jancet

Użytkownicy
  • Zawartość

    1925
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    2

Ostatnia wygrana jancet w Rankingu w dniu 21 Styczeń

jancet posiada najczęściej lubianą zawartość!

Reputacja

2 Neutral

O jancet

  • Tytuł
    Ranga: Profesor
  • Urodziny 11/10/59

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    Polska pod zaborami

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna
  1. Ja nie mam nawet bladego pojęcia o tej bitwie, ale Twój wywód jakoś mnie nie przekonuje. Jeśli armia X spychała armię Y i zdobywała pole, choć nie mogła zniszczyć armii Y, to nie musiała urządzać odwrotu - mogła pozostać na osiągniętej pozycji, a jeśli ta była z jakiś powodów bardzo niekorzystna - zepchnąć armię Y tak, by zająć rubież korzystną. Odwrót jest - jak sam piszesz - "najtrudniejszym manewrem", po co więc podjęto decyzję o odwrocie, jeśli sytuacja taktyczna do niego nie zmuszała?
  2. Generalnie się z Tobą, Tomaszu, zgadzam co do oceny większości tez ministra ds. niszczenia środowiska. Kilka detali uzasadnienia jednak budzi moje wątpliwości. Na razie dołączam się do pastwienia nad tekstem ministra. Minister zdaje się uważać, że im mniej popiołu w węglu, tym mniej popiołu w spalinach. To jest powiedzmy - ćwierćprawda. Każdy, kto palił w zwykłym rusztowym piecu doskonale wie, jak dużo popiołu opada przez ruszt do popielnika. Kolejna część tworzy żużel. Tylko niewielka jego część przyjmuje formę popiołu lotnego, który wylatuje kominem. Ile popiołu wyleci kominem, zależy przede wszystkim od prędkości powietrza, przepływającego przez palenisko - czym większa, tym więcej popiołu powietrze ze sobą porywa. Przy ciągu naturalnym im wyższa temperatura spalin, tym większa prędkość przepływu powietrza i tym więcej popiołu lotnego. Oczywiście to dotyczy kotłów z paleniskami rusztowym czy retortowymi, kotły pyłowe to inna bajka, ale takich nikt w domu nie stosuje. Natomiast zaprojektowanie automatyki kotła "wyłączającego się samoczynnie jak dostanie gorsze paliwo" teoretycznie jest łatwe i nie potrzeba gaśnicy. Jeśli temperatura spalin przed wymiennikiem spada poniżej założonej wartości, wyłącza się dozownik, podający paliwo. Takie układy są montowane w kotłach gazowych, tyle że ze względów bezpieczeństwa - spadek temperatury oznacza, że gaz zgasł lub może zgasnąć, co grozi wybuchem. Masz jednak rację, że wymagałoby to używania węgla o stałych parametrach, co jest trudne do osiągnięcia w instalacji domowej. Co do klas kotłów to nie masz racji, że "nie może być pieców niskoemisyjnych o niższej sprawności". Takie kotły jak najbardziej być mogą, tylko nie dostaną certyfikatu na 5. klasę. Ale to w sumie dygresja. Także mylisz się, pisząc że spaliny są "nominalnie" cięższe z racji chociażby wzbogacenia w cięższy od powietrza dwutlenek węgla i parę wodną. To znaczy dwutlenek węgla jest cięższy od powietrza, ale para wodna - lżejsza. Suma sumarum gęstość "nominalna" spalin różni się od gęstości powietrza suchego o 1,5 promila, czyli tyle, co nic. Zweryfikowałem dane z przytoczonych przez Ciebie tabel przedwojennych. No cóż - porównywałem je z tabelami komunistycznymi, więc ideologicznie niesłusznymi (Wiesław Gogół, "Wymiana ciepła. Tablice i wykresy", Wydawnictwa Politechniki Warszawskiej, Warszawa 1972). Dane dotyczące powietrza zgadzają się co do 4. cyfry znaczącej (tyle, że dla 760 mmHg), natomiast dane, dotyczące przedwojennych "gazów" zupełnie rozmijają się z tym, co podaje Gogół dla typowych spalin: +100°C - 0,950 kg/m3 +200°C - 0,748 kg/m3. Nie mam pojęcia, skąd ta różnica. Nie ze składu spalin - aby osiągnąć gęstość z Tabeli II spaliny musiałyby zawierać 59% CO2 i 41% N2 oraz nie zawierać pary wodnej, co jest absurdalne. No właśnie. InstalReporter też mija się z prawdą, i to wielokrotnie. Weźmy np. ten fragment: Przy stosowaniu wilgotnego paliwa, po spaleniu w palniku w spalinach w dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z wilgocią. W zależności od ciśnienia składnikowego, cząstkowego, możemy określić temperaturę wykraplania się spalin. W tym wykraplania się siarki zawartej wskutek niezupełnego spalania. Co to oznacza? Zwiększone ryzyko korodowania wylotowych części wymiennika ciepła kotła spowodowane działaniem żrących skroplin w postaci kwasu siarkowego. Aby zatem zwiększyć żywotność kotła, w wysokosprawnych kotłach należy stosować suchy opał lub po prostu dosuszać go we własnym zakresie poprzez stałą wentylację paliwa. Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na wykraplającą się siarkę, która się bierze z niezupełnego spalania i w skroplinach tworzy kwas siarkowy. W węglu nie ma siarki rodzimej, tylko jest zawarta w związkach organicznych. Czy spalanie jest zupełne, czy niezupełne, w spalinach będzie SO2, a nie siarka. SO2 rozpuszczone w wodzie nie tworzy kwasu siarkowego H2SO4, tylko siarkawy H2SO3, o wiele słabszy. Ale to drobiazgi. Gorsze są wywody, że jak będziemy suszyć paliwo, to nie będziemy mieć pary wodnej w spalinach. Bzdura. Wg zapewnień producenta http://www.khw.pl/oferta/orzech.html w 1 kg "orzecha" powinno być 30-80 g wody i tyle powstanie z niej pary wodnej. Jak będziemy węgiel wietrzyć, to może wilgotność spadnie do 25 g na kg. W źle przechowywanym może wzrośnie do 100, a nawet do 150 g na kg. Jednocześnie w kg węgla (już z uwzględnieniem popiołu i wilgoci) znajduje się 4-5 g wodoru organicznego (http://home.agh.edu.pl/~kepw/student/plik/an_e_k.pdf). Przy spalaniu powstanie z niego 360-450 g pary wodnej na kg. Choć byśmy nie wiem jak suszyli węgiel, i tak w spalinach będzie dużo pary wodnej. Gogół twierdzi, że w typowych spalinach jest 11% pary wodnej. InstalReporter twierdzi, że zależności od ciśnienia składnikowego, cząstkowego, możemy określić temperaturę wykraplania się spalin. Pomijając już, że nie chodzi o wykraplanie się spalin, tylko wody ze spalin, zdaje się, że autor wie, iż można, ale tego nie zrobił. No to go wyręczę. Z wykresu powietrza wilgotnego wynika, że przy 11% zawartości pary wodnej punkt rosy wypada gdzieś przy 56°C. 70°C jest całkowicie bezpieczne pod tym względem. Czy w kominie temperatura spadnie o 14°? Komin na ogół niemal cały znajduje się wewnątrz ogrzewanych pomieszczeń, więc wątpię. Chyba że na początku sezonu grzewczego, gdy jest zimny. No i wróćmy do tego ciągu naturalnego. Opierając się na danych Gogóła i przyjmując temperaturę powietrza atmosferycznego 10°C, wyszło mi, że identyczną gęstość będą mieć spaliny o temperaturze niecałych 14°C. Przy temperaturze spalin 70°C ich gęstość wyniesie 1,05 kg/m3, a gęstość powietrza wynosić będzie 1,247 kg/m3. Różnica powinna być wystarczająca, aby spaliny były wynoszone w górę do atmosfery. A że ciąg słabszy, to i popiołu mniej ze sobą uniesie. Choć dla najdrobniejszych frakcji różnica będzie nieznaczna. Jeśli stosujemy palnik retortowy (a taki jest na ilustracji InstalReportera), to wentylator jest niezbędny - bez niego palnik nie będzie dobrze działał. Wystarczy jednak wentylator o niewielkim przepływie, zaś spaliny opuszczą instalację dzięki konwekcji naturalnej, czyli wykorzystamy ciąg kominowy. Mam jeszcze parę wątpliwości, ale to jutro lub kiedy indziej.
  3. A gdzie ja napisałem, że Ty tak napisałeś? Tak możemy "ad mortem defecatum". Opisałem to, co słyszałem o genezie krzyża dwuramiennego w herbach Węgier i Słowacji i w swej bezczelności pozwoliłem sobie na podanie informacji, które nie odnoszą się bezpośrednio do Twych słów, tylko ukazują szerszy kontekst zagadnienia. Dalszy fragment Twych wywodów - ten z cudzysłowami, "pośrednictwem" i "zapożyczeniem" pozostaje dla mnie niezrozumiały. Stwierdziłeś Jeśli chodzi o te dwa ostatnie państwa [Węgry i Litwa] możemy chyba mówić o nieprzypadkowej zbieżności i pewnym "pośrednictwie" naszego kraju. Postawiłeś zatem pewną hipotezę, którą - jak mniemam - uznałeś ją za uzasadnioną. W moim przekonaniu uzasadnienie to jest nader słabe, żeby nie powiedzieć - żadne. Określiłem to słowami "zagalopowałeś się". Dla jasności sformułuję kontrargumenty: - podwójny nie był zbyt popularny w Polsce w XIV wieku, przynajmniej nic o tym nie wiem, - podwójny krzyż był wówczas w Polsce kojarzony z dynastią andegaweńską, a Ludwik nie był u nas postacią zbyt popularną; jego córki Jadwigi współcześni jej możnowładcy też przeważnie nie lubili - jakoś nie uszanowali dokonanego przez nią wyboru małżonka; świętą została później i nieco wbrew własnej woli; - Jagiełło - bardzo drażliwy w kwestii wielkości i starożytności swego rodu - raczej nie przyjąłby symbolu, jednoznacznie kojarzonego z rodem małżonki, jako swego herbu; - o wiele bardziej prawdopodobne jest dla mnie, że symbol ten wywodzi się z pogańskiej tradycji Giedyminowiczów; - jeżeli już podwójny krzyż miałby być zapożyczony z symboliki chrześcijańskiej, to przecież był on Litwinom doskonale znany ze sto lat wcześniej, już za czasów Mendoga, który rozpoczął proces wyzwalania ziem ruskich spod jarzma tatarskiego (czy - jak kto woli - podboju tych ziem); w każdym razie w chwili unii krewskiej większość poddanych Jagiełły była chrześcijanami obrządku wschodniego, gdzie znacznie częściej, niż w obrządku zachodnim, posługiwano się podwójnym (i potrójnym) krzyżem; - "krzyż" Jagiellonów miał dwa równe ramiona, a patriarszy - nie; uważam to za bardzo istotną różnicę; szczerze mówiąc nie znam przypadków, by w symbolice chrześcijańskiej stosowano krzyż podwójny równoramienny (przynajmniej nie w Średniowieczu); stąd moje domniemanie, że herb Jagiellonów zapewne jest pogańskiej proweniencji. Co do długości ramion, Secesjonista twierdzi, że gdybym nieco zgłębił temat, to odkryłby, że ów krzyż na Litwie w dawniejszych czasach miał nierówne ramiona. I ślady tego wciąż pozostają w heraldyce miast litewskich. Strzał niby celny, tylko że cel łatwy, bo pisałem, że żadnym specjalistą w tym zakresie nie jestem i analizuję fakty powszechnie znane oraz powtarzam poglądy zasłyszane. Ja odnosiłem się do herbu Jagiellonów, który znajduje się na tarczy Pogoni. Przyznaję, że nie zetknąłem się w pochodzących z epoki jagiellońskiej źródłach ikonograficznych, przedstawiających herb Jagiellonów z krzyżem podwójnym nierównoramiennym. W heraldyce miast litewskich (i białoruskich) oczywiście może mieć miejsce i krzyż podwójny nierównoramienny. Byłoby bardzo interesujące, gdyby Secesjonista podał nam przykłady, pochodzące z epoki Średniowiecza. No cóż, hipoteza iż Polska "pośredniczyła" pomiędzy Węgrami a Litwą w procesie przyjęcia przez Litwę krzyża patriarszego jako symbolu narodowego wydaje mi się nadal "zagalopowaniem" , gdyż to nie krzyż patriarszy jest symbolem narodowym Litwy, a nawet gdyby był, to raczej Litwini przejęliby by go od chrześcijańskiej ludności swego państwa, niż od Węgrów z naszym pośrednictwem.
  4. Oj, chyba się trochę zagalopowałeś. Wydaje mi się, że podwójny krzyż, którego górne ramię symbolizowało tablicę na Krzyżu Męki Pańskiej (więc było krótsze od dolnego), był dość popularny na wschodzie, w Cesarstwie Bizantyńskim - stąd nazwa "krzyż patriarszy", bo wszyscy patriarchowie tam mieli swe siedziby. Stamtąd - zapewne - wraz z Konstantynem i Metodym w IX wieku pojawił się w Państwie Wielkomorawskim. Choć chyba udowodnić to trudno. Na pewno zaś był używany jako symbol monarchii węgierskiej przez Bélę III w XIII wieku. Także królowie węgierscy z dynastii Anjou (Karol Robert i Ludwik Wielki) używali tego symbolu. Gdy Ludwik - przez nas nie uważany za "wielkiego" - został też królem Polski, podwójny krzyż był częścią jego herbu monarszego, podobnie jak biały orzeł i inne symbole. Zapewne używała go też królowa Jadwiga, jednak nie był częścią herbu Królestwa Polskiego. Krzyżem Anjou stał się dopiero później. W krajach łacińskich używany był też jako symbol religijny, jednak dość rzadko. Znacznie częściej w prawosławiu, także na Rusi, gdzie używano go obok krzyża potrójnego i pojedynczego. Natomiast podwójny krzyż na Pogoni ma równe ramiona, jest więc innym symbolem i wiąże się go z rodem Jagiełły. Z pewnością używali go władcy z rodu Jagiellonów, także węgierscy. Wprawdzie francuska wiki odnotowuje istnienie wersji krzyża lotaryńskiego o równych ramionach, ale to było później. Na Słowacji, zwany także krzyżem św. Stefana, jako symbol narodowy zaczął być używany w 1848, z tym że słowacki stoi na niebieskich górkach, a węgierski - na zielonych. Ponoć w symbolice węgierskiej, poziome białe i czerwone pasy oznaczały Dolne Węgry, a krzyż patriarszy - Górne, których terytorium z grubsza odpowiada terytorium dzisiejszej Słowacji. Nasz kraj z całą pewnością nie "pośredniczył" w przyjęciu podwójnego krzyża przez Węgrów czy Słowaków jako ich godła czy jego części. Natomiast czy herb Jagiellonów, który przetrwał w godle Litwy, a także Białorusi w latach 1991-95 (oraz Siedlec i pewnie paru innych miast) w ogóle jest krzyżem w sensie symboliki chrześcijańskiej - to już niech mądrzejsze głowy się wypowiedzą.
  5. Tak... Zbrocza nie ma, raczej byłoby widoczne. Przejrzałem jeszcze raz Żygulskiego - podaje 24 typy głowni mieczy średniowiecznych - wszystkie mają zbrocza. 8 typów trzonów rękojeści - żadna nie jest podobna do tej na zdjęciu. 12 stylów jelców - też żaden nie przypomina tego na zdjęciu. Ciekawe, że ta broń ze zdjęcia nie ma głowicy - a miecze średniowieczne raczej miały głowice, i to dość masywne. Głowica stanowiła przeciwwagę dla głowni no i umożliwiała solidne zamocowanie okładzin rękojeści. W szablach często nie było głowicy, np. w karabeli i okładziny były mocowane do trzonu nitami, ale wtedy trzon powinien mieć otwór. Jelec jest nader mikry, wygląda na wycięty z dość cienkiej blachy. Że nie jest to średniowieczny miecz - mogę się założyć. Nie wydaje mi się, żeby to w ogóle była broń, no może tasak piechoty z XVIII czy XIX wieku, który raczej był wykorzystywany do cięcia gałęzi na ognisko, niż do walki, choć i to się zdarzało. Może Poldas ma rację, że to myśliwski kordelas, tylko że znana mi historyczna broń myśliwska jest bogato zdobiona, a to coś razi tandetnością. Ja bym raczej stawiał na rekwizyt teatralny. Jeszcze przed wojną dość modne było na ziemiańskich dworach odgrywanie krótkich scen teatralnych czy tworzenie tzw. żywych obrazów, do tego się taki sprzęt nadawał. Oczywiście wymiary dużo by pomogły, a także opis tego "miejsca pod wylewkę",
  6. Czy nie powinno być raczej "SPR" - Szkoła Podchorążych Rezerwy ? Czyli "bażanty".
  7. Ciekawy sięgnął do tekstów Jarpena Zigrina z 2006 roku. To na tyle głęboko, że możemy po prostu uznać, że rozpoczynamy dyskusję od nowa. To tak zgodnie z pamiętnikami Churchilla, za które dostał nagrodę Nobla. Literacką. Pierwszy moment, w którym Hitler mógł zrealizować swoje marzenia, to lato 1940 roku. Polska zmiażdżona w 2 tygodnie, Francja w 4 tygodnie, Sojusz Hitlera ze Stalinem, Jedyne światełko w mroźnym tunelu to obrona Finlandii w wojnie zimowej. Jednak Churchill powiedział "NIE", obiecując Brytyjczykom "pot, krew i łzy". Drugi moment, to luty 1942 roku. Kiedy Japończycy zdobyli Singapur i wszystko, co było do wzięcia - Indonezję, Filipiny etc. Australijskie dywizje z frontu egipskiego zostały raptownie wycofane z frontu egipskiego i nie było kim ich zastąpić. I znów Winston Churchill powiedział "NIE".
  8. Nie podoba mi się jakikolwiek zabieg, dokonywany na liczbie uczestników powstania. Równie dobrze można by powiedzieć, że uczestnik powstania styczniowego to ochotnik, podczas gdy żołnierz wojny polsko-rosyjskiej 1831 r to przeważnie poborowy, więc tego pierwszego powinniśmy mnożyć przez 2 czy 3. No nie. Istnieje epoka rozbiorów, od I do III, czyli 1772-1795. Czas, gdy Rzplita była rozbierana. I istnieje epoka zaborów, od 1794 do 1918. Czas, gdy niepodległej Polski nie było, bądź pojawiała się jako byt nietrwały.
  9. Bardzo mnie cieszy ta informacja, jednakże nie dotyczy ona kwestii zasadniczych, które - nie chcę się kłócić, czy to Ty je określiłeś, czy też ja pod Twoim wpływem - dotyczą liczby osób, które przewinęły się przez wojska powstańcze, bądź maksymalnego stanu sił zbrojnych.
  10. O szpiegach zwykle nie wiadomo zbyt wiele? Możemy śmiało założyć, że o 99 na 100 szpiegów żadna wzmianka się nie zachowała.
  11. A możesz rozwinąć ten pogląd?
  12. Na sztuki nie policzę, ale np. jeśli chodzi o bitwę pod Siemiatyczami, to jak się tam skoncentrowało kilka grup powstańczych, to trochę mieszkańców się do nich przyłączyło. Bitwa była teoretycznie dwudniowa, faktycznie trwała co najwyżej 24 h, więc niektórzy powstańcy siemiatyccy brali udział w powstaniu przez kilkanaście godzin. Kilka godzin to zapewne wyjątki, ale takich kilkutygodniowych powstańców zda się, że było bardzo wielu. W powiecie pojawia się partia, więc panicz dogaduje się z oficjalistą, zabierają konie, szable, dwururki i parobka do pomocy i idą do partii. W pierwszym poważniejszym starciu partia zostaje rozbita i jedyne, co pozostaje, to przedostać się do dworu i udawać, że nic nie było. To chyba model typowy. Piszę to z ogromnym szacunkiem dla tych, którzy odważyli się iść. Nie było tu moją intencją tworzenie podziału powstańcy - żołnierze, można przyjąć, że żołnierze to też powstańcy. Ale warto podkreślić, że nie tylko żołnierze to powstańcy. Członkowie różnego typu "gwardii", formacji nieregularnych, partyzanci to - wg mnie - powstańcy, choć formalnie nie żołnierze. Nie dysponuję żadną poważną monografią na temat powstania styczniowego, w której by oszacowano liczbę uczestników powstania styczniowego. Hupert i Kukiel uciekają od takiej konstatacji, natomiast Kozłowski, Wrzosek Dzieje Oręża Polskiego 1794-1938, WMON, Warszawa 1973 stwierdzają, że "przez szeregi powstańcze przewinęło się ponad 150 000 żołnierzy, ale pod bronią nigdy nie było więcej niż 25 000 - 30 000" latem 1863. Nie mam żadnych podstaw, by dyskutować z tymi liczbami, choć o metodzie ich określenia nie wiem nic. Z kolei ww. autorzy nie podali podobnych liczb dla powstania listopadowego, czy wojny polsko-rosyjskiej 1831 roku. Tu jednak dysponuję literaturą, która może pozwolić mi oszacować tę liczbę, choć wcale nie jest to łatwe. Co do maksymalnego stanu: Raporty "stanu obecnych do boju" sporządzane dla Komisji Rządowej Wojny, wskazują na 87 tysięcy żołnierzy pod koniec kwietnia. Jednak do tej liczby należy doliczyć: - korpus Dwernickiego, - powstańców litewskich, - 3. (rezerwowe) bataliony nowych pułków piechoty, bataliony i szwadrony zakładowe, - Gwardię Narodową Warszawską, - resztki gwardii ruchomych, - oddziały partyzanckie, - powstańców wołyńskich. Jeśli ich uwzględnimy, dostaniemy trochę ponad 100 tysięcy. Podobnie na początku lipca, gdy wg KRW mieliśmy też prawie 87 tysięcy żołnierzy, a do tego korpus Giełguda (liczniejszy, niż Dwernickiego) i powstańców na Podolu, Ukrainie i Wołyniu. Zapewne wtedy osiągnęliśmy maksimum i na pewno było to ponad 100 tysięcy. Więc styczniowe pod tym względem na pewno nie było większe, niż listopadowe.
  13. Określenie "piosenka" trochę mi nie pasuje do tego utworu. Tekst w oczywisty sposób dotyczy wszystkich osób, zesłanych w "Магадан". W tym radzieckich jeńców wojennych. którzy popadli w niewolę niemiecką. A także innych żołnierzy radzieckich, którym nie dane było wrócić do domu, bo Вставал впереди Магадан. Podałem to jako przykład możliwych losów советского солдата po wojnie.Statystycznie zapewne niezbyt częsty. Tyle że ówczesnej skali 1:1000 może oznaczać dziesiątki tysięcy zesłanych в Магадан i gdzie indziej. A tekstu chyba nie należy wiązać geograficznie z jednym miejscem. Przecież tak naprawdę chodzi o to, że ONA GO nawet nie rozpozna: А если придешь – не узнаешь . Nie wiem dokładnie, kiedy poznałem ten tekst. W każdym razie w ramach działalności statutowej reżimowej organizacji - SZSP lub PTTK. A raczej obydwu z nich. I że - zanim do mnie trafiły - przechodziły z ust do ust, tylko przekaz ustny zapewniał im istnienie. No czasem proszono mnie o spisanie tekstu. Miałem bardzo dobrą pamięć - no to spisywałem.
  14. Nie. Jest tam mowa o "chemicznych lub fotochemicznych przemianach". Te chemiczne zachodzą w środowisku wodnym, najgroźniejsze dla nas są wtedy, gdy zachodzą we mgle (smog londyński). To się dzieje zwykle w zimnej połowie roku. Te fotochemiczne zachodzą pod wpływem bardzo intensywnego promieniowania słonecznego (smog ateński). Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że na początku stycznia w Warszawie powstał smog ateński. 4 lutego? Czy ja gdziekolwiek i kiedykolwiek odnosiłem się do sytuacji z 4 lutego? O ile pamiętam, pogoda była dość paskudna, była mgła, więc dobre warunki do powstania smogi typu londyńskiego. Poza tym oczywiście masowość błędnego użycia pojęcia "smog" rodzi swoje skutki i być może naukowcy się temu rozumieniu poddadzą. Już się raz poddali, godzą się na "smog ateński", w którym mgły też nie ma, choć są "produkty przemian". A komunikaty ostrzegawcze - bo te zapewne znalazł Secesjonista na stronie WIOŚ - muszą być zredagowane w sposób zrozumiały dla ogółu. Jeśli "ogół" używa pojęcia "smog", to i tam będzie użyte pojęcie "smog". Przykład z innej branży - z IMGW. Podaje on informacje o stężeniach popularnych alergenów, wynikających z kwitnienia roślin, najczęściej drzew. Rośnie sobie w Polsce drzewo, zwane popularnie "akacją". Nie jest to akacja, lecz "grochodrzew" (jak kto lubi nazwy swojskie) albo "robinia" (jak kto woli nazwy obce). W okresie kwitnienia tego drzewka IMGW ostrzega przed pyłkami akacji, choć jestem przekonany że pracownicy IMGW wiedzą, że to nie jest akacja. Ale komunikaty ostrzegawcze nie są dla pracowników IMGW. Jakby pisali o pyłkach "grochodrzewu" ich komunikat nie byłby zrozumiały. Dendrolodzy jednak twardo obstają, że to nie jest akacja. I tak trzymać. Wprawdzie Kaczmarski na płycie 20(5) lat później prorokował, że od 2005 nastaną czasy "gdy mędrcy przed głupotą łby schylają w hołdzie" , ale na razie wciąż nie jest to regułą. I oby się stało jak najpóźniej.
  15. Ta mapa to kompletna fantazja, bowiem zakłada odrębność Czech i Słowacji (co jeszcze się jakoś mieści w realiach) oraz niezależność Ukrainy, Białorusi i Litwy, co zdecydowanie wykracze poza owe realia. Oczywiście wujaszek Stalin mógł wyznaczyć naszą wschodnią granicę, tak ja powyżej narysowano. Pamiętajmy jednak, że ten deal był złożony: 1. Stalin daje nam taką granicę wschodnią, jaką uważa za stosowną. 2. Stalin może forsować na forum międzynarodowym naszą granicę zachodnią, ale musi do tej koncepcji przekonać zachodnich "sojuszników". 3. Stalin może się zgodzić na przesiedlenie Polaków z Litwy i Ukrainy do Polski, lecz może też nie wyrazić tej zgody. Gdyby Stalin zaakceptował granice Polski, takie ja powyżej nakreślono, a jednocześnie nie zgodził się na przesiedlenie Polaków z dalszej Litwy i Ukrainy na "ziemie odzyskane" to: - na ziemiach odzyskanych (jednostki 1., 9., 5., 13, 19, 17, 14) mamy partyzantkę niemiecką, nie mamy kogo przesiedlać, - na ziemiach wschodnich (jednostki 2, 4, 12) mamy partyzantkę UPA, związaną z dominacją ludności ukraińskiej na tych obszarach. Jest to NAJGORSZY scenariusz dla Polski, jaki w ogóle można było sobie wówczas wyobrazić.