Jump to content

Tofik

Moderator
  • Content count

    7,830
  • Joined

  • Last visited

Posts posted by Tofik


  1. Pogratulować posiadania Lepszego, ja go na oczy nie widziałem :(

    Archiwum Jana Zamoyskiego, kanclerza i hetmana wielkiego koronnego, t. 4, wyd. K. Lepszy, Warszawa 1948

    Bielski J., Dalszy ciąg kroniki polskiej (1587–1598), opr. F. M. Sobieszczański, Warszawa 1851

    Heidenstein R., Dzieje Polski od śmierci Zygmunta Augusta do roku 1594, t. 2, opr. M. Gliszczyński, W. Spasowicz, Petersburg 1857

    Heidenstein R., Życie Jana Zamoyskiego kanclerza i hetmana wielkiego koronnego, wyd. K. J. Turowski, Kraków 1860

    Listy Annibala z Kapui , arcy-biskupa neapolitańskiego, nuncyusza w Polsce, o bezkrólewiu po Stefanie Batorym i pierwszych latach panowania Zygmunta IIIgo, do wyjścia arcy-xięcia Maxymiliana z niewoli, wyd. A. Przezdziecki, Warszawa 1852

    Listy J. Zamoyskiego do Radziwiłłów, opr. W. Nehring, „Kwartalnik Historyczny”, R. 4, 1890

    Listy Stanisława Żółkiewskiego 1584-1620, wyd. J. Lubomirski, Kraków 1868

    Pisma Stanisława Żółkiewskiego kanclerza koronnego i hetmana, wyd. A. Bielowski, Lwów 1861

    Lepszy K., Walka stronnictw w pierwszych latach panowania Zygmunta III, Kraków 1929

    Nowodworski W., Jan Zamojski. Jego życie i działalność polityczna, Petersburg 1898

    Sobieski W., Trybun ludu szlacheckiego, Warszawa 1978

    Sobieski W., Żałobny hetman: Jan Zamoyski, Zamość 1919

    Spieralski Z., Jan Zamoyski, Warszawa 1989

    Tarnawski A., Działalność gospodarcza Jana Zamoyskiego, Lwów 1935

    Śliwiński A., Jan Zamoyski. Kanclerz i hetman wielki koronny, Warszawa 1947

    Tyszkowski K., Jan Zamoyski hetman i kanclerz wielki koronny, Lwów 1938


  2. Chodziło mi przede wszystkim o tolerancję religijną.

    Cieniem na władcy kładzie się sprawa dekretu z 7 maja 1610 roku, napisanego jeszcze w obozie pod Smoleńskiem.

    Oto nasz "tolerancyjny" król wydał zakaz czytania (sic!) i rozpowszechniania pism drukowanych "po rusku" w drukarni "ruskiej wileńskiej" (Bractwa Św. Ducha).

    Pretekstem miało być wytłoczenie (anonimowo) dzieła Melecjusza Smotryckiego "Threnos, to jest lament... cerkwie".

    Zapewne w przypływie jeszcze większej tolerancji król nakazał wojewodom i władzom miejskim wkroczyć do drukarni, spalić podejrzane książki, zniszczyć samą drukarnię a drukarza i korektora uwięzić, o ile ten ostatni nie jest szlachcicem.

    I rzecz ciekawa, szlachta pińska zaświadczyła, że korektor - Leonty Karpowicz jest szlachcicem.

    A jednak został osadzony na dwa lata...

    Zgoda co do tego, że chwały mu to ogólnie nie przynosi. Ale pamiętajmy o kilku sprawach.

    Po pierwsze, cenzura w Rzeczypospolitej nie była niczym nowym. 7 lutego 1580 r. Stefan Batory zakazał (chyba nawet pod karą śmierci) wydawania publikacji "niesprawiedliwie" opisujących ówczesne wydarzenia.

    Po drugie, uciszanie prawosławnych było próbą uspokojenia sytuacji wewnętrznej w Rzeczypospolitej - Zygmunt przebywał w Rosji, a wojna ze Szwecją oficjalnie nie została przerwana. Pisma pokroju "Threnos" mogły zakłócić spokój w kraju; oczywiście za taki stan rzeczy w co najmniej takim samym stopniu odpowiadali unici.

    Po trzecie, fakt faktem, że król nakazał aresztować Karpowicza, ale miasto uczyniło to raczej - jak uważa A. Radziukiewicz ( http://www.przegladprawoslawny.pl/articles.php?id_n=80&id=8 ) - za namową Hipacego Pocieja.

    Po czwarte, wyroku na Karpowiczu nie wydał król, tylko raczej Trybunał Litewski, nieprawdaż?

    Notabene, można wspomnieć, że nieukarany Smotrycki w 1627 r. przeszedł na grekokatolicyzm. Był on zresztą jednym z władyków wyświęconych przez Teofanesa w 1620 r. Jak uważa T. Kempa, przeciwko prawosławnym biskupom Zygmunt nie wystąpił zbyt ostro, ponieważ stosunki z Kozakami nakazywały ostrożność - tyle, że po wojnie 1620-1621 niczego poważnego przeciwko przywódcom dyzunickim nie zorganizowano.

    Polecam się też zapoznać z uchwałami sejmowymi "O religii greckiej" (przykładowo z lat: 1607 i 1618) - nic mi nie wiadomo, żeby król się im sprzeciwiał.

    W swych zapędach tolerancyjnych król nie pominął nawet... Długosza.

    Stąd w 1615 r. (20 grudnia) swym rozkazem nakazał konfiskatę nowego wydania jego dzieł, które były drukowane w drukarni Jana Szeliga w Dobromilu, a którego wydawcą był Jan Szczęsny Herburt.

    To już nie tyczy się tolerancji religijnej, a raczej cenzury prasy i literatury :) Owszem, dekret wydano, choć z 1615 r. do dzisiaj zachowało się ok. 50 egzemplarzy. Co ciekawe - nakaz konfiskaty i zakaz dalszego wydawania nie spotkał się ze sprzeciwem, ba Zygmunt zrobił to za namową panów koronnych, którym nie podobały się niektóre fragmenty Długosza.


  3. że szacowny Tofik psim swędem

    Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że osoby z 92/100 na wojewódzkim nie zasługują na tytuł laureata, powinni odpaść już wtedy ;) Ale na centralnym mój wynik był lepszy o jakieś 10 pkt od minimalnego wyniku, jaki trzeba było uzyskać, by otrzymać tytuł :thumbup:

    Praca pisemna poszła mi tak sobie (4, trochę lania wody, wszyscy wychodzili od przywileju mielnickiego, a ja wstęp zacząłem od czasów Jagiełły i jego przywilejów :rolleyes: ), źródło źle (też 4, ale to był memoriał miast królewskich z grudnia 1789 r., który wcześniej rozpracowywałem i liczyłem jednak przynajmniej na +4, komisji chodziło pewnie o zbytnią lakoniczność, bo nie zapisałem nawet 1,5 str), tyłek uratował mi ustny (5), gdzie wylosowałem świetne pytania (a więc sporo farta) - wojny polsko-tureckie XVII w. (pamiętałem kilka dziennych dat, więc nie skończyłem gadać o Chocimie i prof. Mikulski kazał mi przejść do następnego, oficjalnie dlatego, że widać, że umiem; być może swoje dołożyło też to, że mu się przysypiało :D ) i oświecenie w XVIII w. (temat z pracy pisemnej przed wojewódzkim, więc coś tam pamiętałem), z lektury (jak powiedział prof. Mikulski nie dałem komisji dużego wyboru :P ) - opisać karierę Zebrzydowskiego i skutki rokoszu (trochę się nad tym prześlizgnąłem, nie chciałem mówić o rokoszu zbyt dokładnie, bo bałem się, że pomylę wszystkie zjazdy w czasie 1606-1607, więc wspomniałem w zasadzie tylko o sejmiku proszowickim, zjeździe stężyckim, Janowcu, Jeziornie, Guzowie i amnestii w 1609 r., bez wdawania się w większe szczegóły).

    BTW po co stomatolodzy idą na OH? Żeby w imię swoich zachcianek zabierać miejsca dziesiątkom młodych, zdolnych Polaków, którzy z historią wiążą swoją przyszłość? :rolleyes:

    Pierwsze miejsce zajęła koleżanka - a jak - z mojej specjalizacji, w dodatku wolonatriuszka w MPW. ;)

    Najwyższy wynik punktowy (100/100) uzyskały 4 osoby, chłopak po koleżance, która została uznana za głównego zwycięzcę, otrzymał np. bon na darmowe 100 książek wydanych przez IPN (lata 39-89, więc nic ciekawego :P ).

    Ogólnie, w moim przypadku było miło, ale potencjalnym uczestnikom w przyszłym roku... nie radzę się nastawiać jakoś szczególnie pozytywnie, bo niekiedy nie jest miło. To co napisał Andreas to tylko kilka przypadków, jeden chłopak z mojego okręgu został udupiony na pracy ze starożytności (dotyczyła kodyfikacji, wspomniał też o prawodawcach, co zostało uznane za niezrozumienie tematu, więc dostał 1), a drugi musiał zmagać się z tępymi przytykami jednego z profesorów (mówiąc o ofiarach Wybrzeża 1970 powiedział, że dane PZPR podają 45 zabitych, są natomiast relacje mówiące o wyższej ilości ofiar - co tenże profesor skomentował uwagą, że jak można, przymierzając się do zawodu historyka, wywyższać jedne źródła nad inne...). Oczywiście, jeśli ktoś startuje z nowożytności i w komisji będą zasiadać nadal prof. Mikulski i prof. Wijaczka (niestety, nie pamiętam nazwiska tego pana dra :P ) to może być pewien, że będzie pytany przez miłych panów, którzy usilnie nie wyszukują słabych punktów egzaminowanego (choć oczywiście potrafią się przyczepić o pewne rzeczy i podrążyć temat - ale w moim przypadku tak nie było).


  4. Trochę o dostępie do broni w międzywojennych Niemczech:

    Co do I RP, znalazłem trzy uchwały:

    1. Sejm 1578, Bezpieczeństwo sądów i Sejmików (sorry za uwspółcześnioną pisownię, tak się wygodniej przepisuje :P ): "Żaden tak na Sejmik ku obieraniu Sędziów, jako i na miejscu gdzie sądy będą sprawowane, aby nie śmiał przyjeżdżać i przychodzić zbrojnie, i z żadnymi innymi broniami, okrom miecza, korda, szable, szpady. A ktoby śmiał z strzelbą albo z jaką inszą bronią wszelaką przyjeżdżać abo z nią chodzić, aby pięćdziesiąt grzywien był karan". Chodzi, jak rozumiem, o sejmiki deputackie i sposób działania i funkcjonowania Trybunału Koronnego.

    2. Sejm 1601, O rusznicach: "jako i bezpieczeństwo asekurując, tak na prywatnych, jako i pospolitych zjeździech, biesiadach i szlacheckich strzelby, półhaków, rusznic, łuków i innego oręża takowego, co by się jedno strzelbą nazywać, a rozumieć mogło, wszelakiego stanu ludziom, zażywać zabraniamy".

    3. Sejm 1620, Zabronienie czekanów (tu występuje też nawiązanie do poprzednich uchwał ws. swobody noszenia i używania broni: z 1578 i 1601): "bacząc że co dalej większa swawola w ludziach rośnie, ani na miejsca poświęcone, ani na żadną zwierzchność nie oglądają się: przeto, aby się złym zamysłom zabieżało, postanawiamy omnium Ordinum unanimi consensu accedente, aby żaden cujuscunque couditionis, nie ważył się odtąd zażywać, albo nosić czekanów in loco publico, pod winą dwóch set grzywien [...] wszakże na wojnie przeciwko nieprzyjacielowi Koronnemu, zażywanie czekanów, i inszych broni, zachowujemy". Aluzja do zamachu Michała Piekarskiego na, wchodzącego do kolegiaty (ówczesnej; obecnie to bazylika archikatedralna) św. Jana Chrzciciela w Warszawie, Zygmunta III.

    Ostatnia regulacja wywołała pewien sprzeciw, przykładem jest Hiacynt Przetocki który w utworze Z nosem długim pisał:

    Czekan głowę królewską tylko trochę zranił,

    Zaraz wyrok sejmowy wszystkim tę broń zganił.

    Umysł cię, poście, wiedzie do pokutowania,

    Tak wielce straszny nos daj dziadom do schowania.

    Bo jak oko wykolesz plebanowi twemu,

    Zakażą z nosem chodzić ludowi polskiemu


  5. Mam jedno pytanie. Czy np. dziesięcina czy każdy inny podatek, który polegał na tym, że obywatelowi zabierano x % jego dochodów (np. Sejm Wielki po ogłoszeniu aukcji wojska uchwalił stałe podatki dla szlachty i duchowieństwa, odpowiednio 10 i 20% od dochodów), da się porównać ze współczesnym PITem lub CITem?


  6. Nie zrozum mnie źle, ale jeśli nie zamierzasz być naprawdę świetnym historykiem, a historia to też jakaś tam wiedza o literaturze, to nie idź w te strone ;)

    Mnie nie interesuje jakaś tam wiedza, tylko konkretna na konkretny temat. Chyba ze zrozumiałych względów bardziej mnie interesuje twórczość Daniela Naborowskiego czy Fabiana Birkowskiego niż Asnyk (BTW naprawdę porządny poeta, o niewielu mogę tak powiedzieć) czy Konopnicka.


  7. Wychodzisz z niekoniecznie słusznego założenia że zawód historyka będziesz "uprawiać".

    Wychodzę z teoretycznego założenia, jest taka możliwość. W każdym razie zakładając, że będę uprawiał jakikolwiek zawód związany z ściśle z danym kierunkiem, który mnie interesuje, to nie potrafię wykazać jakiejś wysokiej przydatności znajomości literatury (omawianej na lekcjach, nie ogólnie) w kontekście danego zawodu.

    Myślisz że każdy z corocznych tysięcy absolwentów historii znajduje pracę w zawodzie? ;)

    Myślę, że większość z nich robi to tylko z myślą uzyskania tytułu mgr i posiadania wyższego wykształcenia. Magister dziś niewiele znaczy, studia wyższe coraz bardziej powszednieją. A zawodu szukają gdzie indziej, bo archiwistyka uchodzi za nudną i chyba płaca nie jest tam szczytem marzeń, praca w szkole wymagająca, na uniwersytet zapraszają tylko wybranych itd.

    Za to dzięki towarzyskiej błyskotliwości i dowcipowi możesz gdzieś kiedyś coś złapać.

    Nadal nie rozumiem jaki to ma związek z literaturą. Nie każdy, kto przeczytał tonę lektur jest mistrzem dowcipu i osobnikiem mogącym w sekundzie wymyślić ciętą ripostę.

    Poza tym, czy na każdej rozmowie kwalifikacyjnej potencjalny pracodawca pyta o znajomość Norwida, Sępa-Szarzyńskiego albo Krasickiego?

    P.S. byłem na studiach historycznych chwilę, więc powiem - trzeba tam dużo czytać literatury( Iliada, Eneida, Gilgamesz, Wojna Galilijska, to na pierwszy semestr)

    Żadna z tych w LO nie jest omawiana w całości, o ile pamiętam omawialiśmy tylko fragmenty "Iliady" (co do "Eneidy" nie jestem pewien, chyba także była omawiana).


  8. Osoba, w dość jeszcze młodym wieku, a wyrażająca przekonanie, że wie co jest jej potrzebne z zakresu wiedzy ogólnej stąpa po całkiem nieznanym lądzie, jako że trudno wyrokować co przyniesie przyszłość. Stąd takie programowe samoograniczenie już na etapie szkolnym, zdaje się być przesadną pewnością.

    Naprawdę nie wiem, jaki jest sens czepiać się niewiedzy co do przyszłości. Sam napisałeś, że olałeś fizykę - i chyba źle na tym nie wyszedłeś, pomimo tego, że nie miałeś stuprocentowej pewności, co do słuszności swojej decyzji.

    Ludzie do wyboru są zmuszeni najpóźniej przy wyborze LO/technikum/zawodówki. Zresztą mam nadzieję, ze kiedyś nadejdą czasy dużo większej swobody w kierowaniu swoją edukacją, tyle, że z oczywistych względów, o tejże edukacji w początkowych etapach nie będzie decydował sam zainteresowany tylko jego rodzice.

    I nie do końca rozumiem do czego pijesz. Jeżeli nie przyłożę się do polskiego, to:

    A) w przyszłości będę głodował, bo polski okaże się b. ważny w mojej edukacji

    B) polski okaże się ważny np. na moim kierunku studiów, więc albo go nie skończę albo - jeśli będę działał w kierunku nauki - to kiepski będzie ze mnie naukowiec

    C) będę nieobyty w towarzystwie i zbłaźnię się niewiedzą z zakresu literatury

    D) pomimo tego, że polski zupełnie mi się nie przyda, zawsze będę miał poczucie, że kiedyś mógłby się przydać

    Jeśli A to są jeszcze zajęcia pozanaukowe. Jeśli B albo C to powtarzam, że np. koncepcja przedmiotu zbytnio nie pasuje do zawodu historyka (z oczywistych przyczyn), nie pamiętam co omawialiśmy z Niemcewicza (i czy w ogóle), ale na pewno nie były to np. "Śpiewy historyczne". Jeśli D, to tak jak wyżej napisałem, nauka "może się kiedyś przyda" jest IMHO nieefektywna.


  9. Dla mnie Tofiku pozostajesz osobą całkiem nieźle znającą uwarunkowania czasów pewnego Zygmunta, za to zupełnie nie nadajesz się na osobę z którą chciałbym wieść dyskurs na inne tematy...

    Wobec tego, mnie też nie chce się dyskutować z osobą, która pisze w moją stronę z pozycji mentora i znawcy i piętnuje mój brak zainteresowań. Nie interesuje mnie też fizyka kwantowa, więc czekam na kolejny prztyczek.

    Tobie j. polski się przydał, ja nie umiem znaleźć takiej sytuacji, mam się sugerować tym, co ja przeżyłem, czy tym co Ty? A może powinienem z większą uwagą przykładać się do matmy, bo jest masa ludzi, którzy mówią, że im się przydała? Oczywiście, możemy założyć też, że kiedyś trafię na wykład jakiejś pani profesor, która zapyta obecnych o to co takiego, dajmy na to, wspomniana frenezja romantyczna. I nagrodą będzie "całkiem poważna gratyfikacja". Tyle, że równie dobrze możemy założyć, że dziś przewrócę się na drodze i przejedzie po mnie walec.

    Widać bardzo, że większość społeczeństwa bardzo mocno zapchała sobie głowę pierdołami o państwowej edukacji i o tym, że ktoś bardzo wysoko postawiony miałby decydować czego mam się uczyć. A być może ten wysoko postawiony też nie czytał "Lalki" i nie lubi "Dziadów".


  10. Przed reformą było inaczej-nie było żadnego klucza, tak więc wypracowania były popisem krasomówstwa lub nieudolności, zwykle zaś czymś pośrednim.

    bez przesady - czy wypracowania z historii, w których nie ma klucza, to zawsze popis krasomóstwa i nieudolności?

    Tekst z przeciętnej lekcji j. polskiego w LO można zinterpretować na kilka sposobów, dla jednego niebieskie firanki oznaczają niebieskie firanki, a dla innego symbol zadumy poetą nad losem narodu. I ciężko stwierdzić, który popełnił błąd.

    np. z Antygony z której w domu przeczytałem może kilka stron

    Obecnie "Antygona" to lektura gimnazjalna. Jak dla mnie nie jest specjalnie trudna, może nieco nudna, ale da się przełknąć, w porównaniu do tego z czym się stykam w LO jest świetna.


  11. Nie wymagajmy od matematyka wiedzy co się zdarzyło 1 września 1939 - znajomość tegoż faktu nie jest mu niezbędna w jego przyszłej pracy.

    Przede wszystkim, w ogóle nie dopuszczam do siebie myśli, że jako osoba niemająca ku temu uprawnień, miałbym od kogoś czegoś wymagać. Nie jestem, ani nauczycielem tego matematyka, ani jego przełożonym, ani nim samym, więc niby jakie mam prawo wymagać od niego podstawowej wiedzy w dziedzinie historii? Oczywiście, istnieje pewna umowa, że każdy co nieco o historii powinien wiedzieć, ale to 'co nieco', czyli podstawowa podstawa, jest dość szeroko interpretowane, a poza tym już tutaj padło, że uczymy się dla siebie i IMHO to indywidualna sprawa każdego, co kto wie.

    To gratuluję, nigdy bym nie wpadł na to że gazety w znaczący sposób przyczyniają się do poszerzania słownictwa przeciętnej osoby. Na tej zasadzie dzieciak powie, że ogląda MTV gdyż właśnie uczy się angielskiego.

    To oczywiste, że słuchanie anglojęzycznych piosenek poprawia znajomość j. angielskiego. Pomijam to, że zaciekawiony dzieciak może potem szukać tłumaczeń tych tekstów i dowiedzieć się czegoś nowego, ale po prostu zwyczajnie rozwija się u niego słuchanie, które np. mnie w dziedzinie języków zawsze sprawiało największą trudność.

    A co do słownictwa - to zależy od osoby, a 'przeciętna' to termin dowolnie interpretowany. Przeciętna osoba ma wykształcenie podstawowe, średnie, czy wyższe?

    Na studiach też będziesz wybierał drogę, tak by było "przyjemnie"?

    Nie, będę wybierał taką, która służy konkretnemu celowi. A gdyby interesowałaby mnie wyłącznie przyjemność to po maturze nie szedłbym na studia tylko żył za kasę rodziców.

    Zdarzało mi się bywać w klubach gdzie pytlowaliśmy o "dupie Maryni", meczach, scenie politycznej; zdarzało się również, że w tychże samych klubach dyskutowaliśmy o tym dlaczego Mickiewicza włożono do szafy, o związku niepodległości z nosem Rozwadowskiego i takich dyrdymałach.

    Toteż po raz kolejny potwierdza się zasada, że ludzie są różni.

    Jeśli uważasz Tofiku, że twa edukacja w zakresie własnego języka jak i znajomości literatury winna się zakończyć na etapie umiejętności czytania i pisania - to mi ciebie po prostu żal. Zwłaszcza jeśli zamierzasz wybrać historię.

    A mi żal Ciebie, że wmawiasz mi coś, czego nie powiedziałem.

    Na pocieszenie - zawsze można sobie wybrać mniej wymagające intelektualnie towarzystwo. Każdy sam sobie ustawia poprzeczkę.

    Hehe, widzę, że dyskusja nieźle się rozkręca - od wmawiania mi ignoranctwa w dziedzinie tego, jak uprawia się historię do zachęcania do powiązania się z mało inteligentnym towarzystwem :B):

    Inną sprawą będzie - jak inni będą oceniać naszą atrakcyjność i sama bazę intelektualną.

    Myślę, że to jest główny argument na rzecz Twojej tezy - trzeba się uczyć wszystkiego, co nam nakazują, no bo "co ludzie powiedzą". Osobiście znam przypadki osób, które w dziedzinie typowej szkolnej nauki są naprawdę dobre - po prostu umieją nauczyć się tego czego mają się nauczyć. Ale często występują u nich braki w podstawowej, bardziej życiowej niż to, czego dotyczy Wielka Improwizacja, wiedzy. Przykładowo jedna znajoma, chyba od podstawówki do I kl. LO kończyła poszczególne klasy zawsze z czerwonym paskiem - ale to, gdzie leży Holandia jakoś jej umknęło. Oczywiście większość ludzi w takiej sytuacji by powiedziała "jak tak można" itp. itd., ale ja uważam, że to indywidualna sprawa każdego i jej czy kogokolwiek innego wiedza nie narusza moich dóbr osobistych i tym podobnych: moje życie byłoby takie same zarówno w sytuacji, gdy ona to wie, jak i w sytuacji, gdy tego nie wie.


  12. Nie, ale niewątpliwie można tam poszerzyć swój zasób słownictwa. Chociażby czytając lektury. Jakoś średnio chce mi się wierzyć w to, że człowiek 16-19 letni sam sięgnie po większość książek, które trzeba przeczytać ze względu na program.

    'Chociażby'... Dla poszerzenia słownictwa może też czytać gazety, wielokrotnie bardziej przyjemne. A to, że czytanie lektur nakazuje program to wina programu, a nie ucznia.

    Tak naprawdę lektury nie czyta się dla jakichś szczególnych powodów, oczywiście tych w LO, bo te ze szkół podstawowych to nieco inna działka. Lektury z LO czyta się dla samego czytania. Chociażby po to, żeby statystyka '1 Polak = 1 książka na rok' nie znalazła potwierdzenia w rzeczywistości.

    Przepraszam bardzo, ale kto pisał, że przez czytanie lektur szkolnych nie możesz robić tego, co naprawdę Cię interesuje? Jeśli krytykujesz język polski jako nieprzydatny, to dla mnie nie rozumiesz, że historyk nie może zamykać się tylko na to, co jest stricte związane z jego zawodem.

    Podejrzewam, że gdybym uczepł się fizyki albo chemii to nie zareagowałbyś w podobny sposób. Język polski, w formie jakiej jest mi serwowany na codzień, niewiele się różni od tamtych przedmiotów. Interesuje mnie też sport, więc nie zamykam się na mój 'zawód', inna sprawa, że sport jest kompletnie do tego zawodu nieprzydatny.

    Profesor Nagielski na pewnym wykładzie powiedział kiedyś: większość męskiej części studentów historii na początku studiów jest pewnych, że będzie zajmowało się historią wojskowości. Potem jednak na seminaria m.in. prof. Nagielskiego trafia zaledwie jakiś procent tych studentów. I to jest prawda. Człowiek rozwija swoje zainteresowania, odkrywa z czasem zagadnienia, na które wcześniej nie zwracał uwagi. I wtedy to, czego kiedyś się uczył, może mu się przydać.

    Oczywiście, możemy to rozpatrywać na milion pięciuset przykładach, że byli tacy, ktorzy byli maniakami II wojny, a skończyli pisząc magisterkę o średniowiecznych miastach itp. Tyle, że każdy człowiek jest inny, to, że większość zmienia zdanie nie oznacza, że ja też zmienię. Praktycznie od pięciu lat interesuje mnie to samo, poszczególne wąskie tematy rajcowały mnie z różnym natężeniem, ale główna oś pozostała ta sama, być może bardziej skierowałem się w kierunku WoSu, ale tam j. polski jest jeszcze mniej przydatny.

    Niestety Tofiku, ale patrzysz na to wszystko jak na czarno-biały świat. Interesuje mnie - przydatne. Nie interesuje - na cholerę mi to.

    Gdybym tak na to patrzył, to podręcznika do matmy nawet bym nie otworzył.


  13. Bo to tylko literat, poeta, pisarz i historyk literatury powinien mieć bogate słownictwo. A mi się wydawało, że każdy kto uważa się za człowieka w miarę kulturalnego i inteligentnego powinien dążyć do tego, aby m.in. swój zasób słownictwa powiększać. Historią to też się specjalnie Tofiku nie zajmuj, tutaj też wypada dobrze operować językiem.

    Wg Ciebie uczęszczanie na j. polski to jedyny sposób na wzbogacenie słownictwa?

    Cóż, Twoja strata. Jako osoba zainteresowania historią powinieneś zdawać sobie sprawę z tego, jak ważna jest umiejętność czerpania z innych nauk. Interdyscyplinarność staje się obecnie coraz popularniejsza wśród historyków. Historyk bez dobrej znajomości literatury sporo traci (oczywiście nie każdy, wszystko zależy od zainteresowań, ale jednak, przez wszystkie lata studiów to co zwróciło moją szczególną uwagę, to właśnie częste odwołania wykładowców do literatury klasycznej). Film, literatura, obraz, zdjęcie... dla historyka wiele rzeczy może być źródłem.

    Zdaję sobie sprawę, ale co mają "Dziady", "Nie-Boska Komedia" czy "Makbet" do, nazwijmy to, mojej specjalizacji (wydaje mi się, że zainteresowań raczej nie zmienię, a jeśli już, to nie dlatego, że na studich dostanę taki rozkaz)? Na tę chwilę przypominam sobie, że omawialiśmy - pobieżnie oczywiście, bo taki jest program - fragment Galla Anonima o Bolesławie Chrobrym i kawałek kazań Skargi, a także "Potop" - tyle, że profesorka otwarcie przyznała się, że Trylogii nie lubi i nie będzie się nad tym (akurat nad tym) specjalnie rozwodzić.

    Zaczęło się od tego, że skrytykowałem ten przedmiot jako nieprzydatny, a teraz zaczynasz robić ze mnie ignoranta, który nie wie o co chodzi w uprawianiu zawodu historyka. Być może nie wiem, za to wiem, że w tym, czego nauczyłem się albo miałem się nauczyć na polskim, nie przyda się w historii w ogóle, bo niby jak? Jeśli interesowałyby mnie powstania to oczywiście z większą uwagą podchodziłbym do twórczości Orzeszkowej czy Konopnickiej. Ale jako, że nie jestem tym zainteresowany to wolę ten czas poświęcić na poczytanie sobie chociażby takiego Heidensteina.

    Studia to też nie koncert życzeń, ale w tym przypadku nie można mówić, że któryś temat jest kompletnie oderwany od ogólnej tematyki danego kierunku. Natomiast przedmiot j. polski jest zupełnie niekompatybilny z moimi planami.

    Tofiku, ja po prostu odnoszę wrażenie, że Tobie nie chce się czytać niczego ponad to, na co Ty masz ochotę. Dobra rada, nie idź na studia. Tam też zmuszają do czytania rzeczy, na które człowiek nie ma ochoty.

    Otóż, studia mają jedną niezaprzeczalną przewagę nad liceum. Na studiach zaliczenie czegokolwiek przybliża mnie do zakończenia studiów (a poza tym, co rozumie się samo przez się, jest przydatniejsze w życiu niż wiedza szkolna, inaczej bym takiego kierunku nie wybierał), a w szkole to, że uczę się po kilka godzin tygodniowo przedmiotów, których nie będę zdawał na maturze w żadnym razie nie przybliża mnie do tego, że dostanę się na studia. Będę miał lepsze świadectwo, ale czas poświęcony na rzeczy niepotrzebne zostanie stracony na rzecz przedmiotów kierunkowych, więc jest mniejsze prawdopodobieństwo, że matura wypadnie dobrze, ergo - spada prawdopodobieństwo, że dostanę się na wymarzone studia.

    Robię wiele rzeczy, których nie chcę robić, dążę do tego, by robić ich jak najmniej. W wypełnianiu swojego czasu masą niepotrzebnych zajęć nie widzę żadnej przyjemności, ani sensu.

    Studia, praca... to też nie będzie ci dawać specjalnie dużo czasu na realizację Twoich zajęć.

    Jest jednak drobna różnica, praca daje kasę, studia dają możliwość zdobycia pracy. Coś za coś. Aha, i nie mów, że szkoła też umożliwia zdobycie pracy, bo jak pisałem wyżej - umożliwia to jednocześnie zmuszając do marnotrawienia czasu.

    Po łebkach, ale tak. Poza tym, na studiach na trzecim roku Lalka była jednym ze źródeł do opracowania na zajęcia z NPH XIX wieku. Z kolei Wertera przerabiałem na historii Polski XIX wieku. I dzięki temu, że przeczytałem to w liceum, na studiach wystarczyło przypomnieć sobie potrzebne fragmenty.

    A ja wolę sobie przypominać, gdy jest mi to faktycznie potrzebne, a nie na zasadzie 'może kiedyś mi się to przyda', bo już teraz przypominałbym sobie metody otrzymywania kwasu siarkowego (IV), bo kiedyś mi się to może przydać. Tym bardziej, że np. po przeczytaniu "Dziadów" cz. III czułem się, jakbym tej książki... w ogóle nie przeczytał.

×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.