzyżem Żelaznym !!!

"ODZNACZONY" ŻELAZNYM KRZYŻEM

ZA BÓJ O RADYMNO

- nadesłał Dr Zbigniew Moszumański

Był to pamiętny dzień 27 września 1939 r. Ciężko rannego por. Romualda Radziwiłłowicza - dowódcę plutonu 3 szwadronu 24 Pułku Ułanów z 10 Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej, dowodzącego grupą doraźnie zebranych żołnierzy w walce o Radymno, przywieziono do sanockiego szpitala powszechnego ze szpitala polowego w Rzeszowie. Choć unieruchomiona lewa dłoń w gipsie nie sprawiała mu dużo bólu, to przestrzelone prawe płuco było bardzo dokuczliwe, zwłaszcza ciągły kaszel. W tym miejscu należy wyjaśnić, w jaki sposób znalazł się on - jedyny Polak wśród ośmiu ciężko rannych Niemców i Austriaków.

- W czasie badania jeńców - wspomina - gdy wszyscy zgodnie zeznali, że ja z kilkoma moimi ułanami zmontowałem i przeprowadziłem natarcie na Radymno, dowódca niemieckiej 4 Dywizji Lekkiej gen. mjr Alfred von Hubicki rozkazał, żeby otoczono mnie najtroskliwszą opieką i traktowano na równi z oficerami niemieckimi. I dlatego 27 września leżałem w luksusowej sali szpitalnej wśród ciężko rannych oficerów Wehrmachtu.

Czułem się w tej sali źle i obco, zwłaszcza po tej hiobowej wieści o kapitulacji Warszawy. Kiedy moi sąsiedzi na sali aż pęcznieli z dumy, radośnie powtarzając "Warschau gefallen", czułem się nieszczęśliwy i przybity. Mijałbym się jednak z prawdą, gdybym powiedział, że nie byłem otoczony dobrą opieką na tej sali. Zarówno personel, jak i ranni oficerowie traktowali mnie z pewnym szacunkiem, a nawet z kurtuazją. Dla Niemca "Befehl ist Befehl".

Otrzymawszy rozkaz, by zapewnić jak najlepsze warunki leczenia, wszyscy zachowywali się po koleżeńsku. Można było znaleźć z nimi wspólny język. Z ośmiu leżących w sali oficerów, pięciu było kawalerzystami, a pozostałych trzech należało do słynnego Alpen Korps. Wszyscy ci oficerowie władali doskonale językiem francuskim, mimo więc mojej bardzo ograniczonej znajomości niemieckiego, mogłem się z nimi porozumiewać.

W czasie pobytu w sanockim szpitalu każda poranna wizyta lekarza dyżurnego była bardzo skrupulatna, lecz odbywała się w przyjacielskiej atmosferze. Tego poranka wszystko odbywało się w bardzo szybkim tempie. Młody lekarz spieszył się i wyraźnie był bardzo zdenerwowany. Siostry też były bardzo podniecone i obciągały koce na łóżkach z większą niż zazwyczaj gorliwością. Po zakończonej wizycie dyżurny lekarz ponownie wszedł do sali i zapowiedział coś, czego nie zrozumiałem. Leżący obok mnie porucznik nadął się jak paw i powiedział do mnie po francusku: - General Oberst von Gerd Runstedt będzie nas dekorować Krzyżem Rycerskim. Skłaniając niby-obojętnie głowę, odpowiedziałem w tym samym języku: - Bardzo dobrze. Postanowiłem jednak ignorować tę uroczystość.

Wkrótce wszystko zaczęło się toczyć jak w kalejdoskopie. Z głębi ulicy, przy której stał budynek szpitala, dochodził odgłos maszerującego oddziału piechoty. Równo wybijany krok na placu przed szpitalem nagle urwał się na ostrą komendę: "Abteilung halt"! Kpt. Braun z Alpen Korps, który był najstarszym stopniem oficerem w sali, nie wytrzymał dłużej i odrzuciwszy koce, w kilku susach znalazł się przy oknie. Obserwując to, co działo się na ulicy, komentował drżącym z przejęcia głosem przebieg wydarzeń. Niemcy byli bardzo podekscytowani. Przecież takie nazwiska, jak: Runstedt, List, Manstein czy Kleist należały do śmietanki generalicji niemieckiej i można sobie wyobrazić, co taka wizyta znaczyła dla porucznika czy kapitana.

Po chwili spoza okien doleciała nowa komenda: "Prezentuj broń" i uderzyły w niebo tony marsza. Kpt. Braun załamującym się ze wzruszenia głosem zwrócił się do swych kolegów:

- Generał Oberst Gerd von Runstedt robi przegląd kompanii honorowej 1 Dywizji Górskiej, towarzyszą mu generałowie Wilhelm List, Erich von Manstein, Paul von Kleist.

Z ulicy kompania ryknęła nagle, jak jeden mąż, dla uczczenia dostojnego gościa. Orkiestra ciągle jeszcze grała. Braun odskoczył od okna i tak szybko, jak mógł wsunął się pod koce swego łóżka. - Już idą - szepnął prawie bezgłośnie. Rzeczywiście, z klatki schodowej wiodącej do korytarza zaczął dochodzić gwar oraz tupot zbliżającej się gromady ludzi.

- Meine Herren - krzyknął nagle kpt. Braun i aż pobladł z emocji. Wszyscy ranni oficerowie wyprężyli się jak struny na swych łóżkach, a oczy ich zwróciły się w otwarte drzwi, w których stanęło dwóch wysokich, starszych generałów. Za nimi tłoczyło się jeszcze kilku innych.

Szczuplejszy z generałów z długą, pociągłą twarzą, w rozpiętym długim płaszczu, wysunął się na środek sali i zasalutował z namaszczeniem. Posuwająca się za nim plejada generałów i pułkowników zatrzymała się i zamarła w bezruchu. Cała sala aż pojaśniała od czerwieni generalskich kołnierzy, lampasów i wyłogów oraz złotych haftów naramienników.

Jak urzeczony wpatrywałem się w salutującego generała. Więc to tak wyglądał ten ich słynny Runstedt. Zupełnie nie tak go sobie wyobrażałem.

Do boku generała przysunął się nagle wysoki, elegancki podpułkownik z monoklem w oku, trzymając w ręku niedużą, czarną skrzynkę. W sali zapanowała taka cisza, że można było usłyszeć brzęczenie przelatującej muchy.

- Żołnierze niezwyciężonej armii niemieckiej - powiedział donośnie gen. Runstedt. Za męstwo i odwagę wykazane przez was na polu bitwy z naszym odwiecznym wrogiem, w imieniu Führera i Vaterlandu dekoruję was wszystkich Rycerskim Krzyżem Żelaznego Krzyża i gratuluję wam tego wysokiego odznaczenia. Tu skinął na pułkownika z czarną skrzynką.

Ten otworzył ją natychmiast i oczom naszym ukazały się rzędy małych pudełeczek, na których wierzchach były wytłoczone kontury Żelaznego Krzyża. Runstedt wziął z rąk pułkownika jedno pudełko i otworzył je z namaszczeniem. Był w nim ułożony czarno-biały krzyż, szczyt marzeń każdego niemieckiego oficera.

Trzymając otwarte pudełko w lewej dłoni, dowódca Grupy Armii "Południe", któremu w kampanii wrześniowej podlegało 830 tys. ludzi - ruszył w kierunku łóżka mojego sąsiada. Wyglądało na to, że dekoracja oficerów będzie dokonana kolejno, tak jak leżą w łóżkach. Wpatrywałem się ciekawie w suchą ascetyczną twarz generała, gdy nagle, ku memu zdumieniu, minął on mojego sąsiada, stanął przed moim łóżkiem i zasalutował. Zrobiło mi się gorąco. Czemu mam zawdzięczać to niezwykłe wyróżnienie - ja skromny porucznik odznaczany przez wybitnego niemieckiego generała... Skinąłem z godnością głową, w ten sposób odpowiadając na ukłon generała, a serce moje wypełniła bezmierna duma. Ale nie miał to być jeszcze kres niespodzianek tego pamiętnego dnia. Oto Runstedt nagle wszedł pomiędzy nasze dwa łóżka i wyjąwszy Krzyż Rycerski z pudełka, położył go na kocu w miejscu, gdzie znajdowała się moja pierś. Uczyniwszy to, cofnął się znowu do podnóża łóżka i zasalutował powtórnie. Jednocześnie zasalutowali wszyscy znajdujący się w sali generałowie i pułkownicy. Jeszcze naprawdę nie zdążyłem ochłonąć z tego niezwykłego zdarzenia, gdy ten sam ceremoniał został powtórzony przy drugim, trzecim, czwartym i piątym łóżku.

Wtedy do stojącego na czele grupy generalskiej szefa Sztabu Grupy Armii "Południe" gen. Ericha Mansteina przecisnął się blady jak ściana komendant szpitala w Sanoku i zaczął szeptać mu na ucho. Twarz generała przybrała wyraz niewypowiedzianego wprost zdumienia i niewiary. Zbladł najpierw, potem zaczerwieniwszy się jak burak, zaczął gwałtownie chwytać powietrze. Wyglądał przy tym tak, jak gdyby był rażony apopleksją. Opanował się jednak i z furią zaczął o coś pytać nieszczęśliwego komendanta. W odpowiedzi komendant szpitala wskazał dyskretnie głową w kierunku por. Radziwiłłowicza.

Groźne spojrzenie oczu hitlerowskiego generała uderzyło we mnie gwałtownie. Zimne, bladoniebieskie oczy Mansteina wyrażały przy tym taki ogrom nienawiści i pogardy, że dźgały mnie jak sztyletami. Odniosłem wrażenie, że gdyby mogły zabijać - byłbym już trupem. Aczkolwiek wszystko to stało się tak nagle i niespodziewanie, wiedziałem już o co mu chodzi. Serce w piersiach biło mi jak młotem - oto w wyniku dziwnego, niewiarygodnego wprost zdarzenia losu, stałem się przyczyną poważnego ośmieszenia dowódcy Grupy Armii "Południe" - jednego z generałów bardzo wysoko postawionego w hierarchii armii niemieckiej. W jaki sposób do tego doszło, że mnie polskiego porucznika dekorowano najwyższym odznaczeniem niemieckim? Wiedziałem, że aczkolwiek nie zaszło to z mojej winy, czeka mnie zemsta hitlerowców, lecz teraz przynajmniej gra była warta świeczki. Toteż nie bałem się już niczego i nieustraszenie patrzyłem w wściekłe oczy Mansteina. Zwarliśmy się więc oczyma i pojedynek ten trwał przez dłuższy moment. Wreszcie niemiecki generał skapitulował. Wzruszywszy nieznacznie ramionami, ze zrezygnowaną miną podszedł do gen. Runstedta i, wyraźnie zakłopotany, począł mu coś szeptać. Runstedt; który właśnie skończył dekorować ostatniego oficera, zapytał dwukrotnie: - Was? Jego szef sztabu zaczął mówić wtedy nieco głośniej. Na twarzach stojących za nimi generałów było widać zdziwienie, ale twarz Runstedta nie zmieniła się wcale. Była dalej chłodna, opanowana i sztywna. Słuchał, nie zadając żadnych pytań, uważnie i w skupieniu. Ale w tym samym czasie spojrzenie jego mądrych i spokojnych oczu prześwietlało mnie na wylot. Mówiąc coś do Mansteina, nie spuszczał wzroku ze mnie. Patrzyłem śmiało w jego oczy, nie dbając już o nic na świecie. Radość i duma opanowały mnie całego - cóż to za cios zadałem niemieckiej pysze. Było to ważniejsze dla mnie od sprawy życia lub śmierci i z tego powodu warto było nawet się narazić. Oczy wszystkich Niemców wpiły się teraz uparcie we mnie. Lotem błyskawicy rozeszło się wśród nich, że w wyniku jakiegoś przeoczenia dekorowano tu przez pomyłkę Polaka i każdy z nich uświadomił sobie, że był świadkiem takiej ceremonii. Jednakże nie było wśród nich ani jednego, który zdradzałby najmniejszą ochotę do śmiechu.

Przez chwilę Rundstedt stał w głębokim zamyśleniu, a oczy patrzyły gdzieś uparcie w okno. Wreszcie przerwał myślenie - wyprostował się i sztywnym, odmierzonym krokiem ruszył w moim kierunku. Na sali zapanowała kompletna cisza, przerywana tylko skrzypieniem błyszczących, generalskich butów. Zdawało mi się wtedy, że wszyscy w sali wstrzymali oddech.

Podszedłszy do podnóża mego łóżka, dowódca Grupy Armii "Południe" znowu stanął na baczność i długo, długo salutował. Jak echo zawtórował mu trzask zwartych obcasów towarzyszących mu generałów i pułkowników. Ich dłonie wzniosły się do daszków sztywnych, pruskich czapek. Wyprężyły się, jak struny, wydęły się piersi, na których wisiały Żelazne Krzyże.

Oddawano mi teraz honor jako rannemu oficerowi polskiemu, który spełnił swój obowiązek wobec Ojczyzny. Mogłem się czuć szczęśliwy, że w pojęciu wroga zasłużyłem sobie na ten zaszczyt. Ogarnęło mnie głębokie wzruszenie i poczułem się bardzo słaby. Jak przez mgłę widziałem Rundstedta zabierającego z koca "mój" krzyż i kładącego go z powrotem do pudełka. Jeszcze widziałem jego ostatni ukłon i straciłem przytomność. Gdy ocknąłem się nieco później, znajdowałem się już w sali, gdzie leżeli polscy żołnierze. To miała być zemsta Niemców. Wyszło mi to na dobre, bo poczułem się lepiej i zacząłem nawet myśleć o ucieczce. Ale to już inna historia.*

Zbigniew MOSZUMAŃSKI

* informacja ze strony UM Radymno

Nie znam dalszych losów porucznika po wyjściu ze szpitala - najprawdopodobniej udaje mu się zbiec, i trafić do konspiracji. Usiłuję dociec, jak długo leżał w szpitalu, i w jaki sposób dotarł do Warszawy. O informacjach dot. jego osoby - cisza -następuje długo, długo nic - i nagle jest rok 1944, wybucha Powstanie Warszawskie - i tu wypływa znowu na arenę nasz porucznik: pojawia sie jako d-ca Zgrupowania (w stopniu rotmistrza - kawaleryjski odpowiednik kapitana przyp. ciekawy) "Zaremba" . Zgrupowanie to powstało 2 sierpnia 1944 roku. Od 8 sierpnia dowództwo zgrupowania miało swoją siedzibę przy ul. Poznańskiej 12. Po utracie ręki w dniu 28 sierpnia, rtm. Radziwiłłowicz przekazał dowodzenie zgrupowaniem kpt. cichociemnemu "Piorunowi" - Franciszkowi Malikowi.

http://www.powstanie-wars...emba_piorun.htm

Co myślicie o tych nietuzinkowych postaciach ? Czy jest np. możliwe odtworzenie losów bohaterskiego porucznika (rotmistrza), ktory wraz z kilkoma ułanami (i przygodnie zebraną gromadką żołnierzy) zaatakował niemiecką 4.DLek. ? :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
bavarsky   

Ciekawy!

Bardzo tobie dziękuję.

Fenomenalny tekst. Wstałem rano i przy kawie go z przyjemnością przeczytałem.

Nie chcąc trącić o nieproduktywne posty, rakiem cofam się.

Pozdrawiam!

B.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Albinos   

Drogi ciekawy, temat jak najbardziej pasuje tutaj:) Prosiłbym jedynie, aby skupiać się na losach stricte powstańczych. Co do poznania historii działań rtm. Radziwiłłowicza polecam:

Leżeński C., Zetrzyj z włosów pył bitewny, Warszawa 1996, ss. 296;

Leżeński C., Zgrupowanie Armii Krajowej "Zaremba-Piorun", Warszawa 2004, ss. 144;

Baczyński T., Batalion Armii Krajowej "Zaremba-Piorun" w Powstaniu Warszawskim, Warszawa 1994, ss. 128.

No i oczywiście przejrzeć Archiwum Historii Mówionej na stronach MPW.

Kilka poprawek, tak na szybko. Mówiąc o oddziale rtm. Radziwiłłowicza nazwy "Zaremba" używamy do 27 sierpnia włącznie, później przechodzimy na "Zaremba-Piorun". Jednostka nie powstała 2 sierpnia. Jej konspiracyjny rodowód datuje się już na rok 1941. Rotmistrz Radziwiłłowicz był d-cą już od 2 lipca '44, koncentracja nastąpiła w dniu 28 lipca na Hożej 41.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.