Razorblade1967

Użytkownicy
  • Zawartość

    638
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    4

Ostatnia wygrana Razorblade1967 w Rankingu w dniu 3 Czerwiec

Razorblade1967 posiada najczęściej lubianą zawartość!

Reputacja

5 Neutral

O Razorblade1967

  • Tytuł
    Ranga: Doktor
  • Urodziny 05/01/67

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    Inna

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Lokalizacja
    Bydgoszcz
  • Zainteresowania
    Broń strzelecka
  1. Przy czym to akurat prędkość maksymalna ma znaczenie w przypadku samego starcia lub chęci uchylenia się od samego starcia - w przypadku poszukiwania i blokowania możliwości operowania "rajderów" na danym akwenie będzie miała znaczenie prędkość ekonomiczna i osiągany przy niej zasięg pływania. Bismarck miał zasięg 9300Mm przy 16w, w Tirpitz przy tej samej prędkości 10200Mm i fakt, że miały o 1-2 węzły większą prędkość maksymalną niewiele dawała wobec zasięgu 15000Mm przy 10w oraz 3200Mm przy bardzo wysokiej prędkości 27w dla typu KGV. I nie pomijałbym tej "całej reszty", bo o ile stare pancerniki typu Queen Elizabeth i Revenge faktycznie w takim przypadku mogłyby "tylko eskortować" konwoje - ale to wystarczało by nie dopuścić do ataku na konwój, bo przy takich rajdach jak już wspomniałem wdawanie się w równorzędną walkę artyleryjską było wysoce niewskazane. Jednak taki Nelson i Rodney choć mające prędkość maksymalną tylko 23,5w to jednak przy 12w mogły pokonać 14300Mm. Oczywiście wyższa maksymalna prędkość pozwoli od wali się uchylić, ale to nie zmieni faktu - że mająca przewagę liczebną flota brytyjska mogla skutecznie zablokować takie działania... szczególnie, że jeszcze mogła do zespołów pancerników dodać jakieś lotniskowce co jednak pewne możliwości jednak zwiększyć.
  2. Problem w tym, że osłona nawet jednego pancernika faktycznie zabezpieczała konwój... W sytuacji samotnych (jeden, dwa okręty - a nie zespoły okrętów) "rajdów" na oceanie (z dala od baz własnych i bez możliwości wsparcia) nie można było się wdawać w pojedynki z równorzędnymi okrętem osłony konwoju. Były to zbyt ryzykowne, bo nawet wygrana walka nie oznaczała braku odniesionych uszkodzeń - co finalnie skończyłoby się dla takiego okrętu źle... szczególnie, że przeciwnik miał jednak sporą przewagę liczebną we flocie. Można było zniszczyć stosunkowo słabą osłonę konwoju i co za tym idzie też statki konwoju, ale nie można było się wdawać w pojedynki z silną eskortą konwoju. Czas potrzebny na walkę z równorzędnym przeciwnikiem i tak powodował rozproszenie się konwoju oraz konieczność potem ewentualnego pojedynczego ich wyszukiwania (czyli żaden zysk - bo zadaniem było przecięcie linii zaopatrzenia, a nie walka z flotą przeciwnika), a jednocześnie ewentualne uszkodzenia (nawet walcząc 2 przeciw 1 można takowe odnieść i w sumie zwykle tak będzie... trudno liczyć, że przeciwnik trafień nie osiągnie) w sumie kończyły misję definitywnie... nawet jak nie zagrażają pływalności okrętu - w najlepszym razie można spróbować wrócić do bazy, ale przeciwnik już o tym wie będzie się starał temu zapobiec, a jego przewaga liczebna mu w tym wydatnie pomoże.
  3. Racja Speedy... tak to jest jak człek co innego myśli, a co innego pisze. Mea culpa...
  4. Bazowałem do publikowanych wynikach testów tej amunicji w żelatynie oraz na dostępnych danych dotyczących ich działania na twarde przeszkody. Nie wiem też czy to "koziołkowanie" jest takie korzystne... zwiększa co prawda nieco obrażenia, ale jednocześnie taka tendencja pocisku może mieć wpływ na zmianę jego kierunku lotu przy przejściu nawet przez niewielką "przeszkodę". Defragmentacja pocisku po pewnym odcinku penetracji (jak w 5,56mm x 45) wydaje się być jednak skuteczniejszym rozwiązaniem.
  5. A czy gdy wodowano wiele innych pancerników to czy przypuszczano, że faktycznie ich rola na wojnie będzie ograniczona do nielicznych (w stosunku do wielkości flot) przecież starć z flotą przeciwnika, a zdecydowanej większości przypadków będą pełnić role osłonowe dla zespołów okrętów i konwojów z zaopatrzeniem (wojskiem itp.) lub pełnić rolę pływających baterii? Tak jak napisał Secesjonista - wiele działań na morzach to "szachowanie" przeciwnika. Nie można rzucić własnych okrętów przeciwko liniom komunikacyjnym przeciwnika bo osłaniają je okręty przeciwnika, a wymiana "zatopień" jakoś nie zawsze jest opłacalna. I odwrotnie - trzeba utrzymywać w danym miejscu swoje silne zespoły z dużymi okrętami by przeciwnik nie mógł użyć swoich. Tym samym państwa mocno uzależnione od morskiej komunikacji muszą budować i utrzymywać (a to jednak bardzo kosztowne) odpowiednią ilość okrętów by ochronić swoją komunikację, przeciwnik może posiadać takich okrętów mniej (jeśli wartość komunikacji morskiej nie jest dla niego aż tak ważna), ale ich istnieje będzie zmuszało przeciwnika do budowania i utrzymywania w służbie większej ilości jednostek podobnej klasy. Tym samym środki przeznaczone na ich posiadanie i utrzymywanie nie pójdą w inne miejsce. Brytyjczycy byli zmuszeni do utrzymywania silnej floty by broni swoje linie komunikacyjne, przed o wiele mniej liczną flotą przeciwnika, bo nigdy nie wiadomo gdzie przeciwnik się pojawi i w którym miejscu zagrozi. Oczywiście Niemcy wojnę o przerwanie brytyjskich linii komunikacyjnych przegrali jak i całą wojnę, ale okręty liniowe były jednym z elementów zmuszania przeciwnika do wysiłku wojennego. Tak jak napisałem wcześniej... naprawdę trudno "zmierzyć i zważyć" owa "opłacalność" posiadania dużych okrętów przez Niemcy tak jak i trudno "zmierzyć i zważyć" ile Brytyjczyków "kosztowała" konieczność utrzymywania dużej floty by uniknąć zagrożeń swoich linii komunikacyjnych oraz "co by było gdyby" nie musieli tych środków na to przeznaczać w takim wymiarze.
  6. Jeżeli coś jest pasją to raczej trudno odczuwać to jako czas stracony...gdyby tak było to oznacza to, że to coś pasją nie jest. Czy realizacja pasji odbywa się kosztem różnych "życiowych" spraw? Oczywiście, że tak.. moja "dziedzina" to broń historyczna, trudno o zdobycie o niej wiedzy bez odpowiedniej praktyki z tymi przedmiotami, no ale strzelanie (szczególnie z niewspółczesnej i na strzelnicach rzadkiej zwykle broni) jest kosztowne - a więc odbywa się kosztem wydatków na inne rzeczy w życiu (inna sprawa, że kilkanaście opublikowanych artykułów dało mi pewną choć w niewielkim procencie rekompensatę finansową) i nic w tym dziwnego. Zresztą z literaturą podobnie - wszak można by w życiu znaleźć inne zastosowanie na wydane na książki pieniądze. Tylko, że ponieważ to pasja czyli coś w życiu ważniejszego niż praca. Praca jak nie ta to inna (a pasja to zwykle coś na całe życie), a w końcu to praca służy tylko i wyłącznie zarabianiu pieniędzy... m.in po to by je właśnie wydawać na swoje hobby itp. Pewnie gdyby nie czas poświęcany na hobby/pasję to oczywiście mógłbym więcej pracować (jaki to w końcu problem jakąś dodatkową fuchę złapać...) tylko wtedy nie miałbym czasu na hobby czyli po co te dodatkowe pieniądze? Po to by sobie kupić jeszcze większy telewizor i się w niego bezmyślnie gapić? Bez sensu... to przecież właśnie pasja nadaje sens życiu i powoduje, że nie zachowujemy się jak roboty czyli spać, pracować, żreć, spać, pracować... itd. Jak dla mnie raczej czas bez pasji/hobby byłby czasem w życiu straconym.
  7. I większość pancerników używanych w okresie DWS nic nie zatopiła... albo niewiele - a jednak je budowano, bo trudno było przewidzieć "jak będzie", a poza tym "trzeba" było je mieć, bo miał je przeciwnik. Skoro mowa o "ekonomii" dużych okrętów i w temacie dot. "wojny krążowniczej" to jakby tak policzyć duże okręty wojenne "ekonomicznie" wypadły słabo... znacznie bardziej "ekonomiczne" (w sensie zatopień statków) były wysyłane na oceany krążowniki pomocnicze. Bo ile kosztował taki uzbrojony statek handlowy, a ile razy więcej kosztował duży okręt wojenny? A tonaż zniszczonych statków wypada jednak na korzyść krążowników pomocniczych. Oczywiście z taką ciekawostką jak zatopienie "normalnego" i nowoczesnego przecież krążownika przez "Kormorana" (w sumie uzbrojony statek handlowy). Przy czym dyskusyjne jest bardzo czy flota służy do wzajemnego zatapiania się... jest to metoda walki oczywiście, ale tak naprawdę to flota służy do tego by utrzymać linie komunikacyjne oraz możliwość przerzutu wojsk czy przeprowadzania operacji desantowych czyli zajmowanie terenu przeciwnika oraz odwrotnie czyli do uniemożliwienia dokonywania tego samego przez przeciwnika. I to jest jej najważniejsza rola... Może nic nie zatopić, ale jak doprowadzi do sytuacji, że nieprzyjaciel nie będzie w stanie przerwać naszych linii komunikacyjnych czy nie będzie w stanie dokonać desantu na nasze terytoria to osiąga ten podstawowy sukces i realizuje zasadniczy cel swojego istnienia. Zatapianie się wzajemne flot nie jest celem samym w sobie... jest tylko jedną z metod chronienia swoich linii komunikacyjnych itd. W tym znaczeniu to duże okręty niemieckie sukcesu nie osiągnęły... nie udało się im przerwać linii komunikacyjnych nieprzyjaciela i nie udało im się zapobiegać by przeciwnik przerzucał swoje wojska droga morską.
  8. Jeśli brać tylko pod uwagę zatopienie przez te okręty innych jednostek to najbliżej "opłacalności" byłby Bismarck (zatopienie Hooda), Yamato już raczej nie bardzo (lotniskowiec eskortowy i 3 niszczyciele, a i to "do spółki"), a Tirpitz nie zatopił nic. Tylko czy można oceniać "opłacalność" okrętu tylko pod tym kątem? Jak mianowicie ocenić "opłacalność" gdy np. posiadanie danej jednostki zmusza nieprzyjaciela do utrzymywania własnych w odpowiedniej liczbie, jak ocenić koszty ponoszone wręcz na wybudowanie jednostek mających utrzymać "równowagę" (no tutaj akurat to jednak wydatki na projektowanie i materiały dla okrętów typu Montana raczej proporcjonalnie nie były równoważne... a i część środków, materiałów i uzbrojenia poszła potem na budowę lotniskowców typu Midway)? Dalej jak ocenić koszty operacji ponoszonych przez przeciwnika zmuszonego do kierowana własnych okrętów do zadań tylko dlatego, że istniało zagrożenie napotkania takiego okrętu? Dla przykładu - jak ocenić koszty osłony konwojów przez duże okręty wojenne tylko dlatego, że Tirpitz znajdował się w miejscu gdzie stanowił potencjalne zagrożenie dla konwojów? Do tego te koszty to nie tylko wydatki finansowo-materiałowe, ale też koszty niematerialne - skoro trzeba utrzymywać okręty w jednym miejscu "na wszelki wypadek" to nie można ich użyć w innym miejscu. I dalej jak ocenić koszty ponoszone na zatopienie takiej jednostki? Obawiam się, że kwestia "opłacalności" okrętu jest bardzo, bardzo złożona i wieloznaczna... Zawsze można było fundusze wydać lepiej... szczególnie z perspektywy czasu gdy "już wszystko wiadomo". Zupełnie inaczej to wygląda gdy się jednostki planuje i buduje, a przyszłe działania są jeszcze niewiadomą.
  9. W każdym środowisku ze znajomością języka w praktyce jest różnie... jak napisałem wcześniej w dużej mierze zależy to czy się języka używa czy nie. A do tego wyraźnie poruszono sprawę specyficznego języka techniczno-wojskowego. Sytuacja wcale się nie zmieniła... przy zmianie języka obowiązującego we współpracy z rosyjskiego na angielski. Wielu żołnierzy potrafi się porozumiewać dość swobodnie w normalnej rozmowie, ale "wymięka" gdy dochodzi do słownictwa fachowego, a szczególnie z jakiegoś wąskiego zakresu techniczno-wojskowego. To wymaga naprawdę dogłębnej znajomości pewnych zagadnień...wymaga studiowania odpowiednich materiałów fachowych itd. Często bywa odwrotnie... osobiście nie mam problemu z rozumieniem słownictwa zarówno rosyjskiego, jak i angielskiego w zakresie broni, którą się interesuję. Zrozumiem instrukcję na temat broni palnej, ale przyznam że miałbym problem z instrukcją urządzenia np. elektrycznego... inna dziedzina i już wymaga zdjęcia z półki "słownika technicznego". Język techniczno-wojskowy jest bardzo obszerny i często wystarczy by tematyka była niezgodna z naszą specjalnością i już jest problem. Inna sprawa, że chyba jak wszyscy wiemy (no ci którzy językiem obcym musza się czasem posłużyć), że łatwiej się rozmawia z osobą, która danego języka też się uczyła niż z taką, dla której to język naturalny... no chyba, że ktoś zna ten język obcy naprawdę perfekcyjnie, ale większość osób taka nie jest. Co wcale nie oznacza, że na niższych poziomach dowodzenia nie da się porozumiewać - kiedyś pewien sierżant francuski, mający przeszłość w LC wyjaśnił i zademonstrował, że aby dowodzić żołnierzem (i być dowodzonym) na niskim szczeblu wystarczy ok. 300 słów i zwrotów. Jednak aby porozumiewać się na wysokim poziomie techniczno-wojskowym wymogi są o wiele większe. O ile nie pamiętam by były jakieś większe problemy z porozumiewaniem się po rosyjsku na poligonach, ćwiczeniach czy "normalnych" rozmowach pomiędzy żołnierzami to jak najbardziej potrafię sobie wyobrazić sobie sytuacje, gdzie jakieś fachowe wykłady i uzgodnienia wymagają pomocy ludzi z naprawdę bardzo wysoką znajomością języka i to bardzo specyficznego. Tak było za czasów gdy obowiązywał rosyjski i tak było potem gdy przeszliśmy na angielski.
  10. Raczej wszyscy... choć oczywiście jak to z językami bywa na różnym poziomie. Przypominam, że rosyjskiego uczono wtedy od 5 klasy szkoły podstawowej i w szkole średniej. Oficerów ponadto jeszcze na szkołach oficerskich (oczywiście z naciskiem na słownictwo wojskowe, tak to się dzisiaj dzieje na kursach językowych w armii), a szkoły trwały 4 lata (akademie wojskowe 5 lat). Rosyjskiego uczono też na szkołach chorążych (tych 3-letnich, bo na 2-letnich czyli po średnim wykształceniu tylko pewnych zagadnień z terminologii wojskowej) - jako przedmiot obowiązkowy bez względu na specjalność.Jako podoficer zawodowy też nie miałem z tym problemu - maturę oczywiście zdawałem z rosyjskiego. Nie było w ówczesnej armii większych problemów z komunikacją w języku rosyjskim, tak samo jak dzisiaj nie ma w armii większych problemów w komunikacji po angielsku. Oczywiście wiele zależało od specjalności i funkcji żołnierza - bo to powodowało różny bieżący kontakt z tym językiem w praktyce. W praktyce nawet podoficerowie i szeregowi w różnym stopniu (zwykle tyle by się dogadać wystarczało) sobie z językiem rosyjskim radzili.... jakoś nie pamiętam by były problemy z komunikacją z żołnierzami Armii Radzieckiej przy okazji współdziałania, wizyt czy poligonów. Oczywiście byli i tacy co to ni w ząb po rosyjsku, ale i dzisiaj są tacy co to po "angelskiemu" to tylko "Thank you" i "Fuck you"... Nie wiem jak to było z NRD-owcami z NVA (jakoś tylko jednego spotkałem w czasach armii), ale pamiętam z czasów szkoły średniej, że z "cywilnymi" NRD-owcami dało się po rosyjsku porozumieć.
  11. Można wyczytać np; coś takiego: Co czwarty pułkownik w Ministerstwie Obrony Narodowej NRD pochodził z Wehrmachtu. 60 proc. oficerów w Departamencie Szkolenia miało "brunatną" przeszłość, co trzeci oficer lotnictwa był wcześniej podkomendnym Hermanna Göringa, 75 proc. oficerów marynarki pochodziło z Kriegsmarine. W wywiadzie wojskowym NRD 45 proc. oficerów zostało wyszkolonych przez Abwehrę. Taką statystykę, pochodzącą z archiwów STASI, zaprezentował na łamach tygodnika "Focus" profesor Michael Wolffsohn, wykładowca historii w monachijskiej Akademii Bundeswehry... Powszechnie się podaje, że podczas tworzenia NVA ok. 27% kadr pochodziło z WH... Te siły zbrojne utworzono w 1956 czyli w 11 lat po zakończeniu wojny, tak więc ludzie z doświadczeniami w WH nie byli jeszcze w wieku wykluczającą służbę wojskową, nawet w linii. W sumie to niby skąd mieli brać ludzi do wyszkolenia i dowodzenie żołnierzami tworzonych sił zbrojnych NRD, jak nie tych z doświadczeniami w WH? Inna sprawa, że NVA jakoś specjalnie nie wariowała z "odcinaniem się od WH" - tak jak to robiła teoretycznie Bundeswehra (teoretycznie bo z kadr po WH jak najbardziej też korzystali - co jest całkowicie logiczne). Wystarczy spojrzeć na umundurowanie i oznaczenia stopni w NVA - były przecież wyraźnie nawiązaniem do tradycji WH... i też w sumie nic dziwnego przecież. Przy okazji to aż się ciśnie na usta powiedzenie z PRL-u... Jak ten "biedny" Hitler miał wojnę wygrać, skoro w jego armii większość to byli kucharze, pisarze i sanitariusze. Było to nawiązaniem do tego, że przeciętny NRD-owiec na pytanie o swoją lub ojca/dziadka przeszłość wojenną deklarował wszem i wobec takie "bardzo bojowe" specjalności wojskowe w WH. A w kwestii wspólnych ćwiczeń.... To znałem w latach 80-tych oficera, który "wyleciał" ze stanowiska dowódcy pułku czołgów bo przy okazji jakiegoś "bankietu" po jakiś ćwiczeniach usłyszał pytanie od swojego odpowiednika z NVA - co by zrobił gdyby im (NVA) kazali interweniować w Polsce w 1981 (było to już po stanie wojennym). Odpowiedział z uśmiechem, że obróciłby lufy i ich "wystrzelał".... No i obaj panowie przy wódeczce wdali się w dyskusję specjalistów-pancerniaków kto co by zrobił, kto jak kogo by zniszczył, jakie kto miałby szansę etc. Taka sobie przyjacielska dyskusja fachowców przy kielichu... niestety usłyszały to "niewłaściwe uszy" (te "gumowe") no i nie wiem co zrobili Niemcowi, ale nasz za takie "niepolityczne podejście" do sojusznika stracił stanowisko i został "zesłany" do mało ambitnej wojskowo, choć spokojnej roboty.
  12. Pułk SS dowodzony przez O.Dirlewangera Brygada SS RONA... w sumie brygada tylko z nazwy bo to bardziej pułk - obie jednostki niezdolne do walki na froncie. Ponadto improwizowane jednostki policyjne... Do tego włączono z czasem np.: 384. ochronny batalion kolejowy 75. szkolny pociąg pancerny. 608. pułk ochrony Jednostki szkolne, a zabezpieczenie zewnętrzne stanowiła np.rezerwowa dywizja węgierska. W sumie to była zbieranina sił tyłowych, których nikt by na froncie nie użył bo nie były do tego zdolne... Na wyposażeniu? To akurat nie były... owszem od początku skierowano pewną ilość pojazdów pancernych znajdujących się na tyłach i okolicy, ale nie były to jakieś większe zorganizowane pododdziały wojsk pancernych. Załogi czołgów (będących akurat na tyłach... np po naprawach) skierowano do walki w ramach sił pacyfikujących PW, a ta cała zbieranina zgrupowania von Bacha to co prawda nadawała się do pacyfikacji wiosek, ale o współdziałaniu z czołgami (szczególnie podczas trudnych walk miejskich) to miała pojęcie jak ja o drugiej stronie Księżyca. Stąd straty (i zdobycze powstańców) pojazdów pancernych w tych działaniach.
  13. W sumie słusznie piszesz, że "nie sądzisz"... bo się nie opierały. Zadaniem tych dywizji było zabezpieczenie brzegu Wisły przed desantem radzieckim, wydzieliły tylko pewne elementy do współdziałania ze zgrupowaniem von Bacha. Użycie zresztą elementów formacji liniowych nastąpiło dopiero w końcowej fazie likwidacji PW, gdy sytuacja na froncie się ustabilizowała - w czasie gdy do tego jeszcze nie doszło walką z PW zajmowały się tylko jednostki policyjno-pomocnicze (ochronne itd.), oczywiście nie licząc jakiś tam niewielkich sił znajdujących się akurat przypadkiem na tyłach i "w okolicy". "Inne warunki" to w tym momencie słowa kluczowe... Tylko wtedy była to ta wojenna konieczność, a i tak walki nie prowadzono do całkowitego wyniszczenia miasta i ludności. Czy cokolwiek wskazywało na chęć dokonania jakiejś masakry miasta przez Niemców? Czyli dokładnie doszedłeś do tych samych wniosków - czyli braku sensu rozpoczynania PW... tylko innymi słowami je opisujesz.
  14. A co ma jedno wspólnego z drugim? Sens walki z III Rzeszą był taki, że bez względu na to jaki polityczny kształt przybrała (narzucono jej) powojenna Polska to celem nadrzędnym było możliwie jak najszybsze pokonanie III Rzeszy oraz zakończenia ludobójczej okupacji. W tym kontekście sens miała walka w ramach "koalicji antyhitlerowskiej" każdej formacji wojskowej, każdej dywizji itp. Nawet jeśli samodzielny wpływ (takiego związku taktycznego) na wynik wojny był znikomy lub nawet "prawie żaden" to w masie walczących aliantów jak najbardziej miało to sens i militarny cel... Jak najszybsze pokonanie Niemiec. Natomiast obawiam się, że to pytanie o sens nie dotyczyło ogólnie walki z siłami III Rzeszy jako takiej, ale tego konkretnego działania w postaci wywołania działań zbrojnych wewnątrz zamieszkałego i dużego miasta, co po pierwsze nie miało szans powodzenia, a po drugie ściągało całkowicie niepotrzebne niebezpieczeństwo i powodowało całkowicie niepotrzebne i niemałe ofiary wśród własnej ludności. To coś z czym każde siły zbrojne się muszą liczyć... choć czasem oczywiście tolerowanie takich strat może być usprawiedliwione osiąganymi celami i wojenną koniecznością. W zasadzie nawet trudno o sens tego powstania jako "wiązania sił przeciwnika" bo do likwidacji PW strona niemiecka skierowała jednostki policyjno-pomocnicze (w większości niezdolne do działań frontowych), przy niewielkim wsparciu elementów jednostek frontowych. PW nawet nie wywołało konieczności skierowania do walki jakiejś dywizji frontowej (a szkoda, bo pewnie trwałoby krócej, a i nie byłoby pewnie mordów na ludności na taka skalę), stanowiło jakieś tam utrudnienie dla strony niemieckiej, ale w obliczu takiej a nie innej sytuacji na froncie raczej znikome, a na pewno nie warte tych strat wśród ludności cywilnej Warszawy oraz zniszczenia miasta w efekcie PW. Każda wojna i bitwa polega na zestawieniu ze sobą przewidywanych i potem ponoszonych strat oraz zysków i efektów osiąganych za ich pomocą. W przypadku PW to zestawienie jest skrajnie niekorzystne dla strony polskiej, a do tego zasadniczo można było lub powinno się to przewidywać... bo rzucanie do walki ludzi ani do niej odpowiednio nie przygotowanych, ani odpowiednio nie uzbrojonych na zasadzie "jakoś to będzie", a do tego wewnątrz gęsto zaludnionego własną ludnością mieście - specjalnie dobrze o osobach odpowiedzialnych za wywołanie PW nie świadczy.
  15. W takim sensie, że w samej treści tej konwencji nie ma określeń dotyczących czasu obowiązywania praw patentowych - są one zawarte w dokumentach opracowanych już na podstawie podpisanej konwencji. Czyli sama konwencja tego nie określiła, ale była podstawą do tego określenia i była też podstawą do powstania określonych aktów prawnych w państwach, które ten układ podpisały... m.in. w Polsce gdzie przyjęto 20 lat. Nie można napisać, że: założenie konwencji jest takie, że ochrona patentowa wygasa po upływie 20 lat. Bo w samej treści konwencji to się nie pojawiło, a jak sam zauważyłeś to ogólnie jest pewien przedział, a nie ścisłe określenie ilości lat.