Jump to content

All Activity

This stream auto-updates     

  1. Today
  2. Felicjan Sławoj Składkowski - ocena

    Angażowano w to (i angażowały się w to) wszelkie żywioły i administracyjne i społecznikowskie, od członków Towarzystwa Higienicznego, przez urzędników z dozorów (późniejszych urzędów sanitarnych), członków organizacji wiejskich, Wiejskie Uniwersytety Ludowe (zorganizowanych m.in. w: Bryskach, Dalkach, Gaci Przeworskiej, Grzędzie, Kopcu, Suchodole, Michałówce, Nietążkowie, Proboszczewicach, Ujemnie, Wąchocku) gdzie jednym z przedmiotów była higiena, do propagowania tego zagadnienia pośród dzieci i młodzieży w szkołach "Wielokrotnie podnoszono te korzyści, które płyną poza szkołę z propagandy higjeny w szkole. Za pośrednictwem dzieci niejedna pożyteczna wiadomość przesiąkać może do osób starszych, co uznać trzeba za rzecz nader pożądaną...". /B. Szczepańska "Higiena szkolna w szkolnictwie ogólnokształcącym w Drugiej Rzeczypospolitej", Łódź 2014, s. 212-213; cyt. za: "Program nauki w szkołach powszechnych siedmioklasowych. Ogólne wskazówki metodyczne. – Wychowanie fizyczne. – Przepisy higieniczne", Warszawa 1921, s. 17–18/ Przynosiły to efekty, choć niekoniecznie do końca takie jakie propagatorzy nowych rozwiązań higienicznych chcieliby osiągnąć: "Bardzo znamiennie zjawisko to opisywał w swym pamiętniku jeden z głównych międzywojennych inicjatorów poprawy sytuacji sanitarnej na wsi – Felicjan Sławoj ­Składkowski: 'Wracałem w pogodny wieczór majowy ze starostą powiatu ciechanowskiego […]. Starosta podszedł do gospodarza i po paru chwilach przyciszonej rozmowy doszło do mnie: – Aze z samy Warsiawy jechoł oglądać mój wychodek? […] Po dłuższych pertraktacjach gospodarz wszedł do chaty, skąd wrócił wkrótce z lampą kuchenną, i przywitawszy się ze mną, poprowadził nas błotnistą ścieżką do sławojki. Przed drzwiami oddał do trzymania lampę staroście, a sam wyjął z kieszeni marynarki dłuto i młotek i począł podważać zabite dużym gwoździem drzwi. Gdyśmy wyrazili nasze zdziwienie z tego powodu, gospodarz, otwierając wejście, powiedział spokojnie: Dzieckom we szkole przewrócili we łbie i nie chcą już chodzić za stodołę ino s… we wychodku. A tu musi być czysto dla komisyi. Takem zabił goździem i mom spokój'". /E. Szpak "Pojęcie zdrowia, choroby i cielesności w wiejskim postrzeganiu świata po 1945 roku, czyli o zmianach mentalności na wsi polskiej", "Rocznik Antropologii Historii", 2012, R. II, nr 1 (2), s. 236; cyt. za: W.A. Szydłowski "Sławojka w każdym obejściu", "Rzeczpospolita" (wydanie online z 27.12.2008)/
  3. Felicjan Sławoj Składkowski - ocena

    Przy okazji innej dyskusji: https://forum.historia.org.pl/topic/17753-cholera-lat-18301831/ zaciekawiło mnie - jaką Sławojowe akcje dotyczące higieny miały otoczkę "uświadamiająco-informacyjno-propagandowo-szkoleniową" (kursy, szkolenia, pogadanki, plakaty, ulotki informacyjne itp.)? Czy raczej polegano na administracyjnym nacisku?
  4. Cholera Lat 1830/1831

    Jak najbardziej takie miały miejsce, od pogadanek, prelekcji, akcji plakatowych do kontroli prowadzonych przez państwowej inspektoraty sanitarne. "... powstałe w 1954 roku na fali masowej (epidemicznej) zachorowalności na choroby zakaźne i przewlekłe - państwowe inspektoraty sanitarne (PIS). Działając przy jednostkach administracji lokalnej (GRN) oraz posiadając gwarantowane w dekrecie prawo do sankcji karnych, miały nadzorować proces odgórnej poprawy stanu sanitarnego wiejskich przestrzeni. Problemem, jak się okazało, było niekiedy większe zaangażowanie lokalnych władz, nie wspominając już o stosunku pozostałych gospodarzy: 'Tutaj była komisja sanitarno-porządkowa, ale rychło zaprzestała swej działalności. Dlaczego? Odpowiedzi daje przewodniczący GRN, Paweł P., to niewdzięczna praca. Trzeba się chłopom narażać. Warunki antysanitrne są prawie u każdego. Każdemu więc należałoby się sypnąć karę. Gdyby mnie tak kazano chodzić po ludziach i zwracać uwagę, że gnojownik jest za blisko studni, gdzie indziej ustęp niehigienicznie utrzymany, zaraz bym się zrzekł urzędowania'". /E. Szpak "Pojęcie zdrowia, choroby i cielesności w wiejskim postrzeganiu świata po 1945 roku, czyli o zmianach mentalności na wsi polskiej", "Rocznik Antropologii Historii", 2012, R. II, nr 1 (2), s. 241; cyt. za: "Gromada Rolnik Polski", 1958, nr 31, s.7/ I wracając do czasów lat 1830-1831, jeszcze o tych początkach: "Pod koniec marca 1831 roku wystąpiły pierwsze przypadki zachorowań wśród wojsk stacjonujących na Wołyniu i w Zamościu, a po bitwie pod Iganiami (10 kwietnia 1831) wśród żołnierzy mających bezpośredni kontakt z Rosjanami...". /R. Paliga "Krwiolecznictwo i krwiodawstwo w medycynie polskiej XIX i XX wieku (1830-1951) od powstania listopadowego do utworzenia Instytutu Hematologii", praca na stop. doktora nauk medycznych, promotor prof UM dr hab. med. R.K. Meissner, Poznań 2012, s. 45; podając za: J. Krzyś "Postępowanie profilaktyczne przeciwko cholerze w wojsku polskim podczas powstania listopadowego", "Archiwum Historii i Filozofii Medycyny” 1984, t. 47, z. 4, s. 540/ "O pojawieniu się groźnej choroby wśród powstańców dowiedział się [chodzi tu oczywiście o Karola Kaczkowskiego - secesjonista] już w końcu marca, kiedy otrzymał na ten temat raport z Zamościa. Chcąc przestrzec lekarzy przed grożącym niebezpieczeństwem, a jednocześnie poinstruować ich o sposobach zapobiegania chorobie, 4 kwietnia 1831 roku, w kwaterze głównej w Jędrzejowie pod Kałuszynem wydał Okólnik nr 14". /A. Szmyt "Krzemieńczanin Karol Kaczkowski - naczelny lekarz armii powstańczej", w: "Powstanie listopadowe 1830-1831. Dzieje - historiografia - pamięć", red. T. Skoczek, Warszawa 2015, s. 46/ I z przywołanej rozprawy doktorskiej, co do profilaktyki: "Stosowano następujące metody profilaktyczne: oddzielenie chorych w odrębnych lazaretach lub oddziałach izolacyjnych, stworzenie oddzielnej drogi ewakuacyjnej dla chorych na cholerę, co najmniej ośmiodniowa kwarantanna osób mających kontakt z chorymi lub podejrzanymi o chorobę, kordon sanitarny i kordony kwarantannowe na przejściach granicznych, zarządzenie reżimu czystości w jednostkach, sprzątanie obejść, częste wywożenie śmieci, zasypywanie dołów z nieczystościami, zakaz picia wody z przygodnych zbiorników, polecenie picia naparów herbaty i mięty, wyłącznie z przegotowaną wodą, zakaz jedzenia surowych warzyw i owoców, nakaz wzmożenia higieny osobistej żołnierzy, unikanie większych zgromadzeń ludności, zakaz pokątnego handlu żywnością, zakaz obozowania w miejscach poprzedniego postoju Rosjan, zakaz jedzenia pokarmów innych niż dostarczane przez kwatermistrzostwo armii, stosowanie wapna chlorowanego do dezynfekcji pomieszczeń, śmietników, kloak...". /tamże, s 46/ Warto zwrócić uwagę na polecenie picia naparów z herbaty i mięty z przegotowaną wodą; w zasadzie nie da się otrzymać naparu bez użycia podgrzanej wody, czy oznacza to że powstańcy przyrządzali sobie zimne wyciągi? We wspomnianym Okólniku zalecano: "Do lekarzy w armji będących. Pokazała się od dwóch dni między żołnierzami niektórych pułków choroba wszystkiemi symptomami do cholera-morbus podobna (...) 2) Zalecenie za wspólnem zniesieniem się z dowódcami pułków i kompanji, aby się żołnierze wszelkiego zaziębienia wystrzegali jak najtroskliwiej. Zakazać im potrzeba rozbierania się wieczorem, oziębiania żołądka po mocnem rozgrzaniu piciem zimnej wody. Przestrzegać, żeby nie pili wody z rowów i moczar". /F. Giedroyć "Służba zdrowia w dawnem wojsku polskim", Warszawa 1927, s. 77/ Czym dalej od przełomu 1830/31 tym częściej natkniemy się na uwagi o używaniu przegotowanej wody. "Z powodu zagrożenia epidemicznego władze rejencji opolskiej dnia 16 października 1866 roku uznały za stosowne przypomnienie ustanowionych wcześniejszych, zwłaszcza z 1836 i 1848 roku, przepisów sanitarno-policyjnych (...) Klozety, gnojowiska, kałuże i rynsztoki przy mieszkaniach chorych, oberżach, stacjach kolejowych i innych zakażonych miejscach trzeba było dezynfekować, stosując roztwór melanterytu lub innych środków bezwonnych co najmniej 2 razy w tygodniu, nad czym mieli czuwać urzędnicy policyjni. Należało szczególnie uważać na plwociny, nie udawać się nad potoki, studnie, stawy w celu picia wody, mycia się, prania, i aby w czasie epidemii mieszkańcy takich miejsc zaopatrywali się w przegotowaną wodę (...) minister wyznań religijnych, nauk i medycyny Bosse dnia 26 września 1892 roku zwrócił uwagę na fakt, że woda mineralna, selcerska, sodowa itp. wystawiona na ulicach na sprzedaż była podawana klientom zawsze zimna jak lód. To bowiem powodowało przeciągające się zaburzenia trawienia, co przy grożącej cholerze mogło sprzyjać zachorowaniu. Mogła być nadal sprzedawana, z tym że miała być podawana, podobnie jak inne napoje, w temperaturze około 10°C. Ponadto zostało dowiedzione naukowo, że zarazki cholery były w stanie dłuższy czas przetrwać w lodzie i ostrym zimnie, dlatego 15 marca 1893 roku prezydent rejencji von Bitter nakazał zachować ostrożność podczas spożywania napojów i artykułów żywnościowych zawierających lód (...) W wątpliwych przypadkach zalecano przegotowywanie wody i tylko taka miała być zdatna do spożycia". /M.P. Czapliński "Epidemia cholery w rejencji opolskiej w latach 131-1894", Rybnik 2012, s. 163, s. 164, s. 206-207/ Z literatury z epoki: B. Howkins "History of the Epidemic Spasmodic Cholera of Russia", London 1831 I. Borchardt "Anweisung zur Abwehrung und Behandlung der pandemisch — contagiosen Cholera", Berlin 1831 T. Tilesius "Über die Cholera und die kräftigsten M ittel dagegen, nebst Vorschlag eines grossen A bleitungsm ittels um die Krankheit in der Geburt zu ersticken", Nürnberg 1830 A. Schnitzer "Die Cholere contagiosa, beobachtet auf einer in Galizien und im Beuthener Kreise in Oberschlesien im August gemachten Reise", Breslau 1831 J. Sachs "Allgemeine Lehren υοn den epidemischen und ansteckenden Krankheiten, insbesondere der Cholera, und den zu ihrer Hemmung oder Minderung geeigneten Maasregeln", Berlin 1831 K.G. Zimmermann "Die Cholera-Epidemie in Hamburg während des Herbstes 1831", Hamburg 1831 C. Elsner "Über die Cholera", Königsberg 1831 W. Nissen "Über die Ursachen der Cholera, nebst Vorschlägen zur Bekämpfung derselben", Altona 1831 J.C. Ollenroth "Die asiatische Cholera in Regierungs Bezirk Bromberg während des Jahres 1831", Bromberg 1832 A. Vetter "Beleuchtung des Sendschreibens die Cholera betreffend, des Präsidenten Herrn Dr Rust an den Freiherrn Alexander von Humboldt", Berlin 1832 W. Sander "Die asiatische Cholera in Wien beobachtet", München 1832 G. Kaltenbrunner "Über die Verbreitung der Cholera Morbus und den Erfolg der dagegen in de k. preussischen und k.k. österreichischen Staaten ergriffenen Massregeln", Munich 1832 (J.) Hartung "Die Cholera-Epidemie in Aachen...", Aachen 1833 J. Hoffmann "Die Wirkungen der asiatischen Cholera im Preussischen Staate während des Jahres 1831. Nach den bei dem statistischen Büreau eingegangenen Nachrichten", Berlin 1833 E.A.J. Kaegler "Handbuch für Verwaltungs-Beamte des Regierungsbezirks Oppeln", Oppeln 1874 (z przykładami zarządzeń i przepisów z lat 1836-187) W. Haslewood, W. Mordey "The History and Medical Treatment of Cholera as it Appeared in Sunderland in 1831", London 1832. I bardziej współczesne: G. Carmichael "Cholera: zaraza pandemiczna", w: "Wielkie epidemie w dziejach ludzkości" red. K.F. Kiple D. Naruszewicz-Lesiuk "Cholera", w: "Choroby zakaźne i ich zwalczanie na ziemiach polskich XX wieku" red. J. Kostrzewski, W. Magdzik, D. Naruszewicz-Lesiuk W. Korpalska "Epidemia cholery w Bydgoszczy w 1831 r.", w: "Życie codzienne w XVIII-XX wieku i jego wpływ na stan zdrowia ludności" red. B. Płonka-Syroka, A. Syroka R. Stasch "Epidemia cholery azjatyckiej w Poznaniu w 1831 roku" S. Rejman "Ofiary chorób epidemicznych w Krasnem w latach 1786–1863", w: "Wierny swemu dziedzictwu. Księga jubileuszowa dedykowana Profesorowi Józefowi Półćwiartkowi", red.S. Nabywaniec, B. Lorens, S. Zabraniak M.P. Czapliński "Epidemia cholery w powiecie prudnickim w 1831 r. (w świetle relacji dr. Josepha Reimanna)", "Śląsk Opolski", 2004, R. 14, z. 2 tegoż "Epidemia cholery w powiecie opolskim w 1831 r. (w świetle relacji fizyka powiatowego dr. Josepha Zedlera)", "Studia Śląskie", 2007, T. 66 "Zapobieganie epidemii cholery w rejencji opolskiej w latch 1831-1832 w świetle przepisów sanitarno-medycznych" oprac. W. Kaczorowski tegoż "Epidemia cholery na terenie Górnego Śląska (rejencji opolskiej) w latach 1831-1832", w: "Epidemie w Polsce od czasów najdawniejszych po czasy współczesne" tegoż "Ofiary epidemii cholery w Bytomiu i Raciborzu w latach 1831-1832", "Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Opolskiego", Historia 33, 1996 tegoż "Epidemia cholery w Opolu w 1831 roku (w świetle relacji dra Josepha Zedlera", "Almanach Miejski Opolanin", 200 J. Kwak "Epidemie w miastach górnośląskich od XVIII do połowy XIX wieku", w: "Epidemie w Polsce od czasów najdawniejszych..." tegoż "Zapobieganie epidemii cholery w rejencji opolskiej w latach 1836-1837 w świetle przepisów sanitarno-medycznych", "Kwartalnik Opolski", 1995, z. 1 tegoż "Epidemia cholery w latach 1831-1832 w rejencji opolskiej", "Zeszyty Naukowe Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu", Historia 18, 1981 J. Lindmajer "Epidemie cholery na terenie rejencji koszalińskiej w XIX wieku (1831-1892)", "Rocznik Koszaliński", 1996, nr 26 W. Włodarczyk "Od powietrza, głodu, ognia i wojny. Epidemie cholery wśród ludności Rejencji Bydgoskiej Wielkiego Księstwa Poznańskiego" A. Szarszewski "Epidemie cholery w Gdańsku w XIX wieku", w: "Dżuma, ospa, cholera. W trzechsetną rocznicę wielkiej epidemii w Gdańsku i na ziemiach Rzeczypospolitej w latach 1708–1711", Materiały z konferencji naukowej, red. E. Kizik I. Janicka "Kwestia pochówku zmarłych na cholerę w północno-zachodnich guberniach Cesarstwa Rosyjskiego w XIX wieku", tamże W.K. Korpalska "Pacjenci i lekarze w czasie epidemii cholery 1831-1832 na ziemiach polskich pod pruskim zaborem", w: "Dawna medycyna i weterynaria", "Pacjent", red. M.Z. Felsmann, J. Szarek, M. Felsmann Z. Chiżyński "Organizacja i metody walki z epidemiami cholery azjatyckiej w Królestwie Kongresowym w latach 1831 – 1905", "Zdrowie Publiczne", 1970, nr 10 tegoż "Obraz kliniczny cholery azjatyckiej w opisach pierwszej epidemii w Polsce w 1831 roku", "Polski Tygodnik Lekarski", 1971, T. 26, nr 30 B. Zaorska "Epidemie cholery w czasie Powstania Listopadowego", "Medycyna - Dydaktyka - Wychowanie", 1997, T. 9, z. 3-4 J.W. Chojna "Piśmiennictwo lekarskie związane z epidemią cholery na ziemiach polskich w czasie powstania listopadowego", "Archiwum Historii Medycyny", 1981, T. 44, z. 2 E. Kizik "Brudna woda, polscy flisacy? Epidemia cholery w Gdańsku w 1831 r.", "Documenta Pragensia", 24, 2005 L. Korc "Pierwsza epidemia cholery w Polsce", "Wiadomości Lekarskie", 1971, T. 24, nr 11 tegoż "Propagowanie higieny w języku polskim na ziemiach polskich pod władzą pruską podczas epidemii cholery w 1831 roku", "Zdrowie Publiczne", 1973, T. 84, nr 1 tegoż "Lekarz a pacjent w świetle zarządzeń pruskiej Rejencji Opolskiej w czasie epidemii cholery w latach 1831-1832", "Archiwum Historii i Filozofii Medycyny", 2002, T. 65, nr 2-3 tegoż "Wkład nauki polskiej do walki z pierwszą epidemią cholery w Europie w r. 1831", "Polski Tygodnik Lekarski", 1972, T. 27, nr 6 J. Krzyś "Postępowanie profilaktyczne przeciwko cholerze w wojsku polskim podczas powstania listopadowego", "Archiwum Historii Medycyny", 1984, T. 47, z. 4 S. Straszak-Chandoha "Lekarze oraz sposoby leczenia cholery w czasie epidemii w Wielkiej Brytanii w latach 1831-1832", "Prace Naukowe Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu", Nauki Humanistyczne, 2007, T. 11, nr 1188 K. Wnęk "Epidemia cholery w Krakowie w 1866 roku. Analiza demograficzna i przestrzenna", "Przeszłość Demograficzna Polski", 37, 2015 S.L. Kotar, J.E. Gessler "Cholera. A Worldwide History" Ch. Hamlin "Cholera. The Biography" R.E. McGrew "Russia and the Cholera 1823–1832" R.J. Morris "Cholera 1832" M. Durey "The Return of the Plague: British Society and the Cholera 1831-3" R.J. Evans "Death in Hamburg. Society and Poltics in the Cholera Years 1830-1910" R. J. Evans ''Epidemics and Revolutions: Cholera in Nineteenth-century Europe'', w: "Epidemics and Ideas. Essays on the Historical Perception of Pestilence", red. T. Ranger, P. Slac L. Dechêne, J.-C. Robert "Le choléra de 1832 dans le Bas-Canada: mesure des inégalités devant la mort", w: "The Great mortalities: methodological studies of demographic crises in the past" ed. H. Charbonneau, A. Larose, contrib. P. V. Adams et al. O. Briese "Angst in den Zeiten der Cholera. Über kulturelle Ursprünge des Bakteriums (Seuchen-Cordon I)" B. Dettke "Die asiatische Hydra. Die von 1830/31 in Berlin und den preußischen Provinzen Posen, Preßen und Schleisen" W. Berndt, G. Münch "Die Cholera in Schlesien (1831-1837)", "Jahrbuch der Schlesischen Friedrich-Wilhelms-Universität zu Breslau", 1972, Bd. 17 A. Stollenwerk "Die Cholera im Regierungsbezirk Koblenz", "Jahrbuch für westdeutsche Landesgeschichte", 5, 1979 E. Schmitz-Cliever "Die Anschauungen vom Wesen der Cholera bei den Aachener Epidemien 1832—1866", "Sudhoffs Archiv für Geschichte der Medizin und der Naturwissenschaften", Bd. 36, H. 4, 1952.
  5. Cholera Lat 1830/1831

    Nawet nie była konieczna specjalna "akcja uświadamiająca", choć takowe na pewno przetaczały się nie raz przez Polskę. I być może dotarły i do wioski Twojej Babci. Zakładam, że opisywane przez Ciebie sytuacje miały miejsce w latach 70., może w końcu 60. Babcia, jak przypuszczam, posiadała już telewizor, a na pewno - radio. Pozyskanie - dzięki nim - wiedzy na temat potencjalnej szkodliwości wody pitej bez przegotowania nie było czymś nadzwyczajnym. Co by też nie mówić, elementarna opieka zdrowotna na wsiach wyglądała w latach 60., czy 70. dużo lepiej niż przed wojną (co oczywiście nie oznacza, że była fenomenalna). Czyli - mógł coś powiedzieć lekarz. Itp. itd. Z całym szacunkiem - nie traktuję zatem zachowania Twojej Babci w latach 70. XX wieku jako czegoś nadzwyczajnego. Takowe - powiedzmy sto, sto pięćdziesiąt lat wcześniej, budziłoby zdecydowanie większe zastanowienie. Dopisek: Dopiero teraz się zorientowałem - mieliśmy Babcie urodzone dokładnie w tym samym 1911 roku (moja akurat ze strony Mamy). Tyle, że moja pewnie bardziej błąkała się po świecie. Ze spolonizowanej, niemieckiej rodziny hutników szkła, co to w kolejnych hutach się zatrudniali. Urodziła się w Siedmiogrodzie - poprzez m.in. Austrię, Żółkiew i Inowrocław - trafiła w końcu do Poznania. Też zawsze radziła, aby ręce myć i wodę gotować, a słowo "bakterie" przywoływała dosyć często. Przynajmniej, gdy udzielała rad wnuczkowi. Była niezwykle oczytana, z tego pokolenia, które "Pana Tadeusza" znało na pamięć, ale z formalnymi szkołami było u niej raczej kiepsko. Trochę smutno mi się zrobiło... Mam nadzieję, że wybaczone mi zostanie odbiegnięcie od tematu.
  6. Cholera Lat 1830/1831

    Moze i Slawojowych. Babcia, rocznik 1911 mieszkanka podwarszawskiej wsi mogla niec do czynienia z jakims rodzajem akcjii uswiadamiajacych. Tez mozliwe. Babcia twierdzila, ze pijac "lodowate" napoje mozna "sie nabawic".
  7. Yesterday
  8. Ojców i dziadków też, ale nieprzypadkowo to linia żeńska znalazła się w tytule. Do czego jeszcze wrócę. Niedawno stuknęła mi 60-tka. Piękny wiek, kiedy wreszcie można się po prostu cieszyć każdego poranka, że trzeba wstać (czyli jeszcze komuś jestem potrzebny) i coś mnie boli (czyli wciąż żyję). Ale jakoś tak siedząc przy tym komputerze zaczynam czuć obecność pewnej pani, która stoi cicho za moim prawym ramieniem i czeka. GUS mówi, że będzie tak czekać jeszcze z 18 lat, ale kto wie - łuszczyca, cukrzyca, podagra, otyłość i alkoholizm... Więc pewnie przyjdzie wcześniej. Ale kiedykolwiek by nie przyszła, zabierze wraz ze mną wszystko to, co wiem. Stąd moja myśl, by się tu w kodzie zer i jedynek podzielić tymi informacjami, które zostawili mi rodzice. Ja nie miałem szczęścia poznać wspomnień swych dziadków i babek, a nie chciałbym tego wątku zamienić w licytację militarnych sukcesów naszych przodków, bo te łatwiej przebijają się do mediów. Chciałbym tu zebrać wspomnienia cywilne. Moja matka, Zofia, urodzona w 1924 roku. Wrzesień 39' zastał ją w Sulejówku, choć była warszawianką od dziada pradziada (i babki prababki). Czyli miała 15 lat. Mieszkała tam z dwoma siostrami - jedna, około 20 lat z córką - niemowlęciem, druga - 5 letnia. Potem starsza siostra z dzieckiem zamieszkała oddzielnie, a dwie młodsze dziadek, który był handlowcem i wciąż podróżował nie wiadomo gdzie, ulokował w jakiejś wsi pod Sandomierzem. Potem jednak dwie młodsze siostry wróciły do Warszawy i zamieszkały w wynajmowanym pokoju w willi przy Karwińskiej na warszawskim Mokotowie. Tam mama (19 lat) poznała o 20 lat starszego pana, czyli mego ojca. Choć rodzinie ojca (m.in. prof. Bystroniowi) przedstawili się jako narzeczeni, nie zamieszkali razem. I tak sierpień 44' zaskoczył ojca na Pradze, a matkę na Mokotowie. Matka wraz z młodszą siostrą (20 i 10 lat) z Mokotowa została wysiedlona do obozu w Pruszkowie. Gdy znalazła się w grupie przesiedleńców, która szła pieszo wzdłuż torów na zachód, zdecydowała się uciec, wiedząc, że gdzieś na zachód od Warszawy, we wsi Siedliska prof. Bystroń ma swój letni dom. To było cca 40 km w linii prostej. Dziewczyny szły głównie lasami, unikając prostych duktów, by nie napotkać na niemiecki patrol. Gdy już dotarły do Siedlisk, okazało się, że w domu Bystronia mieszka już spora grupa uciekinierów, a także ... ... kwateruje działon artylerii Wehrmachtu. Niemieccy żołnierze zachowywali się absolutnie OK, spali w stodole (z wyjątkiem dcy), kopali ziemniaki, doili krowy, czasem nawet z mieszkańcami dzielili się swą mięsną konserwą. Nic ich nie obchodził fakt, że od czasu do czasu pojawiali się jacyś nowi mieszkańcy. Odeszli podobno ok. 15 stycznia tak, że zwinęli się w ciągu kwadransa. Tylko armata im w rowie ugrzęzła, więc ją porzucili.
  9. Last week
  10. Jeńcy niemieccy - ucieczki

    Jednak - nie. Zachował się raport z katastrofy jakiej uległ samolot pilotowany przez Wapplera "A.I.1. (k) Report No. 517/1940", w którym odnotowano: "(...) START and MISSION: Started at 2230 hours to bomb Ellsmore port. having reached and bombed the objective, but without observing the result, the a/c was flaying Southwards on the return journey. At a eaight of about 6,500 feet the a/c hit somenthing, which is believed locally to have been a barrage balloon, which slowed the a/c round (...) The pilot managed to get back on to the course and shouted to the rest of the crew to bale out and did so himself. The crew did not heed this and were killed in the a/c. CREW: P. .... Oberleutnant Harry WAPPLER 28 (5) ..... W. Obs.... Unteroffizier BERNDT (About) 25 ....... Dead. W/T.... Oberfeldfebel Hans ELSTER 34 (4) ...... Dead. B/M.... Unteroffizier OKUNEK (About) 25 ...... Dead.". Opowiadając o swym wypadku w książce "Luftwaffe Fighters & Bombers. The Battle of Britain" (Stackpole Books, Mechanicsburg 2001) Christophera H. Gossa występuje jako: Harry (s. 332). Henry L. deZeng i Douglad G. Stankey, autorzy wykazu "Luftwaffe Officer Career Summaries" (dostępny na stronie www.ww2.dk), również podają takie jego imię.
  11. Cholera Lat 1830/1831

    Masz całkowitą rację - zalecenia, by brać do picia wodę ze studni, a nie z rzek, oraz te o budowie latryn z okresu epidemii 31 roku i wcześniejszym dotyczyło wojska i było związane przede wszystkim z dyzenterią czyli czerwonką, oraz ogólnie z zapobieganiem biegunkom. Przeciw cholerze też w pewnym stopniu skutkowały. Ja też się nie przypominam sobie jakichkolwiek regulacji w tym zakresie w "tak do lat 90-tych" w odniesieniu do gospodarstw chłopskich. W miastach coś tam się działo, a na dworach - jak się jaśnie panu widziało. Jeśli chodzi o kwestię picia wyłącznie przegotowanej wody ze studni, to ja się z tym zjawiskiem nie zetknąłem na wsi polskiej w okresie mej obserwacji, czyli z grubsza lata 1965 - 2020, co wyraźnie napisałem. A z czym się zetknął Gregski i jego babcia - nie wiem, ale z uwagą przeczytam. Podałeś nam furę informacji, dotyczących dawnych poglądów na zapobieganie epidemii cholery - i innych chorób, przenoszonych drogą kałowo-pokarmową. To niezwykle ciekawy materiał, nie wiem, czy go uniesiemy. Doktorat z tego mógłby być.
  12. Cholera Lat 1830/1831

    A ja bym stawiał na najprostsze rozwiązanie - wiedza szanownej Babci Gregskiego mogła pochodzić z okresu akcji uświadamiających czasów powojennych lub/i Sławojowych.
  13. Cholera Lat 1830/1831

    Tu częściowo jest istotnym za jakiego cara, schyłek wieku XIX to znaczący postęp w rozpoznaniu dróg zakażenia i przenoszenia się cholery. Szczerze mówiąc to dla okresu epidemii 1830/31 i późniejszych (tak do lat 90-tych) to nie natknąłem się na takie zalecenie, jeśli chodzi o porady lekarzy czy rozporządzenia/zalecenia władz skierowane do ludności cywilnej i władz niższego szczebla. W latach trzydziestych nie znano dróg przenoszenia cholery. Ogólnie, świat lekarski podzielił się na dwie grupy spierające się czy jest to choroba zaraźliwa czy nie (antykontagioniści i kontagioniści). Co do źródeł zakażenia najczęściej wskazywano na bezpośredni kontakt z chorym, jego odzieżą, a głównym czynnikiem przenoszącym miało być powietrze. Choć widziano związek pomiędzy zachorowalnością a np. zainfekowaniem ujęć wody (przez produkty z dołów kloacznych itp. urządzeń sanitarnych) to w zasadzie nie spotkałem się z zaleceniem przegotowywania wody. Jeśli zalecano picie ciepłych napojów to nie tyle w celu unikania "surowej" wody a w myśl teorii wypocenia jadów. O pamięci: "Niestety, nie zachowały się źródła pisane, które pozwoliłyby na dokładne badania statystyczne dla Bagnówki z okresu opisywanej epidemii . Z tego powodu szczególnie ważne stały się niepisane ślady materialne oraz wspomnienia najstarszych mieszkańców wsi. W celu wykorzystania wiedzy starszych ludzi, autor prosił ich o wypełnienie ankiet badawczych (...) Rozmówcy pytani o powody zachorowań wyjaśniali, że ludzie pamiętający epidemię wiązali ją raczej z nadmierną aktywnością procesów gnilnych wewnątrz ziemi i spowodowanymi tym trującymi wyziewami. Starsi mieszkańcy do dzisiaj częściej niż słowa choroba używają określeń mór, jakieś powietrze. Można przyjąć, że ludność dotknięta zarazą uważała, że nieszczęście to spowodowane jest niezrozumiałymi zrządzeniami boskimi. Część rozmówców powtarzała dawne tłumaczenie mówiące, że morowe powietrze przyniósł na te tereny jakiś grzech. Mogło to być wyjaśnienie sytuacji przez mieszkańców wsi z końca XIX w.". /M. Ostaszewski "Pamięć o epidemii cholery z 1893 roku we wsi Bagnówka pod Białymstokiem", "Studia Podlaskie", T. 23, 2015, s. 123-124/ O zaleceniach z lat tytułowej epidemii i z czasów późniejszych: ''Powszechnie uważano, że cholera, podobnie jak dżuma, przenoszona jest przez dotyk i inne bezpośrednie kontakty. Pruska władza bardzo długo nie chciała uznać wyników badań ówczesnych lekarzy dowodzących, że za rozprzestrzenianie się cholery odpowiada przede wszystkim mierny stan sanitarny i zainfekowanie ujęć wody pitnej. (...) W lipcu 1831 roku w specjalnym dodatku do Amts-Blatt lekarze pruscy, by uniknąć zarażenia, zalecali troskę o siły witalne organizmu, ruch na świeżym powietrzu, należyty odpoczynek nocny, właściwe odżywianie, w tym unikanie niektórych potraw i napojów, umiarkowane spożywanie alkoholu, odpowiednie ubieranie się, unikanie nagłych zmian temperatur. Dopiero w punkcie szóstym wspomniano o przestrzeganiu zasad higieny. Zwracano uwagę, że według obserwacji lekarzy, wiele osób zaraziło się cholerą przez fizyczny kontakt z ciałami zmarłych na tę chorobę. Osobom, które z racji pełnionych obowiązków musiały troszczyć się o chorych zalecano, by wcześnie rano pili kawę lub herbatę, zjedli śniadanie i wypili także porcję alkoholu (podano preferowane nalewki ziołowe). Zalecano też stałe noszenie przy sobie i częste wdychanie chlorowanego wapna lub silnie aromatyzowanego octu”. /W. Zawadzki "Epidemie cholery wśród katolików Żuław Wielkich i Małych oraz Powiśla w XIX wieku", "Studia Elbląskie", T. 11, 2010, s. 32/ W niepodpisanym druku "Środki jakie powinny bydź ze strony władz rządowych przedsięwzięte celem zapobieżenia cholerze i jey ograniczenia" z 1836 r. (z warszawskiej Drukarni Rządowej) pośród różnych zaleceń nie znajdziemy wzmianki o przegotowywania wody, jedynie ogólne uwagi o sprzedaży surowizny, a więc pośrednio zalecenie by takowych nie spożywać: "... 6. Sprzedaż owoców niedojrzałych, jak to: jabłek, gruszek, śliw i t.p. ma bydź zakazaną. 7. Zakazaną ma bydź sprzedaż młodego, niewyrobionego i skwaśniałego piwa, skwaśniałego wina i innych trunków uległych fermentacyi". /tamże s. 5/ W druku ulotnym "Ogłoszenie o cholerze które duchowni z ambon podać mają do wiadomości ludu" (z warszawskiej drukarni Stanisława Strąbskiego), „ułożonym” przez Radę Lekarską Królestwa Polskiego i zatwierdzonym przez Centralny Komitet Zapobiegający Cholerze, podawano: "W niektórych miejscach znowu się zjawiła choroba znana pod nazwiskiem cholery, która nawiedziła nas już w r. 1831 i 1837. Nie jest ona teraz tak straszna jak była lat poprzednich, mamy bowiem sposoby jak się od niéj ochronić i jak się leczyć. Rząd opiekuńczy, nie szczędząc ani trudów ani kosztu, przedsięwziął wszelkie ku temu potrzebne środki. Z jego to woli wydano niniejsze przepisy, podług których należy postępować tam gdzie niéma lekarzy (...) Z jednego miejsca na drugie przenosi ona się przez powietrze; dlatego téż w czasie jéj panowania prawie wszyscy mieszkańcy doznają mniéj więcéj jéj wpływu, lecz rzeczywiście zapadają na nią tylko niewstrzemięźliwi w używaniu pokarmów, nałogowi pijacy mało o swoje zdrowie dbający (...) Używać z napój czystéj, świeżej, lecz niezbyt zimnéj wody. Wódka tylko nie szkodzi, gdy się ją pije umiarkowanie. Najlepsza wódka nalana na piołun, tysięcznik lub korzeń tataraku... (...) Jak w czasie rozciérania chorego, tak i wtedy gdy już okryty leży, daje się mu do picia napój jaki ciepły, np. ziółka gorące z mięty, z szałwii, z melisy lub z kwiatu lipowego. Lecz gdy napoje te nie gaszą pragnienia, gdy powiększają womity i gdy chory ma do nich wielki wstręt, a natomiast żąda bardzo chciwie wody zimnéj, wtedy można mu takową dozwolić...". /druk można datować na lata czterdzieste XIX w., niemal identycznie brzmiący tekst, tyle że o tytule ''Nauka poznawania i leczenia cholery dla nielekarzy. Ułożona przez radę lekarską królewstwa polskiego i zatwierdzona przez centralny komitet zapobiegający cholerze"'' wydano w Bochni w 1848 r., nakładem Wawrzyńca Pisza/ Z druku "O środkach zaradczych w epidemii cholery w r. 1852 w Królestwie Polskim przedsiębranych z dołączeniem wiadomości lekarskich i statystycznych" (z dopiskiem: "Wydano z upoważnienia rządowego"): "...10. Zawieszono sprzedaż cząstkową i roznaszaną ogórków, tudzież niedojrzałych owoców; a przy wzmożeniu się epidemii i wszelkich owoców. 11. W traktyerniach zabroniono dawać sałatę i ogórki. 12. W pismach publicznych ponawiają się ogłoszenia: że prawie wszystkie wypadki zapadania na cholerę nastąpiły z powodu użycia na pokarm ogórków, surowizn i niedojrzałych owoców, a także oziębienia żołądka nieostrożnem piciem wody, piwa i nie wystałych trunków, i że zatem każdy się sam strzedz powinien (...) Z zeznań osób chorych okazuje się, iż najczęstszą przyczyna powodową było jedzenie mizeryi, ogórków surowych lub kwaszonych, sałaty, gruszek, wisien, agrestu, kapusty; także wieprzowiny, baraniny, séra, kartofli w większej ilości, grochu; picie w znacznéj ilości wody lub piwa..." /tamże, Варшава 1852, s. 13 i s. 39/ Jan Chądzyński, który na kartach swej publikacji zareklamował się jako: "operator, były lekarz szpitalowy we Francyi delegowany przez rząd francuzki w r. 1854 do cholerycznych departamentu Ardeche", pośród przyczyn mogących mieć wpływ na zachorowanie na tę chorobę i jej rozprzestrzenianie nie zwrócił uwagi na skutki picia nieprzegotowanej wody. Wymieniał jedynie: "W kilku słowach dają się zebrać przyczyny usposabiające do cholery: zimno, głód, znużenie umysłowe i fizyczne - czyli ogólna adynamia, niemoc: jako przyczyny wzmagające usposobienie: niezdrowe powietrze, niedawno przebyta słabość, zły nie świeży pokarm, osłabienie nerwowe, pijaństwo, brak czystości ciała; - pobliskie, zwolna płynące rzeki; wilgoć, upały: jako powstrzymujące: dobry byt, zdrowa myśl w zdrowem ciele, niska temperatura, wysokie położenie". /tegoż "Cholera w r. 1865 czyli Sposoby powstrzymania jej wybuchu i rozprzestrzenienia - scisłem zapobieganiem osobistem - domowem - szpitalowem - miastowem - krajowem i międzynarodowem", cz. 1, nakładem autora, Lwów 1865, s. 20/ Pośród osobistych działań profilaktycznych zalecał: "Każden codzień powinien a) wodą zaostrzoną octem usta wypłukać, ciało swe obmywać; twarz i ręce, ile razy mogło nastąpić jakieś zbliżenie się do podejrzanej osoby, b) przewietrzyć swą odzież, kadzić nad chlorem wapna, wystawiać na wysoki stopień ciepła, (jak w piecach), c) swoje pomieszkanie jak najczyściej utrzymywać, luftować codziennie: w razie pojawienia się jakiegoś wypadku w domu, w którym zamieszkuje zaprowadzić bezzwłocznie u siebie nieustanne kadzenie chlorem wapna". /tamże s. 30/ Witold Rogoyski, burmistrz miasta Tarnowa, w wydanym 10 lipca 1884 r. obwieszczeniu "Z powodu, iż w południowéj Francyi a mianowicie w Tulonie i Marsylii wybuchła cholera azyatycka" (inc.) nakazał ogólną dezynfekcję, o profilaktycznym przegotowaniu wody jednak nie wspominał. "Zwierzchność gminna uchwałą z dnia 7. bm. zarządziła przeprowadzenie ogólnéj desinfekcyi co 8 dni w całym obrębie miasta Tarnowa (...) wzywam wszystkich właścicieli, administratorów i zawiadowców realności, by regularnie co tydzień a mianowicie w każdy poniedziałek kloaki i otwory kanałów w ich domach należycie odwonić kazali, i by czystość i porządek w podworcach, sieniach i korytarzach utrzymywali. Jako środek tani i skuteczny zaleca się rozczyn z 1/2 klg. kwasu karbolowego, 1/2 klgm. siarkanu żelaza i 1 klgm. wapna niegaszonego na 15 litrów wody, którego 6 litrów do odwonienia wychodków w mniejszych, a 10 litrów w większych domach na jeden raz zupełnie wystarczy". Gazeta Toruńska w numerach 175 i 176 z 1884 r. dokonała przedruku przedruku artykułu z "Gazety Lekarskiej", w którym podano zalecenia sanitarne mające chronić przed cholerą. Warto zwrócić uwagę na pewną rezerwę wobec wniosków wynikających z badań Roberta Kocha; można jednak stwierdzić, że ogólnie wskazówki szły w dobrym kierunku zwiększenia bezpieczeństwa sanitarnego. W artykule uznano, że jest niemożliwym skuteczna dezynfekcja wspólnych "miejsc ustępowych", stąd zalecano dezynfekcję na poziomie mieszkań przy użyciu roztworu siarczanu glinu i kwasu karbolowego. Zalecano też: nie wylewanie do zlewów kuchennych efektów wypróżniania, nie oddawania "gęstych wypróżnień" do zbiorników moczowych, częste opróżnianie śmietników, przemywanie kilka razy na dzień miejskich rynsztoków wodą i raz dziennie wspomnianym roztworem. Pośród tych wskazówek nie znajdziemy jednak jednoznacznego zalecenia co do stosowania przegotowanej wody. Ogólny pogląd na charakter choroby i środki zaradcze przeciw niej zaprezentowane w tym artykule: "Jeżeli najnowsze badania R. Kocha pozwalają, wbrew dawniejszym twierdzeniom Pettenkofera i innych, przypuścić, że stanowiący istotę choroby pasorzyt, wydzielony z ustroju chorego dotkniętego cholerą, zdolnym jest do natychmiastowego dalszego rozwoju i życia, że więc cholera bezpośrednio z człowieka na człowieka przenosić się może, to jednak nie możemy lekceważyć dawniejszych prac Pettenkofera, Hirscha oraz niemieckiej komisyi cholerycznej z 1873 r., która jednozgodnie niemal orzeka, że warunki gruntowe danej miejscowości odgrywają najważniejszą rolę w szerzeniu się cholery, innemi słowy, że cholera wtedy tylko w danej miejscowości panuje, jeżeli pasorzyt znajdzie w gruncie należyte warunki rozwoju (...) To też niemiecka komisya choleryczna, po długich rozprawach, doszła ostatecznie do wniosku, który w tych słowach streścić się daje: 'Lata całe, systematycznie i umiejętnie przeprowadzana asenizacya, a więc drenowanie, kanalizacya, kasowanie dołów stałych, dostarczanie miastu dużej ilości dobrej wody i t.p. reformy są jedynemi środkami mogącemi skutecznie opierać się rozwojowi choroby' (...) starania nasze przeto zwrócone być winny przedewszystkiem do tego, aby pasorzyt wychodzący z ustroju chorego, dostawał się do ziemi w stanie, o ile można, jak najmniej zdolnym do życia". /tamże "Środki przeciw cholerze" (z "Gazety Lekarskiej"), tamże, R. XVIII, nr 175, z 31 Lipca 1884, s. 2/ Wyjątkowy przykład zalecenia przegotowywania wody przywołał w swym artykule Zbigniew Olkowski , który odnalazł go w anonimowej publikacji "Arzeneiverordnung gegen die orientalische Cholera, angegeben von einer Som nam biile im m agnetischen Schlafe" (Würzburg, 1831), trudno jednak ocenić czy jej autor kierował się jakimiś racjonalnymi przesłankami (czy obserwacjami) zważywszy na podane przezeń źródło jego konceptów: "Pewien lekarz, nie ujawniający swego nazwiska, ogłosił drukiem metodę leczenia podaną przez swego pacjenta, medium, we śnie magnetycznym. Jako lekarstwo mające działać specyficznie przeciw cholerze wymieniał ogonki i pestki wiśni. Należało je pić jako ziółka łącznie z jagodami jałowca, kwiatem wermutu i konwalii oraz sokiem z cytryny. Polecał też wykonywać upusty krwi w dość czarodziejski sposób; zależnie od czasu zachorowania — przed czy po południu — i czasu wykonywania krwioupustu, należało go robić albo z prawego ramienia, albo z lewej stopy, odpowiednio powtarzać itp. Równocześnie jednak polecał on zapobiegawczo gotować wodę do picia i cedzić ją przez węgiel. W dostępnej mi literaturze tego okresu nigdzie więcej nie spotkałem podobnej rady". /tegoż "Epidemia cholery azjatyckiej w Prusach Wschodnich w latach 1831-1832", "Komunikaty Mazursko-Warmińskie", nr 4, 1968, s. 569-570/ Gdybym miał strzelać dlaczego babcia gregskiego wzbraniała mu picia zimnej wody to wskazałbym na pokłosie teorii, w myśl których różne "zarazy" brały się z wychłodzenia żołądka.
  14. Cholera Lat 1830/1831

    Ciekawa informacja. Mój ojciec był mniej więcej rówieśnikiem Twej babci, w podwarszawskiej wsi w latach 60. i 70. bywałem, tak ostrego zakazu rodzice nie formułowali. Na wsi dzielono studnie, na takie, których wodę można było pić, i te drugie :-). W tych ze zdatną wodą jej poziom był mocno poniżej poziomu gruntu, tak na 1,5 - 2 m. Jeśli poziom wody był płytko, to wody nie pito. Z tym że nie wiem, czy było to jedyne kryterium. Natomiast bardzo starannie przestrzegano zakazu picia wody prosto z wiadra, którym wodę ze studni wyciągnięto, ani nawet zaczerpnąć zeń wodę kubkiem nie było wolno. Nie wolno było też stawiać go na ziemi. Należało wodę przelać do drugiego wiadra i z niego już można było wodę zaczerpnąć. A czasem dla spragnionych kubek był przy studni, ale wodę z wiadra czerpalnego trzeba było doń nalać, zaczerpnięcie zakazane. W sumie świadczy to o całkiem niezłym poziomie wiedzy "ludu" na temat przenoszenia się chorób. Tyle że to jednak inna epoka. Sto pięćdziesiąt lat wcześniej powszechne było branie wody z rzek, więc sama budowa studni już była zalecana jako metoda powstrzymywania cholery. Dodatkowo zalecano budowanie latryn, i to w odpowiedniej odległości zarówno od rzek, jak i od studni (jeśli istniały). Gdy latryna się wypełniała, kopano drugą kawałek obok. W wojsku (czy później w harcerstwie) wymuszano to dyscypliną, gorzej było w gospodarstwach wiejskich. Jeszcze w okresie międzywojennym minister spraw wewnętrznych Sławój Składkowski wymuszał karami budowanie sławojek po wsiach. Nieskutecznie - bo jeszcze z lat 60. pamiętam gospodarstwo, w której takowej nie było, i to gospodarstwo wynajmujące pokoje letnikom. Niezbyt daleko od Warszawy - Kurpie Zielone. Górale podhalańscy uchodzą za dbających o czystość. Z lat 70. pamiętam gospodarstwo na Toporowej Cyrhli, gdzie ubikacja była pod jednym dachem z chałupą, koło obory. Defekowano się do wielkiej miski, po czym gospodyni tę miskę wyciągała i fekalia wyrzucała na górę nawozu krowiego i owczego za chałupą. Padały na to deszcze, wypłukiwały gnojowicę i część nawozu oraz fekalii, a przy płocie tworzył się taki śmierdzący smużek. Potem w tym smużku pojawiała się strużka wody, zasilana deszczówką z łąki, strużka zamieniała się w strumyczek, strumyczek spływał do dolinki, gdzie tworzył się całkiem duży strumień itd. itd., a spragniony turysta gdzieś tam niżej...
  15. Cholera Lat 1830/1831

    Tak na marginesie tego tematu. Zastanawiam sié jakie srodki profilaktyczne i uswiadamiajace zastosowano w zwiazku z zagrozeniam cholera. Pytanie to nasunelo mi sie gdy przypomnialem sobie jak moja sp. Babcia przestrzegala przed piciem nieprzegotowanej wody. Babcia predzej by z pragnienia umarla niz napila sie wody prosto ze studni. Krzyczala na nas gdy tylko zobaczyla, ze to robimy. Dopiero teraz po latach przyszlo mi do glowy, ze moglo to byc poklosie walki z cholera. Babcia, kobieta niewyksztalcona, pochodzaca z podwarszawskiej wioski. Urodzona jeszcze "za cara" nie mogla mniec jakiejs glebszej wiedzy a mimo to krzyczala na nas, ze "nabawimy sie jakiej zarazy". Zastanawiam sie czy to nie bylo wynikiem jakiejs akcji uswiadamiajacej ktora zasiegiem objela i tereny wiejskie.
  16. Do amerykańskiego melting pot każda nacja dokładała cząstkę swej rodzimej kultury, w tym kultury materialnej. Geograficzna lokalizacja ojczystego kraju czy splot różnorakich okoliczności powodowały, że różne narody miały (bądź im przypisywano) pewną "specjalizację". Grecki marynarz, włoski emigrant prowadzący traktiernię (by nie wspomnieć o pizzerii), japoński ogrodnik, holenderski rolnik zatrudniony do uprawy podmokłych terenów, chiński iluzjonista/akrobata czy właściciel pralni. To że setki lat doświadczenia w walce z morzem sprawiły, że mieszkaniec z kraju polderów był faktycznie (przynajmniej potencjalnie) dobrym farmerem - to nie dziwi, ale skąd ta "predylekcja" Chińczyków do... prania? Jeśli ktoś oglądał stare filmy jeszcze z niemej epoki bądź początków dźwiękowej ("Chinese Laundry Scene"/"Robetta and Doretto Chinese...", "In a Chinese Laundry", "That Chink at Golden Gulch"), produkcje filmowe z budową kolei transkontynentalnej w roli głównej ("The Iron Horse"), na pewno zwrócił uwagę na charakterystyczną postać w długim kaftanie z "tradycyjnym chińskim" warkoczem, który choć tradycyjny to raczej należałoby go nazwać mandżurskim a nie chińskim (szerz.: K. Banek "Mandżursko-chińska wojna o włosy", "Nurt SVD", 2014, nr 1). Zwykła budowa tartaku dla Johna Suttera na pogórzu Sierra zaowocowała gorączką złota w Kalifornii, która wybuchła pod koniec lat czterdziestych XIX wieku. Pogłoski dotarły również do Państwa Środka i wkrótce rzesze Chińczyków (głównie z prowincji Guangdong) ruszyły przez morze na amerykańskie Wschodnie Wybrzeże w nadziei na szybkie wzbogacenie się. Jeszcze w 1830 r. (według spisu ludności) tylko trzy osoby w USA określiły się jako Chińczycy, w 1860 r. było ich już prawie 35 000. /za: M. Paliszewska-Mojsiuk "Historia imigracji Chińczyków do Stanów Zjednoczonych - pierwsza fala", "Gdańskie Studia Azji Wschodniej", 2018, z. 13/ Niewielu jednak udało się zyskać majątek w kalifornijskich "złotych górach", kolejnym przystankiem pracowniczym dla Chińczyków było zatrudnienie przez Central Pacific Railroad Company (a w Kanadzie przez Canadian Pacific Railway Co.), gdy te inwestycje ukończono tysiące Chińczyków musiało poszukać innej pracy i tak dochodzimy do chińskich pralni. /o udziale w przedsięwzięciu kolejowym bezpośrednio traktują o tym np.: serial fabularny "Iron Road" czy dokument "Canton Army in the High Sierras: Chinese workers build America's first transcontinental railroad (1863-1869)"/ Pierwszą pralnię w San Francisco (a może i w całych Stanach) miał otworzyć w 1851 r. Wah Lee, z czasem wielu Chińczyków ruszyło w jego ślady. O skali tej branży może świadczyć fakt, iż w czasach Wielkiej Depresji w Nowym Yorku zamknięto około 3 550 chińskich pralni (za: J. Young, G. Chang, H.M. Lai "Chinese American Voices. From the Gold Rush to the Present"). Dla San Francisco rozwój ten przedstawiać się miał w takich liczbach: "However, it was not until the 1870s that Chinese laundreis really began to profilerate. In San Francisco 1333 Chinese were listed in the 1870 U.S. manuscript census as working in laundries, rising to 2148 by 1880, but decclining slightly to 1924 by 1900". /J. Jung "Chinese Laundries: Tickets to Survival on Gold Mountain", Yin & Yang Press 2007, b.p., ed. elektron./ Chińska emigracja do USA i Kanady w XIX i na początku XX wieku miała też swe smaczki: językowe i demograficzne. Językowe: w angielszczyźnie pojawił się termin: "paper son" (: papierowi synowie) czy "paper merchants" (papierowi kupcy), "Dog Tag Law" (ustawa znakowania psów), statystyczne: gdyby wierzyć oświadczeniom Chińczyków ubiegających się o naturalizację w USA (po r.) to wynikałoby z nich, że statystyczna Chinka z San Francisco urodziła przeciętnie w swym życiu około osiemset dzieci. W USA względem różnych grup ludzi podejmowano szereg ustaw regulujących ich imigrację, wyróżniając te grupy pod kątem narodowym bądź rasowym (etnicznym?). Wydaje się, że Chińczycy szczególnie często poddawani byli ustawodawstwu o charakterze ekskluzyjnym. Co więcej, charakter ustrojowy USA pozwalał prawodawcom stanowym (a nawet na poziomie hrabstw) mocno zaostrzać regulacje przyjęte na poziomie federalnym. Chińczyków dotyczyły: - Prohibition of Coolie Trade Act z lutego 1862 r. - zakazujący przewożenia na amerykańskich statkach chińskich niewolników, - Fifteen Passenger Bill z 1879 r. - limitująca liczbę chińskich pasażerów na statkach wpływających do amerykańskich portów, jako że regulacja ta była sprzeczna z traktatem zawartym pomiędzy USA a Chinami (Burlingtame-Seward Treaty z 1868 r.) przyjęto ją ostatecznie w po poprawkach przygotowanych przez Jamesa B. Angella do zrewidowanego nowego porozumienia pomiędzy oboma państwami zawartego w 1880 r., - Chinese Exclusion Act z 1882 r. - zabraniający migracji robotnikom z Chin i ustanawiający obowiązek noszenia certyfikatu potwierdzającego ich status, - poprawka z grudnia 1884 r. do ustawy z 1882 r. - w myśl której objął ów akt nie tylko nowych imigrantów ale i wszystkich robotników chińskich w USA. Dyplomaci amerykańscy mieli weryfikować dane w dokumentach wystawionych przez chińską administrację (dotyczącą statusu zawodowego). Zaostrzono definicje kupca wyłączając z tej grupy: domokrążców, handlarzy i pracowników z branży przetwórstwa rybnego, - poprawka z września 1888 r. - unieważniono prawo powrotu do Ameryki robotnikom chińskim zamieszkującym w USA już wcześniej, za wyjątkiem tych którzy pozostawili w USA dziecko, żonę lub rodzica, pozostawili mienie o minimalnej wartości 1000 dolarów (bądź mieli w tej wysokości długi). W myśl tej regulacji odmawiano prawa wjazdu wszystkim za wyjątkiem: urzędników, nauczycieli, studentów, kupców i turystów, - Scott Act z 1888 r. - unieważniający certyfikaty przeszło 20 000 Chińczyków, mieszkających już w Stanach a przebywających akurat w swym ojczystym kraju, - Geary Act z 1892 r. - wprowadzenie tej ustawy związane było z tym, że zbliżała się data końca obowiązywania Chinese Exclusion Act, w myśl nowej regulacji wykluczenia w imigracji miały obowiązywać do 1902 r., przy okazji zaostrzając przepisy meldunkowe i nakazując noszenie stosownych dokumentów (ze zdjęciem) przy sobie. Ta ustawa nadwyrężyła już cierpliwość Chińczyków i Chinese Six Companies (huìguăn) wynajęły prawników by ci w ich imieniu w sądzie podważyli konstytucyjność tej regulacji, jednocześnie wzywając by Chińczycy nie rejestrowali swych certyfikatów. Stowarzyszenia te organizowały przejazdy Chińczyków do USA, ułatwiały podjęcie pracy (przy okazji ściągając za to niezły haracz) i reprezentowały ich przed władzami stanowymi i federalnymi. Ostatecznie swą batalię sądową przegrali, pojawił się jednak problem gdyż jedynie nieco ponad 3 000 Chińczyków zarejestrowało swe certyfikaty i rząd USA stanął przed problemem perspektywy zorganizowania deportacji około 80% chińskiej populacji w USA. Ponieważ gros Chińczyków przebywała w Kalifornii znaleziono rozwiązanie, jeśli nie salomonowe to przynajmniej sprytne i pozwalające zachować władzom federalnym twarz. Wprowadzono McCreary Amendment (w 1893 r.) o pół roku przedłużający czas rejestracji certyfikatów, a choć sąd federalny Kalifornii wydał nakazy deportacji to po prostu Kongres nie desygnował na ten cel żadnych funduszy. Przy okazji poprawki Jamesa Bennetta McCreary'ego znów przemycono jednak kolejne obostrzenia, m.in o prawo do imigracji nie mogli się ubiegać górnicy czy... właściciele pralni. W 1898 r. restrykcjami z Chinese Exclusion Act objęto przyłączone Hawaje a w 1902 r. na wszystkie wyspy w posiadaniu Ameryki, w tym na Filipiny, a w 1904 r. ustalono, że rygory tej ustawy mają obowiązywać bezterminowo. Wreszcie mamy Immigration Act z 1917 r. była to już ustawa, która nie dotyczyła jedynie tylko Chińczyków. /za: M. Paliszewska-Mojsiuk "Historia imigracji Chińczyków do Stanów Zjednoczonych - druga fala", "Gdańskie Studia Azji Wschodniej", 2018, z. 14/ Skąd ta szczególna obawa przed chińskimi emigrantami? I dlaczego akurat pralnie?
  17. Pod Ulm ...

    Dość interesujące przeniesienie sensu owej rymowanki, gdyż w środowisku, o którym pisałem, nie mieliśmy wątpliwości, że chodzi o Polaków, a nie Austriaków (kimkolwiek by oni mieliby być). Ciekawiła mnie i wówczas pewna niespójność, gdyż pod Ulm i Austerlitz oddziałów polskich, o ile wiem, nie było, a żołnierzy narodowości polskiej zdecydowanie więcej było w wojskach austriackich, niż francuskich. Pod Wagram było zgoła inaczej - wprawdzie pułk lekkokonnych był polski z nazwy, ale nie z żołdu, ale wojska polskie w tamtej wojnie miały swój znaczący udział. Wagram pewnie był pewnym ukłonem dla historii przy adaptacji tekstu do nowego znaczenia, ale Ulm i Austerlitz pozostały dla rymu. Najwyraźniej nie tylko my lekceważyliśmy prawdę historyczną, gdyż z kolei pod Jeną nie było wojsk austriackich. Zaiste wątpię w istnienie tegoż kręgosłupa ideologicznego, choć może istniał ideowy, oparty na przekonaniu, że skoro w systemie socjalistycznym przyszło nam się urodzić, żyć i przyjdzie - w naszym przekonaniu - nam umrzeć, to trzeba go czynić jak najbardziej znośnym, jak się da. No cóż - diagnoza okazała się być błędna, a o skutkach terapii można dyskutować, ale już raczej nie w tym wątku. Ps. Wersja z dupą się też pojawiała, ale raczej pod koniec imprezy.
  18. II WŚ - ciekawostki

    Owszem, ale w swoim tekście zaznaczyłem wyraźnie że Morozow był (prawdopodobnie) najstarszym kombatantem regularnej armii. Wasyli Tałasz był zaś członkiem oddziału partyzanckiego.
  19. Czy można było zapobiec II Wojnie Światowej?

    Regionalizmy, odrębności (także językowe), niesnaski (nawet w obrębie jednego landu - vide "szorstka przyjaźń" Bawarii i Frankonii) były i są czymś oczywistym, o czym zresztą pisałem: Natomiast - w mojej ocenie - niemiecki wariant zastosowania maksymy "E pluribus unum", podlany sosem XIX-wiecznego ogólnoniemieckiego nacjonalizmu, był na tyle silny, że wszelkie (teoretyczne) poprzedniczki planu Morgenthaua z lat po I-ej wojnie światowej nie miały szans na długotrwałość.
  20. Pod Ulm ...

    Tu akurat Bruno nic nie rozjaśni, gdyż autor tej pięknej (w każdej wersji) pieśni jest mu nieznany. Nie spotkałem się z nią także przy okazji czytania dzieł Haszka, czy też różnych wykazów tego, co w jego dziełach śpiewano. Np.: https://www.svejkmuseum.cz/Pisnicky/zpevnik.htm. A przynajmniej - nie pamiętam takiego spotkania. Jest jednak oczywiste, że mogłem coś przeoczyć, a znając tryb życia i pracy Haszka - niczego przecież wykluczyć nie można.
  21. II WŚ - ciekawostki

    Starszy o 10 lat był Дзед Талаш, ale akurat w jego przypadku dosyć trudno odróżnić prawdę od fikcji (i propagandy). Zob. https://ru.wikipedia.org/wiki/Талаш,_Василий_Исаакович
  22. Polemizowanie z anonimowym autorem wydaje się być cokolwiek trudne, zatem pozostańmy przy konstatacji, że wedle euklidesa ze wstępu pióra XYZ wynika iż rzeczony Quincey wygłaszał prelekcje przed tym stowarzyszeniem, w tym prelekcję o morderstwie jako sztuce. A jednak pośród setki rożnych badaczy jego twórczości nie znajdziemy takiego, który by tak twierdził. Radzę jednak przeczytać euklidesowi i wstęp i przypisy dokładniej wtedy może zrozumie swój błąd. Nie wiem w jakim świecie żyje euklides, ale w tym innym jak ktoś się pyta z jakiego wydania korzystał to nie chodzi o jedynie o nazwę wydawnictwa i jego adres, tylko o: tytuł, rok wydania, wydawnictwo i ewentualnie o tłumacza czy redaktora. No to mógłby nam euklides zacytować ten fragment. No to proponuję się dowiedzieć by nie tkwić w błędnym przekonaniu jak to było w przypadku znaczenia terminu nihilizm czy zakresu badań w fenomenologii. Można jaśniej? To do tej pory nie stworzono w pracach z zakresu teorii literatury reguły jak powinien zaczynać się esej, bez wątpienia świat literaturoznawców z utęsknieniem czeka na propozycje euklidesa. To na jakiej podstawie euklides napisał: "autorzy z niższych półek (do jakich ja niestety muszę się ograniczyć), nawet francuscy, powołują się w tym przypadku jednak na Quincey". Wie euklides że się powołują, wie że to byli autorzy z niższych półek, wie że powoływali się w konkretnym kontekście... ale nie wie co takiego napisali. Zaiste godna polecenia metoda potwierdzania własnych słów. Czyli jak wielki filozof; przynajmniej według euklidesa; i przypadkiem Francuz, uzasadnia że morderstwo można rozpatrywać jako kategorię estetyczną to euklides nie jest się w stanie wypowiadać, ale jak robi to Quincey; przypadkiem Brytyjczyk; to euklides popada w szok i jak najbardziej może się o tym wypowiadać.
  23. Nouvel Office d'Edition 4 rue Guisarde, Paris 6 Jednak autor przedmowy do książki Quincey pisze że Stowarzyszenie Znawców Morderstwa istniało i zbierało się za każdym razem jak tylko w jakiejś europejskiej gazecie pojawiła się informacja o morderstwie by je omówić. Jednak to nie w tym Stowarzyszeniu, Quincey wygłaszał prelekcje. O Stowarzyszeniu Znawców Morderstwa autor przedmowy (podpisał się jako XYZ) nie miał najlepszej opinii, twierdził że są to dyletanci i amatorzy w tej materii. Natomiast Quincey wygłaszał prelekcje w Stowarzyszeniu Dżentelmenów Amatorów. No i ja nie widzę niczego humorystycznego w tym. No nie wiem. Pierwszy rozdział tej książki zatytułowany jest Konferencja po czym pierwszym słowem tego rozdziału jest nagłówek "Panowie" a pod nim: Mam honor być mianowanym przez wasz komitet by wypełnić to trudne zadanie: wygłosić... itd. To tak się zaczyna esej? Zresztą i konstrukcja tej książki pozostawia wiele do życzenia bo zagadnienia są trochę pomieszane. Później już w dalszym ciągu autor mówi np. "celem naszego stowarzyszenia...". Tyle że trudno coś złego o tej książce powiedzieć, autor wie co pisze, zna temat i jest w niej sporo cytatów. Znowu Szanowny Secesjonista zabłysnął 12 cytatami, ja natomiast nie jestem w stanie przedstawić żadnego. zatem 12:0. Przygnębiające. Ale to dilettante in murder to nie odnosi się przypadkiem do owego Stowarzyszenia Znawców Morderstwa? (patrz wyżej) Translator potrafi wywijać numery. Ale ja na temat J.P. Sartre nie jestem w stanie się wypowiadać bo, już pisałem, jest to wielki filozof, niewątpliwie z górnej półki, zatem poza moim zasięgiem, czego bardzo żałuję. Nie jestem w stanie dokładnie na to odpowiedzieć i nie znam żadnych opracowań. Wiem że czasem wspominał o Quincey na przykład Apolinaire w bliższych nam czasach na przykład Pierre Nord. No nie wiem. Jest to pojęcie ze statystyki, czy z rachunku prawdopodobieństwa, chodzi współzależność 2 zmiennych. W tym przypadku należałoby policzyć ile osób tę książkę przeczytało (pierwsza zmienna) i liczbę popełnionych morderstw (druga zmienna). Otrzymalibyśmy wówczas wynik między -1 a +1 i wtedy można byłoby o czymś wyrokować.
  24. Skoro w tym jesteśmy zgodni, to może euklides poinformuje nas z jakiego to konkretnie wydania Quincey'a korzystał. Jakby to ująć... Society of Connoisseurs in Murder nigdy nie istniało, a Quincey nigdy nie wygłosił takiego "zbioru prelekcji" przed tym stowarzyszeniem ani żadnym podobnym. Pomylił euklides fikcję literacką z rzeczywistością, to nawet humorystyczne ale i nieco żenujące. Tekst miał pierwotnie (za życia Quincey'a) trzy różne odsłony. Pierwszy raz pojawił się na łamach lutowego wydania pisma "Blackwood Edinburgh Magazine" (z 1827 r.), w tymże samym piśmie w listopadzie 1839 r. ukazała się uzupełniona kontynuacja "A Second Paper on Murder Considered as One of the Fine Arts" (w formie listu skierowanego do redakcji pisma). Ostatnia wersja, najbardziej rozbudowana objętościowo ale i znacząco odbiegająca w treści od dwóch poprzednich tekstów pojawiła się jako "Postscript" (z 1854 r.). Bez wątpienia będziemy świadkami kolejnej rewolucji w wykonaniu euklidesa, który ze swadą uzasadni dlaczego do tej pory większość badaczy tak mocno się myliło określając ten tekst mianem: esej. Pozostańmy zatem przy konstatacji, iż tylko według niego nie jest on nim. Sam Quincey nie miał wątpliwości, że napisał esej: "A good many years ago, the reader may remember that I came forward in the character of a dilettante in murder. (...) Well, would you believe it? all my neighbors came to hear of that little aesthetic essay which I had published". /tegoż "On Murder Considered as One of the Fine Arts", Second Papers, 1839; tekst udostępniony na stronie wwnorton.com w ramach The Online Archive The Norton Anthology of English Literature/ Nie miało też takich wielu badaczy: "Mowa o eseju de Quinceya 'On Murder Considered as one of the Fine Arts' („O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych”) z roku 1827". /A. Gwarecka "Tajemnica obrazu. Czescy pisarze prowadzą śledztwo w świecie sztuki", "Forum Poetyki", nr 13, lato 2018, s. 16, przyp. 28/ "Thomas de Quincey, angielski autor doby romantyzmu, w jednym ze swych esejów zastanawia się nad pewnym zagadnieniem, którego kontrowersyjność ujawnia się już w samym tytule owych przemyśleń: 'On Murder Considered as One of the Fine Arts'". /M. Rozmysł "Zbrodnia jako dzieło sztuki? NA marginesie 'African Psycho' Alaina Mabanckou", "Zagadnienia Rodzajów Literackich", Vol. LXI, z. 3, 2018, s. 107/ "In 1854, in an essay entitled, 'On Murder Considered as One of the Fine Arts", Thomas de Quincey provided a graphic account of a crime that captured the imagination of London during the winter of 1812". /J. Malkan "Agressive Text: Murder and Fine Arts Revisited", "Mosaic. An Interdisciplinary Critical Journal", Vol. 23, No . 1, Winter 1990, s. 101/ "'On Murder Considered as One of the Fine Arts' (1827), the first essay in the collection, consists of De Quincey’s thoughts on two different approaches towards murder". /E. Ziomek "Aestheticization of Serial Killers in Contemporary Crime Literature and Film", "New Horizons in English Studies", 2018, s. 124/ "1827’s “On Murder Considered as One of the Fine Arts,” an essay which, I would argue, is just as important as the 'Confessions' in understanding De Quincey’s reception in France and his reputation among the Decadents". /R. Covelo "Thomas De Quincey’s 'On Murder Considered as One of the Fine Arts': Black Humour and the French Decadents", Tese apresentada ao Programa de Pós-Graduação em Literaturas de língua inglesa, da Faculdade de Letras da Universidade Federal de Minas Gerais, como requisito parcial à obtenção do título de Doutora, orien. prof. L.F. Ferreira Sá, UFMG - Janeiro 2019, s. 9/ "'Murder Considered as One of the Fine Arts" was not just a piece of morbid whimsy that Thomas De Quincey had spun out for readers of 'Blackwood's Edinbourgh Magazine' in 1827, it was a crucial document in his aesthetic theory. Critics such as Joel Black are right in observing that the essay elaborates the grim jest that even the most heinous of crimes can be appreciated as a work of art ('The Aesthetics of Murder, [1991], p. 15)". /F. Burwick "De Quincey and the Aesthetics of Violence" "The Wordsworth Circle", "The Wordsworth Summer Conference, 1995: A Selection Papers", Vol. 27, No 2, spring 1996, s. 78/ "Die genannten philosophischen Vorgaben wirkten denn auch machtvoll in die Kunst des 19. Jahr hunderts heinein, sie kulminieren in veritablen Um-Schreibungen des Grausigen zum Reizvollen, etwa bei Baudelaire, be Poe, aber auch bei Thomas de Quincey, der in einem berühmt-berüchtigten Buch den 'Mord als schöne Kunst' betrachtete (...) So in seinem berühmten Essay 'On Murder considered as One of the Fine Arts' von 1827". /S. Ring "'das hat mir echt mein kleines herz zerrissen'. Ammerkungen zur Rolle von Emotionen beim moralischen Urteilen im Spiel Grand Teft Auto IV", w: "Emotional Gaming. Gefühlsdimensionen des Computerspielens", " Hg. J. von Brincken, H. Konietzny, München 2012, s. 224 i przyp. 5/'. "... wie in Quinceys ironisch-satirischem Essay 'On Murder Considered as One of the Fine Arts'". /L. Vieweger "Die Inszenierung von Monstrosität im 19. Jahrhundert", Magisterarbeit Universität Leipzig 2009, München, GRIN Verlag; tekst dostępny na stronie: www.grin.com/document/160927/ "... romantische Schriftsteller de Quincey in seinem Essay 'On Murder Considered as One of the Fine Arts' empfiehlt, sondern das Töten erscheint von vornherein als künstlerische Performanz. Zeremonienmeister ist eine Figur, die sich selbst beständig inszeniert und ironisch kommentiert". /G.J. Lüdeker "Grundlagen für eine ethische Filmanalyse Figurenmoral und Rezeption am Beispiel von TROPA DE ELITE und DEXTER", "RabbitEye" Zeitschrift für Filmforschung, 1, 2010, s. 50/ "Wer auf diesem Sektor arbeitet, tut gut daran, sich Thoma s de Quinceys zu erinnern, der in seinem Essay „Murder Concidered as One of the Fine Arts" (182 7 - 1854) das Grauen durch ästhetische und ökonomische Kategorien zu meistern wußte". /R. Berger "Destruktion des Weiblichen. Zum Verhältnis von künstlerischer Freiheit und sexueller Integrität Eine Stellungnahme", "Kritische berichte", 2, 1982, s. 24/ W czym się powołują, bo niezbyt zrozumiałem o czym euklidesa napisał. Z chęcią poznam tak z nazwiska, tytułu opracowania czy książki, tych autorów i co takiego interesującego napisali. A uwagi względem tekstu Sartre'a to chyba nie zrozumiał euklides, skoro Quincey zszokował go swym tytułem to i francuski autor powinien go zszokować jako że podtytuł swego eseju zaczerpnął właśnie od Quincey'a i nawet go uzasadniał... chyba że euklides ma dwie miary: jedną dla Francuzów drugą dla innych. Rozumie jednak euklides, że korelacja to nie jest związek przyczynowo-skutkowy?
  25. Pierwsze zapałki

    Problem z wynalazkiem Pascha był stopień skomplikowania produkcji, powszechniejsze pojawienie się "prawdziwie bezpiecznych" zapałek możemy raczej datować dopiero od czasu badań Antona Schrötteara von Kristelli'ego (z 1847 r.) nad wydzieleniem czerwonego fosforu. Wcześniej zapałki mogły się zapalić przez pocieranie o jakąkolwiek chropowatą powierzchnię, co ja bym uznał za cechę raczej niezbyt bezpieczną. Po odkryciu austriackiego badacza bracia Lundström zastosowali w produkcji jego pomysł, a umieszczając fosfor w drasce sprawili, że zapałki nie mogły zostać przypadkowo zapalone. "Schrötter separated red phosphorus and measured many of its properties. The most important result was that it could be kept in contact with air without alteration. It was insoluble in carbon disulphide, alcohol, ether, PCl3, turpentine, and naphtha. Heating it under a liquid caused the colour to change from red to strong violet. It reacted with chlorine to produce PCl3 and PCl5 at room temperature, an exothermic reaction but without light effects. It was attacked by aqueous chlorine forming HCl and phosphoric acid, sulphuric acid, diluted or concentrated, did not react at room temperature but did at its boiling temperature, releasing SO2 . The amorphous phosphorus was easily attacked by nitric acid with release of gases. Mixed with potassium chlorate it detonated violently, producing light. Schrötter concluded that the chemical reactivity of amorphous phosphorus was weaker that that of ordinary phosphorus; it combined with release of light, but less energetically than ordinary phosphorus. It combined with oxygen, by friction or heat, to produce a large number of oxygenated derivatives, with release of light. All these characteristics, including low its hygroscopicity and lesser flammability suggested its possible use in the manufacture of matches and percussion weapons. The only disadvantage was the difficulty in preparing it in a large-scale. In due time his prediction became true: In Sweden the Lundström brothers, developed and sold a safety match in which white phosphorus was replaced by red phosphorus, the phosphorus being confined to a strip on the box and the oxidizer was used to tip the matches. Such safety matches could only be ignited by striking on the box, while earlier matches could be struck anywhere on a rough surface". /J. Wisniak "Phosphorus-From Discovery to Commodity", "Indian Journal of Chemical Technology", Vol. 12, January 2005, s. 114/ Szerzej o badaniach Schrötteara: M. Kohn "The discovery of red phosphorus (1847) by Anton von Schrötter (1802-1875)", "Journal of Chemical Education", Vol. 21, Iss. 21, November 1944.
  26. Właśnie o to chodzi. Co do czytelników to należałoby znaleźć jakieś korelacje między wydaniami jego książki a liczbą popełnianych morderstw ale nie to jest tu najważniejsze bowiem książka ta napisana została na podstawie prelekcji wygłoszonej na konferencji „Stowarzyszenia Gentlemenów Amatorów”. Jednak nie należy dać się wprowadzić w błąd tą niewinną nazwą bo owo Stowarzyszenie powstało, tak jak inne analogiczne, po to by wspierać prawdę i rozpowszechniać nowe idee, czyli bardziej siłą rzeczy niż z czyjejś inicjatywy. Stawiało sobie za cel by ludzie zaczynali dostrzegać w udanym morderstwie coś więcej niż dwóch idiotów, czyli tego który zabija i tego który ma być zabity, oraz jakieś dodatki takie jak nóż, sakiewka, ciemna uliczka. By dostrzegali jeszcze: plan, zbieranie danych, światło i cień, poezję i uczucia, a zatem to do czego idioci nie są zdolni. Zatem mamy tu do czynienia nie z czytelnikami ale z aktywistami którym zapewne nie zależało na jawności zatem skutek ich działalności katastrofalnym mógł/może być. Można powiedzieć że początkiem rozumowania autora jest teza że powszechną jest skłonność by morderstwa oceniać pod kątem nie tylko krytycznym ale również estetycznym. Posługuje się tutaj analogią z pożarem który można na pewno traktować jako temat obrazu, choćby w scenach batalistycznych, zatem niewątpliwie jako dzieło sztuki. No bo jeżeli na przykład zostaniecie przywołani by zobaczyć pożar to pierwszym waszym odruchem będzie niewątpliwie niesienie pomocy w jego gaszeniu. Jednak pole działania jest w tym przypadku ograniczone a poza tym wkrótce zostanie zajęte przez specjalistów należycie do tego wyposażonych i wyszkolonych. Co prawda gdy mamy do czynienia z ogniem pochłaniającym własność prywatną to odczuwana dla sąsiada litość nie pozwala na początku by rozkoszować się tym widowiskiem. I tu już pierwsze zastrzeżenie, że przecież pożar artystyczny może ograniczyć się tylko do budynków publicznych (ale nie musi). W każdym razie jak tylko spłaciliśmy daninę wyrażenia żalu z powodu takiego nieszczęścia to stajemy się wrażliwi na stronę widowiskową pożaru i wówczas w pogrążonym w ekstazie tłumie dają się słyszeć okrzyki typu „To wspaniałe” „To cudowne” na co są przykłady. Dokładnie tak ma się sprawa z morderstwami bo i w tym przypadku po tym jak spłacimy daninę wyrażenia żalu za tych co zginęli i kiedy wreszcie czas weźmie górę nad osobistymi interesami to nieuchronnie zaczynamy zwracać uwagę na sceniczne szczegóły i je oceniać. Porównuje się jedno morderstwo z drugim, szuka się oznak wyższości jednego nad drugim na przykład pod kątem efektu zaskoczenia, pod kątem utrzymania tajemnicy itp. Na poparcie swoich tez autor posługuje się przykładem empirycznym, opisuje ogromny kataklizm do jakiego doszło w Liverpoolu kiedy to spłonęło tam Goree, ogromne magazyny liczące 7-8 pięter wypełnione niezwykle palnymi towarami (bele bawełny, korce zboża, smoła, terpentyna, rum, proch strzelniczy itp.) a do tego jeszcze wiał wiatr wzmagający ogień. Wydawało się że płomienie strzelają do niebios. Pożar trwał przez dużą część nocy i wszystko spłonęło tam do fundamentów a wiatr rozniósł jego ślady na 18 mil po okolicy. Nazajutrz można było w tej strefie znaleźć np. nasączone rumem płatki bawełny. Całe bydło będące na polach w promieniu 18 mil drżało z trwogi i niepokoju. Oczywiście świadkowie tego widowiska interpretowali ten widok jako gigantyczne nieszczęście które spadło na Liverpool i wszędzie lamentowano. Jednak te lamenty w niczym nie przeszkadzały wybuchom zachwytu gdy następowały nagłe eksplozje i w niebo strzelały różnokolorowe race to je oświetlające, to pogrążające je w ciemnościach. Tak jest z morderstwami . Gdy widzowie spłacą swój trybut wyrażania żalu, zgrozy i współczucia dla tych których ten kataklizm dotknął to wtedy następuje zachwyt nad efektami scenograficznymi, porównuje się jedno morderstwo z drugim, na tej podstawie ocenia się które stało na wyższym poziomie na przykład pod względem zaskoczenia itp. Oczywiście w czasie dokonywania morderstwa dochodzi do różnych incydentów i zakłóceń których żaden artysta nie jest w stanie przewidzieć i które powodują że nie może on do końca przeprowadzić swojego planu. Ludzie nie godzą się żeby im spokojnie poderżnięto gardło: uciekają, rzucają się, gryzą… Jeżeli malarz portrecista skarży się na zbytnią inercję swego obiektu to artysta będący przedmiotem naszych rozważań (morderca) na zbytnie jego ożywienie. Jednak ta charakterystyczna dla morderstwa cecha polegająca na drażnieniu i pobudzaniu jego obiektu, chociaż bardzo krępuje artystę, ma również pewne dobre strony bo, ogólnie rzecz biorąc, przyciąga powszechną uwagę, czego nie można lekceważyć, a także dlatego że pozwala ujawnić pewne ukryte zdolności zarówno po jednej jak i po drugiej stronie. No właśnie, inteligentny czytelnik chciałby się dowiedzieć bliżej o co w takim tytule chodzi i poprosiłby kilka słów wyjaśnienia. To się nazywa refleksja. To nie jest esej. To jest zbiór prelekcji wygłoszonych na zebraniu mocno podejrzanego Stowarzyszenia. Zresztą książka nie zawiera chyba ich wszystkich bo na przykład w pewnym momencie autor poruszył mordy polityczne ale też zaznaczył że powie o nich więcej gdzie indziej a w tej książce jest o tym niewiele. No zdaje mi się że, Szanowny Secesjonista, wymienił tu autorów z bardzo wysokiej półki (J.P. Sartre). Ja tak wysoko nie aspiruję ale autorzy z niższych półek (do jakich ja niestety muszę się ograniczyć), nawet francuscy, powołują się w tym przypadku jednak na Quincey. Poza tym nie należy w żadnym wypadku tej książki zaliczać do czarnego humoru. Prawda że autor czasami posługuje się humorystycznym językiem ale przecież nie on jeden pisze z odrobiną humoru o rzeczach wręcz dramatycznych. No bo co na przykład może mieć wspólnego z jakimkolwiek humorem opis zamordowanego w kołysce 8-miesięcznego niewiniątka.
  27. Pod Ulm ...

    Zaiste bardzo ugrzecznione i bogoojczyźniane było to towarzystwo, większość ludzi pamięta ten kuplet w wersji mniej cenzuralnej. A wersja zapamiętana przez janceta nieco wypacza sens tej piosenki. Wersji; jak to z piosenkami zaadaptowanymi przez studentów, harcerzy, żołnierzy, uczestników rajdów; było wiele,: "Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz...", "Pod Jeną, pod Ulm, pod Austerlitz...", większość podanych wersji zamiast frazy: "krwi laliśmy"/"krew przelewamy" miało: "braliśmy w dupę"/"w dupę bierzemy". W miejsce : "braliśmy" pojawiało się też: "Austriacy brali". Sens tej piosenki o tyle jest wypaczony, że w podanej tu wersji mamy w zasadzie dumne wyznanie o daninie krwi, gdy tymczasem miała być piosenka/rymowanka wykpiwająca armię austriacką. Skąd się wzięła? W sieci niektórzy podają, że wersja oryginalna ma być pióra samego Jarosława Haszka; ja bym powiedział, że raczej: przezeń przekazana; ale bez wskazania źródła gdzie miałby to uczynić. Tu może Bruno coś rozjaśni. Pomijając wiele mniej lub bardziej anonimowych internetowych przekazów głównie o charakterze wspomnieniowym dotyczących tego kupletu, nieco wiarygodniejsze źródła informacji wskazują, że tekst ten znany był w dawnej Galicji. PWN podaje przykład użycia z KJP, zaczerpnięty z pisma "Świat i Podróże" (nr 12, 1995): "... nieduże miasteczko, w pobliżu którego na wzgórzu Prace /Pratzen/ 73-tysięczna armia napoleońska zwyciężyła 99-tysięczną armię rosyjsko-austriacką. "Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz, braliśmy w d... nie mówiliśmy nic, bo taką naturę od Boga już mamy, że w d... bierzemy i nic nie gadamy" - krążył w Galicji ośmieszający Austriaków wierszyk". Potwierdza to Leszek Mazan, nazywany szwejkologiem i krakauerologiem, który w tekście "Zeszyt do hemii" napisał: "Bo cóż np. lepiej nauczy historii XIX-wiecznych wojen niż powtarzany do dziś wierszyk prapradziadków: „Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz/ Brała Austria pod [sic!] dupie, nie gadała nic/Bo my, Austriacy, taki zwyczaj mamy/Że w dupę bierzemy i nic nie gadamy”?". /tekst dostępny na stronie: dziennikpolski24.pl/ "JENA, ULM, AUSTERLITZ, miejscowości znane ze zwycięstw napoleońskich, upowszechnione w popularnym w Galicji, osobliwie w kręgach niższych oficerów, dwuwierszu: 'Pod Jeną, pod Ulm, pod Austerlitz / Brała Austria po dupie...". /M. Czuma, L. Mazan "Austriackie gadanie czyli encyklopedia galicyjska", Kraków 1998, b.p., ed. elektron./ Podobnie podaje Stanisław Grodziski: "Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz, braliśmy w dupę, nie mówiąc nic, bo my Austriacy taki zwyczaj mamy, że w dupę bierzemy i nic nie gadamy (z popularnej lwowskiej piosenki ulicznej)". /tegoż "W królestwie Galicji i Lodomerii", Kraków 1976, b.p., ed. elektron./ Juliusz Dankowski w swej powieści historyczno-sensacyjnej, której fabuła toczy się w dobie wojny rosyjsko-tureckiej (w 1877 r.): "... pojawiał się maszerujący oddział, grupy wyrostków skandowały szyderczo w rytm jego kroków: pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz Braliśmy w dupę, nie gadając nic. Bo my, Austriacy, taki zwyczaj mamy". /tegoż "Odprawa posłów tureckich", Warszawa 1992, b.p., ed. elektron./ Wątek galicyjski pośrednio potwierdza pośrednio pojawienie się tej rymowanki u Romana Iwanyczuka, ukraińskiego autora powieści historycznych. W powieści "Вода з каменю. Саксаул у пісках" główny bohater kontynuuje dzieło Markijana Szaszkewycza, ukraińskiego poety który bronił język ruski przed polonizacją i starał się budzić ukraińską samoświadomość. Fragment ten pojawia się w rozdziale pierwszym, który rozpoczyna się wydarzeniami roku 1830: "Вмент вишикувались у маршову колону, яку очолює щасливо усміхненений Ясьо Сакрамент; він, затиснувши під ахвою скрипку і міняючи крок, раз у раз підстрибував, щоб увійти у маршовий ритм жовнірів (...) Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz! Bierzemy w dupę nie mówiąc nic, Bo my, Austriacy, taki zwyczaj mamy Że w dupę bierzemy i nic nie gadamy". /tamże, Xаркив 2008, b.p., ed. elektron./ Co do tego dlaczego akurat ta rymowanka towarzyszyła tym rytuałom - to już trudno powiedzieć nie znając bliżej miejsca i uczestników. Samo "walenie" to nic innego jak powtarzanie obyczajów burszowskich korporacji akademickich z czasów II RP (i wcześniejszych). Skoro były to spotkania członków SZSP to nieco wątpliwym wydaje się kręgosłup ideologiczny tychże członków, zważywszy na propagowany w PRL obraz dawnych korporacji studenckich.
  28. Earlier
  29. Pod Ulm ...

    Tak jakoś mnie wspomnienia naszły... W moich studenckich latach, generalnie - początek lat osiemdziesiątych, w środowisku Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, do którego należałem, co z dumą oświadczam, dość popularny był wiersz, czy może tylko rymowanka: Pod Ulm, Wagram, pod Austerlitz, krwi laliśmy dużo, nie mówiliśmy nic. Bo taką naturę od Boga już mamy, że krew przelewamy i nic nie gadamy! Towarzyszył temu pewien rytuał. Oczywiście, działo się to mocno po pijaku, a rytuał polegał na tym, że w rytm recytacji walono pięściami w stół, mocno, bardzo mocno. Do bólu. Przy czym rytuał miał jakiś sens wspólnotowy, tego się nie robiło z byle kim, to oznaczało jakiś wyższy stopień wtajemniczenia. Wujek google nie dal żadnych sensowych wyników, ale może ktoś z Was wie, co to za tekst i jaka może być geneza tego rytuału
  1. Load more activity
×

Important Information

Przed wyrażeniem zgody na Terms of Use forum koniecznie zapoznaj się z naszą Privacy Policy. Jej akceptacja jest dobrowolna, ale niezbędna do dalszego korzystania z forum.