Jump to content

Razorblade1967

Użytkownicy
  • Content count

    806
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Razorblade1967

  1. Bo o czym tutaj dywagować? Można było się zastanawiać gdy kombinowali ze "zwolnieniową" formą protestu. Tam gdzie istnieje prawo do protestu w formie strajku było to co najmniej dziwne... Obecnie zastosowali normalną formę protestu pracowniczego - czyli strajk. Mają do tego prawo jak każda inna grupa zawodowa (poza tymi "resortowymi", gdzie prawa do strajku nie ma) i z tego prawo korzystają chcąc wywalczyć wyższe zarobki, co w sumie nie dziwi - bo w zasadzie każdy chciałby za swoją pracę dostawać więcej... Jak jest szansa to uzyskać to się o to "walczy" - w takiej czy innej formie. Co do reszty to Bruno ma rację... każdy ma swoje zdanie. Jedni uważają, że nauczyciele za mało zarabiają, a na drugim biegunie są uważający, że i tak mają zbyt duże przywileje zawodowe i zarobki całkowicie adekwatne do czasu pracy... no i oczywiście pomiędzy tym są wszelkie poglądy pośrednie. W zasadzie o czym mielibyśmy dyskutować? Każdy przedstawiłby swój pogląd i tak nikt nikogo by nie przekonał do swojego punktu widzenia.
  2. Współczesne pistolety

    Nie nie myli... Na strzelnicy broń jest ładowana na stanowisku i rozładowana przed jego opuszczeniem, a poruszanie się po obiekcie z załadowaną bronią jest zabronione. Jak przychodzę na strzelnicę to np. mając przy sobie pistolet, który cały dzień nosiłem załadowany - to w chwili wejścia na obiekt go muszę rozładować i ponownie załadować mogę dopiero na stanowisku. Polecam lekturę Rozporządzenia MSWiA w sprawie wzorcowego regulaminu strzelnic. W "życiu" pistolet nosi się: 1/ W wprowadzonym nabojem do komory nabojowej i zabezpieczony (jeśli broń bezpiecznik nastawny posiada) 2/ Bez wprowadzonego naboju do komory nabojowej i wtedy broni się nie zabezpiecza bo jest to bez sensu. Oczywiście punkt jeden może być "zmodyfikowany" - bo można nosić broń z nabojem w komorze nabojowej i odbezpieczoną... pod warunkiem, że pistolet konstrukcyjnie jest przystosowany do bezpiecznego noszenia z nabojem komorze. Fakt występowania bezpiecznika nastawnego bynajmniej nie wyklucza zastosowania w broni odpowiednich zabezpieczeń wewnętrznych. Nawet jak nie jest załadowana lub nie ma naboju w komorze? Przed czym wtedy zabezpiecza bezpiecznik? Przed odpowiednio szybkim użyciem broni? Jeżeli jesteś na takim etapie to powinieneś używać broni tylko na strzelnicy i to pod czujnym okiem instruktora. Nie znasz bowiem podstawowych zasad posługiwania się bronią - jedną z tych zasad, od której odstępstwa nie ma jest zasada, że zawsze gdy bierzesz do ręki broń to sprawdzasz stan jej załadowania/rozładowania. Nawet jeżeli wczoraj sam wsadziłem pistolet do swojej szafy w domu, przedtem go rozładowując i sprawdzając - to wyjmując go dzisiaj pierwsze co zrobię to go sprawdzę. To tyle jeśli chodzi o "nawyki"... Czytaj ze zrozumieniem... W przypadku, o którym piszesz nie podejrzewam zakazu prawnego, ale raczej chęci strzelania z niego na zawodach "derringerów", gdzie przepisy zawodów nie dopuszczają broni czterostrzałowej, a tylko dwustrzałową (bo taka jest większość "derringerów"). No tak... oddając dwa strzały to rozrzut faktycznie może być mniejszy niż po oddaniu czterech... ale niekoniecznie. Tylko, że akurat nie ma na to specjalnego wpływu czy są załadowane dwie lufy czy cztery. Strzału bez przeładowania? To znaczy co odpalał pociski z magazynka? Pochrzaniło się Tobie kompletnie wszystko... P-64 można było przeładować czyli wprowadzić nabój do komory z bezpiecznikiem w pozycji "zabezpieczone". Twój kumpel może i jest dobrym tokarzem, ale z eksploatacją pistoletów przy których pracuje to raczej doświadczeń nie ma... Dlaczego się "czepiam" Wista... bo to kiepsko zaprojektowany i źle wykonany pistolet. Tak się składa, że miałem do czynienia z eksploatacją tej broni zarówno w armii, jak i na strzelnicy (tam to prawda z broni wychodzi... w stosunkowo krótkim czasie pistolety oddają tysiące strzałów). Ta broń po prostu się psuje... i to nie od złej eksploatacji, ale ze względu na złe wykonanie. Jeżeli np. w ośmiu eksploatowanych niezbyt intensywnie pistoletach w ciągu roku musiałem wymienić 5 złamanych bijników to o czym to świadczy? O tandecie... a nie były to jedyne psujące się elementy. Odpadające podczas strzelania przyrządy celownicze to też wg pracownika tej tandetnej firmy - może "wina użytkownika"... a były to w armii przypadki nagminne. Konstrukcyjnie ma źle stworzony zatrzask magazynka, co powoduje niezamierzone wypinanie się magazynków. Do tego ta broń jest bardzo wrażliwa na zanieczyszczenia i na jakość amunicji... co ją całkowicie dyskwalifikuje jako broń wojskową. Mam nadzieję, że nie jesteś nauczycielem/szkoleniowcem? Znasz zasadę stopniowania trudności podczas szkolenia... jakiegokolwiek zresztą? Oczywiście, że można zacząć od szkolenia na broni z twardym spustem (moim pierwszym pistoletem był TT, a prywatne strzelectwo w PRL-u przecież nie istniało) i można nauczyć strzelać. Tylko po co sobie utrudniać? Wydłuża się czas szkolenia, szkolony jest zdeprymowany bo mu na początku "nie idzie"... Ja tam wolę szkolić zaczynając od broni prostszej i zwiększać stopień trudności w miarę nabywania przez szkolonego umiejętności. Nawet wolę zaczynać np. od CZ-75 Kadet czyli odmiany pistoletu "służbowego", ale strzelającego nabojem .22 LR (boczny zapłon) - po to by na samym początku szkolony skupił się na dwóch elementach czyli celowaniu i pracy na spuście. Potem gdy ma to opanowane daję mu broń np. w kalibrze 9 mm x 19 czyli np. "zwykłą" CZ-75... wtedy robi to samo, ale ma już odczuwalny odrzut broni. Jak to opanuje to przechodzę do kolejnych etapów czyli trudniejsze warunki strzelania, trudniejsza broń itd. Ale co jak tam wiem... w końcu szkolę ludzi w strzelaniu dopiero jakieś 30 lat.
  3. Współczesne pistolety

    Co rozumiesz przez "normalny pistolet"? Akurat bardzo dużo współczesnych pistoletów nie ma bezpieczników nastawnych, co więcej to już staje się standardem... zastępują je zabezpieczenia wewnętrzne, zwalniane naciskiem na spust. A "procedura" jaką opisałeś jest wręcz zabawna... odbezpieczamy i wprowadzamy nabój do komory. W zasadzie boki zrywać z każdego kto coś takiego wymyśla - jeżeli nie ma naboju w komorze nabojowej to przed czym zabezpiecza ustawienie bezpiecznika w pozycję "zabezpieczone"? Jeżeli nie ma naboju w komorze nabojowej to możesz sobie spust naciskać czy rzucać pistoletem i nie wystrzeli... bo nie ma jak. To fizycznie niemożliwe. Bezpiecznik nastawny (o ile w ogóle jest... bo obecnie często go nie ma) służy do zabezpieczenia broni jeżeli po wprowadzeniu naboju do komory rezygnuje się z oddania strzału lub jeżeli przerywa się strzelanie, a nie rozładowuje broni. Zabezpieczenie broni bez naboju w komorze ma tylko jeden skutek... jedna czynność więcej przed oddaniem strzału, stracony czas, który może kosztować życie. Pomijam już fakt, że w ogóle noszenie pistoletu bez naboju w komorze nie jest najmądrzejszym pomysłem, no chyba, że broń jest tylko "dekoracją". Gdybyś w wielu krajach zaproponował policjantowi wyjście na patrol z pistoletem bez wprowadzonego naboju do komory to spytał by się czy aby nie zwariowałeś, albo czy zamierzasz go pozbawić życia. Glock nie jest jedynym pistoletem przeznaczonym do bezpiecznego przenoszenia z nabojem w komorze. Jak napisałem obecnie to standard i chyba żadna służba nie kupiła by pistoletu, który takiego wymogu nie spełnia. Żadna firma nie wypuści pistoletu "służbowego", którego bezpiecznie nie można nosić z nabojem w komorze - bo po prostu by go nie sprzedała. Testy upadku gotowej do strzału broni na twarde podłoże są dzisiaj czymś naturalnym, a wymóg bezpiecznego noszenia broni z nabojem w komorze standardowym zapisem przy jakimkolwiek konkursie na broń "służbową". Oczywiście, że "jakieś zabezpieczenie" jest... i to niejedno. Współczesne pistolety mają odpowiednie zabezpieczenia wewnętrzne. Przy czym akurat Glock ma to rozwiązane dość nietypowo, bo ma też bezpiecznik zewnętrzny umieszczony na spuście. Jest to taki lekko wystający z języka spustowego element, który jest naciskany palcem podczas ściągania spustu. Ale nie jest to rozwiązanie rozpowszechnione... większość współczesnych pistoletów ma po prostu zabezpieczenia wewnętrzne, które są "wyłączane" podczas nacisku na spust. Wcale nie jest taki "specyficzny"... podobna sytuacja ma miejsce w rewolwerach. Przy czym rewolwery DA (double action czy z samonapinaniem) mają możliwość odciągnięcia kurka palcem co powoduje skrócenie drogi i siły nacisku na spust, ale jak najbardziej produkowano i produkuje się rewolwery DAO (double action only) gdzie kurka ręcznie napiąć nie można i robi się to tylko poprzez nacisk na spust. W tym przypadku tym zabezpieczeniem jest właśnie długa droga i odpowiednia siła konieczna do naciśnięcia na spust. COP był bronią przeznaczoną do samoobrony w sytuacjach dość skrajnych czyli utraty lub awarii broni zasadniczej - stąd był pozbawiony bezpiecznika nastawnego. Chodziło o szybkie użycie w sytuacjach krytycznych, a ponieważ w takim przypadku raczej strzela się z bliska to duża siła nacisku na spust nie przeszkadza. Od takiej broni i tak nie oczekuje się wielkiej celności. Choć sądzę, że ktoś obyty może z niej strzelać bardzo celnie... podobnie jak przy odpowiednim treningu i umiejętnościach da się strzelać celnie z "pistoletów kieszonkowych". Masz rację nie musi być to "brednia"... pod warunkiem, że właśnie przerobiono mechanizm odpalający i miało to czemuś służyć. Jedyne co mi się nasuwa to chęć użycia tego pistoletu w zawodach "derringerów" gdzie dopuszcza się takie pistolety dwustrzałowe. Widać komuś COP bardzo pasował, a nie mogąc go używać w takich zawodach w pierwotnej postaci - po prostu broń spełniała warunki bycia "dwustrzałowym derringerem". Zabieg podobny do ograniczania pojemności magazynków... ze względu na przepisy - choć w tym przypadku nie tylko dotyczące jakieś zawodów, ale np. również prawne (tam gdzie prawo zakazuje posiadania jakiejś broni z magazynkami o pojemności większej niż... ileś tam). Oczywiście... taki problem może wystąpić. Do strzelań sportowych stosuje się broń o bardzo czułym spuście - choć aby nie przesadzano to zapisy sportowe potrafię narzucać jakieś minimum siły nacisku na spust. Natomiast do użytku służbowego zbyt mały opór na spuście jest niewskazany, a i przy strzelaniach dynamicznych wielu woli twardsze spusty... ja np. wolę broń z twardym spustem i nie przepadam za bronią mającą zbyt "miękki" spust - wręcz źle mi się z takiej broni strzela. Ale to już kwestia preferencji użytkownika... zresztą dlatego niektórzy wytwórcy pistoletów czy wytwórcy różnych elementów "tunningowych" oferują dodatkowe elementy mechanizmu spustowego do danej broni, tak by użytkownik mógł sobie dobrać siłę spustu, którą preferuje. Nie wiem kiedy to było? Ale nasuwają mi się dwa pistolety używane w wojsku czyli TT lub Wist. Raczej nie P-64 czy P-83... W pistolecie TT gdzie nie było nastawnego bezpiecznika (choć można było ustawić kurek w pozycji zabezpieczającej - czyli zaczepiony o występ zabezpieczający) spust był bardzo twardy. Niekoniecznie ten pistolet miał iść do naprawy, a raczej do "naprawy". Niektórzy wojskowi sobie ten pistolet "podrasowywali"... celowali w tym sztabowcy, którzy zwykle mało z "linią" mieli do czynienia i bawili się w parasportowe strzelania "na odznakę". Po prostu za pomocą pilnika powodowali, że broń miała mniej "twardy" spust. Pół biedy jak wzięli flachę i poleźli z tym do jakiegoś sierżanta rusznikarza - on wiedział jak to zrobić z sensem i ile można "podpiłować". Gorzej jak ci "geniusze" sami tą flachę "rozpili" i zabrali się za to samodzielnie - potem TT-ki strzelały seriami, albo padały niekontrolowane strzały. Drugim pistoletem, który mi się nasuwa to Wist... jeżeli rzecz miała miejsce bardziej współcześnie. Jest to broń tandetna, nieudana i bardzo awaryjna. Miałem taki pistolet służbowy, ale już jako pracownik cywilny, którym do zeszłego roku byłem (na emeryturze pełniłem w dwóch jednostkach funkcje kierownicze w OWC i stąd przydzielona broń służbowa) - w ogóle ma twardy spust, co akurat niespecjalnie mi przeszkadza, ale sama jego praca jest kiepska. Jest "niewyczuwalny" i strzela się z tego pistoletu po prostu źle... w przeciwieństwie do TT, który choć miał twardy spust to jego praca była dobra i bardzo lubiłem z tej broni strzelać (choć oczywiście skalę porównawczą miałem wówczas niedużą - ot pistolety używane wtedy w armii czyli TT, P-64 i P-83 oraz używany przez radzieckich żołnierzy "Makarow" czyli PM). Co więcej faktycznie spusty w Wistach zachowują się różnie, w zależności od egzemplarza - a do tego śmialiśmy się, że do każdego to chyba armia musiała od razu kupić "kartonik części", bo niektóre elementy broni po prostu pękały i to przy mało intensywnej eksploatacji. Tak czy inaczej... Twój problem wynikał zapewne po prostu z małego doświadczenia strzeleckiego. Laikom faktycznie trudniej się strzela z broni mającej większy opór spustu. Po prostu z braku doświadczenia konieczność silniejszego naciskania spustu jeszcze potęguje błędy, które robią. Typowe w takim przypadku jest "ściąganie" broni w dół, co laicy potrafią robić nawet z bronią o niewielkiej sile nacisku na spust, ale jak dostaną taką z "twardym spustem" to jest tylko gorzej. Dlatego gdy szkolę (jestem m.in. zawodowym instruktorem) to unikam zaczynania od broni z twardszym spustem i proponuje taki dopiero na kolejnym etapie szkolenia, gdy szkolony już ma opanowane podstawy celowania, trzymania broni i pracy na spuście.
  4. Współczesne pistolety

    Nie, nie każdy... pewna siła spustu jest swoistym "bezpiecznikiem". Taki "miękki spust" jest pożądany przy strzelaniu sportowym, w warunkach bojowych bywa wręcz problemem i bywa niebezpieczny. Gdyby "każdy" chciał mieć "miękki spust"...to tylko taką by produkowano. To czemu produkuje się różną? Chyba nie do końca masz pojęcie o konstrukcji i działaniu broni... choć faktycznie są takie systemy, są też takie gdzie przy każdym strzale nacisk na spust jest taki sam. Można tutaj przywołać obecnie jeden z najpopularniejszych pistoletów służbowych czyli Glocka. Ale zdajesz sobie sprawę, że to idiotyzm i jakaś brednia? W jakim celu "zaślepiać"? Zawsze po prostu można pozostawić je niezaładowane... To dzisiaj są cenione przez kolekcjonerów... w tamtym czasie były jak najbardziej powszechnie używaną bronią "kieszonkową". Widać z Ciebie "fachowiec" od strzelania, że klękajcie narody... strzelam od wielu lat, intensywnie, często i gęsto i znam całą masę ludzi preferujących "twardy wojskowy spust" (sam taką pracę spustu lubię), tak i znam takich, którzy preferują "miękki sportowy". Kolejny przyczynek do tego, dlaczego produkuje się taką masę różnorodnej broni... bo odbiorcy mają różne preferencje subiektywne.
  5. Współczesne pistolety

    Twardy spust to może utrudniać celny strzał dla kogoś do takiego spustu nienawykłego... przy okazji - wiele współczesnych pistoletów pozbawionych nastawnych bezpieczników ma spusty o sporym oporze i długiej drodze, a jakoś ludzi z nich celnie strzelają. Co więcej... "twardy wojskowy spust" był charakterystyczny dla dawnej broni wojskowej i też celnie strzelano. No i jeszcze... całkiem współcześnie wytwarza się pistolety o rewolwery DAO - o długiej drodze spustu i sporej sile nacisku na spust. Szybkostrzelność? No... tak... jak masz broń o masie 800g i amunicję .357 Magnum to drugi strzał oddasz wolniej niż z broni o tej samej masie i amunicji o znacznie mniejszej energii. na tej samej zasadzie przy rewolwerze o tej samej masie i amunicji .38 Spl będziesz strzelał szybciej niż przy 357 Magnum i o wiele szybciej niż z broni o tej samej masie i amunicji .44 Magnum. COP i w ogóle współczesne Derringery to broń niszowa, kupowana przez niewielki krąg użytkowników... nigdy, nawet w czasach świetności "derringerów" nie była to broń popularnością dorównująca choćby rewolwerom. Przy czym często wtedy zachodziła taka sama zależność jak współcześnie... taki Colt Pocket był mały i lekki oraz strzelał 3,5 gramowym pociskiem (kulą)i miał 5 komór bębna. Współczesny mu Derrinder miał tylko dwa strzały (dwie lufy), ale był łatwiejszy do ukrycia i strzelał cięższą kulą (np. ponad 9 gramową). No i tychże Coltów Pocket wyprodukowano ponad 325 tys. (drugiej połowie XIX wieku to była ogromna ilość) sztuk i jeszcze trochę tysięcy jego "klonów"... Derringerów znacznie mniej. Co nie oznacza, że nie były cenione przez pewien krąg użytkowników. Trzeba zdać sobie sprawę, że jest broń uniwersalna, produkowana masowo, używana w wielu zastosowaniach - i jest broń wyspecjalizowana, kupowana przez stosunkowo nielicznych chcących mieć broń dopasowaną do jednego, często niszowego zastosowania. I tak jak napisałem... stąd mnogość różnych rozwiązań - zarówno tych produkowanych masowo, jak i tych "niszowych" czyli produkowanych w niewielkiej liczbie. W sumie równie dobrze mógłbym dać przykład pistoletów powtarzalnych, z zamkami ślizgowo-obrotowymi (czterotaktowymi) - stosowanymi w łowiectwie i strzelającymi amunicją zbliżoną do karabinowe lub wręcz karabinową. Nie są produkowane masowo, nie są używane masowo, ale są produktem "niszowym" i wyspecjalizowanym, choć obecnym na rynku od wielu lat i pewnie jeszcze wiele lat będą... zresztą podobnie jak używane w tym samym celu pistolety jednostrzałowe, łamane. Ach... no i też w paru filmach grały - bo wyglądają nietypowo i są "ciekawostką" wizualnie (dla laików) atrakcyjną. A tak na marginesie... "plajty" zaliczały firmy produkujące broń całkiem masowo, wiele było przejmowanych, wchłanianych itd. Co więcej... plajtę zaliczył też Samuel Colt przy produkcji pierwszego "nowoczesnego" rewolweru kapiszonowego... potem po doświadczeniach inaczej podszedł do biznesu, wprowadzał produkty po kolei, inwestował w produkcję "z głową" i... odniósł ogromny sukces. Istnieją firmy produkujące broń w USA wręcz "garażowo", niszowo i istnieją wiele lat... ich nazwy są powszechnie nieznane, są znane tylko lokalnie czy wśród niewielkiego grona odbiorców. Plajtują i zamykają się duże firmy, nawet takie którym zdarzały się duże kontrakty wojskowe. Sukces czy plajta jest często uzależniona nie od "trafienia czy nietrafienia produktu", ale od działań finansowych, trafionych lub nietrafionych decyzji biznesowych, dobrego lub złego zarządzania itd.
  6. Współczesne pistolety

    A niby skąd mielibyśmy je wziąć? Kto sporządza statystyki konkretnych typów broni używanych przez miliony użytkowników na świecie? Co najwyżej można czasem znaleźć dane o ilości produkcji... tyle, że fragmentaryczne i dotyczące stosunkowo niewielkiej liczby typów - zwykle tych bardziej popularnych lub broni wojskowej. Kiedyś na innym forum dyskutowaliśmy o kwestii popularności pistoletu i rewolweru w USA oraz proporcji tych dwóch rodzajów broni krótkiej na przestrzeni lat. Grzebaliśmy w danych publikowanych przez FBI, ATF czy DHS... nie pamiętam. Owszem takie dane ilościowe były, ale tylko ilość sprzedanej broni krótkiej w poszczególnych lata w USA i tylko w rozbiciu na pistolet/rewolwer... bez konkretnych typów. Dane o popularności typów znaleźć można tylko w stosunku do tych najczęściej spotykanych, a i tak są to dane częściowo szacunkowe. Można np. znaleźć popularność typu broni podstawowej w policjach USA - tyle, że było to podane tylko dla 10 największych departamentów policji. Tam nie ma standaryzacji... bo nie ma jednolitej policji. Tam są policje lokalne - owszem są wielkie departamenty policji w aglomeracjach, ale oprócz tego funkcjonują wręcz tysiące pomniejszych. Przecież tam każde hrabstwo ma własne biuro szeryfa liczące zwykle od kilku do kilkudziesięciu funkcjonariuszy, większe (gęściej zaludnione) koło 100-300. I każda ta komórka policyjna ma własny budżet przekazywany przez władze lokalne i kupuje zarówno broń i sprzęt niezależnie od innych. Co więcej czasem zakupów nie dokonuje nawet biuro szeryfa lub dokonuje zakupów tylko częściowo, a funkcjonuje system refundacyjny za zakupy we własnym zakresie. Nie sądzę by ktokolwiek prowadził tam statystyki jaką (typ) broń posiadają policjanci z tych tysięcy lokalnych policji. Są tylko informacje jaką broń kupują największe departamenty i to broń podstawową. Broń zapasowa to zwykle własność prywatna funkcjonariuszy... co najwyżej w niektórych stanach na skutek przepisów odnotowana jako używana w służbie. Spotkałem się tylko z jakimiś ciekawostkami dotyczącymi rewolweru jako broni podstawowej np. ilu jeszcze policjantów w jakimś departamencie (dużym) ma rewolwer, a nie pistolet. Ale jako dane "ciekawostkowe". W każdym razie ten pistolet był trochę lat produkowany... bo potem produkcję przejęła znana firma American Derringer. Obecnie już chyba nie jest... ale nie dam głowy czy jakaś pomniejsza firma (jakich wiele w USA) go nie robi, bo patent zdaje się już dawno wygasł. Była i jest to broń niszowa... nawet nie znalazłem danych o ilości produkcji. No, ale jak można wyczytać na amerykańskich forach dot. broni pewną popularność miała, była jednym z bardziej znanych współczesnych "deriingerów".
  7. Współczesne pistolety

    I co mam na to poradzić, że nie masz zielonego pojęcia? Twoja niewiedza to w sumie Twój problem, a nie mój. Co to jest "coś normalnego"? I co to jest w takim razie coś "nienormalnego"... Ten COP jest zasadniczo całkowicie normalnym pistoletem nieautomatycznym - o więcej niż jednej lufie... w tym przypadku o czterech. Ani to nienormalne, ani nieznane, ani ewenement. Akurat COP odniósł pewien (umiarkowany... w końcu to broń o specyficznym i ograniczonym zastosowaniu) współczesny sukces i dlatego jest znany. Ale to nie jest jedyna broń tej klasy produkowana współcześnie. Jeśli chce się mieć broń strzelającą silną amunicją i mającą niewielkie wymiary - to musi to być broń nieautomatyczna, bo automatyka wymusi większe wymiary i masę. Jeśli broń ma być wąska (łatwa do noszenia w ukryciu) to nie może też być rewolwerem. Co pozostaje? Są dwie możliwości (poza bronią jednostrzałową) - pistolet powtarzalny, w którym po każdym strzale ręcznie wprowadzasz kolejny nabój do komory (też taki się akurat wytwarza) lub pistolet wielolufowy... może mieć dwie lufy (będzie jeszcze mniejszy i lżejszy), ale lepiej właśnie cztery. Niejedna broń przeznaczona do specyficznych zastosowań dla osób nieobeznanych z tematem wygląda jak "dziwadło"... bo dla takich wszystko co nie mieści się w "masowym standardzie" jest dziwne, nieznane i niezrozumiałe.
  8. Geneza przyczepy kempingowej.

    I pewnie trudno to będzie znaleźć, bo idę o zakład, że wiele takich pojazdów było dziełem majsterkowiczów. Jeżeli w 1901 było takie zainteresowanie, że powstał w Wielkiej Brytanii pierwszy klub caravaningu czyli Camping and Caravanning Club, a jeszcze 1885 lat wcześniej podróże wozem campingowym Williama Stables'a dookoła Wyspy były czymś wartym opisywania i powstała wtedy książka The Gentleman Gypsy - to wtedy jeszcze było to coś nietypowego i niezwykłego, wartego opisywania i przez to znane do dzisiaj. I pewnie potem byli naśladowcy.... Rozpowszechnienie więc tej formy wypoczynku w Wielkiej Brytanii moim zdaniem należy datować na ostatnie dziesięciolecie XIX wieku - tyle, że nie sądzę by to było masowe, raczej takie bardziej elitarno-klubowe. A jak się rozpowszechniło bardziej po PWS to już chyba w mniejszym stopniu jako pojazdy konne, bo przecież Wielka Brytania dość szybko się motoryzowała... chyba najszybciej w Europie.
  9. Geneza przyczepy kempingowej.

    No to skoro chodzi Tobie o wielką Brytanię i konną przyczepę mieszkalną służącą podróżowaniu dla to za rok początkowy trzeba uznać 1880 - kiedy to datuje się powstanie pierwszego takiego pojazdu służącego podróżowaniu tylko dla przyjemności i celowo w tym celu wytworzonego. Pierwsza przyczepa, która miała służyć przede wszystkim przyjemności jej właściciela powstała w 1880 roku w Wielkiej Brytanii. 5-5 metrowy, konny wóz campingowy skonstruowała firma Bristol Carriage Company, proponując przedstawicielom wyższych sfer nową formę wypoczynku. - https://www.camprest.com/pl/news/motoryzacja/historia-caravaningu-w-pigulce Tyle, że to oczywiście pierwszy wyrób, który został jakoś opisany... nie wyklucza to nieznanych osób, które sobie coś takiego wytworzyły, ale nie zachowało się to w pamięci.
  10. Geneza przyczepy kempingowej.

    W zależności do jakiego celu służyły... czyli czy do przemieszczania się na dłuższe odległości, ale raczej jednorazowo, czy służyły właścicielowi do dłuższego zamieszkiwania, a pomiędzy tym były przemieszczane. Przykładem tego pierwszego jest choćby Conestoga wagon. Tutaj ładna rekonstrukcja takich pojazdów: https://www.afar.com/magazine/glamp-like-a-fancy-pioneer-in-one-of-yosemites-new-covered-wagons Przykładem tego drugiego mogą być choćby wozy cyrkowe... spotykane i w Europie, i w Ameryce.
  11. Współczesne pistolety

    Owszem z definicji... przy czym nic nie stoi na przeszkodzie by była użyta na dystansie większym. Co do skuteczności... oczywiście, że 9 mm x 19 powinien wystarczyć, ale trudno zaprzeczyć temu, że np. półpłaszczowy, ciężki pocisk kalibru .357 Magnum, mający do tego większą energię jest skuteczniejszy i daje większą pewność natychmiastowego "efektu", a do tego ten "efekt" będzie mniej zależny od miejsca trafienia. Do tego brak automatyki broni powoduje, że możliwości używania pocisków o różnych kształtach będą większe... Owszem jest... niewiele lżejszy, ale jest. Ma też 6 strzałów do dyspozycji, a nie 4 jak w COP. Tyle, że taka broń jest z zasady kupowana prywatnie (dodatkowo, poza tą w którą wyposaża policjanta w USA jakieś biuro szeryfa czy departament policji), a w takim przypadku dużą rolę odgrywają indywidualne i subiektywne preferencje kupującego. Dlatego na rynku broni jest taka mnogość oferty... dlatego niektóre rozwiązania, które przez wielu są już uważane na "przestarzałe" mają swoich zwolenników. A skoro jest potencjalny kupujący to jest i oferta na rynku broni. Może być mniejsza, ale jest. Nawet jak to nazwałeś "dziwadła" mają swoich zwolenników, a więc znajdzie się ktoś kto takie coś wyprodukuje i na tym zarobi. Zauważ, że choćby w zakresie bezpieczników nie ma "jednego słusznego rozwiązania", spotykane są różne rozwiązania tego elementu (lub brak nastawnego bezpiecznika) - bo różne są preferencje potencjalnego klienta. Tutaj można podać kilka przykładów np. W toku rozwoju Beretty 92 bezpiecznik nastawny z pierwotnego będącego bezpiecznikiem kurka napiętego przeszedł w bezpiecznik-zwalniacz na zamku... ale produkujący w zasadzie taki sam pistolet brazylijski Taurus pomimo zastosowania części rozwiązań modernizowanych w toku rozwoju broni pozostał przy bezpieczniku kurka napiętego - bo to rozwiązanie ma swoich zwolenników. Znany u nas i przecież jeszcze bardzo rozpowszechniony pistolet CZ-75 był wytwarzany równolegle z bezpiecznikiem nastawnym (kurka napiętego) oraz w odmianie, gdzie bezpiecznika nastawnego nie ma, a jest tylko zwalniacz. Linia pistoletów HK USP też ma w tej materii produkowane w zasadzie równolegle różne odmiany, w których te rozwiązania też są różne... o wyborze odmiany decyduje klient wg swoich preferencji indywidualnych lub klient "służbowy", który akurat takie rozwiązanie uznaje za lepsze, inny może uznać, że lepsze jest rozwiązanie odmienne. To rynek decyduje o obecności jakiś rozwiązań... w zasadzie w każdej dziedzinie, w przypadku broni palnej również.
  12. Współczesne pistolety

    Jest jeden z pomysłów na broń zapasową... broń "ostatniej szansy". Mały pistolet samopowtarzalny ze względu na automatykę strzela zwykle słabszą amunicją, znowu krótkolufowy rewolwer ma bębenek, a więc jest dość szeroki. W przypadku COP mamy broń o wymiarach zbliżonych do Walthera PPK, ale strzelającą skuteczną amunicją .357 Magnum lub ewentualnie .38 Special jak ktoś woli słabszą. Do dyspozycji tylko 4 strzały, ale mały rewolwer ma zwykle tylko 5 komór bębna, a więc różnica niewielka. Zresztą to broń do użycia w ostateczności (utraty lub zacięcia się broni zasadniczej itp.) - w zasadzie te 4 strzały powinny wystarczyć. Oczywiście obecnie są też takie wynalazki jak np. Glock 43, który wymiarami jest zbliżony do małych pistoletów strzelających amunicją 7,65 mm x 17SR - a strzela 9 mm x 19. No, ale w magazynku ma 6 nabojów, a jednak 357 Magnum jest skuteczniejszy od 9 mm Para.
  13. Wojna Krążownicza na oceanach

    Tak na szybko, bo z telefonu... No tak macie rację... Opieram się na jednostronnej relacji czyli wspomnieniach dowódcy Kormorana. Człowieka, który dowodził walką swojego okrętu, obserwował co się dzieje na pokładzie okrętu przeciwnika zanim przystąpił do walki i pewnymi kwestiami był "żywotnie" zainteresowany. Stwierdził, że dział 102 mm na Sydney nie obsadzono, a potem że ogień broni małokalibrowej już to uniemożliwił, podobnie z wyrzutniami torped. Owszem można założyć, że "ferworze walki" nie zauważono odpalenia jakiś niecelnych torped, ale to mało prawdopodobne... ze dwa razy stwierdził, że obawiał się ataku torpedowego, szczególnie jak Sydney robił zwrot - ale taki atak nie nastąpił. Może tych torped pozbyto się już po walce, gdy okręt płonął i było zagrożenie ich eksplozją w wyrzutniach? Nie wiem? I się tego nie dowiemy, bo z Sydney nie przeżył nikt, by opisać tą walkę z drugiej strony. Mamy jedynie relację ze strony załogi Kormorana. Natomiast faktycznie to, o czym pisałem na temat kwestii obsługi dział głównego kalibru to są moje wnioski na podstawie (jednostronnego z konieczności) opisu walki - sądzę po prostu, że gdyby na pokładzie Sydney podeszli do sytuacji "poważniej" to okręt otworzyłby ogień szybciej i skuteczniej. Dali się zwieźć i tyle... wojna to domena pomyłek.
  14. Wojna Krążownicza na oceanach

    A to jest dość prosty wniosek... od spotkania do rozpoczęcia wymiany ognia minęło ponad 1,5 godziny. HMAS Sydney zbliżał się do podejrzanego statku, załoga powinna być w gotowości do działania, ale to Kormoran otworzył ogień szybciej pomimo konieczności zdjęcia maskowania... a do tego strzały Sydney poszły daleko od celu. No to co byli przygotowani do otwarcia ognia? Nie - byli na stanowiskach "dla zasady" i tyle. Fakt, że działa 4-calowe nie zostały obsadzone - to akurat wynika ze wspomnień dowódcy Kormorana, który te szybkostrzelne działa uważał za bardzo groźne. Podobnie jak możliwość obsadzenia wyrzutni torpedowych na krążowniku. Potem, pod ogniem niemieckim, który miał m.in. za zadanie uniemożliwić obsadzenie "groźnych" stanowisk już nie byli w stanie tego zrobić. A co robił? Przecież niemiecki dowódca "zrobił go jak chłopca"... udając niezdarność przy przyjmowaniu i wysyłaniu sygnałów flagami. Australijski krążownik całkowicie naiwnie zbliżył się do nieznanego statku, obsługi dział tyle co skierowały wieże mniej więcej w kierunku celu, a lekkiego uzbrojenia i wyrzutni torped nie obsadzono. Niemcy kombinowali, a Australijczycy niefrasobliwie dawali się nabrać. I co te instrukcje zakazywały dowódcy okrętu postawić całą załogę w stan gotowości do walki przy zatrzymywaniu podejrzanego statku? Ile takich sytuacji było na tamtych akwenach? To nie było działanie na północnych wodach w konwojach do ZSRR, czy w konwojach atlantyckich, gdzie załogi bywały wyczerpane ciągłymi alarmami... Na HMAS Sydney zachowali się jak "na wczasach" i... dlatego zginęli... przez własną głupotę i niefrasobliwość dowódcy.
  15. Wojna Krążownicza na oceanach

    Nie... pierwsza z dwóch łodzi wydobytych z ładowni odbiła od okrętu o 23.30, druga około 0.00 i na dziesięć minut od wybuchu - ale celowo detonowanych ładunków wybuchowych (o 0.10). Natomiast wszystko wskazuje, że eksplozja min nastąpiła o 0.35. Czyli bez przesady... W kwestii czy mógł ugasić pożar czy nie mógł... nie rozstrzygniemy - pisał, że najprawdopodobniej by się to udało, wykorzystując możliwość zalania maszynowni (można to było zrobić z pokładu). Nie było nas tam... innych relacji nie mamy. Chociaż dawno temu (w PRL-u) czytałem coś co powoływało się na z-cę d-cy i też decydującym powodem opuszczenia okrętu była utrata zdolności poruszania się. Tak też napisał we wspomnieniach d-ca - beznadziejność ratowania okrętu uznał w chwili gdy zdano sobie sprawę, że nie ma szans na uruchomienie nawet części napędu. Był to już dryfujący wrak... PS. A co do ewentualnych błędów... może i dowódca Kormorana jakieś popełnił, ale przy dowódcy HMAS Sydney był geniuszem, bo ten ostatni to więcej głupot już chyba zrobić nie mógł. Najbardziej mnie śmieszy (już pomijam to niefrasobliwe podejście do Kormorana), że przy zatrzymywaniu "podejrzanego" statku (wyglądało na statek) nikt nie obsadził lżejszych dział plot (szybkostrzelne i skuteczne przeciw takiemu celowi kal. 102 mm) i lekkiej broni. Obsługi dział głównego kalibru to też chyba "na wakacjach były"... byli przy działach "na sztukę". Żałosne, śmiertelnie - czemuś martwy - boś głupi.
  16. Wojna Krążownicza na oceanach

    Z drugiej strony... nic nie napisał, by pożar zagrażał pomieszczeniu z minami. Pada tylko stwierdzenie o "monitorowaniu" czyli nie było zagrożenia bezpośredniego. Pracowali nad wyciągnięciem łodzi z ładowni i jednocześnie uważano na ewentualne zagrożenie ze strony załadowanych min. A mnie tak... jednostka pozbawiona jakichkolwiek możliwości poruszania się, na odległych wodach, daleko nawet od neutralnego lądu. Można mieć taką nadzieję niby zawsze... ale sam najlepiej wiesz, że ocean to nie autostrada. Szczerze mówiąc nie wiem... Podjął taką, a nie inną decyzję... przecież w sumie okazała się trafna. Zauważ, że o losie Sydney to w zasadzie Australijczycy dowiedzieli się od nich. Z perspektywy czasu jest łatwiej... ale on musiał podejmować decyzje "na gorąco", wybrać jakieś wyjście - w zasadzie mając "równanie z wieloma niewiadomymi". Zdecydował się na takie, a nie inne rozwiązanie... no i się udało. Zasadniczo jedyne ich straty to te wynikające z walki.
  17. Wojna Krążownicza na oceanach

    Pewnie tak... ale przyczyny pozostawania załogi na pokładzie były chyba inne... Walka zakończyła się o 18:25, a łodzie odbiły od statku o 21:00 - w między czasie dokonywano prób dotarcia do załogi maszynowni i dokonano oceny stanu statku oraz w sposób niepośpieszny zwodowano dostępny (nieuszkodzony) sprzęt ratunkowy. Okręt nie tonął, pożar "monitorowano", a więc bezpośredniego niebezpieczeństwa nie było... pośpiech przy opuszczaniu statku nie był więc wskazany. Spokojna ewakuacja i zaopatrzenie środków ratowniczych podnosi przecież szanse na późniejsze przetrwanie na morzu. Natomiast dalsze przebywanie na pokładzie reszty załogi było spowodowane koniecznością wyciągnięcia z ładowni dwóch pozostałych tam łodzi... Z powodu uszkodzeń (m.in. baraku prądu musieli otworzyć ładownie i wydobyć łodzie "ręcznie". Co zajęło im trochę czasu bo pierwszą łódź zwodowano o 23:30. Druga odpłynęła ok. północy - skoro dowódca wspomina, że ładunki wybuchły o 0:10 po 10 minutach od odpłynięcia drugiej łodzi. Co więcej we wspomnieniach jest jeszcze uwaga o tym, że chcieli jak najdłużej pozostać na pokładzie bo mogli się jeszcze ewentualnie bronić za pomocą dziobowych dział... We wspomnieniach jest informacja, że zaworami można było sterować z pokładu. Co do szans na ugaszenia pożaru... to nie wiem - jedyne na czym bazuję to wspomnienia dowódcy "Kormorana", a on stwierdza, że prawdopodobnie pożar by mu się udało ugasić, ale zaniechał tego ponieważ okręt bez napędu i tak był stracony. Dowódca wspomina o zniszczonym sprzęcie ppoż.w maszynowni, braku ciśnienia w instalacji ppoż w komorze przekładni śrub oraz a niedziałających prawoburtowych agregatach do wytwarzania piany. Informacji o pozostałych elementach ochrony ppoż brak. Co do min... to skoro pożar im nie zagrażał, a decyzja o opuszczeniu okrętu była podjęta to w sumie chyba po po prostu "szkoda roboty" Zresztą we wspomnieniach jest wzmianka, że rozważał pozbycie się min, ale pozostawił je aby zniszczenia jednostki były większe.
  18. Wojna Krążownicza na oceanach

    Nie tyle nie było czym, co nie było sensu... Przecież d-ca rozważał ugaszenie pożaru, a nawet wyraźnie stwierdził, że prawdopodobnie by się to udało... w ostateczności choćby przez zalanie pomieszczeń. Tyle, że ze względu na fakt utraty napędu (tak jak poruszono tutaj wcześniej - przebudowany statek handlowy miał go "skoncentrowanego" w niewielkiej przestrzeni i jeden pechowy pocisk mógł i go wyeliminował) działania gaśnicze przestały mieć sens (obsługa maszynowni już nie żyła). Działając samotnie, w oddaleniu od własnych baz i sił na "terenie nieprzyjaciela" - bez napędu i tak nie mieli żadnych szans. Jak można wyczytać we wspomnieniach d-cy okrętu - to gdyby miał choć jeden sprawny generator to by próbował... A tak - pozostało mu się skupić na ewakuacji załogi, na łodziach w ładowni itd.
  19. Patrioty i Caracale

    A przy okazji tegoż "sukcesu"... Pamiętacie jak bredzono o "przepłaconych Caracalach"? Podawano ileż to wypada milionów za śmigłowiec, oczywiście "taktycznie" przemilczano, że to były nie tylko śmigłowce, z których część była w wersjach specjalistycznych (które potrafią podnieść cenę dwukrotnie) ale też cała "infrastruktura" z tym związana ("pakiety" szkoleniowe" i "logistyczne"). Tymczasem kupiono 4 sztuki S-70i za łączną kwotę 683,5 mln zł (czyli 170 mln zł przypada na śmigłowiec) z czego same śmigłowce kosztują po 75 mln zł. Czyli teraz dobitnie widać, że zakupy śmigłowców typów wcześniej nie eksploatowanych w armii to nie tylko cena samych maszyn... i nagle te "przepłacone Caracale" jakby stają się jakby "nieprzepłacone".
  20. A co to jest "podejrzany przypadek"? Większość tych zwolnień w "ramach protestu" to zwolnienia krótkoterminowe (za takie płaci pracodawca), które bardzo trudno podważyć, bo i objawy mijają stosunkowo szybko. Te "podejrzane" zwolnienia to raczej te długotrwałe i te akurat da się sprawdzić, bo wynikają ze schorzeń, którymi zajmują się specjaliści, wykonuje się badania laboratoryjne. Do tego nasz system ochrony zdrowia preferuje sytuacje jak najkrótszego "zaopatrzenia pacjenta", a więc lekarze pierwszego kontaktu wystawiają zwolnienia w dużej mierze na podstawie opisu objawów przez pacjenta, bez kierowania na badania laboratoryjne czy do specjalistów. Przecież wszyscy wiemy jak to działa... byle szybko, recepta, zwolnienie i... jak się nie polepszy to przyjść ewentualnie za tydzień czy dwa. Idź do lekarza "pierwszego kontaktu", poskarż się na jakieś dolegliwości... recepta, zwolnienie i "wypad" ... "następny proszę". Teraz inna kwestia... w sumie nawet nie trzeba symulować, bo bardzo często chodzimy do pracy z jakimiś dolegliwościami (coś tam łykamy i do lekarza nie idziemy), szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Teraz wystarczy się umówić, że "z byle czym" idziemy do lekarza i już mamy wszędzie spory procent nieobecności chorobowych. Za każdym razem gdy byłem u lekarza z jakimś niegroźnym "stanem zapalnym" to na dzień dobry oferowali zwolnienie, którego zresztą w przynajmniej 80% przypadków odmawiałem, a już nie wspominam, że zwykle do lekarza nie chodziłem, tylko używałem środków "medycyny domowej" lub dostępnych w aptece bez recepty. No, ale jeśli protest, to... można iść, zwolnienie przyjąć, a bez problemu te dwa tygodnie się dostanie. Dalej... wielu z nas ma jakieś tam sprawy do zbadania, zabiegi do przeprowadzenia itd. - ale to odwlekamy, bo nie są specjalnie uciążliwe, nie mamy na to czasu itd. Znowu wystarczy się umówić, że w jednym czasie idziemy to "pozałatwiać" i procent chorych się zwiększa. No przecież od tego zaczęli... dawali pouczenia zamiast mandatów. Trwało to dłuższy czas. W efekcie przełożeni im wstrzymali premie... no to protest zaostrzyli i zaczęli "chorować na potęgę". Bo strajkować przecież nie mają prawa. Przy okazji to zauważmy, że ten protest powinien wyjść na dobre i obywatelom - bo w jego efekcie (to też był jeden z postulatów) zniknęły te idiotyczne limity mandatów czyli w sumie nie będą już ich dawać na siłę, wtedy gdy faktycznie rozsądne byłoby pouczenie - w obawie, że nie dostaną premii czy będą mieli jakieś problemy z przełożonymi. Nie wiem oczywiście na ile to będzie sytuacja trwała, ale z tego co się orientuję to na razie ichni minister tego procederu zakazał i pewnie jakiś czas przełożeni policjantów będą się "pilnować".
  21. Bo w przeciwieństwie do nauczycieli policjanci mają ograniczone prawa "pracownicze" - nie mają prawa do strajku, a więc taka, choć kontrowersyjna forma protestu po prostu budziła u wielu po prostu zrozumienie. Natomiast prawa nauczycieli do protestu i strajku nie są ograniczone - a więc protest "chorobowy" jest w sumie jak dla mnie średnio zrozumiały, bo oni mogą walczyć o swoje podwyżki, a zmiany w warunkach pracy w taki sam sposób jak inni zatrudnieni.
  22. Cudzoziemcy w Wehrmachcie

    Pytanie też czy autor tematu ma zamiar zaliczyć personel "Hiwi" (Hilfswilligen) - bo tutaj można pokusić się o konkretne liczby w oparciu o niemieckie etaty.
  23. Bułgaria a Druga wojna światowa

    Akurat takich detali jak w przypadku Bułgarii to nie mam... po prostu w zakresie Bułgarii i sprzętu pancernego to mam opublikowany kiedyś w nTW spory artykuł. Natomiast jeśli chodzi o Rumunię w chwili rozpoczęcia wojny z ZSRR to oprócz dywizji piechoty mieli 1. Dywizję Pancerną, w której były m.in. dwa pułki czołgów: - pierwszy pułk miał czołgi czeskie LT-35 (oznaczone jako R-2) i miał dwa bataliony, po 3 kompanie - w każdej wóz d-cy i 5 plutonów po 3 wozy czyli łącznie 109 czołgów, doliczając po dwa w dowództwie każdego batalionu oraz po 3 w kompanii technicznej oraz 3 w dowództwie pułku. - drugi pułk czołgów miał francuskie R35 (oznaczone jako R-35) i miał dwa bataliony, po 3 kompanie - w każdej wóz d-cy i 3 plutony po 3 wozy czyli łącznie 75 czołgów (zaliczają te w dowództwach i kompaniach technicznych). Przy czym ten drugi pułk został wydzielony i funkcjonował samodzielnie. Ponadto niewielką ilość czeskich czołgów AH-IV (oznaczone jako R-1) mieli w brygadach kawalerii - po 6 wozów czyli razem 36 operacyjnych. W sumie daje to 220 czołgów w jednostkach bojowych... i zapewne jakaś ilość w rezerwie i szkoleniu. Tak czy inaczej na chwilę ataku na ZSRR to stosunek czołgów rumuńskich do bułgarskich to 220 do zera... bo przecież ten bułgarski pułk czołgów to gotowości nie osiągnął do czerwca 1941. Do tego trzeba jeszcze zwrócić uwagę na inne przewagi armii rumuńskiej nad bułgarską - jak choćby niezły procent motoryzacji czy niezłą ilość broni przeciwpancernej. W bułgarskiej armii z bronią ppanc. to była "bieda z nędzą", a w rumuńskiej brygadzie (3-batalionowa) był 12 działek 37mm, a dywizja miała dodatkowo jeszcze 8 w kalibrze 47 mm. Może nie były to ilości odpowiadające standardom 1941 w nowoczesnych armiach, ale w sumie nie było z tym źle.
  24. Bułgaria a Druga wojna światowa

    Instynkt samozachowawczy? Ta cała bułgarska armia to w chwili rozpoczęcia wojny niemiecko-radzieckiej miała "aż" 98 bojowych pojazdów pancernych, na co składało się: - 14 włoskich tankietek Cv 33/35 - zakupione w 1935 - 8 lekkich czołgów Vickers E - zakupione w 1937 - 36 czołgów PzKpfw 35(t) - zakupione w dwóch patiach 26 + 10 w 1939/40 - 40 zdobycznych na Francji czołgów R-35 i sprzedanych Bułgarii w 1940 Z tego wszystkiego (poza tymi tankietkami, które nadawały się co najwyżej do szkolenia) utworzono 25 czerwca 1941 jedn pułk pancerny... a w zasadzie Pułk Pancerny bo był jeden i nawet nie trzeba było go numerować. Poza tymi czołgami (i to nie wszystkimi) to miał raptem 24 samochody ciężarowe i 20 motocykli (2 "solo" i 18 z wózkami). Dopiero 15 sierpnia 1941 po ustaleniu etatu kadra pułku udała się na szkolenie do Niemiec, a po ich powrocie w październiku odbyły się pierwsze manewry... wyszły słabo, drugi batalion (na R-35, pierwszy batalion jeździł na PzKpfw 35 (t) i Vickiers E ) w ogóle w całości nie dojechał bo utknął na rozmiękłej od deszczu drodze. W chwili wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej ten pułk nie był zdolny jeszcze do działania (a nawet gdyby był to te R-35 i Vickers E w pierwotnej wersji to już do walki na tamtym froncie nadawały się delikatnie mówiąc słabo...) w sumie chyba dopiero w 1942 jakoś do tego doprowadzili, a potem starali się to jakoś unowocześnić... tyle, że dopiero w 1943 dostarczono zakupione w Niemczech działa samobieżne (pierwsze 5 sztuk StuG 40 w lutym 1943... łącznie zamówili 55, w 1943 dostarczono chyba 27), a do końca roku dostali PzKpfw IV (97... 46 we wrześniu 1943, reszta w 1944 - tyle, że krótko po ich dostarczeniu Bułgaria "zmieniła front") i PzKpfw 38 (t) (10 sztuk). Ponadto eks-francuskie H-39 i S-35 (razem 19... do szkolenia) oraz 20 samochodów pancernych SdKfz 222. Utworzyli sobie z tego Brygadę Pancerną 1 października 1943. Ponadto w całej armii w 1941 było jeszcze 50 włoskich ciągników artyleryjskich, a liczba pojazdów mechanicznych w całej armii nie przekraczała tysiąca (w 1938 mieli 338 ciężarówek i 100 samochodów osobowych, potem trochę dokupili). Do tego wszystkiego należy dodać położenie geograficzne Bułgarii, co raczej kierowały ich zainteresowanie konfliktem na Bałkanach niż ewentualnym udziałem w wojnie z ZSRR oraz fakt, że ich sojusz z Niemcami był dość "chłodny"... ot interesy, a wojna z ZSRR nie była nijakim interesem dla Bułgarii.
  25. Szpiedzy - aspekty etyczne i prawne

    Otóż - nie, w myśl tego artykułu 130-tego. I to niezależnie od klauzuli tych dokumentów. Chyba, że ktoś potrafi udowodnić, że Departament Stanu jest: organizacją wywiadowczą. Jak napisałem zdecydują szczegóły czyli czy przekazywanie dokumentów było związane z kwestiami obcego wywiadu. Fakt, że oficjalnie otrzymujący informację jest zatrudniony w instytucji nie będącej "wywiadowcą" nie oznacza, że taka osoba nie może być jednocześnie pracownikiem wywiadu. Przecież funkcjonujący w różnistych ambasadach agencji obcych wywiadów nie robią tego pod szyldem wywiadu tylko są pracownikami ambasad lub "niewinnych" instytucji obcego państwa. Art. 130 jest niezależny od klauzuli dokumentów, choć może mieć to wpływ na samą wysokość wyroku. Natomiast jeżeli współpraca z wywiadem nie zostanie wykazana to klauzula dokumentów ma wpływ na zastosowany artykuł z KK - bo jest to ujęte w art. 265 lub 266 właśnie w zależności od klauzuli.
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.