Jump to content

All Activity

This stream auto-updates     

  1. Yesterday
  2. Kiedy gazety się (bardzo) pomyliły.

    Szczerze mówiąc, ja wolę jednak coś bardziej historycznego, niż dzisiejszy świat, pełen "fake news"(choć skądinąd, to nie wynalazek współczesnego świata). Zatem - polecam następne. W szczególności "Titanica", który zatonął ze wszystkimi na pokładzie i zdobycie Waszyngtonu przez Konfederatów. Zob.: https://www.ranker.com/list/wrong-newspaper-headlines/brian-gilmore
  3. Last week
  4. Kiedy gazety się (bardzo) pomyliły.

    Jeden z artykułów w "Gazecie Olsztyńskiej" dotyczący Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver (2010) został zilustrowany fotografią na której prezentowano maskotki tej imprezy. Pech chciał, że niespecjalnie sprawdzono co wstawiono, a był to fotomontaż. I tak obok maskotek: Miga, Quatchi i Sumi (patronujący paraolimpiadzie) pojawił się "Pedomiś" (PedoBear).
  5. Kiedy gazety się (bardzo) pomyliły.

    Niemieckie dzienniki, jak i stacje telewizyjne, jeszcze parę lat temu notorycznie myliły obchody rocznicy Powstania Warszawskiemu z rocznicą Powstania w Getcie Warszawskim. Z polskiego podwórka słynny cytat - "...jak nie wylądujemy, to mnie zabiją.." przedstawiony przez stację TVN24 jako rozszyfrowana fraza z czarnej skrzynki prezydenckiego TU-154.
  6. Mi sie podoba stare "Midway" (nowego nie ogladalem). Dobrze zrobiony i jak na film fabularny niezle trzyma sie realiow.
  7. Futurystyczne pocztówki

    Co prawda to także nie pocztówka, tylko futurystyczna karykatura z "Puncha", ale moim zdaniem naprawdę godna przedstawienia i - w sumie - podziwu. Jej autor w roku 1878 niezwykle trafnie przewidział dzisiejsze rozmowy via Internet. Każdego wieczoru rodzice rozmawiają z dziećmi przebywającymi "na antypodach" za pomocą "telefonoskopu Edisona". Zob.: https://archive.org/details/punch76a77lemouoft/page/n17
  8. Najlepszy film historyczny

    Czy to najlepszy film historyczny, to nie wiem (kwestia gustu), choć na pewno kanoniczny. Ale ja nie o tym. "Krzyżacy" Forda to chyba jedyny polski film, z którego fragment znalazł się w programie oglądanym przez lata na całym świecie, przez miliony, czy już nawet miliardy wielbicieli absurdalnego humoru. Tyle, że owi wielbiciele za bardzo o tym fakcie nie wiedzą. A zatem. Jak zawsze polecam "Latający cyrk Monty Pythona". Wśród odcinków "Latającego cyrku..." sugeruję odszukać 10 odcinek z 3 serii: "E. Henry Thripshaw's Disease". Następnie szukamy samego skeczu: "Thripshaw's Disease". A w tym skeczu sceny zatytułowanej "Syria 1203". Przyjemnej zabawy życzy Bruno W.
  9. Prasa (i inne środki masowego przekazu) potrafią przedstawiać prawdę, ale także zmyślać, manipulować, przejaskrawiać, uprawiać propagandę, mylić się itp. itd. Niekiedy w zbożnym celu - wystarczy wspomnieć tragiczne w swej wymowie, a często wyssane z palca, optymistyczne relacje prasy polskiej z przebiegu walk w 1939 roku. A zatem - w tym miejscu chciałbym zagaić dyskusję o najciekawszych wpadkach, czy gafach wolnej prasy. Może nie tyle o typowej propagandzie, ale raczej - właśnie "wpadkach". I dwie propozycje na początek: Generał Gordon w Chartumie witający odsiecz ("Punch" z 7 lutego 1885 r., czyli wydany prawie dwa tygodnie po upadku Chartumu i śmierci Gordona). Zob.: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f4/%22At_Last%21%22_%281885%29_Major-General_Charles_George_Gordon_greeting_reinforcements_at_Khartoum_in_1885-_TIMEA.jpg Nawiasem mówiąc - w "Punchu" z 14 lutego 1885 r. pojawił się rysunek już o innej, tragicznej wymowie, czyli "TOO LATE!". Zob.: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/5c/%22Too_Late%21%22_%281885%29_-_TIMEA.jpg I kanoniczny (to ostatnio chyba modne słowo na Forum) "Dewey Defeats Truman". Zob.: https://www.history.com/news/dewey-defeats-truman-election-headline-gaffe
  10. Mam nadzieję, że jednak nie wypowiadałem się na temat emblematycznej i kanonicznej postaci Draculi stworzonej przez B. Stokera, ponieważ nie mam o tym najmniejszego pojęcia. Nie wiem, kim był B. Stoker i czy coś napisał, a jeśli tak - to nie wiem co. Nie wyklucza to, że coś z jego dzieł przeczytałem, w końcu za młodu nie takie głupstwa się robi. Postać Draculi jednakże kanonicznie łączy mi się z Transylwanią.
  11. Odbudowywać, zmieniać - jak i na ile?

    Z kategorii ciekawostkowej: Front domu przy 10 Downing Street jest czarny. To znaczy - z czarnych cegieł. To wie każdy, gdyż obraz ten należy do kategorii tzw. ikonicznych. Natomiast mniej chyba rozpowszechniona jest wiedza, że oryginalnie był … żółty. To znaczy - z cegieł koloru żółtego. Po prostu przez lata, osadzające się na budynku zanieczyszczenia zmieniły jego kolor na czarny. I taki właśnie obraz wejścia do rezydencji brytyjskich premierów mocno się utrwalił w świadomości społecznej. Podczas wielkich robót remontowo-rekonstrukcyjnych w czasach premiera Harolda Macmillana oczyszczono jednak cegły i ukazał się - pewnie ku pewnemu zaskoczeniu budowniczych - ich prawdziwy kolor. Zdecydowano się jednak pomalować je na czarno. Jest to chyba jeden z niewielu hołdów dla zanieczyszczeń. I stanowi pewne odstępstwo od generalnej, londyńskiej "polityki remontowej" (po pozytywnych skutkach Clean Air Act z 1956 r. oczyszczono w Londynie wiele ikonicznych fasad, raczej odkrywając pierwotną kolorystykę).
  12. Powracając jeszcze do emblematycznej i kanonicznej postaci Draculi stworzonej przez B. Stokera... choć jancet twierdzi, że każdy utwór można interpretować "jak się chce", to mnie się wydaje, że pewne interpretacje idą zbyt daleko. Otóż w postaci Draculi niektórzy widzą postać Żyda. W skrócie, dowody na taką identyfikację to: przybywa do Londynu na rosyjskim statku, ma zatem uosabiać lęki ówczesnych Brytyjczyków przed żydowską emigracją jaka miała miejsce u schyłku XIX w., głównie związaną z pogromami w carskiej Rosji. Hrabia ma pomocnika w osobie Immanuela Hildensheima ("typ raczej hebrajski", s. 332), osiada w Carfax, które ma się znajdować niedaleko Whitechapel, czyli jednej z dzielnic będącej centralnym punktem na londyńskiej mapie dla nowych emigrantów; co więcej, dzielnicy w której to grasował Kuba Rozpruwacz, przedstawiany często jako wschodni Żyd. Jest obywatelem świata, który nigdzie nie jest zakorzeniony, jak wielu Żydów żyjących w diasporze; posiada w swym zamku wiele monet z różnych krajów ("wszystkie pokryte grubą warstwą kurzu, jak gdyby leżały tu od bardzo dawna", s. 50), czyli jak Żydzi akumuluje kapitał, jest "nomadą" no i oczywiście ma semicki wygląd. Mikołaj Marcela napisał dwie powieści grozy, magisterium z filozofii poświęcił zombie ("Zombie: Powrót potwora. Próba filozoficznej analizy zjawiska"), może przesadnie na stronie Wydawnictwa Literackiego określa się go, jako: "specjalistę z zakresu literatury grozy", ale faktycznie popełnił kilka pomniejszych tekstów o potworach, współredagował zbiór "Potwory-Hybrydy-Mutanty. Pogranicza ludzkiej natury", wreszcie wydał własne opracowanie "Monstruarium nowoczesne"*. W swym artykule zatytułowanym 'Dracula: wampir-Żyd-kapitalista?" (który jest w zasadzie powtórzeniem fragmentu z "Monstruarium..." zatytułowanego: "Vampyre or Vambery?") cytuje ten opis fizjonomiczny tak: "Jego twarz ma bardzo, bardzo wyraziste, ostre rysy; wydatny i cienki nos zakończony jest charakterystycznymi łykowatymi nozdrzami; ma wysokie i wypukłe czoło, a jego włosy, choć rzadkie w okolicach skroni, są poza tym bardzo gęste. Ma bardzo wydatne brwi, stykające się niemal ze sobą powyżej nasady nosa, a ich nadzwyczajna gęstość powoduje, że zwijają się w loki. Usta (...) są stale zaciśnięte, co w połączeniu z wystającymi na wargi, bardzo białymi, ostrymi zębami nadaje tej twarzy wyraz okrucieństwa". /tegoż "Dracula...", "FA-art", nr 3 (93), 2013, s. 29-30; cyt. za: B. Stoker "Dracula", przeł. M. Król, Kraków 2009, s.23; skąd i reszta użytych powyżej cytatów/ Chciałbym zwrócić uwagę, że napisałem "cytuje.. tak", jest to o tyle istotne, że Marcela pominął kilka istotnych szczegółów, otóż poskąpił nam w tym fragmencie opisu uszów i ogólnego wrażenia jakie sprawia wygląd zewnętrzny hrabiego. Nie mogę oprzeć się myśli, że przez to nieco zmanipulował ów wygląd, tak by pasował do przyjętej hipotezy. W wydaniu nowojorskim z 1897 r. ten opis prezentuje się tak: "His face was a strong—a very strong—aquiline, with high bridge of the thin nose and peculiarly arched nostrils; with lofty domed forehead, and hair growing scantily round the temples but profusely elsewhere. His eyebrows were very massive, almost meeting over the nose, and with bushy hair that seemed to curl in its own profusion. The mouth, so far as I could see it under the heavy moustache, was fixed and rather cruel-looking, with peculiarly sharp white teeth; these protruded over the lips, whose remarkable ruddiness showed astonishing vitality in a man of his years. For the rest, his ears were pale, and at the tops extremely pointed; the chin was broad and strong, and the cheeks firm though thin. The general effect was one of extraordinary pallor. Hitherto I had noticed the backs of his hands as they lay on his knees in the firelight, and they had seemed rather white and fine; but seeing them now close to me, I could not but notice that they were rather coarse—broad, with squat fingers". I w innym miejscu: "... and the red scar on the forehead showed on the pallid skin like a palpitating wound (...) and the fair cheeks". /B. Stoker "Dracula", Grosset & Dunlap Publisher, New York 1897, s. 17, s. 285, s. 36; dalej jako: Oryg./ Nie trzeba być anglistą by z łatwością sprawdzić znaczenie terminu: "pale/pallor", pośród wielu znaczeń słownikowych nas zainteresuje: "Pale... of a shade of colour approaching white; faintly coloured. Relatively lighter in colour". /za: "The Shorter Oxford English Dictionary",Third Ed., prep. W. Little, rev. and ed. C.T. Onions, Oxford 1956, s. 1417/ I w tłumaczeniu Marka Króla ta bladość istnieje: "Poza tym ma białe i spiczasto zakończone uszy, szeroką i silną szczękę, a policzki mocne, choć wychudłe. Nad tym wszystkim dominuje ogólne wrażenie nadzwyczajnej bladości". /B. Stoker "Dracula", Wyd. Zielona Sowa, Kraków 2005, s. 23/ Innymi słowy, hrabia to osoba o bladych uszach, bladych dłoniach, bladych policzkach, bladej skórze i ogólnie osoba u której wyróżniającą cechą powierzchowności jest wyjątkowa bladość. Dodajmy do tego informację o barwie oczu, które poza chwilami gdy wpadał w krwiożerczy szał były niebieskie: "I was conscious of the presence of the Count, and of his being as if lapped in a storm of fury. As my eyes opened involuntarily I saw his strong nad grasp the slender neck of the fair woman and with giant's power draw in back, the blue eyes transformed with fury, the white teeth champing with rage, and the fair cheeks blazing red with passion". /Oryg., s. 36/ No i jeszcze ten przymiotnik: "aquiline"... każdy wie, że symboliczny Żyd będzie miał śniadą cerę i haczykowaty nos. Tyle, że w wiktoriańskiej Anglii nieco inaczej postrzegano orli (rzymski) nos. Z zakrzywionym nosem przedstawiano w karykaturach Żydów (por. S. Winkler "The fear of the 'Other' and anti-semitism: Repreentations of the Jews in 'Punch' and Bram Stoker' 'Dracula' in the light of rising English nationalism", "VIDES" University of Oxfrod, , Vol. 5, 2015, fig.1, s. 102) ale mógł on również symbolizować: siłę, wyższość, wreszcie mógł nawiązywać... do aryjskiej rasy. "Two other book-lenght studies, Curtis's 'Apes and Angels: The Irishman in Victorian Caricature' (1971) and Cowling's 'The Artists as Anthropologist: The Representation of Type and Cahracter in Victorian Art' (1989), bothe document at lenght the Victorian interest in the 'science' of physiognomy and in caricaturists' purposeful manipulation of specific facial features to indicate class and character. Whereas, according to Curtis, the poor Irish (Roman Catholic) peasent was frequently simonized with an ape-like face and sloping forehead, the Anglican clergyman, according to Cowling, was supposed to exhibit a large and lofty forehead indicative of his spiritual and intellectual prowess. Thy Aryan type was the most highly favored 'with prominent nose (...) Both the shape of the nose and cheeks indicated, like the forehead's angle, the subject's soial status and level of intelligence. A Roman nose was superior to a snub nose in its suggestion of fimness and power, and heawy jaws revealed a latent sensuality and coarseness". /E. McNess "'Punch' and the Pope: Three Decades of Anti-Catholic Caricature", "Victorian Periodicals Review", Vol. 37, No. 1, Spring 2004s. 22/ Dla każdego fana horrorów wizja bladolicego wąpierza, zwłaszcza gdy sobie obficie nie pochłeptał krwi - jest czymś oczywistym. Postać hrabiego, bladolicego z niebieskimi oczami niezbyt jednak pasuje do wyobrażonej figury wschodniego Żyda. Stąd me wrażenie, że pan Marcela trochę "ponaciągał" tekst. "Jednak wampiry z Żydami w powieści Stokera łączy znacznie więcej. To nie przypadek, że Draculi w ucieczce przed Drużyną Światła pomaga niejaki Immanuel Hildesheim: 'typ raczej hebrajski niż adelficki, z nosem jak owca i w fezie na głowie'". /"Dracula: wampir-Żyd-kapitalista", s. 30; cyt za: op.cit. , s. 332/ Skąd autor tych uwag wie, że nie był to przypadek - nie wiemy. Wiemy jedynie, że Hildesheim na polecenie listowne, bliżej mu nieznanego, niejakiego pana de Ville z Londynu, miał dopilnować przekazania przesyłki, która przybyłą na pokładzie "Carycy Katarzyny" do Galati, w ręce Piotra Skińskiego, który miał kontakty ze Słowakami prowadzącymi handel i przewóz rzeczny. Jeśli był zatem: pomocnikiem, to nieświadomym. Nie wiadomo dlaczego Marcela nie jest konsekwentny i nie doszukuje się żydowskiego śladu u innych tego typu pomocników, którzy wykonywali podobne czynności związane z transportem skrzyń. Jak przedstawiciel z firmy Samuel F. Billington & Son., pan Carter z Paterson & Co. pan Mitchell z Sons & Candy, czy pracownicy Mackenzie & Steinkoff? A co z Samem Bloxamem, który zawiózł dziewięć skrzyń na Piccadilly czy Thomasem Snellingiem i Josephem Smolletem, którzy rozwozili inne skrzynie po Londynie? No ale z Cartera czy Mackenziego trudno uczynić Żyda, jeszcze od biedy dałoby się pewnie ze Steinkoffa... Najciekawszym w tym wszystkim jest fakt, że to przecież Jonathan Harker no i Peter Hawkins są głównymi aktorami powieściowych wydarzeń współodpowiedzialnymi za przybycie Draculi do Carfax, głucho jednak o tym by nazywano ich "nieprzypadkowymi pomocnikami". Tak na marginesie, drobiazg o translatorskich potyczkach. W oryginalnym wydaniu Hildesheim został określony jako: "Hebrew of rather the Adelphi Theatre type", co M. Król przełożył jako: "raczej hebrajski niż adelficki", Małgorzata Moltzan-Małkowska oddała to jako: "był w typie hebrajskim czy raczej lewantyńskim" (B. Stocker "Dracula", Vesper, Poznań 2011, s. 371). Jak widać tłumaczom wyszło zupełnie coś innego. Jak się wydaje, Król nie za bardzo zrozumiał co kryje się pod określeniem: "Adelpi Theatre type". W kontekście XIX-wiecznego Londynu to po prostu, właśnie - hebrajski typ. Bliższa pierwotnemu sensowi jest raczej pani Molztan-Małkowska, można by powiedzieć, iż był to typ: hebrajski, podtyp: adelphi. Adelphi Theatre wystawiało swe sztuki w dość szczególnym stylu, co zaczęto określać jako "Adelphi screamers". Początkowo odnoszono to do fars i komedii które tam odgrywano, ale już w czasach bliższych życiu Stokera były to dramaty. A w tychże, częstą postacią był Żyd i środowisko żydowskie, przedstawiani w niezbyt pozytywnym świetle. To na deskach tego teatru miały miejsce premiery sztuk według utworów Charlesa Dickensa, który tak często portretował żydowskie środowisko. "Leah, Bel Demonio, Manfred Plays performed at London theatres in 1863. Augustin Daly's drama Leah, the Jewish Maiden was produced at the Adelphi. It was phenomenal succes, running for over two hundred nights...". /"Victorian Theatrical Burlesques" ed. R.W. Schoch, Burlington 2003, b.p., przyp. 28/ "In 1889 the 'Jewish Chronicle' had objected strongly to Pettit and Sims's 'London Day by Day', which played at the Adelphi Theatre; this play gave 'a sketch of a Jew money-lender' that outshone 'all previous efforts in its offensiveness'. The newspaper noted that one of the dramatic critics who reviewed the drama could not help 'wondering how the Jews, who supply us with managers, actors, lavish patrons of the drama, nad (I believe) one or two dramatic critics, can stand the way in which their race is persistenly libelled on the London stage". /"The Complete Works of Oscar Wilde" general ed. I. Small, Vol. 3 "'The Picture of Dorian Gray'. The 1890 and 1891 Texts" ed. J. Bristow, Oxford Univ. Press 2005, s. 382/ "Należy zwrócić uwagę na znaczenie imienia Van Helsinga, bowiem Abraham to tyle, co „kochający ojca”, natomiast zgodnie z przekazami biblijnymi Abraham uznawany jest za ojca narodu żydowskiego, co z kolei wydaje się ciekawe w kontekście „żydowskiego” wątku Draculi oraz gorliwej chrześcijańskiej wiary Profesora". /M. Marcela "Monstruarium nowoczesne", Katowice 2015, s. 78, przyp. 153/ Marcela poskąpił informacji skąd zaczerpnął swą wiedzę o takiej etymologii i zapewne słusznie, bo wydaje się, że jest nim polskojęzyczna Wikipedia. Z tym imieniem nie jest taka prosta sprawa. Biblista i hebraista dr Marcin Majewski w swym popularnym opracowaniu "Tajemnice biblijnych imion" objaśnia: "To, co jest pewne, to słowo אב aw, które rozpoczyna zarówno wersję krótszą (wcześniejszą) אברם Awram oraz dłuższą (późniejszą) אברהם Awraham. To bardzo ważne słowo biblijne. Wywodzi się od czasownika אבה awa, który oznacza „zgadzać się, zrobić coś z obowiązku, ulegać”. Zakłada więc jakiś autorytet nakazujący. I takie znaczenie ma tytuł aw w Biblii, nadawany znacznie szerzej niż tylko ojcu. Otrzymuje go np. Józef jako główny doradca faraona (Rdz 45,8); otrzymują go starsi miasta (2Krl 2,12), prorocy (2Krl 6,21), mędrcy (Syr 2,1), a wreszcie sam Pan Bóg (Iz 63,16; Oz 11,1). Zatem słowo aw nie jest prostym odpowiednikiem męskiego rodzica, ale określeniem wyrażającym respekt i szacunek wobec osoby cieszącej się autorytetem i władzą (...) Końcówka רם ram w krótszej wersji imienia (Awram) pochodzi od czasownika רום rum, który oznacza „być wysoko, u góry, wywyższać, być wywyższonym, wyniesionym”. Imię Awram oznacza więc Ojciec Wywyższony, Ojciec Wyniesiony (w domyśle: ponad innych ojców) lub po prostu Potężny Ojciec (...) Z kolei forma רהם (rhm) z imienia dłuższego sprawia pewien kłopot, gdyż nie odnajdujemy jej w języku hebrajskim. SłowoAwraham w świętym języku Biblii nie posiada więc żadnego oczywistego znaczenia. Można za to snuć pewne przypuszczenia. Zmiana imienia oznaczała tak naprawdę dodanie w środku jednej litery: ה „h”. Notabene, przemianowanie żony Abrahama z Saraj na Sarę to również zabieg dodania litery ה „h”. Gdy do wyrazu Awram dodajemy literę „h”, zmieniamy rozkład ciężaru spoczywającego na pojedynczych głoskach i wówczas możliwe jest odczytanie imienia Awraham jako złożenie czasownika אבר awar(latać) i zaimka הם hem (oni). Imię tworzyłoby więc poetycki zwrot „Oni będą latać!”, wieszczący świetlaną przyszłość potomkom Abrahama. Jest też możliwa inna interpretacja dodania litery „h” do słowa Abram. Zabieg ten powoduje, że w sercu imienia patriarchy pojawia się czasownik ברה – czasownik, który jest podstawą jednego z najważniejszych słów Biblii: ברית berit, przymierze". /z fragmentu książki udostępnionego na stronie: opoka.org.pl/ No ale mniejsze o znaczenie tego imienia, co ma wynikać z faktu, że jeden z przeciwników Draculi ma starotestamentowe imię? Tego typu imiona nie są czymś niezwykłym zwłaszcza w środowiskach protestanckich, a takiego wyznania był właśnie Stoker. Z tych wątków osobowych wynika, że skoro jeden z nieświadomych pomocników hrabiego był Żydem to pozwala w Draculi widzieć "symbolicznego Żyda" i zarazem, skoro jego przeciwnik nosił "żydowskie" imię to pozwala w Draculi widzieć "symbolicznego Żyda". A co wynika z faktu, że ramię w ramię z van Helsingiem walczą np: Jonathan, Quincey, John czy Arthur? W Polsce znane było powiedzenie, że każdy ziemianin (szlachcic) miał swego Żyda; takiego właśnie pomocnika; faktora który załatwiał dlań sprawy handlowe a jak było trzeba pomagał uzyskać pożyczkę. Pamiętamy to na ogół za sprawą Henryka Sienkiewicza, który ustami Leona Płoszowskiego (w "Bez Dogmatu") powiadał: "Zauważyłem to już dawno, że w tym kraju, jak każdy szlachcic ma swego żyda". Na szczęście nikt jeszcze nie wpadł na pomysł (chyba?) by z każdego takiego ziemianina uczynić "symbolicznego" Żyda. Weźmy teraz kwestię lokalizacji głównej siedziby hrabiego w Anglii, czyli Carfax Abbey. To Jimmie E. Caine wskazał na bliskość geograficzną Carfax do Whitechapel i związane z tym żydowskie konotacje: "In the villain of his 1897 novel 'Dracula' Bram Stoker apparently incorporates such accounts of the immigrants Jews crowding the dilapidated and poorly drained slums of London's East End. The Count's residence at Carfax, in Purfleet, for instance, is well to the east downtown London, near the Whitechapel district, the epicenter of the London immigrant community. In addtion to its dense Jewish population, whitechapel was also noteworthy as the scene of the murder ascribed to jack the Ripper, a figure often represented in newspapers stories and skatches as an Eastern Jew". /"Racism and the Vampire. The anti-Slavic Premise of Bram Stocker's 'Dracula'", w: "Draculas, Vampires, and Other Undead Forms" ed. J.E. Browning, C.J. "Kay" Picart, Lanham, Maryland 2009, s. 128/ Problem w tym, że zupełnie nie wiem jak doszedł do tego związku i takiej lokalizacji. Nieruchomość Carfax to miejsce wymyślone a Whitechapel w książce w ogóle nie występuje. Wiemy, że Jonathan Harker przybył do hrabiego by sfinalizować nabycie Carfax, która to nieruchomość znajdowała się w Purfleet (o poszukiwaniach ew. pierwowzoru por. uwagi Jonathana Cattona z Thurrock Museum: www.thurrock.gov.uk - "Purfleet's Dracula connection"). Tyle że prawdziwe Purfleet leży jakieś dwadzieścia sześć kilometrów na wschód od Londynu. A gdzie leży powieściowe Carfax? Otóż, gdy Harker znalazł w zamku Draculi atlas były w nim na mapie Anglii zaznaczone kółkami różne miejsca, między innymi jedno z nich w miejscu jego nowej posiadłości; czyli w Carfax; w pobliżu Londynu. "Presently, with an excuse, he left me, asking me to put all my papers together. He was some little time away, and I began to look at some of the books around me. One was an atlas, which I found opened naturally at England, as if that map had been much used. On looking at it I found in certain places little rings marked, and on examining these I noticed that one was near London on the east side, manifestly where his new estate was situated; the other two were Exeter, and Whitby on the Yorkshire coast". /Oryg., s. 26/ Jak Caine'owi wyszło, że posiadłość leżąca "po wschodniej stronie, w pobliżu Londynu" znajduje się: "we wschodnim centrum Londynu" -to już pozostanie dla nas tajemnicą. Za to pasuje to bardziej do jego hipotezy o żydowskiej figurze Draculi. Dla wskazania związku z emigracją żydowskiej biedoty i ich głównych centrów w Londynie o wiele lepiej nadawałoby się inne miejsca gdzie trafiły skrzynie z transylwańską ziemią: Chicksand Street, Mile End New Town czy Jamaica Lane w Bermondsy. Wszystko to miejsca wokół Whitechapel, bądź należące do tej dzielnicy. Tylko należy przecież uwzględnić domniemania wyrażone przez Harkeya, wedle których nie miały być to miejsca docelowe "gniazd" wampira, a raczej miejsca skąd część z nich miała trafić gdzie indziej. A nikt nie jest w stanie udowodnić, że te: "inne miejsca" miałyby ograniczać się do okolic Whitechapel. A przy tym pozostaje kwestia nabycia domu przez Draculę przy Piccadilly, pod numerem 347, jak mniemam nawet Caine nie podjąłby uzasadnienia związku tego miejsca ze slumsami żydowskimi. No chyba, że Dracula szukał sąsiedztwa z pobratymcami w osobie któregoś z Rothschildów , tylko co oni mieli wspólnego z emigrancką biedotą żydowską? "There were, he said, six in the cartload which he took from Carfax and left at 197, Chicksand Street, Mile End New Town, and another six which he deposited at Jamaica Lane, Bermondsey. If then the Count meant to scatter these ghastly refuges of his over London, these places were chosen as the first of delivery, so that later he might distribute more fully. The systematic manner in which this was done made me think that he could not mean to confine himself to two sides of London. He was now fixed on the far east of the northern shore, on the east of the southern shore, and on the south. The north and west were surely never meant to be left out of his diabolical scheme—let alone the City itself and the very heart of fashionable London in the south-west and west". /Oryg., s. 287/ Nie zauważyłem, by w wielu publikacjach poświęconych tego rodzaju interpretacji postaci Draculi, ktokolwiek wyjaśnił: jak lęk przed biednymi emigrantami, biedotą mającą przynosić choroby, zabierającą pracę prostym robotnikom i rzemieślnikom, ma uosabiać akurat arystokrata?? * - Tak sobie przy okazji ponarzekam zgryźliwie. "Monstruarium..." wydano w serii Historia Literatury Polskiej Wydawnictwa Uniwersytetu Śląskiego. Niezbadane są powody dla których redaktor tej serii - Marek Piechota, filolog i literaturoznawca, uznał że właśnie ta książka pasuje do profilu takiej serii. Marcela w swym opracowaniu omawia; mniej lub bardziej obszernie; 33 utwory literackie i... 145 filmów, nieszczególnie trafna to proporcja dla książki mającej zaprezentować nam "Historię Literatury". Co więcej, tylko jeden z tych filmów (a właściwie serial) jest polski, a wśród autorów dzieł literackich tylko dwunastu jest Polakami przy piętnastu z zagranicy, co jest proporcją nieszczególnie pasującą do: "Historii Literatury Polskiej".
  13. Co do zasady przepisy były chyba podobne, tak np. wskutek utraty sztandarów, podczas wojny bolszewickiej, rozformowano i skreślono z rejestru 46 i 47 pułk piechoty. Co nieco o tej kwestii można znaleźć w piśmie "Mars" (T. 4, 1996), tudzież w książce Włodzimierza Drzewienieckiego "Wrześniowe wspomnienia podporucznika". Może coś będzie w opracowaniu Jerzego Murgrabiego "Symbole wojskowe Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, 1939-1946".
  14. W latach trzydziestych (międzywojnia) toczyła się burzliwa dyskusja w środowisku naszych językoznawców dotycząca reformy ortografii, oczywiście w jej ramach toczył się nieśmiertelny spór względem: "ż" i "rz", "h" i "ch", "u' i "ó", jak również o znaki diakrytyczne (ich liczbę i kształt). Do tej dyskusji przyłączyło się wielu wydawców. Polskie Towarzystwo Wydawców Książek zwróciło się do PAU i MWRiOP z memoriałem w którym postulowano przyjęcie rozwiązań z reform języka czeskiego, a miało to przynieść zmniejszenie kosztów druku jak i wzrost czytelnictwa polskich książek pośród narodów słowiańskich. Szerszej publice kwestię kierunku postulowanych zmian, starał się przybliżyć Stanisław Arct (prezes wspomnianego towarzystwa) na łamach pisma "Świat" w swym artykule "Językowe zbliżenie Słowian" (nr 1, z 7 stycznia 1933). Nie jest to miejsce na omawianie sensu tych poprawek, dla nas interesującym będzie, że na marginesie głównej dyskusji pojawia się litera "ƶ" w kontekście zastosowana jej w druku. Kazimierz Nitsch tak to widział: "... idzie mi bowiem o grafikę. Z tego zaś punktu vidzenia vchodzi tu v grę żecz dla ogułu obojętna, ale bardzo bolesna dla dbałych o zevnętsznǫ szatę książki redaktoróv i vydavcóv, a czasem navet i szkodzǫca treści. Oto znaczek nad vielkǫ literǫ jest ze vzględóv technicznych tak słaby, (visi ponad 'mięsem' czcionki), że v druku łatvo odpada, i to poza kontrolǫ, bo pszy odbijaniu piervszych arkuszy mógł się jeszcze utszymać, a odpaść choćby pszy tysiǫcznem udeżeniu, vskutek czego v jednej części nakładu jest dobrze, v drugiej z błędem'. jak to może być szkodlive v artykułach językovych, gdzie się często pszytacza formy nie z języka literackiego, a gdzie bardzo zależy na bezvzględnej dokładności, to dla czytelników 'Języka Polskiego' jest jasne. Ogromne trudności mieli z tem Czesi, aż sobie poradzili, vprowadzająǫc ČŠŽ takiej vysokości, że razem z daszkami nie są vyższe od CSZ: v tych czcionkach 'daszek' opiera się już mocno na 'mięsie' czcionki i nie odpada, ale zato estetyczny obraz bardzo stracił". Nitsch postulował zatem by w wydawnictwach zamiast znaków "Ó, Ć,Ś, Ź" pojawiały się takie gdzie znak diakrytyczny umieszczony był u góry ale wewnątrz litery "O" czy w przypadku "z" podczepiony od dołu do górnej pionowej kreski. I konkluduje: "... a zamiast Ż przekreślone Z, czyli Ƶ. Z tem Ƶ rzecz ciekawa: istnieje ono, ale ograniczone tak terytorjalnie, jak i do pewnych tylko rodzajów pisma, mianowicie tylko w b. zaborze rosyjskim i tylko w wykonaniu ręcznych: pisanem i malowanem (np. na wywieszkach sklepowych). Gdy więc w druku mamy ZAKŁAD STRZYŻENIA WŁOSÓW ZYGMUNTA ŻYCHONIA, to napis nad zakłądem wygląda w Warszawie jako ZAKŁAD STRZYƵENIA ZYGMUNTA ƵYCHONIA, co każdy Polak spoza tego b. zaboru przeczyta jako 'Zakład strzyzenia Zygmunta Zychonia'. A gdy naodwrót jakiś krakowiak czy poznańczyk podpisze się jako Ƶawirski, uważając przekreślenie Z za fantazyjną ozdobę litery, bez wartości treściowej, to warszawiak przeczyta jego nazwisko jako Żawirski; znam pozytywne wynikające z tego nieporozumienia (...) Vreszcie jeszcze jedna graficzna bolǫczka: bardzo słabe v vielu typah drukarskih rozrużnienie ż od ź. mówię o tym typie ż, v którym zamiast vyraźnej kropki vystępuje jakiś pszecinek (...) ż ma tu kropkę, ale zato ź ma ten jakiś vężyk, który vprawdzie oddavna jest v użyciu, ale tylko dla ż nigdy dla ź. Rozumiem doskonale konieczność rużnego typu czcionek, ale piervszǫ zasadǫ vinno być vyraźne rozrużnienie liter między sobǫ; vszelkie ź nie z prostǫ kreseczkǫ i vszelkie ż nie z kropkǫ sǫ niedopuszczalne". /tegoż "Kilka uwag o graficznej stronie naszej ortografii", "Język Polski", R. XX, nr 1, Styczeń-Luty 1935, s. 12 i n./
  15. "Po ustabilizowaniu się sytuacji walutowej zaistniała możliwość realizacji planów. W tym celu rząd zaproponował kilku firmom zagranicznym i Towarzystwu Robót Publicznych w Poznaniu złożenie ofert na budowę portu o zdolności przeładunkowej 2,5 mln ton rocznie. Ofertą zainteresował się kapitał francuski. 4 lipca 1924 r. została w końcu zawarta umowa między rządem polskim a Konsorcjum Francusko–Polskim dla Budowy Portu w Gdyni, w którego skład wchodziły firmy francuskie oraz polskie. Były to: Polski Bank Przemysłowy we Lwowie i firma „Władysław Rummel i inż. Teodor Nosowicz”. Umowa została zawarta na sumę 28 980 050 zł i objęła budowę do końca 1930 głównego portu i pierwszego basenu wewnętrznego. Koszt inwestycji okazał się jednak o wiele większy. Natomiast wykonanie obiektów portu wojennego na Oksywiu objęły inne umowy zawarte przez Służby Techniczne Kierownictwa Marynarki Wojennej w 1926 r. Także i ten port był zaprojektowany przez inż. Wendę. Ostateczną decyzję podjął Sejm po długotrwałych i zaciętych dyskusjach już 23 września 1922 r. Kolejne umowy z Konsorcjum na kontynuowanie prac przy budowie portu wojennego zostały zawarte w 1926, 1927, 1928 i 1929 r. Prace trwały aż do wybuchu wojny". /L. Molendowski "Dzieje Ojców Jezuitów i szkolnictwo jezuickie w Gdyni", Kraków 2009, s. 25/ Nad czym konkretnie tak zacięcie dyskutowano? Dodam nieco literatury, przedwojenna: J. Rummel, "Gdynia. Port polski", Toruń 1926 "Kronika o polskim morzu. Dzieje walk, zwycięstw i pracy", red. C. Peche, Warszawa 1930, "Organizacja portów morskich. Ze szczególnym uwzględnieniem Gdyni i Gdańska" red. J. Borowik, J. Nagórski, Toruń 1934 S. Łęgowski, "Port w Gdyni", w: "XV lat polskiej pracy na morzu", red. A. Majewski, Gdynia 1935 C. Klarner, "Rola inicjatywy prywatnej w rozbudowie Gdyni", w: "Pamiętnik Instytutu Bałtyckiego. Obrona Pomorza", red. J. Borowik, Toruń 1930 F. Hilchen, "Porty morskie. Urządzenia przeładunkowe, organizacja eksploatacja", Warszawa 1936 F. Hilchen, B. Nagórski, "Organizacja portów ze szczególnym uwzględnieniem portu w Gdyni", "Przemysł i Handel" 1929, z. 14 B. Koselnik, "Administracja portu gdyńskiego", "Sprawy Morskie i Kolonialne" 1936, z. 2 powojenna: A. Rudzki, "Administracja portów. Fragmenty zagadnienia", Londyn 1945 Cz. Klebasz "Port Gdynia 1922-1972", Gdańsk 1977 "Gdynia. Sylwetki ludzi. Oświata i Nauka. Literatura i kultura", red. A. Bukowski, Gdańsk 1979 "Dzieje Gdyni", red. R. Wapiński, Wrocław 1980 M. Odyniec, B. Hajduk "Gdynia w prasie niemieckiej Wolnego Miasta Gdańska 1920— 1939", Gdańsk 1983 M. Filipowicz, "Ludzie, stocznie i okręty", Gdańsk 1985 M. Widernik "Główne problemy gospodarczo-społeczne miasta Gdyni w latach 1926-1939", Gdańsk 1970 tegoż "Polityczne oblicze miasta Gdyni w latach 1926-1939", Gdańsk 1970 tegoż "Porty Gdyni i Gdańska w życiu gospodarczym II Rzeczypospolitej", Gdańsk 1991 tegoż "Życie polityczne Gdyni w latach 1920–1939", Gdańsk 1999 tegoż "Gdynia – czynnik integracji Pomorza Gdańskiego z pozostałymi ziemiami polskimi w latach 1920-1939", "Zapiski Historyczne", 1976, t. 41, z. 2 "Gdańsk – Gdynia – Europa – Stany Zjednoczone w XIX i XX wieku. Księga pamiątkowa dedykowana profesor Annie Cienciale", red. M. Andrzejewski, Gdańsk 2000 D. Duda, Z. Machaliński, R. Mielczarek, "Z dziejów polskiej administracji morskiej. Lata 1918–1928", Gdynia 2008 B. Kasprowicz, "Problemy ekonomiczne budowy i eksploatacji portu w Gdyni w latach 1920–1939", "Zapiski Historyczne" 1957, z. 1–3 M. Wieloszewska, "Z zagadnień gospodarki finansowej portów w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie w okresie międzywojennym", "Technika i Gospodarka Morska" 1959, nr 9 S. Mikos, "Powstanie i rozwój portu gdyńskiego w okresie międzywojennym", Gdynia "Pomorze Gdańskie", nr 5, Gdańsk 1968 Cz. Jeryś "Budownictwo okrętowe w Gdyni 1920-1945", Gdynia 1980 M. Gwiazda, "Powstanie i rozwój komunikacji miejskiej w Gdyni", cz. 1 "Lata 1927-1945", "Rocznik Gdyński", 1983, nr 4; R. Mielczarek, "Początki administracji morskiej", "Rocznik Gdyński" 1992–1993, nr 11 tegoż "Budowa portu handlowego w Gdyni w latach 1924–1939", Gdańsk 2001 D. Płaza-Opacka "Gdynia lat trzydziestych w fotografii Henryka Poddębskiego", Gdynia 1996 M. Kadras "Stefan Franciszek Sokół. Komisarz Rządu w Gdyni", Pelplin 2002 "Wędrówki po dziejach Gdyni", red. D. Płaza-Opacka, T. Stegner, cz. 1 Gdynia 2004, cz. II Gdynia 2007, L. Molendowski "Teofil Zegarski (1884-1936). Pedgog, urzędnik, pomorski działacz społeczny i twórca 'Orlego Gniazda' w Gdyni", Gdynia 2011 J. Tymiński "Administracja morska w Gdyni w okresie Drugiej Rzeczypospolitej. Organizacja, kadry, działalność" (abstrakt), "Dzieje Najnowsze", R. LI, z. 3, 2019.
  16. Przekreślone Z można spotkać także w słowackim, ale, podobnie jak u nas, nie w normalnej czcionce, tylko w tekstach odręcznych lub ozdobnych inicjałach czy tytułach. Słowacy, jak wiadomo, mają literę "Z" wymawianą tak samo, jak niezmiękczone "Z" po polsku, oraz literę "Ž", wymawianą pośrednio między naszym "Ż" i "Ź" (czy zmiękczonym "Z"). Natomiast przekreśla się "Z" po to, by zaznaczyć, że nie chodzi o "Ž", czyli na opak, niż współcześnie w Polsce.
  17. Drobiazg związany z wystawieniem przez króla besztalunku zezwalającemu księciu Januszowi Radziwiłłowi na zaciąg tysiąca piechoty autoramentu cudzoziemskiego i dwustu dragonów: "W otoczeniu Krzysztofa Radziwiłła powstały bowiem co najmniej dwa dokumenty, zawierające wyliczenia kosztów zaciągu regimentu księcia podkomorzego. Niewykluczone, że oba, a zwłaszcza „Komput przychodu ze skarbu na cały regiment, to jest na 1000 piechoty a na 200 dragonów i zaś co nań zaraz na początku ważyć trzeba”, zostały spisane przez Kochlewskiego, który zajmował się większością spraw związanych z finansowaniem i organizacją pułku. Z obu memoriałów jasno wynika, że autor (autorzy?) zakładali, iż skarb publiczny pokryje koszt żołdu oraz części laufgeldu dla całego regimentu, szacowany w „Kompucie przychodu ze skarbu” na 51 000 zł. O resztę wydatków troszczyć się musiał pułkownik. Należy zatem odnotować, że autor „Komputu przychodu ze skarbu” obok 6 zł laufgeldu wypłacanego ze skarbu królewskiego liczył kolejne 6 zł z tego samego tytułu, tyle tylko, że – jak można się domyślać – wypłacane z kiesy książęcej, co oznacza, że Radziwiłł musiałby dołożyć do zaciągu samych żołnierzy 8400 zł. W świetle obu dokumentów musiał zapewnić piechurom sukno (paklak i karazję) na ubranie – brano pod uwagę wyposażenie żołnierzy w kazjaki i pludry, a więc strój niemiecki, a ponadto pasamony, haft ki, buty, pończochy oraz kapelusze. Autor „Komputu przychodu ze skarbu” policzył także koszt uszycia całego stroju, szacowany przezeń na niebagatelną kwotę 3000 zł. Na tym jednak nie koniec, oberszter winien bowiem – w świetle obu dokumentów – dostarczyć żołnierzom uzbrojenie: piki, muszkiety oraz broń białą (w tym ostatnim przypadku jedynie dla połowy pułku), których koszt określano na 13 200 zł, nie podano natomiast wydatków na zbroje, szyszaki, proch, kule oraz lonty. Oficerowie mieli otrzymać partyzany. Nie zapomniano również o sporządzeniu chorągwi i wyposażeniu kompanii w bębny oraz piszczałki. „Komput przychodu ze skarbu” opisał także wydatki na zaciąg dragonów. Obok analogicznego jak w przypadku piechoty stroju, jak również muszkietów, ręcznej broni białej oraz chorągwi należało zakupić dla nich konie (podjezdki), siodła, uzdy i ostrogi. W sumie koszt kwartalnego utrzymania całej jednostki wynieść miał 76 400 zł, czyli 25 400 zł więcej niż gwarantował skarb, przy czym koszt jednego piechura zamknąć się miał – w świetle drugiego z zestawień – w kwocie 42 zł". /P. Gawron "Koszty wystawienia regimentu piechoty cudzoziemskiej w Wielkim Księstwie Litewskim w pierwszej połowie XVII wieku", "Rocznik Lituanistyczny", Vol. 5, 2019, s. 151-152/
  18. Niemcy porywali Polki do domów publicznych

    Odnotujmy kolejną pozycję o tym trudnym temacie, książkę Joanny Ostrowskiej "Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej" (Warszawa 2018, Wyd. Marginesy). W artykule recenzyjnym tej pozycji Jacek Chrobaczyński podaje (za tą publikacją): "Kobiety rekrutowano przymusowo. Na początku wykorzystywano prostytutki rejestrowane przed wojną, werbowane za pomocą ogłoszeń. Jednak bardzo niewiele z nich zgłaszało się dobrowolnie. Urządzano więc łapanki, a kobiety podejrzane o nierząd wpisywano do rejestru. Każda otrzymywała nowe dokumenty osobiste – karty w czterech kolorach informujące, czy jest podejrzana o uprawianie nierządu, czy jest rejestrowaną prostytutką albo czy jest (lub była) chora wenerycznie (...) Autorka odpowiedzialnie badawczo porusza się po kwestiach statystycznych, np.: „Razem w dystrykcie warszawskim pracowało więc w tamtym okresie sześć kobiet” (s. 78). A w podsumowaniu dodaje: „W obecnej sytuacji, przy wielkiej ilości wojska w dystrykcie, istniejące domy publiczne nie wystarczają” (s. 78). Zaś w kolejnym okresie okupacji: „W połowie kwietnia 1943 roku na terenie Warszawy przebywało nadal około dziewięciuset prostytutek rejestrowanych, a dziewięćdziesiąt z nich przetrzymywano w domach publicznych na terenie dystryktu” (s. 79). „Przez dwa i pół roku liczba prostytutek legalnych nie zmieniła się praktycznie”. Natomiast „W okresie od 1940 do połowy 1943 setki Polek wykorzystywano w instytucjach przymusowego nierządu w Rzeszy, na froncie wschodnim i w Generalnym Gubernatorstwie” (s. 79)". /tegoż "Weiβkarte, Blaukarte, Rotkarte, Gelbkarte", "Dzieje Najnowsze", Vol. 51, nr 3, 219, s. 363, s. 373-374/ I taka istotna konstatacja: "Ciekawe, szczególnie dla kontekstu powojennego, że autorka dostrzega wiele uchybień w powojennych przesłuchaniach prokuratorskich oraz w samych procesach ofiar „przemocy seksualnej”. Wypełnia w swej pracy udanie rzetelne „zastępstwo” niedojrzałych i nieodpowiedzialnych prokuratorów i sędziów tamtego czasu, znanych przecież w większości z imienia i nazwiska. Analizuje też wyroki i ich sentencje, także pominięcia i niedopatrzenia prawne, interpretacyjne, złowieszcze kulturowe czy wręcz religijne15. Stereotypy i mity nadal przecież obecne, więcej – utrwalone w postawach i zachowaniach większości ówczesnego społeczeństwa. Stereotyp utrwalany stale – prostytutka, zmuszona przemocą do obecności w puffi e czy burdelu dla żołnierzy nie miała prawa, w świetle także tych powojennych procesów, być ofi arą przemocy seksualnej. Pozostawała, a sąd to utrwalał, „elementem aspołecznym”, co zrównywało, i to w niemałym stopniu, wytyczne okupacyjne niemieckie z oceną sądu już powojennego, polskiego". /tamże, s. 381382/
  19. Amanullah

    Ciekawostka związana z wizytą Amanullaha w Polsce (w 1928 r.): "W tymże roku odwiedził Warszawę król Afganistanu Amanullah. Zapowiedź jego wizyty sprawiła wiele kłopotów organizatorom oficjalnego powitania, w tym również naszemu kapelmistrzowi, który nie znał melodii hymnu afganistańskiego. Z braku czasu załatwiono tę sprawę w zgoła oryginalny sposób. Otóż pewnego dnia zjawił się w naszym pułku stale urzędujący w Berlinie przedstawiciel króla i po prostu … odgwizdał hymn, tak jak go pamiętał. Jeden z podoficerów orkiestry, utalentowany absolwent konserwatorium, zapisał to jak trzeba, a nieoceniony Śledziński rozpisał na instrumenty. W rezultacie żadna chyba orkiestra w Europie nie odegrała tak dobrze tego hymnu, jak nasza pułkowa. Królowi najbardziej podobała się jednak warszawska straż ogniowa, dowodzona przez byłego instruktora Szkoły Podchorążych, kapitana Prokopa, który zorganizował pokaz gaszenia pożaru w gmachu Opery". Cytowane z: J. Kuropieska, Wspomnienia dowódcy kompanii 1923-1934, Wyd. Bellona, Warszawa (2014?), s. 157-158.
  20. A Komar pytał o to osobiście Korotyńskiego? Poza tym stosowniejszą osobą co do pytania dlaczego "ƶ" a nie "ż" byłby Wiktor Borowski, to za jego kadencji redaktorskiej miały miejsce te zmiany typograficzne. "Życie Warszawy" rozpoczęło swój gazetowy żywot w 1944 r. z "ƶ", które egzystowało do numeru 56 z 25 lutego 1945 r., ponownie "ƶ" pojawiło się 24 maja tegoż roku w 141 numerze.
  21. Nie sądzę by był przepis regulujący sytuację utraty sztandaru, zwłaszcza że trudno byłoby uwzględnić wszystkie okoliczności. We wrześniu to raczej nie miano czasu na ocenianie stanu ducha i jego związku z utratą sztandaru, a później we Francji czy Anglii też się chyba tym nie zajmowano. A w sytuacji zagrożenia utraty postępowano wedle znanych od lat praktyk, ostatecznie zagrożony sztandar zakopywano, przekazywano zaufanym ludziom na przechowywanie, dzielono na kilka kawałków ostatecznie palono (np. 22 czy 26 Pułku Ułanów). Utrata sztandarów w 1939 r. oczywiście miała miejsce, ilu to trudno ocenić. "Zdobyte" (w ten czy inny sposób) sztandary Niemcy eksponowali; pośród innych trofeów wojennych; na wystawie w berlińskim arsenale. Pod koniec wojny zbiory z Zeughausu przeniesiono do Freyburga i na zamek Weidmannsheil. Większość sztandarów nie przetrwała w toku dalszych działań militarnych. Z tego co pozostało władze NRD przekazały Polsce w sumie jakieś 25 sztandarów (w dwóch partiach po 12 i 13 sztandarów). Były to m.in.: "Na polecenie dyrekcji Muzeum Historii Niemiec w Berlinie przekazane zostały ambasadorowi Rzeczpospolitej Polski w Berlinie dla Centralnego Muzeum Armii w Warszawie 14 listopada 1967 roku następujące obiekty: sztandar 66 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.464), sztandar 2 Pułku Ułanów (Szwoleżerów) (nr inw. G 51.482), sztandar Wojskowego Przygotowania Kolejarzy (nr inw. G 51.489), sztandar Związku byłych Członków Straży Kolejarzy Rzeczpospolitej Polskiej (nr inw. G 51.488). Dnia 6 czerwca 1971 roku na ręce ambasadora w Berlinie przekazano: sztandar 14 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.483), sztandar 42 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.484), sztandar 5 4 Pułku Piechoty ( nr inw. G 51.485), sztandar 62 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.486), sztandar 64 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.480), sztandar 70 Pułku Piechoty (nr inw. G 51.487), sztandar 8 Pułku Artylerii Ciężkiej (nr inw. G 51.481) , sztanda r Legion u Młodzież y (nr inw. G 51.490). Informacja uzyskana z Muzeum Historii Niemiec w Berlinie". /J. Waluś, K. Waluś "4 Pułk Strzelców Konnych Ziemi Łęczyckiej: jego sztandary i ich wojenne losy", "Notatki Płockie", T. 57, nr 3, 2012, s. 20, przyp. 15/ Można zajrzeć do książki Kazimierza Satora "Opowieści wrześniowych sztandarów" (i jej kontynuacji "Na tropie wrześniowych sztandarów"), choć podejrzewam, że bardziej traktuje ona o losach ocalonych i przechowanych sztandarów.
  22. Mam chwilę wolnego, więc pozwolę sobie spreparować tekst, podany przez Euklidesa, nie zmieniając żadnych podanych w nim faktów (nawet ewidentnie błędnych), ale zmieniając interpretację. Interpunkcję jednak będę korygować. W styczniu 1928r zmuszono Trockiego do opuszczenia ZSRR. Pozbycie się go poszło gładko bowiem jego zwolenników udało się zastraszyć i prawie nikt nie stanął jego obronie, mimo że był popularny. Jednak podejrzewano, że mimo wygnania nadal będzie liczącym się w ZSRR graczem, bo miał relacje z wieloma osobami i dużo wiedział. Po jego wyjeździe w potęgę bardzo urósł Stalin i to wówczas rozpoczął swój marsz ku owej słynnej, omalże demonicznej, ogromnej władzy. Natychmiast zerwał z rozsądnym i ugodowym NEP-em, który popierał Lenin i zaczął wprowadzać nowe porządki. Zaraz też na wsi zaczęto dopuszczać się przemocy, przede wszystkim w stosunku do bogatych chłopów, zwanych "kułakami", ale wkrótce także do biedniaków, którzy nie chcieli oddać swej ziemi do kołchozów. W ten sposób rozpoczęła się dezorganizacja rolnictwa która w końcu doprowadziła do głodu. Jeszcze tego roku dziesiątki tysięcy chłopów, którzy opierali się nadzwyczajnym środkom podjętym w rolnictwie albo ukrywali zboże siewne zostało aresztowanych, a ich majątki uległy konfiskacie i pierwsze większe grupy chłopów trafiły do obozów oraz do wyrębu lasów na dalekiej północy i Syberii. Jego bezlitosne apodyktyczne decyzje na które sobie pozwalał nie tylko na wsiach ale i w miastach budziły opór i sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Drastycznie zaostrzyła się latem 1934 roku kiedy to reorganizowano Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych (NKWD), któremu podporządkowywano dotychczasowe GPU, tajną policję, policje i milicje zwyczajne, straż graniczną, straż pożarną. Poza tym komisariat ten dysponował również własnymi specjalnymi oddziałami wewnętrznymi, no i obozami pracy których główne centrum administracyjne, Gułag, kierowane przez Matwieja Bermana, szybko obciążyło swe sumienie ogromną liczbą ofiar czystek. Ludowym Komisarzem Spraw Wewnętrznych został Jagoda. Nowo awansowany, pomimo pewnych zaszłych niezgodności ze Stalinem, Jagoda postanowił udowodnić swą lolajność, "wykrywając" w sierpniu na Uralu wykryto "tajne centrum opozycji". Jego ośrodek miał być w Swierdłowsku, a spisek ponoć zawiązali sekretarz Komitetu Uralu, Tabakow i jego zastępca Lepa. Mieli oni też nawiązać kontakty z analogicznymi tajnymi ośrodkami w Leningradzie, Moskwie, Tyflisie i Kijowie. Ponoć byli też w kontakcie z Zinowiewem i Kamieniewem którzy odsiadywali wyrok 5 lat pozbawienia wolności, właśnie w więzieniu na Uralu. W prywatnej korespondencji jaką prowadzili Stalin był określany jako „drobny tyran” „osoba niemoralna i zdegenerowana”, „Dżyngis Chan”. Twierdzono, że przydałaby się „rewolta wewnątrz partii, by wyrzucić na śmietnik Stalina i jego klikę złożoną ze zdegenerowanych karierowiczów”. Pragnęli powrotu Zinowiewa i Kamieniewa, by przywrócić prawdziwą linię rewolucyjnego Leninizmu. W kontakcie z nimi był przyjaciel Jagody szef GPU na Uralu, Deitsch. Później zeznano, że druki na potrzeby tej grupy miały były drukowane w policyjnej drukarni w Swierdłowsku. W tym czasie, a był to sierpień 1934 roku, Stalin wraz z Kirowem spędzali wakacje w Soczi i właśnie tam dowiedzieli się o wykryciu spisku na Uralu. Stalin natychmiast wysłał tam Kirowa by z nim skończył. Dał mu do pomocy Jeżowa i Redens oraz nieograniczone uprawnienia. Sergiusz Mironowicz Kirow był starym znajomym Stalina, od dawna razem działali w ruchu komunistycznym, obydwaj zaczęli na Kaukazie. W 1923 roku Kirow został członkiem Komitetu Centralnego a w 1930 członkiem Biura Politycznego partii. Przyjaźnił się z drugą żoną Stalina, Nadią Allilujewą. Na Uralu działał z niezwykłym, od czasu zakończenia wojny domowej i w stosunku to towarzyszy-komunistów okrucieństwem. Pomimo iż można było mówić tylko o wewnątrzpartyjnej krytyce, a nie o jakimkolwiek spisku, w ciągu tygodnia 145 członków partii oskarżono o szpiegostwo i sabotaż, co było absurdalne i niczym nie uzasadnione, i rozstrzelano. Podstawą wydania wyroków były zeznania przetrzymywanych za rozmaite przestępstwa w więzieniach i ośrodkach zamkniętych na Uralu technicy i różni specjaliści, którym w zamian za zeznania, że wykonywali polecenia "tajnego ośrodka" obiecano łaskę. Obietnicy nie dotrzymano i też zostali rozstrzelani, zapewne dlatego, że stali się niewygodnymi świadkami. Kirow kazał również stracić szefa tamtejszego GPU, Deitsch, który był przyjacielem Jagody. Ogółem w związku z tym "spiskiem", jak określano wewnątrzpartyjną krytykę Stalina, stracono 350 osób. Kirow swą nadgorliwością chciał zapewne Stalinowi udowodnić swą lojalność, by naprawić przyjazne stosunki, nadwątlone w trakcie XVII Zjazdu Partii, gdzie można było odnieść wrażenie, że Kirow jest w partii bardziej popularny od Stalina i, gdyby chciał, to by go zastąpił. Jednak przesadził. O ile wcześniej Stalin władał strachem, a Kirow - popularnością, to teraz także w szerzeniu strachu Kirow zdawał się przewyższać Stalina, stając się bardzo niewygodnym - bo bardzo silnym sojusznikiem. Jagoda był pod wrażeniem stracenia Deitscha, swego przyjaciela i wszędzie zaczął skarżyć się na Kirowa, że to awanturnik itp., po czym wyciągnął jakieś kompromitujące Kirowa dokumenty i poszedł z tym do Stalina. Ten jednak nie chciał o niczym słyszeć kazał mu wyjść a dokumenty wrzucił do kominka. Stalin nie mógł zaatakować Kirowa wprost, ryzyko było za duże. Jagoda wyszedł, ale nie zaprzestał zabiegów przeciwko Kirowowi. Szukał poparcia u Kalinina, Kujbyszewa, Ordżonikidze, Piotrowskiego, choć niewiele wiadomo o jego zabiegach. W październiku 1934 roku do pracy w instytucie Smolnym został przyjęty przyszły zabójca Kirowa, Leonid Nikołajew. Miał wówczas 32 lata, w ruchu komunistycznym był zaangażowany od wczesnej młodości, ale nigdy nie był zaangażowany w działalność opozycyjną. Od marca 1934 roku pozostawał bez pracy. Zwolniono go ponieważ nie godził się na przeniesienie poza Leningrad. Przyjęto go z powrotem po tym, jak jego żona napisała prośbę, którą on podpisał. Żona wyrobiła mu również przepustkę, dzięki której mógł wejść kiedy chciał do Smolnego, gdzie urzędował Kirow. Jego żoną była 24-letnia atrakcyjna kobieta która pracowała w Smolnym przy rozszyfrowywaniu depesz. Znała tam wielu dygnitarzy, między innymi Kirowa i jego zastępcę Szudowa. Często prowadzili z nią długie rozmowy, na tyle długie i częste, że zaczęły krążyć o tym plotki. Bardzo prawdopodobne że dotarły one do Nikołajewa i skłoniły go do zemsty. Przygotowania do zabójstwa nie uszły uwadze ochrony Kirowa, która w listopadzie 1934 roku zatrzymała Nikołajewa bo się podejrzanie zachowywał i miał nabitą broń. Znaleziono przy nim również plany z zaznaczoną drogą jaką zwykł chodzić Kirow. Doprowadzono go do kwatery głównej NKWD w Leningradzie gdzie przesłuchał go osobiście z-ca szefa tamtejszego NKWD, Zaporożec. Po przesłuchaniu sprawa wydała mu się na tyle poważna, że zadzwonił do Moskwy, do Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych (NKWD) Jagody i zdał mu z niej relację. Ten zaś kazał mu go wypuścić. Parę dni później, 1 grudnia 1934 r około godz. 16.30 w Instytucie Smolnym w Leningradzie Nikołajew zastrzelił Kirowa i nawet nie próbował uciekać, po prostu biernie pozwolił się schwytać. Przy okazji ze zdziwieniem stwierdzono że na posterunkach nie było żadnego strażnika którzy powinni tam stać. Stalin dowiedział się o zabójstwie Kirowa tego samego dnia, natychmiast zaalarmował Mołotowa, Woroszyłowa, Żdanowa, Kosariewa, Agramowa oraz Żakowskiego i kazał im żeby razem z nim jechali do Leningradu gdzie zamierzał osobiście przeprowadzić śledztwo w sprawie zabójstwa. Zwrócił się również do Jeżowa z NKWD, ale nie powiedział nic Jagodzie. Ten kiedy się dowiedział o zabójstwie postanowił sam udać się do Leningradu.Stalin mu na to nie pozwolił. Nazajutrz przesłuchano Nikołajewa w obecności Stalina. Zdaje się że niczego ważnego się od niego nie dowiedziano. Zapewne było to morderstwo popełnione z zemsty przez zdradzanego męża, choć należało przypuszczać, że ktoś mu to morderstwo ułatwiał, a może także do niego podjudzał. Po Nikołajewie zamierzano przesłuchać świadka który mógł wiele wyjaśnić, szefa ochrony osobistej Kirowa, Borysowa, bardzo oddanego Kirowowi. Nie doczekano się na niego, bowiem samochód, którym jechał na przesłuchanie uległ wypadkowi i Borysow zginął, tylko on, dwóm pozostałym nic się nie stało. Na przesłuchanie wieziono go ciężarówką, jakby nie było do dyspozycji innego samochodu. Były podejrzenia że zabili go ci dwaj, którzy go eskortowali, sprawy jednak nie wyjaśniono bo tych dwóch niedługo potem również stracono. 21 grudnia 1934 r ukazał się oficjalny komunikat dotyczący zabójstwa Kirowa. Mówił że ta zbrodnia to robota centrum leningradzkiego kierowanego przez byłych zinowiewowców, którzy „w różnych okresach czasu zostali pousuwani z partii, a później z powrotem przyjęci, po tym jak podpisali zobowiązanie że podporządkują się linii partii”, oraz że „Ustalono iż Nikołajew należał do terrorystycznej organizacji utworzonej przez członków tej dawnej opozycji zinowiewowskiej”, że „Nikołajew zabił Kirowa na rozkaz centrum leningradzkiego z zemsty za bezwzględną walkę, jaką prowadził Kirow przeciwko opozycji”. Nazajutrz opublikowano listę zinowiewowców aresztowanych w związku z zabójstwem Kirowa. Wśród nich były tak wybitne postacie jak dawni członkowie Politbiura: Zinowiew i Kamieniew. Były sekretarz Komitetu Centralnego i czekista z najwyższymi odznaczeniami, Jewdokimow oraz Załuski który po rewolucji lutowej wraz z Mołotowem i Szliapnikowem założył w Piotrogrodzie pierwszy komitet bolszewicki. 27 grudnia 1934 roku opublikowano akt oskarżenia morderców Kirowa podpisany przez prokuratora ZSRR Andrzeja Wyszyńskiego i przez dochodzeniowego Szejnina. Napisano w nim że zabójstwo Kirowa było częścią większego spisku mającego na celu zabicie Stalina i innych przywódców partyjnych, a uknuły go 2 grupy zakonspirowanych terrorystów. Jedna kierowana przez Czackiego, druga przez Kotołynowa i to ten drugi kazał Nikołajewowi zabić Kirowa. Ten akt oskarżenia powoływał się na zeznania Nikołajewa i 2 innych których określono jako zinowiewowcy. Był to jedyny opublikowany wówczas dokument odnoszący się do procesu Nikołajewa. W końcu grudnia 1934 roku odbył się proces Nikołajewa oraz 13 innych których uznano za jego wspólników. Przewodniczącym sądu był Ulrich. Rozprawa toczyła się przy drzwiach zamkniętych i ani prokurator ani obrońca nie zabrali na niej głosu. Później opowiadano że Nikołajew mówił coś że wykonywał rozkaz centrum leningradzkiego. Wszyscy zostali skazani na śmierć i natychmiast rozstrzelani. Dwa tygodnie później, 15 stycznia 1935 r przed sądem w Leningradzie stanęli: Zinowiew, Kamieniew, Jewdokimow, Bakajew, Kuklin, i 14 innych oskarżonych o współudział w zamordowaniu Kirowa przez Nikołajewa. Określano ich jako członków „moskiewskiego centrum”. Przewodniczącym trybunału był Ulrich, natomiast oskarżycielem prokurator generalny Wyszyński. Oskarżyciele starali się wykazać że grupa Zinowiewa znając skłonności „centrum leningradzkiego” do terroryzmu, zachęcała ich do tego morderstwa. Rozprawa odbywała się przy drzwiach zamkniętych ale według skąpych relacji prasowych grupa Zinowiewa została zadenuncjowana przez Bakajewa i Saforowa. Ten ostatni istotnie nie znalazł się na ławie oskarżonych. Zinowiew, zapewne torturowany fizycznie i psychicznie, wyznawał swoje różne winy, jednak nie przyznawał się do jakiegokolwiek współudziału w zamachu Nikołajewa. Pozostali zresztą również nie. Wszyscy też zaprzeczali, jakoby istniało jakieś „moskiewskie centrum”. Następnego dnia sąd ogłosił wyroki. Zinowiew został skazany na 10 lat więzienia, Jewdokimow i Bakajew dostali po 8, Kamieniew 5 lat. Przy tej okazji Komitet Centralny wydał tajny okólnik zalecający wszystkim organizacjom partyjnym tropienie wrogów. Zaraz też ruszyła fala aresztowań w lokalnych organizacjach, która dotknęła dziesiątki tysięcy dawnych opozycjonistów i tych których o opozycję podejrzewano. Stalin nie był jednak zadowolony z wyroków i mimo, że Kamieniew i Zinowiew odbywali już karę w więzieniu, to doprowadził kolejnego ich procesu, który rozpoczął się 19 sierpnia 1936 roku i był pierwszym z 3 sławnych procesów moskiewskich. Przed sądem wówczas stanęli: Zinowiew, Kamieniew, Jewdokimow, Babajew, Mraczkowski i Ter-Waganian. Akt oskarżenia zarzucał Zinowiewowi i jego kolegom że podczas procesu w styczniu 1935 roku w sprawie zabójstwa Kirowa ukrywali swój bezpośredni w nim udział. Poza tym później sąd stwierdził, że brali udział w przygotowywaniu innych aktów terrorystycznych i że od 1932 roku tworzyli z trockistami blok do którego dołączyła grupa Łominadze. Grupy terrorystyczne organizowali w myśl instrukcji Trockiego, przekazywanych im poprzez agentów specjalnych. Te grupy terrorystyczne były organizowane w związku z planowanymi morderstwami Stalina, Woroszyłowa, Kaganowicza, Kirowa, Ordżonikidze, Żdanowa, Kosiora i Postiszewa. Jedynym celem tych grup były zabójstwa, a właśnie jedna z nich zdążyła zabić Kirowa. 25 sierpnia 1936r o godzinie 2:30 rano sąd wydał wyrok. Wszyscy zostali skazani na śmierć po czym odwieziono ich do więzienia NKWD na Łubiance. Chociaż na mocy dekretu z 11 sierpnia oskarżeni mieli 72 godz. czasu na odwołanie się od wyroku, to ich egzekucję wyznaczono na 24 godziny po wyroku. Podobno mieli obiecaną łaskę Stalina jednak nie mieli czasu na odwołanie się i nazajutrz wszyscy zostali straceni. Te egzekucje odbiły się w całym ZSRR głośnym echem i posiały strach przed kolejnymi aresztowaniami, kolejnymi procesami i egzekucjami, co było niewątpliwym przejawem stalinowskiego terroru. Proces ten był dla Stalina sukcesem i ciosem dla autorytetu partyjnych dygnitarzy. Wszystko odbyło się bez ich udziału, a dla skazanych nikt nie mógł już nic zrobić i nikt nic nie zrobił. Stworzono pozory, że nie do końca był ustawiony, bowiem na sali sądowej, niewielkiej co prawda, znalazło się 30 zagranicznych dziennikarzy i dyplomatów. Jednak jedyną poszlaką, prowadzącą do wniosku, że istniała jakaś tajna grupa "zinowiewowców", że planowała jakiekolwiek zabójstwa, a także uczestniczyła w zabójstwie Kirowa są zeznania osób, które zapewne były torturowane fizycznie, a z pewnością - psychicznie, którym grożono utratą życia, a także skazaniem członków ich rodzin i obiecywano łaskę po złożeniu oczekiwanych zeznań. Tej ostatniej obietnicy niemal z reguły nie dotrzymywano, nie wychodzili z aresztu i wkrótce potem byli rozstrzeliwani, podobnie jak najbliżsi członkowie ich rodzin. W następnej fali, po torturowanych, skazywani na śmierć lub łagier byli torturujący.
  23. Ze strony głównej Wojska Polskiego - Obowiązkiem żołnierza jest bronić i strzec sztandaru jednostki wojskowej. W razie utraty sztandaru wskutek słabości ducha bojowego, jednostka wojskowa ulega rozformowaniu. Czy we wrześniu 1939 zdarzały się sytuacje utraty sztandaru w czasie choćby wycofywania? Jak wyglądał przepis regulujący taką sytuację? Też formuła była zbieżna z dzisiejszą definicją i zdarzały się sytuację rozformowania jednostki, która straciła swoją najcenniejszą relikwię uciekając przed wrogiem?
  24. A Chruszczow mówił o tym tak: Należy stwierdzić, że partia stoczyła poważną walkę przeciwko trockistom, prawicowcom, nacjonalistom burżuazyjnym, że rozgromiła ideowo wszystkich wrogów leninizmu. Ta walka ideologiczna przeprowadzona została pomyślnie, w jej toku partia jeszcze bardziej wzmocniła się i zahartowała. Tutaj Stalin odegrał pozytywną rolę. [...] Zwraca uwagę okoliczność, że nawet w toku zaciekłej walki ideologicznej przeciwko trockistom, zinowiewowcom, bucharinowcom i innym - nie stosowano wobec nich skrajnych represyjnych środków. Walka toczyła się na gruncie ideologicznym. Ale po upływie kilku lat, kiedy socjalizm w naszym kraju był już w zasadzie zbudowany, kiedy zlikwidowane zostały w zasadzie klasy wyzyskujące, kiedy zmieniła się w radykalny sposób struktura socjalna społeczeństwa radzieckiego, kiedy gwałtownie skurczyła się baza społeczna dla wrogich partii kierunków politycznych i ugrupowań, kiedy przeciwnicy ideowi partii byli już od dawna politycznie rozgromieni - wówczas rozpoczęły się przeciwko nim represje. I właśnie w owym okresie (lata 1935-1937-1938) przyjęła się praktyka masowych represji po linii państwowej, najpierw wobec przeciwników, od dawna już politycznie rozgromionych przez partię, a następnie również wobec wielu uczciwych komunistów, wobec tych kadr partyjnych, które dźwigały na swoich barkach wojnę domową oraz pierwsze, najtrudniejsze lata industrializacji i kolektywizacji, które aktywnie walczyły przeciwko trockistom i prawicowcom o leninowską linię partii. Stalin wprowadził pojęcie "wróg ludu". Ten termin od razu zwalniał od konieczności wszelkiego udowadniania błędów ideologicznych człowieka albo ludzi, z którymi polemizowano; umożliwiał on zastosowanie najokrutniejszych represji, wbrew wszelkim normom praworządności rewolucyjnej, wobec każdego, kto w czymkolwiek nie zgadzał się ze Stalinem, kto był tylko podejrzany o wrogie zamiary, kto został po prostu oszkalowany. To pojęcie "wróg ludu" w gruncie rzeczy już samo wykluczało możliwość jakiejkolwiek walki ideologicznej lub wyrażania swych poglądów na to lub inne zagadnienie nawet o charakterze praktycznym. Jako główny i w gruncie rzeczy jedyny dowód winy traktowano, wbrew wszelkim normom współczesnej nauki prawa, "przyznanie się" samego oskarżonego, przy czym to "przyznanie się", jak stwierdziła później kontrola, uzyskiwano przez fizyczne środki oddziaływania na oskarżonego. Doprowadziło to do jaskrawego gwałcenia praworządności rewolucyjnej, do tego, że ofiarą padło wielu ludzi zupełnie niewinnych, którzy w przeszłości bronili linii partii. Należy stwierdzić, że w stosunku do ludzi, którzy w swoim czasie występowali przeciwko linii partii, nie było częstokroć dostatecznie poważnych podstaw, by unicestwić ich fizycznie. Aby uzasadnić fizyczne unicestwienie takich ludzi, wprowadzono właśnie formułę "wróg ludu". Przecież wiele osób, które później unicestwiono, uznając ich za wrogów partii i ludu, za życia W.I. Lenina pracowało razem z Leninem. Niektórzy z tych ludzi również za czasów Lenina popełniali błędy, ale mimo to Lenin korzystał z ich pracy, korygował ich, dążył do tego, by pozostali w ramach partii, prowadził ich za sobą [...]
  25. Zinowiew nigdy nie odsiadywał pięcioletniego wyroku pozbawienia wolności na Uralu, to była czteroletnia zsyłka od miasta o nazwie Kustanaj (Кустана́й). W 1933 r. pracował w prezydium "spółdzielni konsumenckiej" (Центросоюзе). A w 1934 roku (w lutym) siedział sobie pośród innych towarzyszy na XVII Zjeździe partii, co więcej nawet tam przemawiał chwaląc towarzysza Stalina. Udowodniono w świetle przemyśleń A. Brissauda, udowodniono wedle euklidesa, udowodniono wedle większości publikacji naukowych, czy: udowodniono wedle ustaleń ówczesnego sądu?
  26. Mam pytanie - co to jest, co umieściłeś w poprzednim poście. Czy jest to streszczenie poglądów jakiegoś francuskiego autora, czy też Twój pogląd, powzięty na podstawie lektur wielu autorów?
  27. W naszej Wikipedii zapisano: "Pierwsze działania Inkwizycji i późniejsze stosunki z Kościołem. Na Galileusza zostały złożone skargi do Świętej Inkwizycji, w której ojcowie Caccini i Niccolo Lorini zarzucili mu dobrowolną interpretację Pisma. Inkwizycja Rzymska odrzuciła zarzuty w lutym 1615 roku. Pomimo tego Kardynał Maffeo Barberini, przyszły papież Urban VIII, zalecił Galileuszowi większą rozwagę w niewykraczaniu poza argumenty, którymi posługiwali się Ptolemeusz i Kopernik...". Informacja o tyle błędna, że nie było to: "pierwsze" działanie tej instytucji względem jego osoby, a: pierwsze działanie związane z jego naukowymi koncepcjami. Galileusz w polu zainteresowania inkwizytorów padewskich po raz pierwszy znalazł się (w 1604 r.) za sprawą oskarżeń jego byłego służącego Silvestra Pagnoniego. W tym przypadku zarzuty związane były z nieobyczajnym prowadzeniem się i nieprzestrzeganiem nakazów kościelnych. Pagnoni oskarżał swego byłego chlebodawcę o życie w niesakramentalnym związku z niejaką Marią Gambą, jak i o to, że nie uczęszczał na msze do kościoła (od osiemnastu miesięcy), jak i o to że miał Galileusz utrzymywać, iż układ planet i gwiazd miał determinować ludzki żywot. Na szczęście dla Galileusza, w przypadku tych oskarżeń zadziałali jego wpływowi przyjaciele i cała sprawa raczej nie wyciekła poza granice Republiki Weneckiej. Przy okazji tych oskarżeń dotykamy kwestii horoskopów, Kościół z pozycji doktrynalnej wypowiadał przeciw tego typu praktykom astrologicznym, co oczywiście nie przeszkadzało wielu; w tym duchownym; w zamawianiu horoskopów. Gdy Ottavio Piccolomini zwrócił się do swego brata arcybiskupa Sieny Ascanio Piccolominiego o ułożenie horoskopu, ten odpowiedział mu, że w związku pobytem w mieście inkwizytorów mało kto chce się tego podjąć a poza tym poznał on sławnego astrologa; czyli Galileusza; który miał wyśmiewać się z horoskopów zauważając, iż opierają się one na niepewnych jeśli nie fałszywych przesłankach. Galileusz swej ogromnej prywatnej bibliotece, liczącej przeszło pięćset woluminów, zgromadził jedynie kilkanaście ksiąg dotyczących astrologii, które w większości dotyczyły technicznej strony tworzenia horoskopów a nie ich interpretacji. Pomimo swego sceptycyzmu, Galileusz nie był od tego by na horoskopach nie zarabiać, w okresie padewskim pobierał za swój horoskop 60 lirów (gdy stawka dzienna robotnika wynosiła wówczas ok. jednej liry), wykonał m.in. horoskop dla syna Ferdynanda I, późniejszego wielkiego księcia Toskanii - Kosmy II Medyceusza. O ile na stawianie horoskopów prywatnym osobom kościół na ogół przymykał oko, to już stawianie ich wobec hierarchów kościelnych mogło być niebezpiecznym zajęciem. Około 1630 r. zaczęły krążyć wieści o rychłej śmierci papieża Urbana VIII a wiadomości te miały mieć źródło w postawionych horoskopach. Tego typu wieści wykorzystywane były w różnych grach politycznych i w konsekwencji papież nakazał zająć się tą sprawą w sposób bardziej zdecydowany. W toku tych działań aresztowano Orazia Morandiego benedyktyńskiego przeora klasztoru przy rzymskim kościele św. Prassedy u którego znaleziono szereg horoskopów wystawionych kardynałom ewentualnym następcom Urbana na piotrowym stolcu. Nieszczęśliwie dla Morandiego; a zapewne szczęśliwie dla wielu innych; przeor zmarł w areszcie. Sprawa ta mogła uderzyć i w samego Galileusza, raz - że utrzymywał wówczas kontakty z tym przeorem, dwa - krążyła plotka, że to właśnie Galileusz miał stawiać horoskopy wieszczące śmierć papieża. W połowie maja 1630 r. Antonio Badelli odnotował: "Galileo, who is a famouse matematico and astrologer, is here, trying to get a book published in which he combats many of the opinion upheld by the Jesuits. He left it be understood that Donna Anna [Colonna, wife of Taddeo Barberini] will give birth to a son, that at the end of June we will have peace in Italy, and that soon afterwars, Don Taddeo [Barberini] and the Pope [Urban VIII] will die. This last point has benn confirmed by the Neapolitan Caracciolo, by Father [Tommaso] Campanella, and by many writings, which treat the election of a new pope as if the Holy See were vacant". /E. Rivees "Astrology and Literature", w: "A Companion to Astrology in the Renaissance" ed. B. Dooley, Leiden - Boston 2014, s. 314/ W konsekwencji papież wydał bullę "Instructabilis", w której przypomniał m.in. stanowisko Sykstusa V i Pawła V i dodatkowo zakazał stawiania horoskopów osobie papieża i członkom jego rodziny. O Galileusza; i nie tylko jego; związkach z astrologią: "Introduction: The Problematic Status of Astrology and Alchemy nad Alchemy in Premodern Europe", w: "Secrets of Nature: Astrology and Alchemy in Early Modern Europe" ed. A. Grafton, W.R. Newman B. Dooley "Science and Astrology: A Renaissance Problem”, w: "The Institution of Science and the Science of Institutions: The Legacy of Joseph Ben Davidin" ed. L. Greenfeld, M. Herbst tegoż "Astrology and the End of Science in Galileo's Italy," w: "A Renaissance of conflicts: Law, religion and culture in late medieval, Renaissance and early modern history" ed. Th. Kuehn, J. Marino W. Eamon "The Professor of Secrets: Mystery, Medicine, and Alchemy in Renaissance Italy" M.K. Ray "M. Sarrocchi's Letters to Galileo: Astronomy, Astrology, and Poetics" N. Kollestrom "Galileo's astrology", w: "Largo campo di filosofare" ed. J. Montesinos, C. Solís P.L. Pizzamiglio "L'astrologia in Italia all'epoca di Galileo Galilei (1550-1650)" "Scienze, credenze occculte, livelli di cultura" ed. P. Zambelli H. Darrel Rutkin "Galileo Astrologer: Astrology and Mathematical Practice in the Late-Sixteenh and Early-Seventeenth Centuries", "Galileiana" 2005 A. Favaro "Galileo astrologo, secondo documenti editi e inediti: studi e ricerche", estr. "Mente e cuore" (Trieste), 8, 1881, n. 3 G. Ernst "Aspetti dell'astrologia e della profezia in Galileo e Campanella", w: "Novità celesti e srisi del spere. Atti del convegno nazionale di studi galileiani" ed. P. Galluzzi W. Shumaker "Natural Magic and Modern Science. Four Treatises, 1590-1657" "Science, Culture and Popular Belief in Renaissance Europe" ed. S. Pumfrey, P.L. Rossi, M. Slawinski G. Righini "L’oroscopo galileiano di Cosimo II de’ Medici" "Annali dell’Istituto e Museo di Storia della Scienza di Firenze", 1, 1976 A. Bertolotti "Giornalisti, astrologi e negromanti in Roma nel secolo XVII", "Rivista europea", 5, 1878 A. Albini "Oroscopi e cannocchiali. Galileo, gli astrologi e la nuova scienza".
  1. Load more activity
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.