Bruno Wątpliwy

Moderator
  • Zawartość

    4268
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    9

Ostatnia wygrana Bruno Wątpliwy w Rankingu w dniu 25 Lipiec

Bruno Wątpliwy posiada najczęściej lubianą zawartość!

Reputacja

18 Good

O Bruno Wątpliwy

  • Tytuł
    Ranga: Prodziekan
  • Urodziny

Poprzednie pola

  • Specjalizacja
    III Rzeczpospolita

Kontakt

  • Strona WWW
    http://

Informacje o profilu

  • Płeć
    Mężczyzna

Ostatnie wizyty

1619 wyświetleń profilu
  1. Link: http://www.jhi.pl/psj/Legiony_Polskie
  2. Odwołując się do znanej książki, która dziś już pojawiła się na łamach forum, można przypomnieć, że wózek inwalidzki trafił na karty klasyki światowej, opisującej los zwykłych ludzi z epoki, o której rozmawiamy: "- Ale przecież pan się ruszać nie może. - To nic nie szkodzi, pani Müllerowo, pojadę na wojnę w wózku. Zna pani tego cukiernika na rogu, toż on ma taki wózek. Woził w nim przed laty swego chromego i złośliwego dziadunia na świeże powietrze. Na tym wózku, pani Müllerowo, zawiezie mnie pani na wojnę. (...) I oto pewnego pamiętnego dnia na ulicach praskich ukazał się żywy dowód wzruszającej lojalności. Stara niewiasta popychała wózek, na którym siedział człowiek w czapce wojskowej z wyglansowanym „bączkiem”. Człowiek ten wymachiwał kulami, a na jego surducie jaśniał rekrucki bukiecik. Mąż ów, nie przestając wymachiwać kulami, wołał po praskich ulicach: - Na Białogród! Na Białogród!" Cytowane z: J. Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, Warszawa 1995, s. 64-65, 67-68. Ibidem, na s. 67 - odpowiednia ilustracja J. Lady, a w przypisie 1 wzmianka, że na wózku inwalidzkim rzeczywiście kazał się zawieźć przed komisję poborową przyjaciel Haszka z praskiej bohemy - Matiej Kudej. To, oraz udana symulacja reumatyzmu, a później ataku choroby psychicznej - zagwarantowały mu spokój od aktywnego spędzania czasu w okopach pierwszej wojny. Bardziej poważnie. Wózki inwalidzkie na początku XX wieku były czymś oczywistym, acz zapewne nie dostępnym dla każdego. Ich konstrukcja musiała już być dosyć podobna do współczesnych, konwencjonalnych (poruszanych za pomocą siły ludzkiej) wózków (choć oczywiście nie występowały nieznane wówczas technologie, czy materiały). Czyli - przypominały raczej wózki używane dziś w szpitalach podczas przemieszczania chorych, nie wózek Stephena Hawkinga. Szukając odniesień w historii można przypomnieć, że na wózku poruszał się jeden z członków Komitetu Ocalenia Publicznego czasów Rewolucji Francuskiej (Georges Couthon), co można zobaczyć chociażby w "Dantonie" A. Wajdy. Ogólna historia wózków inwalidzkich: https://en.wikipedia.org/wiki/Wheelchair Jaki był los niepełnosprawnych w Galicji przełomu XIX/XX wieku? Wszystko zależy od stopnia niepełnosprawności, zamożności, uwarunkowań rodzinnych itp. Na wsiach - pewnie generalnie był to los naprawdę ciężki, a nowoczesny (na owe czasy) wózek był obiektem równie "częstym", jak samochód.
  3. Link: http://austro-wegry.info/viewtopic.php?t=1814
  4. Ponieważ jest to forum historyczne, dodajmy, że Szwejk nauczył się gotować ów grog kiedy przed laty wędrował po świecie i spotkał w Bremie pewnego rozpustnego marynarza. Efekty wypicia grogu miały prowadzić do przepłynięcia bez problemu kanału La Manche (lub zachwytu feldkurata Otto Katza i dobrego odprawiania przezeń mszy świętych). A niejako na styku dwóch tematów naszego forum dodajmy, że potrawy konsumowane na kartach "Szwejka" zebrał pieczołowicie L. Mazan, Wy mnie jeszcze nie znacie. Prawie wszystko o Szwejku, s. 41. Lista zaczyna się parówkami, kończy chlebem maczanym w słodkiej wódce.
  5. Opisowi tej potrawy, dokonanemu przez Secesjonistę, odpowiada najbardziej "kaczka po roueńsku" (tak to sobie spolszczyłem, po francusku pod nazwami: canard à la rouennaise, caneton à la rouennaise, canard au sang, canard à la presse). Opis w: M. i K. Milton, Przewodnik kulinarny. Francja, Warszawa 1998, s. 116; Canard au sang (hasło we francuskojęzycznej Wikipedii); Caneton à la rouennaise (hasło we francuskojęzycznej Wikipedii).
  6. Pierwsza wojna światowa znalazła swoje odzwierciedlenie w nazwie jednej z potraw kuchni litewskiej, zwanej przez Polaków potocznie "cepelinami" (potrawa znana jest w północno-wschodniej Polsce, ale chyba dominuje tam zamienna nazwa "kartacze"). Etymologia litewskiej nazwy "cepelinai" (inna, stosowana nazwa - didžkukuliai) jest oczywista i nawiązuje do sterowców czasu Wielkiej Wojny. Ciekawe na ile do popularności tego określenia przyczynił się fakt, że w czasie pierwszej wojny, w Kurlandii (miejscowość Vaiņode, cztery kilometry od litewskiej granicy) była baza niemieckich sterowców? Przeniesione w latach 20., tamtejsze hangary służą zresztą dzielnie do dziś jako zadaszenie centralnego targu w Rydze (Rīgas Centrāltirgus).
  7. Taki stan rzeczy naprawdę miał miejsce, ale raczej w pierwszym okresie panowania austriackiego w Galicji. Po 1867 roku sytuacja była już zdecydowanie inna. Nastąpiła polonizacja lokalnej administracji (a czasem i "eksport" urzędników nawet wysokiego szczebla do Wiednia - vide Gołuchowscy, Badeni itp.), a także polonizacja istotnej części "przybyszów" (ich potomków). Na początku rzeczywiście władze wiedeńskie (np. Józef II) wysyłały do Galicji masy urzędników itp. Z tym, że nie powiedziałbym bez wątpliwości, iż "głównie Czechów", bo jest to okres jeszcze przed eksplozją czeskiego odrodzenia narodowego i trudno powiedzieć, że znajomość czeskiego (obok niemieckiego) czyniła wówczas kogoś Czechem w nowoczesnym, etnicznym rozumieniu . Z. Fras, Galicja, Wrocław 1999, s. 16 - określa stan rzeczy końca XVIII wieku w ten sposób: "Urzędnicy, głównie Niemcy i zgermanizowani Czesi (...)" i pewnie to jest najbliższe prawdy (o ile jednoznaczny termin "Niemiec" jest w tym przypadku odpowiedni - ale gdybanie na ten temat już sobie odpuszczę - wiadomo, generalnie chodziło o wiernych cesarzowi urzędników, wychowanych w kręgu kultury niemieckiej). O nieco późniejszym okresie: "Drugą co do liczebności grupę obcych urzędników po Niemcach stanowili Czesi. Dziennikarz i literat lwowski Władysław Zawadzki pisał: >>Przy znamionującej Czechów łatwości wędrowania w świat za chlebem i wypróbowanej ich wierności dla ówczesnego systemu, cała Galicja pokryła się mrowiskiem Czechów, zapełniających wszystkie biura urzędowe, wszystkie urzędy (...)<< Obraz to z pewnością przesadzony, tak co do rozmiarów zjawiska, jak i oceny postaw przybyszów". Ibidem, s. 112. Jak już wspomniałem, wielu osiedlonych w Galicji Niemców (i Czechów, czy "Czechów") - a przede wszystkim ich potomków - ogarnęła z czasem fala polonizacyjna. Na przykład pewnym zaskoczeniem dla władz austriackich było to, że: "Już w końcu grudnia 1830 r. pierwsza grupa młodych urzędników udała się do Królestwa Polskiego, aby zasilić szeregi powstańców. Nie tyle liczba, ile sam udział w powstaniu urzędników, najczęściej przecież pochodzenia niemieckiego i czeskiego, wywoływał zdziwienie i miłe zaskoczenie polskiej opinii publicznej. Oczywiście inaczej oceniał to Wiedeń, cesarz Franciszek I miał nawet powiedzieć: >>Że Polacy tam przechodzą, to mię nie dziwi, byli oni od dawna zapaleńcami (...) Ale czego tam szukają moich urzędników synowie (...) na Boga, za piecem nie będzie im lepiej jak u mnie<<." Ibidem, s. 102. Szerzej o zjawisku polonizacji wysłanych do Galicji i ich dzieci - ibidem, s. 103 i n.
  8. Jest zapowiedź weta prezydenckiego w stosunku do ustaw o KRS i SN. Bardzo dobra wiadomość, dla mnie dosyć niespodziewana, bo - szczerze mówiąc - dużo bardziej oczekiwałem kunktatorstwa z odesłaniem do TK pani Przyłębskiej. Lepiej byłoby nad wszystkimi trzema ustawami zacząć prace od nowa, ale - jak na stan rzeczy dotychczas - i tak rewelacja. Mam wielką nadzieję, że to nie tylko kwestie konfliktu prestiżowego w ramach PiS, ale rzeczywisty powrót Pana Prezydenta (w zakresie rozumienia prawa) od Kaczyńskiego do Zimmermanna. No i bardzo pozytywny efekt spacerów "ubeckich wdów", "zdrajców", "kanalii", tudzież "upiorów" z "animalnego, drugiego sortu". Teoretycznie weta mogą być jeszcze odrzucone (3/5 głosujących w sejmie przy quorum co najmniej połowy posłów), ale wymagałoby to nocnego działania z pełnego zaskoczenia (i wywołałoby kolejny bunt społeczny), albo sojuszu z Kukizem i niezrzeszonymi (co w tym momencie jest już mało prawdopodobne). Pojawia się szansa rzeczywistej reformy sądownictwa, a nie kompletowania gmachu autorytaryzmu Jarosława Kaczyńskiego. Czy jedni i drudzy są na to gotowi? Społeczeństwo dosyć spontanicznie pokazało, wbrew pozorom i propagandzie, że ceni sobie pewne wartości, natomiast za aktualnymi siłami politycznymi specjalnie nie przepada. W odczuciu większości protestujących to chyba nie była prosta kontynuacja konfliktu PO kontra PiS. Tylko spór - reszta świata kontra autorytaryzm. Dobrze, jakby ci z obecnych "wierchuszek partyjnych" sobie to wzięli do serca. Bo inaczej znikną z politycznego pola widzenia wszyscy.
  9. Być może dotyczy to pierwszego okresu panowania Nerona, kiedy to próbował sprawiać wrażenie miłego i łagodnego władcy: "Chcąc utrwalić dobre mniemanie o swoim charakterze, ogłosił, że ma zamiar sprawować rządy w duchu wskazań Augusta. Nie pominął żadnej sposobności nie tylko do okazania swojej szczodrej ręki i łaski, lecz nawet towarzyskiej uprzejmości. (...) Pewnego dnia, gdy proszono go, jak zwykle, o podpis nad wyrokiem skazanego na śmierć, rzekł: >>Jakże pragnąłbym nie umieć pisać<<". Gajus Swetoniusz Trankwillus, Żywoty cezarów, Ossolineum 1987, s. 239 "Wyuzdane okrucieństwo, lubieżność, skłonność do zbytku, chciwość, okrucieństwo na razie zdradzał stopniowo, po kryjomu (...)". Ibidem, s. 248 Potem się to trochę zmieniło: "Odtąd już bez żadnego wyboru ani miary skazywał na śmierć, kogokolwiek zechciał i z jakiejkolwiek przyczyny". Ibidem, s. 257. Oczywiście, należy brać pewną poprawkę na sposób pisania Swetoniusza. Dziś - być może - byśmy nazwali to pisaniem co nieco à thèse. "(...) układał żywoty cesarskie pragnąc nadać im pewną linię osobowości i łączył grupy faktów, aby wydobyć główne cechy charakteru (...)". J. Niemirska-Pliszczyńska (autorka przekładu z łaciny), Swetoniusz i jego dzieło [w:] ibidem, s. 15.
  10. Wątki dotyczące życia towarzyskiego w przedwojennej Litwie (opisanego z punktu widzenia polskiego attaché wojskowego) są w: L. Mitkiewicz, Wspomnienia kowieńskie 1938-1939, Warszawa 1990 (w szczególności rozdział "Życie towarzyskie w stolicy Litwy w latach 1938-1939", s. 180-212).
  11. Być może gdzieś to się już na forum pojawiło, bo sprawa jest dosyć znana i często przywoływana jako ciekawostka historyczna. W czasie tej wojny (podczas oblężenia Paryża) do menu trafiły takie potrawy jak "ragout z kota po parysku". http://www.foodreference.com/html/a-siege-menu1.html http://caloundracity.asn.au/Francofiles/gastro/1870menu.html https://brieencounter.wordpress.com/2013/06/26/grand-meal-siege-paris/ Skądinąd ciekawy jestem, na ile owe menu czasów oblężenia były realną, dostępną przynajmniej przez jakiś czas ofertą gastronomiczną, na ile zaś - raczej "śmiechem przez łzy". Pewnie jednym i drugim, ale w jakiej proporcji?
  12. Dziękuję za połącznie, nie zauważyłem tego, starszego tematu. Osobiście bardzo lubię takie, bardzo prozaiczne pozostałości dawnych czasów i to, co zrobiono w Londynie, zachowując fragmencik starej nawierzchni - bardzo mi się podoba. Na przykład w Gdyni ("świadomie historycznie" lub nie - nie wiem) zachowano w paru miejscach przedwojenny podział jezdni na fragment (pas) asfaltowy (dla samochodów) i brukowy (dla wozów konnych). Szkoda byłoby, gdyby to wszystko tam zalali asfaltem. A wracając do tematu - czy w Polsce gdzieś zachowało się "drewno na trotuarach"? W fabrykach, jak pisał Jancet, można było takie posadzki znaleźć i pewnie jeszcze można, ale czy w przestrzeni publicznej?
  13. Drewniana ciekawostka z chodników Londynu (mniej więcej od 0:40 poniższego filmu): https://www.youtube.com/watch?v=iNUo7p9SHW4 Jestem ciekawy, czy drewniana nawierzchnia drogowa, drewniane chodniki, czy generalnie stary bruk drewniany - zachowały się gdzieś w polskich miastach? Wpis Bruno dołączono do starszego tematu. secesjonista
  14. Wątek wydzielono z innego tematu. secesjonista Jak sobie przypominam, wspomnień chłopów polskich publikowano dosyć dużo, chociażby w czasach PRL, aby udowodnić "postęp". Trudno mi jednak ad hoc dokonać kwerendy. Galicja była na pewno zamożniejsza od Polesia, gdzie jeszcze w międzywojniu wyplatano łapcie z łyka (E. Mironowicz, Białoruś, Warszawa 1999, s. 84), a skórzane były pewnie dla wielu niedościgłym marzeniem. Z drugiej strony, znam wspomnienia z relatywnie zamożnego poznańskiego, gdzie regułą było bieganie dzieciaków latem na bosaka, by oszczędzać buty. Zakładane tylko w kościele i w czasie chłodów. Ba, tak się działo nawet na niemieckiej prowincji. Wspomnienia urodzonego w 1912 r. Klausa von Bismarcka (z Jarchlina, wówczas na niemieckim Pomorzu Zachodnim) "W lecie wszystkie dzieci biegały boso". K. von Bismarck, Wspomnienia, Warszawa 1997, s. 54. Skoro tak było w zamożniejszych, ówczesnych wschodnich Niemczech, do których jeżdżono z Galicji do pracy (na saksy), to podejrzewam, że ubożsi mieszkańcy galicyjskich wsi mieli po prostu jedną parę butów (do kościoła i na zimę). Używaną aż do stanu rozpadu. Bogatsi oczywiście mogli mieć kilka par. I ciekawy link: http://www.linux.net.pl/~wkotwica/slomka/slomka.html W szczególności fragment: http://www.linux.net.pl/~wkotwica/slomka/slomka-02.html#sec_2_09 Dopisek: I jeszcze to (moim zdaniem - bardzo wartościowe, bo jest i o butach, a raczej ich niedostatku, i sporo pozycji bibliograficznych, co prawda międzywojnie, ale pewnie przed pierwszą wojną lepiej w Galicji nie było): http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.desklight-ab466f22-7163-4bd7-8b9b-278f39c8813f/c/Kamila_Juchcinska_Gilka_Dziecinstwo_na_wsi_polskiej_w_okresie_Drugiej_Rzeczypospolitej.pdf
  15. Dwie ciekawe sprawy: 1. Deklaracja p. Łapińskiego, o tym, że "prezydent zauważył, że nie dochowano pewnej prawidłowości legislacyjnej" (no, po prostu rewelacja, odkrycie stulecia - przyp. Bruno W.). Moje przewidywania na dziś - ustawę(ustawy) dostanie od Prezydenta pani Przyłębska, aby skorygować występujące w niej błędy liczbowe z zakresu szkoły podstawowej i je definitywnie po myśli PiS przyklepać. 2. Odezwały się Stany Zjednoczone. Dla mnie bardzo nieoczekiwanie, bo Trump ma swoje problemy z niezależnymi sądami i potencjalnym impeachmentem. Nie jest to Obama, który krytykował mordowanie TK otwartym tekstem, goszcząc w Polsce. Ciekawe, czy to stanowisko USA się utrzyma. Jaka będzie propagandowa reakcja PiS - można przewidzieć. Ale na pewno teraz boli, bo tak głupio zostać z samym, bardzo niepewnym Orbanem. Stąd być może potencjalna operacja odwlekająco-maskująca w wykonaniu Prezydenta.